SCENA III
AMELIA, ZBIGNIEW wchodzi zakapturzony, w księdza habicie
AMELIA
rzucając się ku niemu.
To anioł z obłoków.
Zbigniewie, jam poznała szelest twoich kroków!
To ty!
ZBIGNIEW
Precz! precz! — z daleka ode mnie.
AMELIA
Co słyszę?
To musi być kto inny.
ZBIGNIEW
odsłania twarz.
To ja.
AMELIA
Gniew kołysze
Twoją wiotką postacią jak znikomym cieniem.
I z czymże ty przyszedłeś do mnie?
ZBIGNIEW
Z potępieniem.
AMELIA
Za cóż ty mnie potępić chcesz? Ty cały drżący.
ZBIGNIEW
Przyszedłem cię potępić jak umierający,
I przekląć — i przed tobą trupem się położyć,
Lecz pierwej przekląć.
AMELIA
Skądże ci mnie biedną trwożyć!
Dlaczego ty przeklinać mnie masz? Wszak ty jeden
Nie masz prawa przeklinać.
ZBIGNIEW
O! Tu mi był Eden.
Oczy twe były dla mnie gwiazdami zbawienia,
Hymnem anielskim twoje tłumione westchnienia,
Twoja dusza połową mej duszy weselszą;
Nie mówiłem ci tego, pókiś była bielszą;
Teraz ty czarna, ciebie już słowa nie splamią,
Choćbym powiedział: kocham — oczy twoje kłamią,
Serce twoje jest brudne, usta twoje drżące
Zdają mi się tak na mnie oddychać gorące,
Że mi się czoło pali i więdnie. O! Matko,
Z daleka stój. Przyszedłem się na twoją gładką
Twarz zapatrzeć i ludzkiej piękności urągać.
Nie śmiej już po mnie żadnej przysięgi wyciągać,
Bo już nie mógłbym przysiądz, żeś nie jest fałszywą;
Chociaż ty mnie przysięgać nauczyłaś krzywo,
Ja ciebie teraz czegoś nawzajem nauczę.
Chodź tu, powiem na ucho. Utnij włosy krucze,
I powieś się, lub — słuchaj, zakryj twarz włosami,
Bo się nie płonisz.
AMELIA
Zbigniew!
ZBIGNIEW
Ty mnie raz już łzami
Oszukałaś, więc oszczędź sobie teraz mdłości,
O! Jak ja tę kobietę kochałem! — litości!
O! Jak ja tę kobietę kochałem!
AMELIA
Zbigniewie.
ZBIGNIEW
Kto by myślał, że ona nic o żądzach nie wie!
Ja sam myślałem, głupi! Teraz dobrze pomnę71.
Jakie mi ona nieraz uściski nieskromne,
Jakie gorące usta na czole mi kładła.
Drżę cały, kiedy myślę — i tego widziadła
Nie mogę teraz wygnać z pamięci, nie mogę!
Śmiała się ze mnie w duchu! Chodź, dam ci przestrogę:
Nie kochaj się ty nigdy w człowieku cnotliwym,
Bo to jest miłość długa i głupia, i żywym
Nie przystoi; lecz musi być wreszcie wyśmianą.
AMELIA
Jakżem się ja za niego modliła dziś rano!
ZBIGNIEW
Ty?
AMELIA
Czy wiesz ty, co do mnie mówiłeś, Zbigniewie?
ZBIGNIEW
Czy ty go bardzo kochasz?
AMELIA
Kogo?
ZBIGNIEW
O! Zarzewie
Piekielne! Ona pyta kto? — Wiesz! Twój kochany!
Wiesz, o! Ten podły... o! Ten tchórz, zamurowany.
Czy ty go bardzo kochasz? Mów! Mów! Klnę się duszą,
Że się rączęta twoje w moich rękach skruszą,
Jeśli nie powiesz — wyznaj, nie potrzeba szlochać,
Ty zamurowanego musisz bardzo kochać,
Bo ty myślisz, że się on poświęcił za ciebie?
Kłamstwo! Omdlał ze strachu, to tchórz, jak Bóg w niebie!
To tchórz, ze strachu omdleć musiała gadzina.
Ale gdy się obudził, to ciebie przeklina,
To pierś drze, i przeklina; ręce w piersiach broczy,
Ot i chciałby tę swoją krew ci rzucić w oczy,
Tu, gdzie te łzy po czystym migają lazurze.
On cię przeklina, ręce swe krwawi na murze,
Potem je niesie do ust z głodu i krew pije,
Ten człowiek teraz przekleństwami żyje.
Zamyśla się.
Ona go będzie wiecznie kochać umarłego...
To sęk, jak wydrzeć marę z pamięci... bez tego
Zemsta się jak skorpion własnym jadem chłoszcze.
Ze smutkiem i skargą.
Amelio! O Amelio! Chodź tu! Ja zazdroszczę
Tamtemu człowiekowi i zawiść mnie dręczy...
Amelio! Ja jęczałem, jak on teraz jęczy,
Jak on, patrzaj! Pogryzłem z bolu ręce obie,
Ja mu będę zazdrościł spokojności w grobie
Tak, jak teraz zazdroszczę męczarni i głodu...
Daj mi ten nóż... to serce chce zimnego lodu,
Obaczysz, jak ja umiem kochać, cierpieć, konać,
Daj nóż! Ja ciebie muszę, kobieto, przekonać,
Że gdybyś mnie kochała, to ja bym był godny
Nawet miłości wiecznej.
AMELIA
Stój! Nóż nadto chłodny,
Ja ci go moim sercem rozdartym ogrzeję;
O! Jak ten człowiek straszny! — serce we mnie mdleje.
Zbigniewie! Czy ty pewny, że tam był kto taki?
ZBIGNIEW
rzuca jej wachlarz
Patrz!
AMELIA
Wachlarz mojej matki.
ZBIGNIEW
Czytaj! Tam są znaki,
Po których ja poznałem, że był.
AMELIA
Chryste Panie!
Prowadź ty mnie, przed królem uczynię wyznanie.
Prowadź mnie! Ja niewinna, lecz tam człowiek kona.
Potem umrę ze wstydu i w twoje ramiona
Upadnę skonać. — Ty mnie uwierzysz niewinną.
O! Przed królem ujrzycie wy mnie teraz inną,
Ja was tam dobrze wszystkich i ciebie przekonam,
Ja wam opowiem wszystko, co wiem, potem skonam.
To może wy się przecie zmiękczycie litością.