Pieśń IV

Czajki

Kozacy wygnani nad Donu brzegami,

Gdy Dniepr opuszczali, pieśń smutna i szczytna

Z rozpaczy wyrazem, zmieszana ze łzami,

Na głowę Carycy przekleństwa miotała.

O falo błękitna! o falo błękitna!

Tyś czajki nosiła — tyś łzy te widziała. —

...................................................

„Zda się, że słońce piękniejsze świta,

Gdy do powrotu czajka zwrócona;

Miła tej fali barwa zielona,

Czajkami w srebrną pianę rozbita.

Jak się te nurki spokojnie pławią,

Pod słońca blaskiem skrzydły trzepocą.

Lecz, kto wie druhy, może przed nocą

Srebrne się morza fale zakrwawią?” —

„Ha! zgadłem bracia — tam na obłoku

Turecki żagiel z wiatrem ucieka.

Zaczęte łowy! mieć go na oku,

Lecz się nie zbliżać, zawsze z daleka.

Niech żadne wiosło czajki nie nagli,

W dzień się nie zbliżać, nie stawić czoła:

Galery mają oczy sokoła,

Zaraz dostrzegą — Zwinąć pół żagli”. —

„A przed obrazem Bogarodzicy,

Co burzy morze i czajek strzeże;

Zapalić świecę — a przy tej świecy,

Niech pop odmawia głośno pacierze.

Gdy wydam rozkaz — za mym rozkazem,

Wziąść pośród siebie czajkę z obrazem.

Lecz niech się teraz pop nie przysłuży,

Niechaj obrazem morza nie burzy,

Niechaj się modli — innej usługi

Teraz nie żądam — Jakże dzień długi!”

„Ho! ho! szalony ten Sułtan stary,

Budować takie wielkie galary36;

Co trzykroć tyle nabiorą wody,

Niż nasza czajka. Za to z czajkami

Tureckim statkom nie iść w zawody:

Gdy pełnym żaglem płyną za nami,

My na mielizny — często w pogoni

Okręt ich pryśnie o piasków ławy,

I tak jak szklanny37 puchar zadzwoni”.

„Widzicie druhy jak zachód krwawy?

To wiatr nam wróży — korzystać trzeba.

Więc nieco białych żagli rozwinąć,

I robić wiosłem — ku słońcu płynąć.

Postawić czajki w płomieniach nieba,

Tak aby słońce było za nami...

Ze zwiniętymi teraz żaglami

Utonąć w blasku — pod tą opieką

Nas nie wyśledzi ów upiór smoczy,

Co ma z kryształu stokrotne oczy,

Tymi oczyma sięga daleko”. —

„Dzięki ci Boże! oto do końca

Dzień nachylony, blado się pali,

Oto nad falą widać pół słońca,

A pół do ciemnej kryje się fali,

I na świat rzuca odbłysk ponury —

Już się nad słońce fala podniosła,

Po niebie krwawe snują się chmury.

Teraz do żagli! teraz do wiosła!” —

Okrzyk stokrotny

Bije o chmury;

I żagiel lotny,

Jak skrzydło ptaka,

Białymi pióry,

Czajkę Kozaka

Niesie — Ta drżąca

Wygina szyję,

Kąpie się w wodzie,

Fale roztrąca;

I Kozak żyje,

I czajka żywa.

Już lecą — blady, na wschodzie,

Zza chmury księżyc wypływa. —

„Ho! dobra wróżba, galera Baszy...

Lubię mieć sprawę z Baszy galerą.

Znam tę banderę — a nad banderą

Buńczuk, co płoche jaskółki straszy.

Widzę przy ogniach tureckie twarze,

Zdają się blade — Czekać w pobliżu,

Aż nam galera boki ukaże,

Aż na nas spojrzy okiem ze spiżu”.

Galera okropną cichością owiana,

Jak widmo posępne, jak pałac zaklęty,

Choć wiosło nie szumi, choć żagiel zwinięty:

Bez ludzkiej pomocy, czarami szatana,

Odwraca pierś złotym ozdobną straszydłem,

I boki jej księżyc bladawy oświeca.

Trzydzieście paszcz widać przy blasku księżyca,

Skąd wkrótce ognistym wyleci zgon skrzydłem...

„Druhy! do wioseł! już dają znaki

Ażeby iskrą podrażnić działa;

Lecz my pierzchniemy stadem jak szpaki,

Próżno nas będzie kula szukała,

Dalej! do wioseł” — I mnogie wiosła

Wnet zaszumiały,

Czajkę zbłąkaną,

Fala rozniosła —

I żagiel biały,

Z białawą pianą

Zmieszany, zniknął na morzu —

I rzekłbyś że fala ta czajki pożarła?

Że Kozak grób znalazł w błękitnych fal łożu?

I cichość posępna, i cichość umarła,

Okryła na chwilę błękity odmętu.

Lecz iskrą galery zbudzone już działo

Wzruszyło sen głuchy — błysk widać z okrętu,

I dział trzydzieście zagrzmiało.

Dym czarny chmurą na morzu drzymie,

I okręt zabrzmiał szatańskim śmiechem:

Lecz nim śmiech skonał z trzykrotnym echem,

Czajki stadami błysnęły w dymie.

Pobledli Turcy — Oto Kozaki

Na pierś okrętu rzucają haki,

Drą się na pokład. — Nad pogan karki

Widać wzniesiony miecz Atamana,

I nad turbany pióro Hetmana,

I atamańskiej odgłos janczarki.

Wśród damasceńskich krzywych pałaszy,

Miece się Żmija okropnym bojem;

Gdzie walczył basza — syn młody Baszy,

Na wpół makowym spity napojem. —

„Ojcze!” — do baszy rzekł Selim młody,

„Giniemy — pozbądź niewczesnej dumy —

Łódź okrętową spuścić do wody;

Gdy ja sam wrogów zatrzymam tłumy

Uciekaj ojcze!” — Na środek skoczył,

I pośród tłumu swój turban biały,

Błyskiem krzywego miecza otoczył.

Jęk na pokładzie, janczarki grzmiały.

Pośród pałaszy w błysku i dymie,

Hetman młodego spotkał Selima;

I dwa się miecze starły olbrzymie.

Żmija miecz wroga na mieczu trzyma,

A drugą dłonią z janczarki błysnął,

Strzelił pod maszty — i płomień nagle

Szybkim poskokiem wpłynął na żagle,

Aż na banderze złotej zawisnął:

I maszt sosnowy zajął się z trzaskiem —

„Byłaby walka w cieniach schowana,

Trzeba ją takim oświecić blaskiem —

Oto pochodnia błyszczy hetmana”. —

Z trzaskiem pożaru znów szczęk oręża

Słychać — i dźwięki hartownej zbroi;

Miecz straszny Żmii, jak żądło węża,

Krwi wroga szuka i krwią się poi.

Koszula Żmii utkana w druty,

Hartowna wprawdzie na próbę kuli;

Lecz miecz Selima w Damaszku kuty,

Przedarł druciane węzły koszuli;

Krew popłynęła aż na kobierce

Co okrywały baszy okręty.

Żmija się zemścił — ugodził w serce:

Schylił się Selim jak kwiat podcięty,

Upadł na pokład ze chrzęstem stali,

Padając okiem rzucił po fali:

Przez fale płynie łódź okrętowa —

Tam jego ojciec. — Selima głowa

Spadła na piersi —

Czajka wesoła,

Znów śliską piersią roztrąca piany,

I na błękitne wpływa limany;

Nad limanami z ołowiu czoła

Wież Oczakowa widać wysoko;

A wież turecka załoga strzeże.

Dostrzegło czajek pogańskie oko,

I wiankiem ognia błysnęły wieże,

Dym widać srebrny, huk słychać głuchy;

Lecz czajki ciche — ciche — jak duchy,

Gdy wiatrem wzdęta żagli pierś biała —

Płyną wstecz Dniepru, dalej! i dalej!

Znów z wież tureckich zagrzmiały działa,

Lecz huk bezsilny skonał na fali.

Jak cudnie błyszczą czajek szeregi!

Słońce pozłaca barwy orszaku —

Jak cudnie błyszczą dnieprowe brzegi,

Kwiat oczeretów szkarłatem świeci.

Niekiedy w ciszy Tatar Budziaku,

Mignie na koniu, jak wiatr przeleci;

Lub w oczeretu kwiatach ukryty,

Patrzy na czajki, na fal błękity.

Pieśń powrotu

Czajki! czajki! Sicz przed nami!

Oto brzegi Zaporoża!

A daleko, za czajkami,

Już pożarów gaśnie zorza,

I wśród morza,

Między mgłami,

Płonie wielka masztów sosna

Siła żaglów spadła.

Gdy nam błyśnie nowa wiosna

Znowu zadrży dzicz wybladła,

Znowu zagrzmi śpiew janczarek;

Lecz w tym roku dość zachodu —

My do miodu!

Z brzękiem czarek

Pijmy w naszej Ukrainie,

Miód nasz przepalony.

Gdzieśmy byli, kto popłynie

Za trupami? Chyba wrony,

Wrony, czajek przyjaciółki,

Co śmierć kraczą Asawule,

Kiedy kule,

Jak jaskółki,

Nad czajkami, po przestworzu,

Lecą chmurą czarną.

My Kozacy siejem w morzu.

Gdy się z wiosną plony zgarną,

Pełnym workiem piastry świecą

Podłe jako liść zżółkniały;

Jak wleciały,

Tak wylecą.

Przez pół roka pan dostatni,

Kozak wojewodą. —

A gdy wyjdzie piastr ostatni,

Znów z Kijowa Dniepru wodą

Do chat naszych — Kozak śpiewa —

A gdy nędze zakłopocą:

W łodziach nocą

Lśnią łuczywa;

I do ciemnej Dniepru wody,

Cicho sieci toną.

Miło błądzić gdzie ogrody

Wschodnich Baszów, kędy płoną

Złota blaskiem jabłka duże:

Lecz się milej schylić z konia,

I wśród błonia,

Polną różę

Zerwać, zanieść z ranną rosą,

Lubej w upominku.

Pierwej fale wyspy zniosą,

Niźli Kozak dla spoczynku

Tknie się pługa... gdy raz złotem

Da zakupić ręce panu:

Wśród limanu,

Zlany potem,

Zlany łzami, będzie w stożec

Składał kryształ soli. —

O! nie pójdzie Zaporożec,

Zaprzedany do niewoli

Błądzić! ..................

O cicho! cicho drużyno!

Czy tam widzicie żagle za nami?

Żagle się galer bielą za trzciną,

Za kozackimi płyną czajkami.

W Czertomeliku płyńmy ostrowy,

Tam będą czajek bezpieczne floty:

Próżno nam buńczuk zagraża złoty,

I pierś galery i żagiel płowy.

Oto na brzegu nasze rodziny —

Czajka ma czucie, wierność brytana

I tak jak brytan o stopy pana,

Tak się o wodne otarła trzciny.