SCENA III

Dziedziniec zamkowy. Na jednej z bocznych ścian widać cień przywiązanego Derwida do gałęzi dębu. — Na przedzie sceny Gwinona, Krak i Arfon.

KRAK

Mamo, ja nie chcę więcej tego starca

Bić kamykami. On się już nie rusza.

GWINONA

Krak, jak wyrośniesz, będzie z ciebie baba.

KRAK

Nie, mój braciszek Arfon będzie babą,

A ja rycerzem sławnym jak mój papa.

GWINONA

Chcesz być rycerzem? A kiedym kazała

Wziąść53 łuk i trafić w serce tego starca,

To skowytałeś jak psiątko: — «Nie mamo,

Nie, ja żałuję dobrego staruszka».

Wstydź się, czyżykiem jesteś, nie chłopakiem.

KRAK

Cóż ten staruszek zrobił tobie, Gwina?

GWINONA

Co? nie pamiętasz już, Kraku, Salmona?

Salmona, co cię nieraz na rumaku

Sadzał i uczył harcować... ten stary

Zabił Salmona, Salmon już nie wróci.

KRAK

Ten stary zabił Salmona?

GWINONA

A widzisz?

Już rączki ściskasz w kułak54, jużeś55 gniewny...

Arfonie, daj łuk braciszkowi — daj mu.

On lepiej strzela niż ty.

ARFON

Ja sam trafię.

GWINONA

Idź, baw się z harfą, daj łuk braciszkowi.

dając Krakowi łuk

Na56, i mierz w serce, w serce — wiesz, gdzie serce?

KRAK

Wiem, mamo, bo mi teraz głośno puka.

Mierzy z łuku w stronę, gdzie się znajduje męczony Derwid... Wchodzi Lech, Sygoń i Lilla Weneda.

LILLA WENEDA

O! widzisz, panie, chcą mi zabić ojca.

LECH

Gwinona, każ mu spuścić łuk, na Boga!

Bo go tu zetnę szablą jak makówkę.

Cóż to?... czy ojciec jest tu u was niczym?

Spuść łuk! bo łebek ci ukręcę — spuść łuk!

GWINONA

Spuść łuk, mój Kraku, papa tobie każe. —

Cóż to tak gniewny, mój człowieku? cóż to?

LECH

Mam się nie gniewać? ja mam się nie gniewać,

Kiedy tu widzę moje własne dzieci

Urągające z niedoli królewskiej,

Jedzące mięso jak orlątka młode?

Cóż to? Czy moje dzieci są chowane

Jak psy rzeźnika? — precz mi stąd, szczeniaki!

Dzieci odchodzą.

Gwinona, dosyć już tych okropności.

Każ tego starca odwiązać.

GWINONA

Ty panem,

Każ go odwiązać.

LECH

Cóż to? jużeś gniewna?

GWINONA

O! dzień przeklęty, kiedym ja się dała

Uwieść przez ciebie z islandzkiego brzegu,

Abym tu była teraz niewolnicą

Twojego gniewu i niestałej żądzy.

Lepiej mi było morze rozhukane

Poślubić albo wulkan płomienisty,

Lub zostać Niksów57 albo Farfadetów58

Małżonką: lepiej, o! lepiej sto razy,

Niż teraz za mym ubogim rycerzem

Przez świat wędrować i znosić obelgi,

I nie być pewną dnia, że mąż mię kocha.

Bo jakże kocha mnie ten lew ryczący?

Serce mi ciągle gryząc albo głaszcząc

Dłonią żelazną — jakże mi pochlebia?

Z rana pochlebia, a wieczorem karci.

Jakże mi wierną miłość wynagradza?

Co mi da z rana, odbierze wieczorem;

Tak, że ja nie wiem, żoną ja czy sługą

Jestem u niego? miłą mu czy gorżką?

Szlachetną w jego myśli? albo podłą?

O! jeśli tak ma być zawsze, o! Lechu!

To mię odegnaj i ja pójdę bosa

W te ciemne lasy wilkom i niedźwiedziom

Pochlebiać, łasić się, prosić o litość. —

Wstydzisz się; nic mi już nie odpowiadasz?

Bo ty szlachetny i wiesz, że ja mam słuszność.

Dzisiaj mi dałeś w moc tego Derwida,

Pierwszy raz rzekłam: «On mi przecież ufa!»

A teraz muszę znów wyjść z omamienia.

Chodźcie tu wszyscy! patrzcie, jak Lech rycerz

Żonie danego dotrzymuje słowa.

Ja w słowie jego zaufana święcie

Na jego słowo dałam moje słowo:

Teraz on swoje święte słowo łamie;

A ja się muszę oszkalować sama

I zaprzysiężeń moich nie dotrzymać...

Chodź tu, dziewczyno! wyzwałaś mnie dzisiaj

Na zakład, że trzy razy ojca twego

Wyrwiesz od śmierci — a ja ci przyrzekłam,

Że twego ojca oddam ci, jeżeli

Trzy razy śmierci go wyrwiesz okropnej.

O! łatwo zakład ci wygrać z królową,

O której honor nie dba mąż i rycerz.

Ciesz się więc. — A ty, Lechu, tej dzieweczki

Zdrowie pić będziesz moją krwią — ty znasz mnie!

Islandzką jestem królewną, pamiętaj!

Do obelg takich nieprzyzwyczajona.

Chce odchodzić.

LECH

Stój!

GWINONA

Idę z wieży się rzucić.

LECH

Kobieto!

GWINONA

Jak mnie nie będzie, każesz z moich włosów

Porobić struny do twej harfy złotej

I starzec ci ten będzie o mej śmierci

Grał — albo wicher islandzki przyleci

Z ojczystej mojej ziemi i na strunach

Położy usta przekleństwem wyjące.

LECH

Zanadto jesteś teraz rozżalona,

Mówić nie można z tobą.

Chce odchodzić.

LILLA WENEDA

zatrzymując go

O! mój panie.

LECH

Czego ode mnie chce ta wiedźma? wszyscy

Przeciwko mnie są.

LILLA WENEDA

Więc mój ojciec skona?

LECH

Twój ojciec na śmierć zasłużył sto razy.

Niechaj rycerze go dokończą — i niech

Więcej nie słyszę o nim.

LILLA WENEDA

Ach! okrutny!

Słuchajże teraz mnie, straszny człowieku!

Słuchajże teraz mnie, ty pani krwawa!

Ja tu wynajdę, aby wam nakarmić

Zemsty łaknące serca, taki sposób,

Taką wam straszną rzecz wynajdę myślą,

Taką rzecz powiem, że wy struchlejecie

Na samą pierwszą myśl tej okropności.

Słuchajcie tylko! słuchajcie! Ten starzec

Ma dzieci — dzieci te u was w niewoli,

Dwóch macie synów tego starca w rękach:

Otóż wybierzcie z nich którego losem,

Dajcie mu w ręce topór wyostrzony,

Niech o sto kroków stanie i toporem

Rzuci na ojca — co? czy pozwalacie?

GWINONA

Przywieść tu jeńców.

LILLA WENEDA

Lecz, królu! lecz, królu!

Jeżeli brat mój, rzuciwszy toporem

Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:

O! patrzaj... ten włos, co tak przezroczysty

Jak blady gwiazdy błękitnej ogonek,

Pomiędzy drzewem a starego głową:

Jeżeli ten włos tylko mu ustrzyże,

To więźnie będą wolni — czy przyrzekasz?

LECH

Ów, co rzecz taką zrobi, będzie wolnym.

LILLA WENEDA

Oba?

LECH

Tak, oba...

LILLA WENEDA

I mój ojciec?

GWINONA

Ojciec

Do mnie należy — zbaw go tak trzy razy,

A będzie wolnym.

LILLA WENEDA

Ach! czyliż nie dosyć

Raz tylko ojca tak zbawić, królowo?

Wchodzi Lelum i Polelum. Oba łańcuchem złączeni, tak że prawa pierwszego ręka do lewej ręki Polelum przykuta.

GWINONA

Otoż są więźnie; mów, czy się podejmą?

Ty, siostra, srogi targ zrobiłaś za nich.

LILLA WENEDA

O! mówcie do nich wy... ja cała drżąca.

LECH

Jest wieść, że celnie rzucacie toporem.

Jeśli z was który o sto kroków rzuci

Topór na ojca i tak weń wymierzy,

Że wiszącemu na drzewie za włosy

Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:

To będzie wolny razem ze swym bratem.

LILLA WENEDA

Nie zechcą! oni nie zechcą! — Polelum

Jedyny to jest dla ojca ratunek,

Ojciec, na drzewie powieszony, skona,

Jeść mu nie dano ani pić — on skona!

On was nie widzi — wydarto mu oczy.

Jeżeli topór mu roztrzaska głowę,

Nie będzie widział, że to syn tak rzucił.

On śmierci swojej przed śmiercią nie ujrzy,

Jeżeli umrze... o śmierć nielitośną

Swego własnego syna nie posądzi..

Polelum... topór weź. Ojciec nie widzi.

Weź, tylko śmiało.

POLELUM

Daj.

LILLA WENEDA

Ale go nie rań.

POLELUM

I cóż mam robić?

LECH

Psie! ty godzisz we mnie.

POLELUM

Mówisz, że trzeba godzić w mego ojca?

LECH

Zgnijesz w kajdanach, jeśli nie posłuchasz.

Polelum rzuca topór na ziemię.

LELUM

Bracie, na próżno targasz się w łańcuchu,

Niewolnikami jesteśmy, Polelum.

Pomyśl — ty dobrze władasz tym żelazem.

Gdyby nie serce w tobie, to byś trafił;

Więc zatruj serce na chwilę i pomyśl,

Że to nie w ojca włos uderzyć trzeba,

Lecz w łona ludzi tych, co będą czuli

Hańbę ze swego zwycięstwa nad nami...

Polelum! Podnieś ten topór okropny;

Przykuty do mnie za twą lewą rękę

Tyś niewolnikiem mojej ręki prawej.

Ty cały jesteś moją ręką prawą:

Ty będziesz rzucał, a ja będę cierpiał. —

Mamyż na wieki i my, i nasz ojciec

Już pokonani być dolą i nigdy,

Nigdy tym krwawym ludziom nie pokazać,

Co wreszcie59 może rozpacz niewolnika?

Polelum! zemsty! — Ja skonam w więzieniu...

Mnie trzeba słońca... tobie zemsty trzeba.

Ach! bądź odważny.

POLELUM

O! bogi piekielne!

Z jednej mi strony brat cierpiący kona —

Tam ojciec nędzny — tu mi dają topór —

Co robić?

LILLA WENEDA

O! mój Polelum! o bracie!

Zbawisz nas wszystkich.

POLELUM

Daj topór. O! Boże!

Odwróćcie oczy, abym ja nie widział

Na waszych bladych twarzach przerażenia. —

Więc trzeba włosy te odciąć — te włosy —

Te siwe włosy? — Nie patrzcie wy na mnie,

Bo mi się oczy łzami ćmią. Okropnie!

Czy wy jesteście pewni, że mnie ojciec

Nie widzi? — tylko czy jesteście pewni?

LILLA WENEDA

On ma wydarte oczy.

POLELUM

Przez błyśnięcie

Mego topora utraciłby oczy,

Gdyby mu ludzie oczu nie wydarli.

Ach, dosyć było taką rzecz wymyśleć,

A starzec by sam sobie wydarł oczy,

Aby nie patrzał na zabójcę syna.

O! do czegóż ty przyprowadzasz, Boże,

Człeka, co stracił ojczyznę! — O! patrzcie,

Ażeby teraz wyratować brata

Muszę być ojca mego męczennikiem.

Siostra mnie własna o zabójstwo prosi,

Ludzie z boleści mojej urągają.

O! przyjdź, godzino zemsty albo śmierci!

GWINONA

Cóż to, więc nie masz odwagi?

POLELUM

Bezczelna!

Ja się odwagi mojej własnej boję. —

Prowadźcie mnie tam, skąd mam rzucać topór.

O tym ciśnięciu straszliwym Weneda

Będzie wam śnić się...

Prowadzą okutych razem braci na metę rzutu — zasłona spada.

CHÓR DWUNASTU HARFIARZY

Niestety! niestety!

Gdzie sprawiedliwość boska? Gdzie pioruny?

Syn na własnego ojca topór rzuca,

Niebo się całe ćmi krwawymi łuny,

Błyskawicowych chmur rzygnęły płuca

Piorunów deszcz okropny... świat się wzdryga!

Cóż będzie, jeśli topór w czaszce jęknie?

Topór, co w drżącej ręce syna miga:

O! synu! serce twe z boleści pęknie,

O! córko, ojca twego krew cię splami!

O! biada wam! o! biada, niewolnicy!

Mięsza się wasza krew z waszymi łzami,

Serca dajecie krew pod dziób orlicy,

Ona wyścieła gniazdo waszymi włosami.

O! niewolnicy!

Zemsta! zemsta! dopóki serce bije, zemsta!