Pieśń V

Basza

Wrócił syn stepów wyprawą dumny.

Jakże mu piękne zdają się chaty!

Róża je polna ubiera w kwiaty;

Malw różnofarbnych drżące kolumny,

Aż ponad strzechy rosną i kwitną.

Owdzie spróchniałe skrzypiąc żurawie,

Sięgają w studni wodę błękitną:

Tam Zaporożec napawa konia,

Śpiewając dziką pieśń o wyprawie,

I gwarząc z echem wraca przez błonia,

Kiedy wieczorna zabłyśnie gwiazda —

Na śpiew szczekaniem pies się odwoła.

Chaty wiszące w parowach sioła,

Jako jaskółcze czernieją gniazda...

Ale dla Turków jakże zdradzieckie

Czertomeliku wysep zakręty!

Gdy w nie galery weszły tureckie,

Utkwił na miejscu żagiel rozpięty.

I tak za czajką płynące wrogi,

Co wprzód grozili, blade od strachu,

Nie mogli znaleźć powrotu drogi,

Jakby w egipskim zbłąkani gmachu.

Kozak spokojne porzucił chaty,

I biegł na brzegi — tam pop z gromnicą,

Przywdziewał lśniące złotem ornaty,

Trzykroć oświecił Dniepr kadzielnicą,

A gdy odmówił z księgi pacierze,

Rzekł do hetmana. — „Mój wierny synu,

Czy wierzysz w cuda?” — Hetman rzekł: „Wierzę”.

Lecz uśmiech jakby na wzgardę gminu

Oświecił blade lica Hetmana.

A pop rzekł dalej: „Więc w imię Pana

Jeśliś ochrzczony, weź obraz święty,

Gdzie malowana Bogarodzica,

Zanurz do fali — niechaj okręty

Zatoną — zgasną jak ta gromnica”.

Rzekł — i gromnicę rzucił do wody.

Tłum cały milczał, a Hetman młody

Jakby ze wzgardą słuchał rozkazu —

I malowidłem cudownym błysnął,

Lecz nim tknął fali ramą obrazu,

Obraz się w drobne sztuki rozprysnął.

A pop zbladł drżący — zbladła drużyna —

Hetman zawołał: „Czemuż bledniecie?

Jeśli pękł obraz, nie moja wina —

Spróchniał w tureckim wisząc meczecie!

Ale ten okręt zastrzągł do mułu. —

Turków wytracę przed wschodem słońca;

Jednego tylko zostawię gońca,

By o tym zaniósł wieść do Stambułu. —

Cóż ten szmer znaczy? Czyż szabla Żmii

Tak się na karkach tureckich starła,

Że już kozackiej nie tknie się szyi?!

Do chat Kozaki! — Niech myślą Turki

Że już drużyna nasza wymarła:

A gdy noc głucha padnie na wzgórki,

I na parowy — być w pogotowiu

Na odgłos trąbki. — Do chat Kozaki!” —

Już przy zachodzie dnieprowe ptaki,

Czaple się kładły do snu w sitowiu.

Galera piersią nie miała wody,

A spód jej ledwo w trzcinach widomy;

I nad zielone wysep ogrody,

Wyrastał wielki maszt nieruchomy.

Słońce złociste, nie ćmione mgłami,

Tonie w oczeret — Blaski niknące

Spały na żaglach, a nad żaglami

Zwieszały liście brzozy płaczące;

A jeszcze wyżej, na żaglów szczycie

Bandera Baszy połyska złotem,

I jeszcze wyżej, w nieba błękicie,

Jaskółki szybkim krążyły lotem.

Tak cichy widok — Niech Turki marzą

Że są panami stu wysp na Niżu;

Niech śpią głęboko — bo już na krzyżu

Usiadł jak do snu sokół stepowy.

Smutny wszedł miesiąc z płonącą twarzą,

I na zamglone patrzał ostrowy.

Cichość posępna i noc głęboka.

Na straży Turek zbrojny połyska,

I z chat kozackich nie spuszcza oka:

Ale po chatach gasły ogniska.

Turek odmawia modły Proroka,

I tak się rajską otoczył chwałą,

Że ani dostrzegł, jak pośród cienia

Mierzonym razem światło łyskało,

Jakby budzone ognie z krzemienia.

Podobnie kiedy Turków ogrody,

Bogatym w kwiaty błysną granatem:

Tak z dala trzciny nad Dniepru wody,

Nagle rozkwitły ognistym kwiatem.

I blask pozłaca ciche brzóz czoła:

Cztery płomieni błysnęły koła,

A gdy znalazły upływu łoże,

Pobiegły szybko, w jedno się zlały,

I wnet ogromne pożaru morze,

Pod okręt wzniosłe toczyło wały.

Na krzyk strażnika, ze snu zbudzeni

Zbiegli się Turcy. Rozpacz straszliwa!

Rozpacz bezsilna! — Morze płomieni

Suche okrętu deski podmywa.

Zawyli strasznie i odurzeni

Umilkli — cisza spadła straszliwa.

Potem w tej ciszy, galerom znana,

Dziko zabrzmiała trąbka Hetmana.

Na odgłos trąbki jak z ogniów piekła

Wstali Kozacy na czarnych skałach,

Rzekłbyś że zemstą dzicz ta zaciekła,

Gasi pragnienie w ognistych wałach.

Na nagich głazach, obwiani w dymie,

Jako posągi stali olbrzymie.

Rzekłbyś — że dusza ich marmurowa

Nie słyszy jęku — głosu rozpaczy.

I słychać grzmiące Hetmana słowa:

„Druhy! nim płomień Turków obsaczy,

Kto do okrętu dopłynie z wodą,

Jeśli jest basza? Baszy wyszuka,

Baszę wykradnie — takiego kruka

Bogatą piastrów uczczę nagrodą”. —

Kozacy milczą — Za skarby świata

Któż pójdzie w piekło? — Patrzcie! sam Żmija —

Jak istna żmija ogień przelata,

I padł do fali, wśród fal się wzbija;

I znów zatonął — Tam iskry padły.

Ho! ho! z tej wanny nie wyjdzie cały —

A teraz słychać Turków wystrzały.

Widzę go znowu — gdzie tłum wybladły

Wpadł — oto Turek w rękach Hetmana.

Już maszt się pali, już żagiel spłonął.

Hetman do fali z Turkiem zatonął,

A płomieniami fala zawiana —

Miło to płynąć w takie ukropy!

Patrzcie tam! patrzcie! Hetman na skale,

Na znak tureckie rozwija szale.

Wąż mu się, Turek, wije spod stopy.

Nad rankiem, kędy oczeret płonął,

Błękitne tylko krążyły dymy;

Galerę baszy pożar pochłonął —

Na skałach czarne znikły olbrzymy.

Tak na skinienie Hetmana ręki,

Wznoszą się ognie — gasną pożary —

Po wyspach słychać wesołe gwary,

I dzikie śpiewy, torbanów dźwięki.

Czemuż tak głośne wesele w Siczy?

Czemuż się tłoczy lud do tej lipy

Z tak głośnym śmiechem? Czy dział zdobyczy?

Czyli po zmarłych wyprawia stypy?

Czy mu chorągiew przysłał Król polski?

O! nie stąd radość... Pośród drużyny

Wznosi się wielka klatka ze trzciny,

A w klatce siedzi Basza Natolski.

Przed kilku dniami stu miast był panem

Zamykał tysiąc dziewic w haremie,

Był ojcem syna: a dziś bez ziemie —,

Syn jego poległ walcząc z Hetmanem.

Z Hetmanem dzikie żywioły w zmowie

Zniszczyły miasta — a zgraja dzika

Jak na tygrysa patrzy w sitowie,

Plwa mu na czoło, palcem wytyka.

Co musiał cierpieć — nikt nie wypowie,

Ale cierpienia w sercu zamyka;

Gdy go raniło goryczy słowo,

Na wzgardę chował twarz marmurową.

Lecz chociaż duma wiele wytrzyma,

Gdy z urąganiem wystąpił hardo

Kozak, ubrany w zbroje Selima —

Basza na niego spojrzał z pogardą —

Lecz gdy stanęły w oczach przytomne

Syna pamiątki: piersi nabrzmiały,

W oczach się długo dwie łzy zbierały,

I spadły na twarz dwie łzy ogromne.

Już ciemnym skrzydłem noc się nasuwa

I gmin się rozszedł, po chatach gwarzy.

Tam zbrojny Kozak stojąc na straży,

Liczy godziny — nad więźniem czuwa,

I okolica mgłami zawiana.

A teraz, słychać hasło strażnika:

— „Kto idzie?” — „Hetman!” — „Witam hetmana!”

Żmija milczący klatkę odmyka.

Potem odwraca twarz zamyśloną:

— „Precz stąd, Kozaku! Żmija na straży”. —

Wszedł zgięty — odkrył lampę tajoną,

Potem ją światłem podniósł do twarzy:

— „Żyć będziesz Baszo! wzgardę przeżyłeś.

Znasz mnie?” — „O znam cię! znam cię szatanie!

Syna zabójco!” — „Krew za krew stanie...

Baszo, mojego ojca zabiłeś.

Blask cię buńczuków zaślepił wabny,

Tyś go oczernił — ty od Sułtana

Przyniosłeś Baszy stryczek jedwabny,

I sam na baszę! i sam na pana! —

Ja, słabe mając do zemsty ramię,

Ja sam, syn Baszy, z miasta wygnany,

Gdym okiem żegnał rodzinne ściany,

Widziałem głowę Ojca na bramie;

I dotąd jeszcze, dotąd w noc ciemną,

Tę bladą głowę widzę przede mną,

Jak mnie krwawymi ściga oczyma.

Lecz teraz Żmii cienie nie straszą;

Sen mój kupiłem śmiercią Selima.

Jeszcze krwi twojej trzeba mi Baszo;

Krew swoją oddasz za łzy Zulemie —

Łzy, które lała w twoim haremie;

Lecz w równej walce, oddasz ją zbrojny.

Teraz idź za mną — nie bój się zdrady”. —

Szli oba we mgłach. Basza spokojny,

Oczy obracał na księżyc blady.

Szli krętą ścieżką, gdzie wśród wybrzeży

Wznosi się zamek nad Dniepru wały.

Koło ogromnej środkowej wieży,

Wież mniejszych lekkie wybiegły strzały:

W wieżach się smutny puszczyk odzywa —

Śpi blask księżyca i mgła przepływa.

Weszli do zamku, weszli do sali —

Po ścianach błyszczą zbroje; a z góry

Blask od kagańca padał ponury,

I słychać z dala szum Dniepru fali.

W dalszych komnatach — o dziw nad dziwy!

Jakie tam cuda w zamku dnieprowym?

Na ścian wysokich tle lazurowym

Płoną lamp gwiazdy; kobierców niwy

Kwiatem zabłysły, a kwiat tak świeży,

Jak gdyby z ranną rosą zerwany.

Gdzieniegdzie kryształ zastąpił ściany;

W zwierciadłach oko bieży i bieży,

Nową odkrywa salę za salą!

W każdej te same lampy się palą —

Czy to są czary? — Tak długim gankiem

Mógłby wędrowiec zajść aż do Boga!

Z marmuru sali cięta podłoga,

A delfin złoty obrzucał wiankiem

Kryształ, co daje miłe ochłody;

A światła płoną pod szkłami wody,

Patrząc na ognie, kryształ i kwiaty.

Oko zalśnione w ciągłym zachwycie,

Przez okna sali bieży z komnaty,

Bieży odpocząć w nieba błękicie;

I wpada nagle jak w otchłań ciemną,

Przez którą srebrny księżyc przepływa.

Hetman sprężynę ruszył tajemną,

Złota się nagle ściana odkrywa;

I nowa sala — sali połowa

Alabastrowym światłem zaćmiona,

W połowie ze mgły spada zasłona,

A za mgłą srebrną znów jasność dniowa.

Gdy na złocistym siedli dywanie,

Na znak Hetmana, z dala za mgłami

Zabrzmiały arfy — słychać śpiewanie,

Stłumione zrazu echem i łzami

Cichej fontanny — Potem ze śpiewem,

Dwanaście dziewic, kwiaty kobierca

Depce — i płynie z zasłon powiewem.

Basza dłoń prawą podniósł do serca,

Potem zbladł cały, oczy odwrócił.

I twarz rękami zakrył obiema,

I rzekł: — „Mój sztylet tak mię porzucił,

Sztylet niewierny — jak ta Zulema”. —

— „Baszo!” — rzekł Hetman — „Ona szczęśliwa,

Z waszych pałaców bierze podarki;

Dla niej po morzu czajka ma pływa,

Błyszczą pałasze i grzmią janczarki;

Dla niej to Żmija przez długie lata

Zdradzał i zaprzał swego proroka,

I twarz zmienioną nosił dla świata,

Choć w sercu była rana głęboka.

Hetman — i razem wróg mej drużyny,

Często przebrany z bracią Tatary,

Na własne sioła niosłem pożary:

Często przez długie, długie godziny,

Pamiętam, nawet przed dniem wyprawy,

Jak wąż ukryty pomiędzy trawy,

Patrząc na słońce, leżę dzień cały,

By choć dzień jeden ukraść obłudzie,

By świst kozackiej usłyszeć strzały:

Sokół mnie poznał prędzej niż ludzie —

Tak twarz wprawiłem, aby udaną

Nosiła barwę. W takiej niewoli,

Jak liść dwubarwny srebrnej topoli,

Cierpiałem mękę — niewypłakaną.

Gdym własne sioła palił i burzył,

Gdym na przekleństwa gminu zasłużył,

Błogosławili — Ale już blada,

Już gwiazda Żmii mroczy się, spada.

Gdy w mojej dłoni pękł obraz święty!

Odkryją zdradę, spadnie ta głowa —

Przeklną!” — Głos grzmiący przerwał mu słowa:

„Więc bądź przeklęty! więc bądź przeklęty!” —

I przed Hetmanem stanął w komnatach,

Ze srebrnym krzyżem, pop w czarnych szatach.