SCENA VI
Pokój królowej, w głębi okno gotyckie. MARIA, PAŹ.
PAŹ
Zaraz przybędzie Rizzio.
MARIA
Czemuż nie przybywa?
On mi jeden pozostał z przyjaciół tak wielu
I wkrótce zginie.
PAŹ
Pani — tyś niesprawiedliwa,
Wspominając przyjaciół, wspomnij o Botwelu,
Paź nie śmie się przypomnieć, może nie ma prawa.
MARIA
Mój luby, ty dorastasz — rozdzielisz się ze mną,
Wachlarz na miecz zamienisz, powoła cię sława.
Któż mi wtenczas rozjaśni tę pustynię ciemną?
Botwel?... lecz ja Botwela nie znam. O! Mój drogi!
Ty płaczesz? Paziu! Paziu!
PAŹ
Dziecinne łzy ronię,
Daruj mi — ja myślałem, że w twojej obronie,
Na dworze pas pozyskam i złote ostrogi.
Nigdy mnie nie budziła ze snu myśl rozdziału;
Teraz pierwszy raz czuję, że nastąpić może.
Już mi pół rycerskiego odjęła zapału.
Lecz, wszak Botwel rycerzem? Przecież jest na dworze,
I mógłby jeszcze bliżej, bliżej być królowej.
MARIA
zamyślona, jak echo.
Botwel... tak... mógłby bliżej, bliżej być królowej.
PAŹ
Był jednak blisko wczora, kiedy w dworzan kole
Towarzyszył ci, pani, na królewskie łowy;
Tajemniczy miał smutek wyryty na czole.
Potem, gdy cały orszak siadł na strojne łodzie,
Botwel stanął przy sterze, twarz jego pobladła,
Patrzał w głębinie wody, jak gdyby w tej wodzie
Widział jakie straszliwe, dręczące widziadła;
I coraz się nachylał, drżałem, nigdy w świecie
Takiej myśli w człowieka nie widziałem twarzy;
I pojąć jej nie mogę — dotąd mi się marzy
Jak sen jaki okropny.
MARIA
O! Niewinne dziecię!
Ja łatwo ją pojmuję... dzika myśl szaleńca.
PAŹ
Królowo! Wiatr, co sprzyjał tej wodnej podróży,
Silniej w żaglach zaszumiał, i z twojego wieńca
Rozkwitłe w jasnych włosach zerwał kwiecie róży.
Kwiat padł na wodne fale i z falą upłynął,
Zbudził się Botwel, zadrżał i na sługi skinął,
Łódź mu podano... usiadł samotny do łodzi
I ścigał kwiat zerwany... śledziłem go długo,
Aż zniknął we mgle.
MARIA
niecierpliwie.
Odejdź! Odejdź, wierny sługo!
Lecz daj mi wachlarz, niechaj czoło mi ochłodzi...
Tak mi gorąco — odejdź! Jest to czas pacierzy.
Paź odchodzi.