XVII

A Lambro w morzu przechował się cały,

Do korsarskiego dopłynął okrętu;

Przywołał pazia — i na pół omdlały

Padł na kobierce — mówił — a z odmętu

Myśli zburzonych płynie mowa skora,

W stu słowach ledwo jedna myśl rozkwita...

Mówił do pazia: „Już pora! już pora!

Zmienić banderę... Ale czy powstaną?

Gdy krzyż na czarnej banderze zaświta,

Może powiedzą: „Szalony! za rano!”

Więc dla niczego tyle znieść męczarni?

Paziu! idź w góry, gdzie się Klefty kryją,

Do marmurowych zazieraj kawiarni

I pieśń im śpiewaj — i zobacz, czy żyją?

Zobacz — na grobach czy płaczą mściciele?

Lecz wróć jak zwykle lać napój makowy,

O każdą kroplę napoju się spierać;

Bo dzisiaj czuję straszny ciężar głowy

I ciężar myśli... wypiłbym za wiele.

Dzisiaj chcę marzyć dłużéj — i spać dłużéj —

Ale żyć muszę — z Grekami umierać...

Idź, dobre wieści przynieś mi z podróży...”

— „Poszedłem” —

Śpiewak cały się zapłonił,

Czuł, że się słowem nieroztropnym zdradził:

Kryjąc zmięszanie — silnie w lutnię dzwonił,

Ręką przez wszystkie struny przeprowadził.

Obejrzał koło Greków... myśli czyta.

Zaśmiał się gorzko — rzucił wzgardy okiem

I wyszedł... Za nim śpiesznym wyszła krokiem

Jakaś Greczynka zasłoną okryta.

Może ciekawa pieśni tajemnicy

Za odchodzącym paziem zawołała?

Potem z nim długo — długo rozmawiała

Na ośrebrzonej księżycem ulicy.

A choć rozmowy nie dosłyszeć dźwięku,

Snadź46 gorącymi prosiła go słowy...

Musiał zezwolić — bo na jego ręku

Błysnął księżycem pierścień brylantowy.