SCENA I
Pokoje królowej. MARIA, BOTWEL.
MARIA
Dziś jestem spokojniejszą, czystych modlitw władza
Usypia wszystkie troski i uśmierza bole;
Czas, cierpliwość najsroższe rany ułagadza.
Wszystko znieść można.
BOTWEL
Wszystko?
MARIA
Troski i niedolę...
BOTWEL
I wzgardę?
MARIA
Dosyć! Dosyć zniosłam na kobietę!
Jestem na tronie, ale z sercem zakrwawionem.
BOTWEL
O Mario! ty się nadto łudzisz blaskiem, tronem.
Ten tron, to proste deski szkarłatem przykryte;
Już zeń zdjęto szkarłaty, zasłano całuny;
Obejrzyj się, na tronie nie dostaje24 truny25.
Widziałem w kraju Franków, gdy król wielki skona,
Postać jemu podobną wnet z wosku utworzą,
Przykryją szkarłatami, na mary położą;
Dziwnie od martwej twarzy odbija korona;
Przeraża ludzi wstrętem ta postać woskowa,
Ustrojona w klejnoty, przy trumny żałobie;
Nie obrażaj się, Mario, lecz Szkotów królowa
Podobna do tej maski leżącej na grobie.
MARIA
Cóż uczynię?
BOTWEL
Ha! Módl się! Przebaczaj!
MARIA
Przebaczyć!
Komu przebaczyć?
BOTWEL
Wszystkim.
MARIA
Chciej mi wytłumaczyć!
BOTWEL
się żegna.
Czego się żegnasz?
BOTWEL
Pani! Odmawiam pacierze,
Słyszę dzwon po umarłym.
MARIA
Co? Dzwon, po kim dzwony?
BOTWEL
Po śmierci Rizzia.
MARIA
Boleść zaledwo uśmierzę,
I modlitwą zagłuszę jęk w piersiach tłumiony,
Szatan budzi mnie ze snu.
BOTWEL
patrząc przez okno.
Patrz, pani! Tam z dala
Snuje się tłum pogrzebu, idą czarne cugi,
Płatna wymowa cnoty zmarłego wychwala;
A za trumną przyjaciół orszak smutny, długi,
Ale ten najwierniejszy, który w trumnie zaśnie.
Każdy, z domu wychodząc, trzymał świecę jasną,
Połowa już pogasła, inne teraz gasną.
Patrz! Jedna jeszcze miga — i ta wkrótce zgaśnie;
Na chwilę mu ciemnego grobu nie oświecą,
I pamięć ich zagasa z tą gasnącą świecą.
Śpij. Rizzio, wszyscy, wszyscy ciebie zapomnieli!
Czyż nie dosyć? Zmówili wieczne odpocznienie.
MARIA
Słuchaj! Słuchaj! Kobieta na cóż się ośmieli?
Patrz, Botwelu! Ten obraz wiszący na ścienie26,
Jak w nim dobrze trafiona blada twarz Henryka,
Ściga za mną oczyma... Nie zniosę tej twarzy!
Patrz! za mną się obraca, wzrokiem mnie przenika.
O! Ten wzrok! Nie jest dziełem ludzi i malarzy,
Na obraz szatan przeniósł myśl moją, sumienie,
I serce moje dręczy boleścią okrutną.
BOTWEL
Cha! cha! Więc ci niemiłe Darnleja spojrzenie?
Można obraz zasłonić.
MARIA
Nie — rozedrzyj płótno!
Rozedrzyj je sztyletem — na co te obrazy?
Ja go mam w sercu.
BOTWEL
Pani! Spełnię twe rozkazy,
Czy będziesz spokojniejszą?
MARIA
niecierpliwie.
Spełnisz moje chęci?
Co wyrzekłeś?
BOTWEL
Tak, zniszczę ten obraz Darnleja.
MARTA
z przytłumionym westchnieniem.
Obraz!
BOTWEL
Tak chciałaś?
MARIA
Prawda, wyszło mi z pamięci,
Chciałam zgonu obrazu.
Na stronie.
Zniknęła nadzieja!
On mnie nie pojmie, ja się wyrzec nie ośmielę.
BOTWEL
Pani! Więc dziś się z tobą na wieki rozdzielę,
Przyszedłem cię pożegnać.
MARIA
z rozpaczą.
Co mówisz? Mój drogi!
Dla nieszczęśliwej cios to nazbyt! nazbyt srogi!
Nie wytrzymam!
BOTWEL
O pani! Mam zostać przy tobie?
Każesz mi zostać? Jesteś królową, masz władzę.
Dziś więc grób mój przy Rizzia każę kopać grobie,
Przeciw sztyletom słaba obrona w odwadze.
MARIA
Ty mi serce rozdzierasz — piekło teraz we mnie!
Zemścić się! Zemścić! Cóż mi teraz pozostaje?
Zemścij się!
BOTWEL
Nad Duglasem mścić się! To daremnie,
Duglas z Lindsajem oba uszli w obce kraje.
MARIA
Idź! Szukaj ich! Nie, zostań! Zostań tu! Miej litość!
Chciej mnie zrozumieć! Bbłagam! Czyliż duszy skrytość
Mam wyjawić słowami? Choć wiem, że ta mowa
Sumienie mi obarczy, z echem nie upłynie.
Powinien zginąć!
BOTWEL
Kto?
MARIA
długo pasując się z sobą.
On!
BOTWEL
Kto?
MARIA
Król!
BOTWEL
Zginie!
MARIA
O! Ty jesteś jak echo, powtarzasz me słowa,
Ja chciałabym, ażeby bez echa skonały.
Lecz tak, już przeważyłam jednę stronę szali,
Tak, już się pierwsze węzły skrytości przerwały,
Dalej! Dalej iść trzeba, idę dalej! Dalej!
Nie wiem, gdzie zajdę? Słuchaj! Jesteś taki blady,
Jakbyś mi chciał wyrzucać?
BOTWEL
Królowo! Ja zbladłem?
To może dawnych cierpień pozostały ślady.
MARIA
Botwelu! Niech twe czoło nie będzie zwierciadłem,
W którym czarność mych zbrodni czytam z przerażeniem
Mamże twe świetne myśli przykryć zbrodni cieniem?
Zapomnij słów niebacznych! Ja marzyłam we śnie;
Zapomnij o snach moich! Nie zwierz ich nikomu!
BOTWEL
Królowo! On dziś zginie.
MARIA
z przerażeniem.
Dziś? To nadto wcześnie!
BOTWEL
Gdzie Henryk?
MARIA
Niedaleko, w małym wiejskim domu.
Mówią, że chory.
BOTWEL
Chory?... Chory umrzeć może.
Nie lękaj się, dziś Henryk pod sztyletem skona,
Oddalę podejrzenie, chorobą się złożę27.
Lecz dopomóc mi trzeba. Jako wierna żona
Powinnaś go odwiedzić jeszcze dziś z wieczora,
Dasz mu w lekarstwie napój, co go uśpi w nocy.
MARIA
O! To, czego ty żądasz, nie jest w mojej mocy:
Ja mam go widzieć dzisiaj? Widziałam go wczora,
Jutro mam widzieć trupem — widzieć dziś nie mogę!
BOTWEL
Odwiedź go — zniszczysz wszelkie podejrzenia, trwogę,
Bez tego spać nie będzie, uchroni się zgonu.
MARIA
Daj więc! daj mi ten napój — zejdę z mego tronu,
I przez tę noc straszliwą żaden z mych poddanych
Nie będzie równie podłym i występnym.
BOTWEL
wyjmuje truciznę, którą pokazywał u astrologa.
Pani!
Oto napój wyjęty z ziół mi dobrze znanych.
Niech Henryk spełni do dna, choć może smak zgani.
Sen dla chorego w bolach wielką jest przysługą.
MARIA
Więc Henryk gdy wypije?
BOTWEL
Zaśnie...
MARIA
Na jak długo?
BOTWEL
Nie wiem...
Odwracając się.
Skoro napoju użyje królowa,
Mój sztylet niepotrzebny.
Do Marii.
Królowo! Bądź zdrowa!
Odchodzi.
MARIA
sama.
Uważałam go pilnie, przez rysy oblicza
Chciałam czytać aż w sercu, odkryć by cień zdrady.
Smutny był? Twarz Botwela zawsze tajemnicza;
Blady był? Wszak on zawsze posępny i blady.
Nie, to nie jest trucizna; i któż się nie wzruszy,
Powierzając kochance narzędzie otrucia?
Chybaby nie miał w sercu żadnej iskry czucia?
Chybabym okiem duszy nie czytała w duszy?
Odchodzi.