SCENA II

Sala w zamku Lecha. Lech i Sygoń.

LECH

Więc ty widziałeś, jak mój Salmon zginął?

Opowiedz jego śmierć.

SYGOŃ

Kiedy się, Lechu,

Za ostatnimi Wenedy52 puściłeś

Na czarnym koniu, Salmon twój kochany,

Ujrzawszy wzgórze, na którym dwunastu

Stało Derwidów, z harfami złotymi,

Tak, że z tych starców i z harf pagórkowi

Była korona, rzucił się z dobytym

Mieczem na owo wzgórze Salmon młody

I nie znajdując żadnego oporu,

Króla Derwida wziął za siwą brodę

I ciągnął z tronu kamiennego gwałtem.

Gdy oto nagle — harf złotych dwanaście,

Jako dwanaście siekier podniesionych,

Na hełm Salmona spadło... a jam słyszał

Jęk tego hełmu i jęk harf dwunastu...

Przybiegłem... wzgórze całe było puste,

A na nim leżał cicho trup Salmona.

LECH

Na Boga! Każda z tych harf mi odpowie

Życiem za życie mojego rycerza.

SYGOŃ

Już się królowa zemściła na królu.

LECH

I cóż?

SYGOŃ

Kazała mu wyłupić oczy.

LECH

Na Boga! Mała kara, mała kara!

Psy! psy! psy! — zabić harfami rycerza.

Chciałbym ten kielich cały krwią napełnić...

Rycerz rozbity jak garnek, nie bronią,

Ale harfami! — pfu! — zgroza. Sygonie,

Gdyby mi kiedy taka śmierć groziła,

Utnij mi głowę, zrąb mi głowę z karku.

Wchodzi LILLA WENEDA.

Cóż to za biała jakaś Wenedzianka?

SYGOŃ

Córka starego króla.

LECH

Tego starca,

Który mi zabił Salmona?

SYGOŃ

Tak, panie.

LECH

Czegoż ode mnie ona chce?

LILLA WENEDA

Litości.

LECH

Właśnie mi teraz z litości wystygło

Serce; twój ojciec jest mi jak wąż sprośny.

Młodocianego mi zabił rycerza.

LILLA WENEDA

Więc nie litośny bądź, lecz sprawiedliwy.

Ty ojcu memu zabiłeś tysiące

Młodych rycerzy i przyjacioł starych;

A żona twoja mu nie zostawiła

Oczu, by płakał nad swoją niedolą.

Wyście mu wszystko wydarli! Ach, wszystko!

Nawet pociechę, którą ma płaczący,

Przez ołzawione oczy widzieć niebo

Lub twarz człowieka, który nad nim płacze,

Lub lice córki, co chce być wesołą

I twarz umila nadziei promieniem.

O! panie, wszystkoście mu już wydarli!

Wszystko, prócz serca córki nieszczęśliwej.

Idź, Lechu — obacz go — a będziesz płakał!

Idź, Lechu! — on tam na twoim dziedzińcu

Za siwe, święte włosy przywiązany —

Głodny mój ojciec! cierpiący mój ojciec!

Idź, Lechu! obacz, co oni zrobili

Z moim nieszczęsnym ojcem — ty masz oczy:

Więc idź i obacz... a jeśli ty, Lechu,

Na taki widok nie będziesz litośnym,

To chyba jesteś, Lechu, nie człowiekiem.

LECH

Sygonie, moja Gwinona się biesi,

Ona tu miarę przebrała.

LILLA WENEDA

O! panie,

Ona tam teraz przed wiszącym starcem

Do okrucieństwa zaprawia twe dzieci,

Ojca mojego im nazywa królem,

A to maleństwo za matką świegoce:

«Król, król» i w mego ojca oczy puste

Niegodziwymi rzuca kamyczkami.

O! idź ty, Lechu, i obacz tę zgrozę!

O! idź ty, Lechu, i skarż tę kobietę!

Ona ci psuje, Lechu, twoje dziatki,

Z tych dziatek będą potem królobójce,

Ty będziesz się bał, gdy cię nazwą królem.

Tak jak zwą dzisiaj ojca mego królem;

«Król, król», jak kawki świegocą. O! Lechu,

Idź sam i obacz...

LECH

Wszak nie ma w tym grzechu,

Sygonie, mojej miłej podciąć skrzydeł...

Wychodzą.

LILLA WENEDA

On mi uwolni ojca z rąk straszydeł...

Wychodzi.