SCENA II
Sala taż sama.
GWINONA
wchodzi.
Co słyszę? Salmon zatrąbił. — O! Boże!
Gdy ja tortury straszne wymyśliłam,
Aby się pomścić za niego — on żyje.
Także to pewna, że serce przywyka
Do konieczności, choć najokropniejszej,
I z jakiejkolwiek bądź rozpaczy — nie chce
Powracać w przeszłą radość i z trupami
Powróconymi znów się zapoznawać;
Także to pewna, że osierocone
Przez zmarłych miejsca, gdy raz już są puste,
Muszą pozostać tak, dla niezmienienia
Naszych nadziei, które jak pająki
Wnet zarabiają sieć, gdzie los przeleciał,
By w niej nie widzieć pustki i rozdarcia.
Zaczęłam się mścić za niego — on wraca.
Zemsta bez celu jest i bez przyczyny —
A już jest rzeczą zaczętą. Więc znowu
Do mego serca miłości nieczystej
Wraca gorący wąż na dawne miejsce,
I na wystygłe miejsce znów powraca.
Trzeba więc wszystko rozpocząć na nowo
I nigdy nie być pewną końca, nigdy!
Lech, Ślaz w zbroi, wniesiony na rękach rycerzy, Sygoń.
SYGOŃ
Salmon! niech żyje Salmon!
LECH
O! Gwinona!
Witajże ty go — przynieście puchary.
Kto dziś nie pije, z tym ja dojdę ładu. —
Jakżeś, Salmonie mój, uniknął śmierci?
ŚLAZ
Zaraz opowiem, tylko mnie postawcie
Na moje nogi, na me własne nogi.
Tak, jestem Salmon, Salmon bez wątpienia,
Zaczarowany Salmon, lepszy Salmon
Niż tamten Salmon niezaczarowany;
Jestem Salmona dusza w innym ciele.
LECH
Odsłońże hełmu, niechaj cię zobaczę.
ŚLAZ
O ba! — mój także hełm zaczarowany,
Jakem się zamknął w nim, tak dotąd siedzę...
Przeklęta klatka!
LECH
Co mówisz?
ŚLAZ
Niech zginę,
Jeżeli kłamię. Nie ja w hełmie chodzę,
Ale hełm ze mną włóczy się po świecie
I będzie trzymał, aż mu się spodoba
Uwolnić moją głowę, aby jadła.
Ten hełm jeść nie chce i ust nie otwiera;
Przeklęta, diabła machina, panowie,
Na ogłodzenie człowieka.
GWINONA
Rycerze!
Zrąbcie mu głowę z karku, to nie Salmon.
ŚLAZ
Przysięgam! mości panowie, ja Salmon.
GWINONA
Salmon zabity był wczora.
ŚLAZ
Ja wczora
Byłem zabity, do śmierci zabity. —
Nie dobywajcie mieczów, mospanowie,
Bo jak mnie teraz zabijecie, to już
Gotówem60 nigdy nie żyć. Zabijanie
To na raz sztuka; raz mi się udało,
Drugi raz może mi się już nie uda
Chodzić po śmierci.
LECH
Cóż więc? jesteś duchem.
ŚLAZ
Schowajcie miecze, a powiem, czym jestem.
LECH
Jeśliś nie Salmon, to śmierć!
ŚLAZ
Jestem Salmon.
LECH
Więc mów jak Salmon.
ŚLAZ
Otóż to jest sztuka
Mówić jak Salmon zaczarowanemu.
LECH
Któż to na ciebie rzucił takie czary?
ŚLAZ
Kto? Wczoraj martwy leżałem na polu;
Wtem jakaś wiedźma, co paliła trupy,
Przyszła i wzięła mnie za nogi — to nic,
Ja byłem martwy, nie mówiłem słowa —
Aż mnie ta straszna olbrzymka, dlatego
Że byłem martwy, chciała rzucić w ogień;
Więc ja zacząłem krzyczeć... więc ta wiedźma
Puściła moje nogi — więc ja wstałem —
Więc ona gniewna, że ja nie umarłem,
Zaczarowała mnie: wyjęła oczy
I dała inne oczy na pamiątkę,
Oczy wydarte z kota, szare, kocie,
Przez które zaraz zobaczyłem w nocy,
Że mi już także nosa odmieniła,
I bocianowi wziąwszy dziób, przypięła
Do mojej twarzy, pomiędzy oczyma;
Więc zaraz, wstydząc się takiego nosa,
Spuściłem na nos przyłbicę — więc potem
Chciałem odemknąć, aż moja przyłbica
Nie chciała; i tak — szlachetni rycerze,
Jeżeli teraz chcecie się przekonać,
Jak ja okropnie jestem odmieniony
Czarami wiedźmy tej, to z łaski waszej
Przyłbicę mi tę otwórzcie.
GWINONA
otwierając hełm Ślaza
O nieba!
ŚLAZ
No, cóż? i jakże wy mnie znajdujecie?
GWINONA
Straszydło chude!
ŚLAZ
Co chude, to chude!
Mój pan już na mnie został anatomem.
GWINONA
O jakim panu ty mówisz?
ŚLAZ
O jakim?
O Panu Bogu.
LECH
Ale ci ta wiedźma
Mężnego serca nie zaczarowała?
ŚLAZ
Serca? To byłoby już bez potrzeby
Czarować serce; i cóż? — czy nie dosyć
Takiego nosa?
LECH
Tyś był najpiękniejszy
Z moich rycerzy, dziś brzydki straszliwie.
ŚLAZ
Tylko mi dajcie jeść, a obaczycie,
Że jak utyję, to nie będę szpetnym.
LECH
Oby ci pierwszą Bóg przywrócił postać.
Wychodzą wszyscy prócz Gwinony.
GWINONA
To jakiś oszust w Salmona zbroicy.
O! jak rycerze są ci łatwowierni!
Najmniejsze kłamstwo, a już ich oszuka;
A choć szychową nić61 zobaczą, nie chcą
Wyciągnąć kłębka; jedni przez lenistwo,
Drudzy widzący w tym może pożytek,
Albo zabawę; i tak oszukani
Potem przez dobroć rosnąć pozwalają
Fałszu krzewinie, wstydząc się za ludzi,
Którzy się wstydzić powinni. O! głupi
Lud z rąk rycerskich i z głów niemyślących;
Któremu chciałabym wlać moją twardość,
Inaczej... pierwsza burza — a już po nich.
Pokażę im myśl skierowaną wiecznie
Jako sztyletu ostrze w serce wroga;
Pokażę, co to jest kobieca wola,
Jaka głuchota na postronne jęki,
Jakie wlepienie oczu w samo łono
Raz przedsięwziętej rzeczy być powinno.
Jeśli niczego nie nauczę — biada!
Wychodzi.