X

Lecz nadto było cyprysowej woni

I nadto barwy, co się w różach płoni;

I chciała nas już miłość ująć zdradą. —

Było to rankiem — pomnę — pod kaskadą —

Byliśmy niczym nie strwożeni — sami —

Czytając książkę pełną łez, ze łzami.

Wtem duch mi jakiś podszepnął do ucha,

Ażebym na nią z książki przeszedł okiem. —

Była jak anioł, co myśli i słucha —

I nagle — takim przejrzystym obłokiem

Rumieniec smutny twarz jej umalował,

Że nie wiem dotąd, jak się wszystko stało;

Alem ją w usta różane całował

I czułem ją tu, na mych rękach, białą,

Sercem bijącą, brylantową w oczach.

Wtem nagle — w jasnej kaskady warkoczach

Coś pomieszało się i coś urzekło;

Wiatr na nas rzucił całe wodne piekło

I z kwiatów spłoszył wilgotnymi mgłami. —

Odtąd jużeśmy nie czytali sami.