6

Pieśń dziś smutna, czajka pusta

Lecz powrócą pełne łodzie.

Tym, co zginą, włożym w usta

Piastr wybity w Carogrodzie.

Pacierze za nich, a potem wina,

Wina w weneckim krysztale:

Za pamięć druhów pije drużyna.

Szumcie czajki, szumcie fale.

Ho! Kozak panem

Błękitnej fali —

Urra ho! dalej! urra ho! dalej!

Z naszym Hetmanem

Urra ho! dalej! —

Tak dziką pieśnią przy wioseł pracy,

Chaty żegnali — a przed chatami

Na brzegu stali tłumem rybacy,

Starce siczowi, zalani łzami.

Jeszcze niekiedy nuta wędrowna,

Od zabłąkanych powraca czajek —

O! pieśni dzika, pieśni czarowna,

Zmieszana z dźwiękiem wioseł i grajek,

Upływaj z echem, jak upłynęła

Młodość! — Tak rybak marzy — i wzdycha —

Wrócił ponury, milczał — sieć cicha

W błękitne fale Dniepru tonęła. —

Niech wolniej pieśń płynie, na moim torbanie22

Strun braknie. — Któż wyda23 kozackie pożogi?

Huk ognia, trzask domów co lecą w otchłanie! —

Rwę struny torbanu i ręka drży z trwogi.

Śpiewając, sam jestem jak Turek wybladły,

Choć widzę ogniska płonące po chatach,

Zatrważa mię każdy liść z drzewa opadły

I szelest sumaka co śmiga po kwiatach —

Jak ciche, błękitne przystanie Synopy24! —

Wokoło na palach podnosi się szaniec,

A fala błękitna konała u stopy

Latarni portowej, gdzie w nocy kaganiec25

Oświecał dalekie błękitu odmęty.

Dla kupca, dla majtka to widok jedyny,

Te mnogie przy groblach uśpione okręty,

Gdzie siatkom podobne krzyżują się liny,

I bielą się żagle — ze strzelnic galery

Wygląda blask spiżu, gdzie drzemie grom bitwy,

Na masztach różnego koloru bandery,

Tak lekkie, krajane jak skrzydła rybitwy.

Gdy niebo i morze nie łączą się mgłami,

Ciekawe wejrzenie z wież puszcza się szczytu,

I ściga okręty z białymi żaglami,

Co zdają się płynąć do nieba błękitu.

Dziś tłumem się grobla napełnia portowa,

I fala spieniona od huku zadrżała.

Poznali huk Turcy — to mnogie grzmią działa:

„Lecz w której to stronie? — Od stron Oczakowa.

To może znać dają galery Sułtana,

Ażeby strzec portów od hord Zaporoża?

Ha! cóż nam te czajki? Nam trwoga nie znana —

Sam huk je dział naszych zatopi do morza”.

Tak Turcy mówili. — Lecz kiedy po fali

Noc ciemna posępne rozciąga całuny;

Na czarnych niebiosach błysnęły dwie łuny,

To płonie Białogród — Trebizont26 się pali.

Noc była ponura, a łuna szeroka

Pozłaca księżyce i szczyt minaretów.

Otwarto żelazne podwoje meczetów,

Przy lampach lud wzywa modlitwą Proroka;

A potem, ufając w przeznaczeń wyroki,

Skończywszy modlitwy lud wrócił do domów.

I wszystkich w haremach sen ujął głęboki:

Obudzą się może wśród ognia i gromów. —

Gdy Ulem27 meczetu zamykał podwoje,

Nie postrzegł zapewne, lampami olśniony,

Że Turek posępny, ubrany we zbroję,

Stał między filary jak gdyby uśpiony

I ani się ocknął — choć słyszał ponury

Jęk rdzawych zawiasów i ryglów łoskoty

I widział po ścianach, jak łuny blask złoty

Oświecał żyłami krwawione marmury.

W haremie28 nie widać że niebo się pali,

Bo mury wysokie, krzew gęsty i drzewa.

Dziewice w złocistej zebrały się sali,

Gdzie płoną pochodnie, róż tchnienie przewiewa.

Jak szczere tam śmiechy! jak miłe zabawy!

Bo Basza daleko — na czterech fregatach,

Na Czarne gdzieś Morze przedsięwziął wyprawy.

Eunuchy29 w odległych usnęli komnatach. —

Dziewice obsiadły sadzawki, gdzie z głazu

Tryskają fontanny, lamp ogniem iskrzone;

Z westchnieniem widomym przez gazy zasłonę,

Słuchają miłosnych gazalów Szirazu30.

Ta żądzy tajemnej kraszona rumieńcem,

Choć przyszłość zna swoją — a jednak ciekawa,

Dziecinnie się śmieje, gdy w dłoni jej trawa

Węzłami spojona rozwija się wieńcem.

Ta smutna, kwiat róży po listku obrywa —

Liść każdy opadły ma tajne znaczenie.

Ostatni liść róży jej przyszłość odkrywa:

Zerwała ostatni, i słychać westchnienie!

I długo dumała nad kwiatem opadłym,

Ze łzami na twarzy i z czołem pobladłym.

Ta kwiaty obrywa, ta patrzy, jak kwitną:

Ta chroniąc płeć dłoni od wiosny upału,

Podrzuca na dłoni dwie kule z kryształu,

Lub płoszy wachlarzem mgłę kadzidł błękitną.

Zulema szukając zaciszy i chłodu,

Usiadła samotna na złotym wezgłowiu;

I okno otwarła na kwiaty ogrodu.

Noc była tak ciemna — bo księżyc na nowiu

Cieniami pokryte fontanny i drzewa;

I tylko przez okna barwione i kraty

Od sali się światło złociste wylewa,

Na drżące pod oknem z kwiatami granaty.

Na niebo zamglone patrzała dziewica,

A myśl jej igrała z ciemnością i mgłami.

Czy sen to? — Przy blasku niepewnym księżyca,

Widziała minaret pomiędzy drzewami:

Na szczycie z ołowiu, jak światło poranku,

Mignęły płomienie niepewne jak zorze.

Ukazał się rycerz na wieży krużganku,

W turbanie na głowie, w tureckim ubiorze.

Spojrzała dziewica, westchnęła boleśnie,

I oczy odwraca, zapomnieć by chciała,

Bo tego rycerza widziała gdzieś we śnie.

Znów patrzy — o nieba! tatarska to strzała

Puszczona pod chmury ze skrzydłem płomiennym,

Wróciła na wieżę i zgasła na szczycie.

To może w jej oku zroszonym i sennym,

Lśni gwiazda przelotna po niebios błękicie?

Lecz skądże się nagle szczyt nieba rumieni?

Wokoło płomienne rozlały się blaski,

I słychać z daleka trzask głuchy płomieni,

I słychać jęk ludu, gwar dziki i wrzaski,

I straszny szczęk broni, i grzmienie janczarek.

Na wieży krużganku znów nowe zjawiska,

Od króla polskiego kosztowny podarek,

Złocona chorągiew hetmańska połyska.

Gdy miasto w płomieni okryło się wianku,

Chorągiew dla Turków to całun grobowy;

A przy niej stał Kozak na wieży krużganku,

Żelazem błyszczący od stóp aż do głowy.

W światłości czerwonej haremu ogrody,

Odkryły się kręte gaików zarysy,

I ciche kanałów złociły się wody:

Po wodach cień smutne rzucały cyprysy.

Fontanny jak ze snu zbudzone pożarem,

Tryskają pod niebo złotymi słupami.

Wieść straszna, wieść śmierci przebiega przez harem.

Rzezańce, wzruszeni rozpaczą i łzami,

Prowadzą dziewice po jasnym ogrodzie,

Nad kanał wokoło drzewami zarosły;

Tam róże haremu usiadły na łodzie,

A wiosła je szybko od brzegu odniosły.

Czy mamże powiadać, jak czajka w haremy

Przez kraty skruszone na kanał wybiegła?

I krzyki żon baszy — i radość Zulemy,

Gdy z wieży rycerza przed sobą spostrzegła.

Ta postać, wpół żaglem na czajce owiana,

Znajoma Zulemie — — Nie zdradzę tu w pieniach,

Tajemnic ukrytych w nieśmiałych westchnieniach,

I w oczach Zulemy, i w oczach hetmana.

.....................................................

„Skorzej31, żeglarze! skorzej! czas nagli, —

Księżyc jaśniejszy i dłuższa zorza.

Może nam wicher uciec spod żagli.

Może nas cisza przykuć do morza;

A ciężko będzie po martwej fali,

Tłuc się wiosłami i bladnąć z głodu!”

„Cóż to za gwiazda we mgle się pali?

Ho! to latarnia z wież Carogrodu,

Dalej za światłem! daléj! i daléj!

Jak trzej magowie za gwiazdą wschodu,

Jak trzej magowie za gwiazdy lotem,

Lećmy po złoto, choć nie ze złotem”. —

„Ho! ho! ostrożnie. — Czajka na czatach

Niech daje baczność z dala i z bliska —

Szczęśliwi oni w rodzinnych chatach,

Wieczorne teraz palą ogniska;

Pełne ryb sieci i piwa dzbany,

I pies ich nawet w chacie spoczywa:

A tu na morzu Kozak zbłąkany,

Gdy się przez czajkę fala przelewa,

Jak morska wrona ze srebrnej piany,

Otrząsa skrzydła, na wierzch wypływa —

Byleby w fali znalazł dolara

Lub piastr turecki. — Ho! baczność wiara!”

„Lecz my szczęśliwsi niż oni w chatach,

Gdy nas obwieją dymem pożary.

Miło w tureckich błądzić komnatach,

I pić, i złote chować puchary:

Lub leżeć w siatce, gdy kołysana

Lekko się waha, buja na maszcie;

I patrzeć w niebo, i drwić z sułtana”.

„A teraz bracia dobrze rozważcie,

Oto z daleka wieża drewniana,

Czy ją zapalić? czy zrównać z piaskiem?

Oto na wieży latarnia miga

I brylantowym pali się blaskiem.

Niech moja czajka brzegu dościga,

Ja sam pod zręby ogień podłożę. —

Lecz jeszcze okiem rzucę na morze:

Jak cudny widok! — Tu czajek dwieście,

Które noc kryje i groźna strzeże.

Z dala rząd świateł, Pera przedmieście,

Dalej sofijskie złocone wieże;

Ledwo ich blade widać zarysy

Na ciemnym niebie — — Tam krzew żałoby

Tureckich grobów widać cyprysy.

I w nocy nawet czernią się groby. —

I gwar daleki i morza szumy,

I myśl o wschodnich roi straszydłach:

Zda się, że widzę, jak widmo Dżumy

Płynie nad miastem na czarnych skrzydłach”.

Już zniknął hetman — czas szybko bieży —

Cicho i głucho — słychać jęk dziki —

To pewno strażnik skonał — Na wieży

Błękitne siarki widać płomyki.

I nagłe światło na morze pada:

Krwawo się czarna fala rumieni,

I twarz miesiąca zagasa blada.

Słychać huk ognia i trzask płomieni,

I ożywione jak malowidłem

Dalekie miasto z minaretami

Z cieniów wypływa — a tu chmurami,

W dymach pożaru zbudzone wrony,

Niekiedy białym migają skrzydłem.

Słychać pisk ptastwa — ogień szalony

Wzmaga się, rośnie. Ogniem owiana,

Straszniejsza niżli widmo pomoru,

Niżli pochodnia w gmachach szatana,

Świeci Kozakom wieża Bosforu.

„A teraz druhy — hej! do zabawy! —

Dalej, w przedmieścia, gdzie Grek zdradziecki,

Gdzie kryje złoto kupiec wenecki;

Lecz pamiętajcie — gdy świt jaskrawy

Pozłoci niebo, wrócić do łodzi,

I przynieść wiele złota z wyprawy:

Będziemy piastry32 mierzyć na garnce.

Lecz jeśli kogo szatan uwodzi,

Jeśli się z łupu nie wyspowiada?

Niechaj pamięta, w Żmii janczarce

Pięć kul się kryje, biada mu! biada!” —

Już świta — świta — Ognie pożarów

Gasły przed słońcem — a wschód był krwawy.

Patrzcie! pod miastem chmura kurzawy.

Czy to się zbliża rota janczarów33?

Migają zbroje — Zasiąść na ławy,

I szyję harmat zwrócić do wałów;

Jeśli się zbliżą? wnet stem wystrzałów

Przywitać spachów34 — Nie będzie boju —

Biała chorągiew błysnęła w tłumie,

Posłowie niosą słowa pokoju!

Oto kadzidło hetmańskiej dumie —

Słyszę ich trąby i rozstrojony

Dźwięk surm tureckich, dziki i huczny;

A w tłumie miga kolor zielony:

To jakiś Emir, Basza buńczuczny35.

Koń jego szybki jak błyskawica —

— „Cóż tam Emirze, od twego pana?” —

Emir pozdrowił nisko Hetmana,

I rzekł: — „Syn słońca, a brat księżyca” —

— „Ho!” — przerwał Hetman — „Wasz Sułtan stary

Jak brat księżyca zbladł przed pożarem.

Jeśli cię z jakim przysyła darem,

Chętnie przyjmiemy Sułtana dary;

Lecz póki jestem w brzegach Bosforu,

Póki mam silne prawo zdobyczy,

W darach mieć mogę prawo wyboru. —

„Pierwsza jest cerkiew — Dla cerkwi w Siczy

Żądam obrazu — Między ikony

Jest w Carogrodzie obraz święcony,

Obraz co płacze rzewnymi łzami;

A gdy go człowiek w morzu zanurzy,

Morze gniewliwe bije falami.

Pieni się, huczy, pryska i burzy,

I póty gniewne podnosi tonie,

Aż pogan statki w falach pochłonie.

Lecz to dla popa — słuchaj, Emirze!

Niech sobie mnichy walczą cudami;

Póki mam szablę i czajki chyże,

I zamek w Siczy, król nad zamkami —

Póki mam tysiąc raźnego chłopa,

Co po obrazie? — Obraz dla popa.

„Słuchaj Emirze! dla mej drużyny,

Złota potrzeba cudnego blasku!

Nie rodzą kruszców nasze krainy,

Dniepr się nie toczy po złotym piasku:

Gdyśmy go cały orali flotą,

Pytając: Dnieprze, ma twoje łoże

Złoto? — On czajki wyniósł na morze,

Aż pod Carogród — rzekł: tam jest złoto.

Tu pięć tysięcy jest młodzi z Siczy,

A więc syn słońca, pan twój łaskawy,

Da pięć tysięcy piastrów odprawy.

Dla mnie — jednego niech nie doliczy. —

„Emirze! teraz dar dla hetmana,

Nie piastr turecki, nie malowidło —

Widziałem pyszny pałac Sułtana,

Gdzie się on kryje blady ze strachu.

Każcie rozrzucić pałacu skrzydło,

A każdy Kozak gruz weźmie z gmachu —

Z kamieniem w pola Siczy powróci,

Jak skarb przechowa na dnie skarbnicy,

Potem ten kamień na grób mi rzuci:

Wstanie mogiła, pod tą mogiłą

Głucho śpiącemu będzie się śniło,

Że w czajce grożę waszej stolicy”. —