XI

Próżno ksiądz czeka u grafa podwoi,

Zamknął się Wacław i ludzi się boi,

I z małym synkiem sam na sam się pieści.

Widziano pierwsze trucizny boleści,

Sam mówił ludziom, że otruty kona,

Potem służalców wygnał; nawet żona

Wejść się nie waży, gdzie spoczywa chory,

Bo sam ode drzwi zasunął zapory;

A bramę chyba wyłamać wypada,

Jak umrze. — U drzwi słuchają. — Graf gada.

Czasem się jakiś głosek serafina

Niebieską skargą ojcu przypomina;

Czasem dwa tylko ciężkie odetchnienia,

Jakieś żałosne szmery i westchnienia;

I służebników tłum się niecierpliwi,

Bo słońce weszło — oni jeszcze żywi.

I dzień na strasznym zszedł oczekiwaniu,

Na skargach ojca, na dziecka płakaniu;

I księżyc weszedł, a ci dwaj straszliwi

W tajemniczości nocnej jeszcze żywi.

Śmierć ich mównymi uczyniła smutnie,

Ich głos w zamknięciu jak dwie zgodne lutnie.

Ci, co słuchali przez grube podwoje,

Mówią, że więcej tam głosów niż dwoje.