SCENA I

Ogród. — Noc — Wśród drzew i kwiatów widać pałac Holy Rood i kaplicę Krzyża. Okna pałacu oświecono wewnątrz. Księżyc świeci.

BOTWEL

sam.

Zatrzymał mnie ten starzec nad przepaścią zgonu,

On marzył — a jam płocho marzeniom zawierzył.

Nie żyć, albo być królem — dotąd już bym nie żył!

Czyliż się na krok jeden zbliżyłem do tronu?

Jestem, czym byłem — marnym łudzę się pozorem.

Może ja nadto prędko chcę stanąć u celu?

Ranne przepowiedzenie chcę sprawdzić wieczorem,

Dziś wcześnie — jutro będziesz na tronie, Botwelu.

Gwiazdo, z tobą związane przeznaczenie moje,

Lecz twój blask nadto słabo mej drodze przyświeca.

Może krew na tej drodze, świeć — krwi się nie boję.

Oto świętego Krzyża posępna kaplica,

I kiedyż się w niej będą modlić za mnie? Może

Wtenczas, gdy usnę w grobie, lub kiedy na tronie

W purpurę królów skryję zakrwawione dłonie,

Wtenczas modlić się będą? Oto na tym dworze

Tłum zalotników pełen nadziei, zapału,

Ja — jak nędzarz u progu... okna oświecone,

Cień się jakiś przesuwa po szybach kryształu,

Tak — to ona — królowa! Poznałem koronę...

Bliżej! Bliżej — o nieba! Już mi sił nie stanie17.

W oczach się snują dziwne gorączki kolory.

Gdyby mnie jaki człowiek obaczył w tym stanie,

Rzekłby z gorzką litością: Botwelu! Tyś chory!

Idź do szpitala! Słuchaj! Ty jesteś szalony!