ZMIANA II
Noc. Ogród nad stawem, księżyc świeci. Wchodzi LEON w głębokiem130 dumaniu.
LEON
To już ostatnia będzie schadzka nasza.
Ostatni raz czekam na nią.
Człowiek skarb serca rozprasza.
Każda chce mu zostać panią
Wieczną... a tego nie zgadnie,
Że gdy raz łatwo upadnie,
To później chyba pod kłódkę
Człowiek zamknie taką żonę.
Na to dzieciątko stracone,
Jak na małą nezabudkę131
Księżniczka patrzy z wysoka
I ze mnie nie spuszcza oka.
A kiedy uczyni wzmiankę,
To mię tak śmiechem uderza,
Jak gdybym kochał sielankę
I sam wyszedł na pasterza.
Sali prosta jest i wierna.
Ale w najprościejszej132 leży
Taka obłuda misterna,
Tyle głębokiej odzieży,
Taki kałkuł133 na dnie duszy.
Taki instynkt oszukaństwa,
Taka chciwość blasku, państwa.
Taka głęboka nauka
Zadawania ci katuszy,
Że wierność ich jest to sztuka,
W którą czart oczy pochował.
One wiedzą, że to ołów,
Co by samych archaniołów,
Wisząc u skrzydeł, zmordował...
One z tem na świat przychodzą.
Wiernością nudzą lub zwodzą,
Obdzierają nas z odwagi,
Liczą na litość! — od matek
Nauczone, że ten statek
I łzy, to są ich posagi.
Nim się ze światem obezna,
Każda wie, że woń w narcyzach
Jest drogą, że mąż ją zezna
I zapisze w intercyzach,
Ewikcjonując134 wyprawę.
Najprzód je widzisz ciekawe
Twego serca, słów niebacznych;
A do przyrzeczeń dwuznacznych
Podchwytywania umiętne;
Potem widzisz nagle smętne,
Ze łzą, co się w oczach kręci.
A pewne dziwnej pamięci,
Książki, gdzie w papier różany
Sam przez siebieś jest wpisany
Wszystkimi giesty135 i słowy136;
Wkuty jak w kamień grobowy
W ich pamięć, już nie gorący,
Ale przez ten papier ssący
Z ognia, z kolorów wypity;
Kwiat zwiędły w sercu kobiéty137.
I ty, co z gwiazdy pochodzisz,
One dowiodą, żeś marny,
Głupi, żeś jak szatan czarny,
Że dla nich tylko się rodzisz.
Wchodzi SALOMEA.
SALOMEA
Jakże dzisiaj twoje zdrowie?
LEON
Tak jak zawsze — ogień w głowie!
SALOMEA
Ty wczoraj już byłeś dziki.
Już na miłość niepamiętny,
Bardzo dla mnie obojętny.
LEON
Wczoraj to były ogniki,
Dziś ogień... Dziś gorszy jeszcze.
SALOMEA
Daj rękę — ja cię popieszczę.
Zamówię i uspokoję.
LEON
Nie, nie, słodkie dziecię moje,
Ot byś lepiej szła nabożna...
Do stu diabłów! tak nie można
Żyć dłużej! Czy my Cyganie?
SALOMEA
Powiedz, cóż się ze mną stanie?
Cóż ja nieszczęsna uczynię?
LEON
Co...? Miłość twoja przeminie.
Dasz sobie na świecie radę,
Pójdziesz za mąż, ja przyjadę,
Jeśli na wojnie nie zginę,
Przyjadę kiedyś w gościnę;
A ty wtenczas, moja miła,
Przyjmiesz mnie, będziesz za siostrę.
SALOMEA
Słowa twoje bardzo ostre...
Jam się dziś szczerze modliła
Za ciebie.
LEON
na stronie.
Baran do rznięcia!
SALOMEA
Ty nie masz ani pojęcia,
Co to jest modlić się za tych,
Co nas gubią?
LEON
Rozkosz czysta!
Rozkosz aniołów skrzydlatych.
Dla drugich zaś krzyż i ognista
Męka, jeśli są modlitw niewarci...
Gdyby to wiedzieli czarci,
Mówiliby zawsze różańce.
SALOMEA
Ach! Piekielni obłąkańce
Więcej by litości mieli!
LEON
My nie jesteśmy anieli,
Ani ja... ani ty... mała!
SALOMEA
Jeśli ja tej gwiaździe138 widna139,
To pewnie się rozpłakała,
Widząc mnie... jaka ja biédna140!
LEON
Doskonała! doskonała!
Gwiazd wzywa! z kwiatami gada!
SALOMEA
Wiesz ty, dlaczego ja blada...?
Ja chora.
LEON
Cóż ci dolega?
SALOMEA
Nic...
LEON
Spuściłaś na dół oczy?
I łza ci po rzęsach zbiega?
SALOMEA
Ach! niechaj się ta łza stoczy...
Niechaj obmyje sumienie...
O Panie! Choć oburzenie
Czuję dla twojej srogości,
Jeszcze o trochę litości
Proszę, a to ci wynurzę
O czem dotąd same róże
I gwiazdy tylko wiedziały.
Otóż słuchaj... Na kawały
Serce się biedne rozpęta,
A jeżeli moja męka
Ciebie nie skruszy? to będzie
Cud... alboś ty jest narzędzie141,
Którem142 Pan Bóg mnie ukarze.
Dwa temu tygodnie... śnię ja,
Że matka moja mi każe,
Abym ja u dobrodzieja
Gruszczyniec, twojego taty,
Prosiła dla niej o konie,
Bo ją człek jakiś brodaty
Ściga, straszy, chwyta w dłonie
I... (rzekła to najwyraźniéj143,
Jakby przestrachem wzdrygnięta...)
Jeśli się Salusia zbłaźni
A prośby tej nie spamięta,
To będę z dziećmi zarżnięta...
To rzekła i we mgłę wsiękła144.
A ja zbudzona, przelękła
Myślałam, czy prosić, czy nie;
A najprzód wstyd był dziewczynie
Mówić o snach i o marze,
A potem: — (jak ja się ważę
Stać tu na takiej spowiedzi?)...
Myślę, jak tu nas odwiedzi
Matka — a spojrzy mi w oczy,
To mi rumieniec wyskoczy;
A ona słowo po słowie
Wyspowiada, drżąca trwogą,
I zapewne nic nie powie,
Ale na mnie spojrzy srogo,
Wzrok jak nóż w sercu obróci;
Zada mi boleści krocie145;
Zacznie coś gadać o cnocie,
Z gorsu mi różę wyrzuci,
Każe włosy pleść inaczej,
Robotę na dzień naznaczy
I będzie patrzała146 z boku
Na łzy kręcące się w oku:
A ja... o Jezu kochany!
Nie będę już do altany
Mogła biegać nocną dobą,
Ani się widywać z tobą
Co wieczora pod tą brzozą,
Pod tą czarną altaneczką;
I może mię gdzie wywiozą,
Albo z jakim siejo-hreczką147
Ożenią. To o tych rzeczach
Gadałam ja sobie w nocy
I spałam jakby na mieczach;
A budziłam się bez mocy,
Jak ukraińscy widuni,
Którzy ciągle widzą trupy.
A wstydziłam się też kupy
Dziatek... i ślepej babuni...
Tu, gdzie takie toalety
I woskowane parkiety;
A ona, co po jaskółkach
Świegotaniu deszcze wróży,
Albo się w krześle na kółkach
Każe wozić po ogrodzie...
Tu ja... w atłasie148, przy róży
U boku, ja, panna w modzie,
Ze złoconym wachlarzykiem,
Musiałabym (myślę sobie)
Wozić ją i ach... przy tobie
Mówić z nią chłopskim językiem,
Bo ona po polsku nie umie...
To bywało w sercu tłumię
Przestrachy moje tajemne,
Zgryzoty, przeczucia ciemne,
I te sny nazywam marą:
Lecz w noc i w godzinę szarą
Myślę i myślę o domu
Pełna niepojętej troski,
Ach... i do Matki się Boskiéj149
Modlę we łzach i nikomu
Nie mówię, lecz drżę i płaczę.
Otóż ja tej matki, panie,
Może nigdy nie zobaczę!
Bo dziś pod samo zaranie150
Śniła mi się gdzieś, w pustkowiu;
Potem tu, cała z ołowiu
I w ołowianej spódnicy,
Niby z perłowej macicy,
Z jednej perły była cała.
A twarz zwiędła i schorzała
Także koloru ołówka
Była już jak trupia główka
Na krzyżu wyrysowana.
Tu szła, panie... tu... tą stecką151...
A ja w tej róży schowana,
Drżąca jak maleńkie dziecko,
Które się przestraszy dziada,
Co główkę z liści wysadzę
A ujrzę, że ona blada
Idzie, to chowam się w ciernie,
Oczyma za nią prowadzę,
Zziębła i blada niezmiernie,
Cierniami cała pokłuta,
Bijąc się jak słowik w nocy,
Gdy w klateczce spadnie z druta152,
Chce latać i nie ma mocy,
Tylko się trzepoce w klatce...
Tak ja, panie, mojej matce
Dziwiąca się, strzepotana,
Chowałam się w krzaku skryta,
Cała zziębła i rumiana,
Jak czerwona włóczka zwita
W kłębuszek... I cóż ty na to?
LEON
Sałynka, będziesz bogatą.
Srebrny sen bogactwo wróży;
A że się chowałaś w róży,
To dobrze; pisano w górze,
Że w twem153 życiu będą róże.
SALOMEA
I ciernie?
LEON
I ciernie będą.
SALOMEA
Otóż ty mię złotą wędą154,
Panie, ułowiłeś sobie
I porzucić chcesz, jak widzę?
Ale póki ja nie w grobie,
To się ty nie możesz żenić.
LEON
Jak to?
SALOMEA
Bo ja cię zawstydzę:
Sama się będę rumienić,
Sama się wstydem ukarzę,
A ciebie publicznie oskarżę.
LEON
na stronie.
Co słyszę! Wejdźmy z nią w targi.
SALOMEA
Słuchaj, i będą dwie skargi
Z jednych ust przeciwko tobie...
LEON
na stronie.
Co ja z tą dziewczyną zrobię?
SALOMEA
Z jednych ust wyjdą dwa głosy.
LEON
na stronie.
Ach, wyrywać teraz włosy!
I z boleści kąsać ręce...!
SALOMEA
I zaręczyny książęce
Ja zerwę... zerwę szalona!
Bom jest na to podmówiona
I udarowana155 mocą
Przez duchy... co tu w altanę
Weszły i tam się trzepocą
Jak gołębie krwią zwalane,
O ten liść otarte suchy,
Jakieś białe, krwawe duchy!
Odchodzi.
LEON
sam.
Co? Czy w obłąkanie wpadła?
Czy widzi krwawe widziadła?
Albo li też chce udaniem
I aktorskiem156 obłąkaniem
Sumienie ciężej przywalić?
Na Boga! to nowa sztuka
Niewieścia! Serce rozżalić,
Potem jeść je dziobem kruka
I rozdzierać, aż zaboli,
Aż własnej pozbędzie się woli.
Wchodzi SEMENKO.
SEMENKO
na stronie.
Podsłuchałem ich w altanie.
LEON
Ach! Semenko.
SEMENKO
Jasny panie!
LEON
Chodź tu, Semenko kochany,
Bóg mi cię pewno przysyła.
SEMENKO
na stronie.
Skaży157: czort.
LEON
Ot, z tej altany
Tylko co tu wyskoczyła
Tego Gruszczyńskiego córka,
Z którą ty nieraz mazurka
Tańczył... i tej młodej pani
Zasługiwał się, figlował.
Ja wiem, że ty nieraz dla niéj158
Twoje dumki159 komponował
I pod oknem w torban160 dzwonił...
Ot, i teraz się zapłonił161
Jak dziewczyna.
SEMENKO
Ta, czy druga!
Ja nie szlachcic, ale sługa,
Kozak pański, król na stepie,
Szukam, gdzie serce przyczepię,
A nie można? jeśli Laszka
Wyżej sobie okiem mruga
I złotego łowi ptaszka:
Tfu! to dla mnie ta czy druga!
LEON
Ja wiem... ale ta dziewczyna
Nie wyszła spod adamaszków162;
To równa tobie chudzina,
A ty chwat163 do takich ptaszków.
Gdyby ty chciał, to by miał ją,
Spróbuj tylko.
SEMENKO
Czart by chciał ją!
Na co mi się piąć do państwa!
Z asawulstwa164 i poddaństwa
Kontent165 jestem... i ze służby
U panycza.
LEON
A mi już by
Ty szlachcianki tej odmówił!
Cóż, naprawdę, mój Semenko,
Jam z nią w tej altanie mówił
I serduszko miał pod ręką.
Kiedy wspomniałem o tobie,
Rzekła: «nie», ale tak cicho,
Że mnie aż porwało licho,
Bom ją kiedyś ja sam lubił...
Lecz takiej biednej chudobie166
Nie mogłem (bobym się zgubił
U ludzi) oświadczyć z ręką.
Ot ja sobie z tą maleńką
Igrał, póki było można;
Lecz to dziewczyna pobożna,
Święcie w domu wychowana,
Gdyby ty miał ognia w kości,
To wyszedłby z nią na pana,
I przyszedłby do miłości.
SEMENKO
Zróbcież mnie, panyczu, panem...
Jeśli chcesz.
LEON
A chcesz, to zrobię:
Osadzę gdzie nad limanem167,
Dam ci futor na początek,
A wam, jak biednej chudobie,
Bóg pomoże i dzieciątek
Wam naśle, które z zapału
Gniewnego ojca ostudzą.
SEMENKO
padając do nóg z udanym płaczem
Nech tobi Boh168!
LEON
Stój... pomału...!
Trzeba z tą perełką cudzą
Ostrożnie... chociaż to cuda,
Jeżeli nam się nie uda,
Jak się dobrze weźmiem oba...
Ona ciebie upodoba.
Ja wiem, znam ją, z iskier cała...
Gdyby teraz nie kochała,
To cóż, że trochę zaszlocha?
Jak przywyknie, to pokocha...
Jak z tobą w stepach zagości,
To step... ach! step, raj w miłości
Z taką szlachecką panienką!
Cóż, głupcze...? Cóż ty, Semenko?
Czy nie myślisz o kochaniu?
SEMENKO
Ach! ja, panie, w obłąkaniu!
LEON
Nie bądź głupi...
SEMENKO
znów rzucając się do nóg
Ja twój sługa...
LEON
podnosząc go i biorąc pod rękę
A co? a co...? Ta czy druga?
Wychodzą.