XXXI

„Obróć tu, księże, twe łzawe oblicze.

Ileż ja w życiu chwil okropnych liczę!

Słuchaj, po śmierci kraju, już zhańbiony,

Dom odwiedzałem mojej pierwszej żony.

O! co ja czułem, gdy lip poczet stary

Zaczął nade mną swoje smutne gwary,

Kiedy się miesiąc w liść zabłąkał szumny...

Ja, co tam żyłem młody, jasny, dumny,

Z nią razem, ojcze! Ja, co w tej krainie

Myślałem niegdyś, że młodość nie minie;

Wchodzę... trzy razy wspomniałem o Bogu,

Trzy razy, blady, przejść nie mogłem progu.

Przeszedłem wreszcie — w komnatach nikogo...

Ściany się zdały napełnione trwogą,

Że mię tam widzą samego w ciemności;

Ale w powietrzu jakiś szmer litości

I coś szeptało: „Nie płacz”, z każdej cegły;

A mnie ogromne łzy po twarzy biegły.

Na coż to przyszedł ów Wacław wyniosły?

Chwasty go same w tym gmachu przerosły.

Sam — o! bogdajbym był sam, o! zhańbienie!

Starzec wychodzi w księżyca promienie,

Poznaję — mój teść... przy niepewnym świcie

Widzę, że w ręku ma jakieś zawicie;

Twarz jego dzika, okropna, surowa;

Rozwija — patrzę — ojca mego głowa!...

Po śmierci zemsty bezczelnej dokazał,

Wyjął z mogiły trupa i ściąć kazał.