SCENA I

Sala w zamku Lecha. Lech i Sygoń.

LECH

Poznałeś teraz Wenedów, Sygonie?

Wiesz, jak ciskają od oka toporem?

W uszach mi dzwoni okropne żelazo;

Ażem był jęknął trwogą zadławiony,

Gdy nad Derwida głową zobaczyłem

Drzazgi z żelaza rozsypane skrami.

Jużem się lękał, że w topora jęku

Zarąbanego starca jęk usłyszę:

Lecz nie, wyciągnął ręce i od drzewa

Jak widmo, z włosem równo odrąbanym,

Odstał; krwawymi łzami zapłakany,

Z obliczem pełnym boskiego uśmiechu...

Ach! czyn Weneda taki musi przeżyć

Nasze mogiły. — Czy wiesz co, Sygonie?

Stań mi pod drzewem, stań mi tak na celu;

Niechaj na twoich włosach zaprobuję

Oka i miecza!

SYGOŃ

Lechu, jestem łysy.

LECH

Ty łysy, prawda, to sęk! lecz ja muszę

Niedźwiedziom wydrzeć sławę pozyskaną;

Dziś spać nie mogłem; a kiedy nad rankiem

Zamknąłem oczy, to widmo Salmona

Jawiło mi się i mówiło do mnie

Samymi tylko urągowiskami.

Słychać trąbkę rycerską.

Cóż to? czy słyszysz? słyszysz róg Salmona?

To Salmon trąbi przed zamkową bramą.

Jakże — mówiłeś mi, że Salmon zginął?

SYGOŃ

Klnę się na Boga, żem go widział trupem.

LECH

Ale to Salmon, patrz, stoi przed bramą.

SYGOŃ

Ten mi się rycerz zdaje trochę chudszy.

LECH

Stare masz oczy — nie poznajesz zbroi?

To Salmon — o! mój Salmon! — Chodź, to Salmon!

Wychodzą.