VII

Raz mię ów anioł zaprowadził złoty

Przez jasne łąki do lodowej groty.

Tam ją obielił dzień alabastrowy;

I mróz na czole mej jasnej królowéj44

Perłami okrył wszystkie polne róże;

I ze sklepienia łzy leciały duże;

A we łzach sylfy z jasnością ogromną

Deszczem spadały na białą i skromną.

Słysząc, że ściany płaczą coraz głośniej,

Cała się szatą okryła zazdrośniej

I wszystko oczom ciekawym ukradła,

I jeszcze ręce skrzyżowane kładła

Na alabastry widne, choć zakryte.

Tak nieruchoma stała — a koło niej

Igrały tęcze w blaski rozmaite.

Ja wtenczas modlić się zacząłem do niej.

Ave Maria!

Jak biała róża, kiedy się rozwija,

Róż pokazuje z piersi odemkniętej,

Taki rumieniec wyszedł z lica świętej.

I zamyślona odwróciła głowę,

Palec na ściany kładąc kryształowe;

Jak ta, co imię ukochane kryśli45

Lub o błękitnych jakich myślach — myśli.

Wreszcie się do mnie obróciwszy rzekła:

„Może za miłość ja pójdę do piekła

I gdzieś w piekielne wprowadzona chłody,

Wszczepioną będę w kryształowe lody

Jako ta bańka z powietrza i z tęczy...”

„Lecz prawda” — rzekła — „jeżeli się męczy

Ta jasność, słońca stworzona promieniem,

Którą lód w sobie mrozi i zabija,

Można ją z lodu uwolnić westchnieniem...”

Ave Maria!