SCENA IX

MAZEPA, ZBIGNIEW.

ZBIGNIEW

dobywając szabli.

Mości panie, do szabli.

MAZEPA

dobywa szabli.

Wiem, co się to znaczy.

ZBIGNIEW

Strzeż łba.

MAZEPA

Mości rotmistrzu, jestem syn kozaczy,

Bić się umiem, lecz wcale nie czuję ochoty

Tłuc ojca turkusówką w syna pancerz złoty;

Ani wojewodzica, co jak róża młody,

Zabiwszy, uciec z zamku koniem wojewody.

Wreszcie i to waćpanu w pokorności ducha

Wyznaję, że mnie teraz poruszyła skrucha,

Że się wstydzę tej w zamku odegranej roli;

Więc jeżeli szanowny pan Zbigniew pozwoli,

Ścisnąwszy się jak bracia, rozjedziemy w zgodzie.

Czar był jakiś w tym zamku, w księżycu, w ogrodzie,

Co mnie obłąkał, ogniem zapalił, miłością;

Czar trwa i mnie uniża teraz przed waszmością,

I szczerym mnie afektem ku niemu zapala.

Cóż mówisz na to Waszmość? Czy serce pozwala?

Czy od proponowanej jest dalekie zgody?

Wierzaj mi, wrzućmy nasze zatargi do wody

I bądźmy przyjaciółmi.

ZBIGNIEW

Drwisz? Czy jesteś tchórzem?

MAZEPA

Każdy swego honoru powinien być stróżem.

Zdaj to na mnie; potrafię zniżyć się bez szwanku.

ZBIGNIEW

Waść zmykałeś tej nocy.

MAZEPA

Księżyca kochanku

Czy pewny jesteś, że ja przed waścią umykał?

ZBIGNIEW

Mój Boże! Jak wąż z bolu pod żelazem ksykał,

Zdejm rękawiczkę, krwawe masz na ręku znamię.

MAZEPA

Pewnyż jesteś, że twoje żelazo i ramię

Temu winne, mospanie, że mam krew na ręce?

ZBIGNIEW

Wykręcasz mi się podle.

MAZEPA

Lecz się nie wykręcę.

Co? Oto moja ręka — tak, dalibóg krwawa,

Lecz nie waćpan ją zranił.

ZBIGNIEW

Ba! To rzecz ciekawa!

MAZEPA

Mospanie, jak nabierzesz znajomości świata,

Poznasz, że nieraz cześci albo krwi utrata

Potrzebną jest ut salvat57 miłe nam osoby.

Waćpan jeszcze przez żadne nie przeszedłeś próby,

A jednak w tym się właśnie waść znajdujesz razie,

Że nie tak na odwadze szumnej, na żelazie

Honor najdroższej tobie osoby spoczywa,

Jako na roztropności — to sztuka prawdziwa

Serce mieć pełne ognia, zimne jak lód lice,

I do grobowca z sobą zanieść tajemnicę.

ZBIGNIEW

Żadnych takich tajemnic nie mam do ukrycia.

MAZEPA

Więc może ja się mylę. — Każdy ma do picia

Kielich mniej więcej gorzki; a ja się lituję

Nad tym, co się codzienną męką serca truje.

Zdjął mnie smutek, gdym ujrzał w chmurach ciemnych losu

Dwie istoty cierpiące bez jęku, bez głosu,

Ciche, co mając serca od Chrystusa krwawsze

Mówią: niestety! Dodać zmuszeni: na zawsze!

Jestem dziecko; lecz takie widząc przeznaczenie,

Szczere i wielkie w sercu uczułem cierpienie

I litość — i poświęciłbym siebie.

ZBIGNIEW

Za kogo?

MAZEPA

To moja tajemnica.

ZBIGNIEW

Do szabli!

MAZEPA

Tak srogo?

ZBIGNIEW

Serce wydrę...

MAZEPA

Dlaczegóż pobladłeś jak chusta? —

Pewien mi pocałunek wiecznie zamknął usta.

ZBIGNIEW

Kłamiesz jak pies!

MAZEPA

Koniecznie?

ZBIGNIEW

Do szabli, mospanie!

MAZEPA

Ha! kochasz ją...

Biją się — Zbigniew końcem szabli rozdziera i wyrzuca listy królewskie, które paź był schował przy piersi.

ZBIGNIEW

Dostałeś.

MAZEPA

Waść lepiej dostanie.

Mazepa wytrąca pałasz z ręki Zbigniewowi i obala go na kolano.

ZBIGNIEW

Korzystaj z losu, przepędź mi sztychem przez kości.

MAZEPA

podnosząc go.

Zbigniewie! Proszę teraz drugi raz waszmości

O braterstwo i przyjaźń. Daj zemście spoczynek.

Użyłem słów wabiących gniew i pojedynek,

Abym poznał, czy wasze jest jednym z tych ludzi,

Który się w domu ojca szpiegowaniem trudzi,

I odejmuje pokój starca włosom siwym;

Czy waść jesteś szlachetnym, ale nieszczęśliwym.

O! tak, szczerze waszmości chcę być teraz bratem...

Zbigniew rzuca się w objęcia Mazepy.

Zbigniewie mój, z tym biednym kłócący się światem

Walką wrącego serca, mój drogi! Szlachetny!

Ty mi się podobałeś; ty w tym zamku, świetny

Jak rycerz dawnych czasów, ująłeś mi serce,

Słuchaj! Twój pożar jeszcze w maleńkiej iskierce,

A już cię strawił, już cię zwiędniałym uczynił.

Aniś ty jeszcze w niczym skalał się, przewinił,

W jej szafirowych oczach twoja bogobojność

Zostawiła anielskość dotąd i spokojność;

Lecz to nie potrwa wiecznie, to nie potrwa długo...

Wierzaj mi, ty być musisz twego losu sługą,

Bo nie możesz być panem; nie, to niepodobna.

Zostaw ją tu — jak róża kwiatami ozdobna

Niech się błyszczy i cicho na słońcu przekwita.

Lecz ty uciekaj! Ciebie już skrzydłami chwyta

Straszny duch ognia, tobie uciekać potrzeba.

Wierzaj mi, są miłoście bez gwiazd, Boga, nieba,

Te wkrótce zetrą serce na proch — tak go znudzą,

Tak splamią, tyle razy do niczego zbudzą,

Tyle razy w sen cichy ogłupienia wtrącą,

Że wreszcie źródło wspomnień na wieki zamącą —

To się i z tobą stanie. Jedź ze mną, Zbigniewie.

Jak dwa motyle w wichru kręcone powiewie,

Przelecimy przez okna otworzone dworu,

Gdzie gapie, a w kontuszach różnego koloru,

Jak ćmy głupie obsiadły starą Francuzicę.

Przewrócimy ten cały stary świat na nice58,

Brzękiem, śmiechem, szyderstwem napełnimy salę.

Jak mi serce zagaśnie, to je znów zapalę

Przy ogniu twego serca — a jak ogień boski

I w tobie zamrze — wtenczas żadne łzy i troski

Już nie wrócą, i będziem śpiewali victoria59.

Widzisz, moje kazanie gorzkie jak cykoria,

Wycisnęło ci z oczu łzy, drogi Zbigniewie...

I cóż?

ZBIGNIEW

Pojadę z tobą...

MAZEPA

Dziś przy wielkim drzewie

Koło karczmy zaczekam na cię do północy.

ZBIGNIEW

Nie tam — jedź inną drogą...

MAZEPA

Co? Czy tam Rakocy

Stoi z wojskiem?

ZBIGNIEW

Nie pytaj, bo mi wstyd wyjawić...

MAZEPA

Więc potrafię się w bliskim miasteczku zabawić

Grą w kości, choćby z jakim wojakiem ciemięgą.

ZBIGNIEW

Czekaj tu, ja ci każę klacz osiodłać tęgą,

Wtenczas wiatr nie doścignie.

MAZEPA

Idź, chłopaku szczery.

Zbigniew odchodzi.