XXXII

„To tak mi starzec zwiędłe serce kruszy,

To tak anielstwo wypędzono z duszy,

To tak myśleli, że mię zdeptać mogą;

Aż się od hańby obroniłem trwogą...

Lecz nie pomogło... bo jak od zwierciadła

Od ludzi trwoga ta na mnie upadła.

Bo wyschły jak trup, po uczuć pogrzebie

Jąłem się lękać nie Boga, lecz siebie.

Więc niech się skończy ten los, co mi cięży,

Niech w nieskończoność dusza się rozpręży;

Wszystko straszliwe, co się w serce ciśnie,

Niech się jak piorun wyrwie i rozbłyśnie.

Niechaj część każda pokalanej duszy

Dozna właściwych bólów i katuszy;

Lecz niechaj wszystko to w jednym mordercu

Zamknięte, w jednym nie gryzie się sercu.

O! były chwile okropne na świecie!

I ta noc!... Księże, pociesz ty mię przecie;

Czy ty łzy tylko masz dla mnie pacierzem?

Dla mnie, co stoję nad śmierci wybrzeżem,

Co tu widziałem pełną tajemnicy

Śmierć w synka mego błękitnej źrenicy.

Okropność! jego usteczka różane,

Miłością jakąś obłąkane, pjane27,

Z ognia oddechem, z lutniowymi gwary,

Pocałunkami tu goniły mary.

Widziałem moje sny młodości złote,

Zachwyty, miłość, niepokój, tęsknotę,

Wydane dziecka niewinnym obliczem;

Lecz on kochał nic, on tęsknił za niczem,

A jednak tęsknił i kochał. Widziałem,

Jak się w coś wpatrzył z obłąkania szałem.

Myślałem — biedny! czego się on męczy?

Łabędź w jeziora zakochał się tęczy,

Umarł, nim zgasła, nie doczekał nocy.

Lecz ile było w nim ognia i mocy!

Jakie wyrazy tęskne, smutne, śliczne,

Długo-echowe i melancholiczne

Z ust mu jęczały! Była jedna chwila —

Myślałem, że mu skrzydełka motyla

Z ramion wyrosną, że główka zaświeci

Ogniem niebieskim i w niebo uleci;

Bo na paluszkach wstał, rosnął w człowieka;

Myślałem, że już ode mnie ucieka —

Wrócił... przy nogach mi go ból pokonał.

W godzinie jednej kochał, cierpiał, skonał.

O! cud okropny! co iskrę słoneczną,

W serduszku dziecka zamknął miłość wieczną

To, co ja dotąd w moim sercu mieszczę.

To go zabiło — a ja cierpię jeszcze!

I jeszcze kocham i widzę to jawniej

W sercu, przed śmiercią, że kocham jak dawniej.

Tu! z krzyżem, księże! tu stawaj u czoła!

Niechaj myśl moja tych snów nie wywoła.

Niech nie przychodzi tu jej cień bladawy...

Przyszła! — tam za nią stoi ojciec krwawy,

Włos jego siwy — o! to męki moje

Ta para, ludzi tych w powietrzu dwoje.

A jednak twarze to może jedyne,

Co odpuszczają mi hańbę i winę,

Co widząc dolą znękanego twardą,

Jak inni ludzie nie patrzą ze wzgardą.

Maryjo! nie idź za księżyc się chować,

Dobrze, żeś przyszła się tu ulitować,

Dobrze, żeś mi się duchem pokazała

Taka posępna i cicha, i biała,

Jak gdyby za mną w mogile tęskniąca.

Maryjo! czekaj zachodu miesiąca,

Pójdziemy razem — gdzie? — ja nie wiem. — Księże,

Wkrótce me ciało już ziemię zalęże,

Na długie słowa już mi braknie czasu.

Każ uszyć nową jej suknię z atłasu,

Każ włożyć wianek z róż świeżych uwity,

Niech ją obmyją, ubiorą — kobiéty...

Pamiętaj... trumna to od wejścia czwarta...

Patrz, jak ta szata już na niej podarta...

Czy dobrze? — Zrób to, nim promienie świtu...

Patrz! uśmiechnęła się na to z błękitu.