XV

Z groty ta piękna wyjść nie śmiała sama.

Słońca się może bała na lazurze,

Że za promienne będzie i za duże

Albo że będzie jako czarna plama.

Ale na niebie była z tęczy brama,

Na wypłakanej rozwieszona chmurze.

Wyszła. — I naprzód ją zdziwiły róże,

Że takie były jak wczoraj różowe.

Zerwała jedną i podniosła głowę,

I zadziwiła ją ta tęcza ranna,

Niebios błękitnych przezroczystość szklanna,

Krążek księżyca tonący w błękicie.

Zda się, że nowe ją zdziwiło życie,

Tak w ciszy czegoś słuchała, tak biegła;

Aż gdzieś w krysztale jeziora spostrzegła

Na licu swoim przezroczystszą białość,

Żywszy ust koral i większą omdlałość,

I uśmiech pełny tęsknoty, i żałość.

Więc osłoniła się cała w warkoczu

I więcej na mnie nie podniosła oczu.