XI

Odtąd w uśmiechach była dla mnie rzadsza,

Smutniejsza, cichsza i bielsza, i bladsza.

W głębszych się coraz zanurzała cieniach

I obrywała róże na strumieniach;

Albo przy kaskad naciągniętej lutni

Stawała słuchać tak jak ludzie smutni,

Z twarzą spuszczoną; lub sama w ustroni

Ręce na białą zakładała szyję

Jak ta, co boi się albo się broni.

Lub jako gołąb, co w strumieniu pije,

Do nieba jasnym wzlatywała okiem.

Już wolnym, sennym błąkała się krokiem

I jaskółeczek utraciła zwinność,

I zadumała ją całą — niewinność.