SCENA IV

HENRYK, NICK.

HENRYK

O Mario! Mój aniele! Boże, dzięki tobie!

Nawróciłeś jej serce, kocha mnie tak szczerze.

NICK

Ty wierzysz, temu królu?

HENRYK

Tak jest, wierzę! Wierzę!

Rizzio jeden nas dzielił — Rizzio teraz w grobie.

Wszystko się odmieniło, już jestem szczęśliwy.

Czy widziałeś jej uśmiech? Uśmiech szczery, tkliwy;

Z pogodnym czołem przy niej zasiądę na tronie.

Ciesz się! Ciesz się, Duglasie! Zyskam przebaczenie,

Ja ciebie moim płaszczem królewskim osłonię.

Ciesz się, mój wierny Nicku! Zgasiłem sumienie,

Już nie o bladych widmach, lecz o szczęściu marzę;

Ciebie, Nicku, darami sowicie obdarzę,

Czapkę złotem napełnię, sprawię ubiór nowy.

NICK

Spraw mi żałobę.

HENRYK

Po kim masz chodzić w żałobie?

NICK

Spełń ten puchar. W nim znajdziesz lekarstwo królowej,

A wtenczas błazen wdzieje żałobę po tobie.

HENRYK

Precz! Precz! Jesteś podobny do piekielnej jędzy!

Podły i podejrzliwy, kąsasz, trujesz jadem.

Precz! Idź się błąkać, żebrać i umierać w nędzy!

Lecz nie, śmierć twoja będzie dla innych przykładem;

Obieraj rodzaj śmierci.

NICK

Trudno mi obierać,

Głupstwo jest wieczne, głupstwo nie może umierać,

Od wieków z nieprzerwanej wypływa osnowy.

Chciałbym skonać pod mieczem, ale kat zawoła:

Nicku! Gdzie twoja głowa? Wszak ty nie masz głowy,

Cha! cha! Nieprawdaż, królu, że to myśl wesoła

Nie mieć głowy. Więc węzeł założyć na szyję?

Lecz ja jestem tak lekki, sam wiatr mnie utrzyma;

Nie, ja wisieć nie mogę, dla mnie śmierci nie ma,

Chyba — to śmierć najleksza, ten puchar wypiję.

Żądasz więc mojej śmierci?

HENRYK

Precz, straszna poczwaro!

Nędzny! Takąż to wdzięczność niesiesz panu w darze?

Sumienie niech ci będzie zasłużoną karą.

Wyganiam cię ze dworu.

NICK

Ja sam się ukarzę.

Wypija prędko puchar nalany przez królową.

HENRYK

Co czynisz?

NICK

Nic, wypiłem królowej napoje;

Zasnę jak małe dziecko, będę miał sny miłe.

HENRYK

Zadrżałem mimowolnie, lecz czegóż się boję?

On tylko zaśnie.

NICK

Zasnę, gdy znajdę mogiłę!

I tej może odmówią.

Blednie, siada przy królu i głowę na dłoniach opiera.

Przed daleką drogą

Powrócę jeszcze myślą w rodziców mieszkanie.

Widzę tam, w końcu sioła, tę chatę ubogą,

Sczerniałe dymem ściany i obraz na ścianie;

A przy obrazie lampa, pies wrót chaty strzeże,

Nad chatą dąb spróchniałe podnosi konary.

O Boże! Widzę, widzę — tam mój ojciec stary

Na progu pług naprawia i mówi pacierze.

Oto matka ze łzami usiadła do przędzy,

Śpiewa pieśń jak przy mojej kołysce śpiewała.

O! któżby! Któż by sądził, że pod dachem nędzy

Urodzi się istota, co się będzie śmiała.

HENRYK

Pierwszy raz wpadasz, Nicku, w tak czarną tęsknotę;

Ty byłeś tak wesoły.

NICK

Tak, byłem tułaczem.

Któż by przyjął do domu płaczącą sierotę:

Panowie mogą smutek głosić jękiem, płaczem,

Nędzarz śmiać się potrafi — potrzebuje chleba.

HENRYK

Powiedz! Co ci jest, Nicku! Ten napój! O Boże!

Może jaki ratunek?

NICK

Już mi nic nie trzeba.

Słuchaj, królu! Z dzieciństwa chowany na dworze,

Służyłem za igraszkę — śmieli się dworzanie,

A ja widziałem wzgardę w ich śmiechu... Na Boga!

I ja też miałem serce! Tak jak pies u proga,

Jak twój pies się do ciebie przywiązałem, panie.

Wiedząc, jako śmiech rzadko królom towarzyszy,

Chciałem, ażeby zawsze towarzyszył tobie;

Teraz król już mojego głosu nie usłyszy,

Chyba się będzie jeszcze śmiał na moim grobie,

I dzwonki mu przypomną dzwony na pogrzebie.

HENRYK

On umiera! Królowo, okropna to zdrada!

Nicku! Nicku! I cóż mam uczynić dla ciebie?

Oczy twoje ściemniały i twarz śmiercią blada.

NICK

Królu! Zawieś na czapce kilka sztuk pieniędzy,

Odeślij ją rodzicom. Złotem się pocieszą,

Może pocieszą, może poratują w nędzy;

A czapkę w niskiej chacie na ścianie zawieszą,

I będzie im niekiedy przypominać syna;

Niech matka, przędąc pod nią, tę pieśń przypomina,

Którą niegdyś w kołysce śpiewała nade mną.

O Boże! Jak mi słabo — jak mi w oczach ciemno.

HENRYK

Nicku! Ty mnie rozczulasz! Patrz, łzy moje płyną.

NICK

Królu! Nigdy nie byłem łez twoich przyczyną,

Czemuż wesołość moja z życiem obumiera?

HENRYK

O nie śmiej się! Ten uśmiech smutny, wymuszony,

Do głębi mnie przenika, serce mi rozdziera.

Umierasz za mnie, wierny, wzgardą nagrodzony.

NICK

wesoło.

Nagródź mi. Wybierz czterech najuczeńszych ludzi,

Niech niosą trumnę błazna, niechaj głupstwo noszą;

A gdy się każdy dobrze ciężarem utrudzi,

Tylko ciężarem głupstwa — po kraju ogłoszą,

Że Nick umarły więcej waży niż Nick żywy.

Tyś się uśmiechnął, panie! o jakżem szczęśliwy!

Chciałem cię jeszcze widzieć z uśmiechem na twarzy.

Przebacz mi, panie, wszystko, zamykam powieki,

Już cię widzieć nie będę — tak mi się coś marzy,

Tak słabo...

HENRYK

Nicku!

NICK

Żegnam! Żegnam cię na wieki!

HENRYK

Przyjacielu mój! Synu!

NICK

podnosząc głowę, z obłąkaniem.

Synu! Któż mnie woła?

Czy to mój ojciec? — Próżno! Tak ciemno dokoła.

Już was widzieć nie mogę — muszę was porzucić!

Och! Zostawcie mi miejsce, przyjdę tam do chaty,

Odpocznę — ja myślałem zawsze do was wrócić.

O matko! Matko moja! Daj mi inne szaty,

Matko! Jak mi źle było na świecie. Och!

Pada u nóg króla i kona.

HENRYK

Skonał!...

To przyjaciel ostatni! Żono tkliwa, czuła,

Patrz! To twój senny napój tej zbrodni dokonał,

Tyś go otruła... myślisz, żeś męża otruła?

Nie, Henryk żyje, tylko został sam na ziemi,

Sam został — wszystko jedno, jakby zasnął w grobie.

Gdyś mnie pocałowała, piekło było w tobie,

Dlatego całowałaś ustami zimnymi...

Bierze lampę i oświeca nią twarz Nicka.

Zobaczę go raz jeszcze... Jak twarz jego zbladła!

Zsiniałe usta — twarde usłał sobie łoże.

O nieba! Iskra z lampy na twarz mu upadla,

Szalony! Ja ją gaszę — on jej czuć nie może,

Nic już nie czuje.... Skończył. Tu rozpacz daremna!

Trzeba się gdzie uchronić przed zdradą kobiety.

Ujść przed nią — gdzież uchodzić? Wokoło noc ciemna;

Może tu koło domu ukryte sztylety?

Czegóż się nie dopuszczą? Na co nie odważą?

Nie ma większej poczwary na ziemskim przestworzu.

Po chwili.

Zostanę tu! Obaczę, z jaką jutro twarzą

Przyjdzie szukać zmarłego męża na tym łożu.

A twarz jej uda bladość — może ubielona?

Może jęk jej usłyszę za drzwiami komnaty,

Pewna jest mojej śmierci, wprzód nim się przekona,

Czy ja umarłem, będzie płakać mojej straty.

Wtenczas ją jednym! Jednym spojrzeniem zabiję.

Stawia lampę u głów Nicka.

Więc Bóg czuwa nade mną i od śmierci strzeże.

Postawię przy nim lampę, całunem nakryję,

Będę nad zmarłym w nocy odmawiał pacierze.

Tak samotny przy zmarłym i w noc taką ciemną,

Sam jeden... Boże! Boże! Zmiłuj się nade mną.