Moment słabości

Moment słabości wydaje się najodpowiedniejszy do napisania testamentu albo

choćby spisu posiadanych rzeczy, rozsądnego zagospodarowania reszty dna

i zestawienia najbliższych przyjaciół. Jest też dobrym momentem zapomnienia,

zaniedbania, jak to się robiło zawsze z nieznaczącymi wartościami. Ale także

szczególnej wymowy, nie wobec skromnych dokonań życia, lecz wobec

śmiertelnego zadania, które zawsze kusiło migotliwym światłem, mrugającym

nawet czasem na człowieka z wyrazem bezpośredniego porozumienia. I choć nie

każdemu jest dany ten moment zdziwienia, że to już teraz, że kończy się krótki

pobyt, po którym nie będzie już wakacji nad ciepłym morzem, o ile w ogóle

wakacje będą miały znaczenie, to można wykorzystać któreś piętnaście minut na

niezobowiązujące wyobrażenie sobie tej niewątpliwie ciekawej przygody.

Każda marność zyskuje na czułości, która ją ocala, która ją składa w harmoniczną

jakość. Przecież wierzchołek góry lodowej nigdy nie opowiadał podwodnej historii

góry, choć uważał się za koronkę trwałości — za szczyt istnienia, bo mocował się

z pogodą, z wiatrem, śniegiem i gradem, a także z rzewnie rozmywającym

deszczem i permanentnie natarczywą falą.

Więc obraz całości ma moc redefinicji. Słabość, ta przerażająca wątłość, bezwład

powiek obolałych od płaczu i zanik głosu w krtani wydają się mieć związki głębsze

i potężniejsze, od których zależy pomyślna inwersja, jednak nie losu, lecz natury.

Los w rękach przykrych, chropowatych nie toczy się gładko, lecz po piekących

szczelinach. Ale gdy pojawi się zakaz współpracy, banicja, systematyczna trudność

w wyrażeniu paru prostych rzeczy, należy się zdać na czynną niemożność

okoliczności.

Bo to jest najprawdopodobniej stan przygotowania do zmartwychwstania czegoś,

czego istnienia, nie mówiąc o nieżywotności, nawet się nie podejrzewało, chociaż

miało się niekiedy jaśniejsze wizje i intuicję śmieszną do granic radości.

Ale nigdy bym nie pomyślała, że kwestia śmierci może być wmieszana z flanki

w sprawę cudów, których przesadnie się nie obserwuje. Mówi się, że cudów nie ma,

to znaczy są, ale wyraźnie ma ich nie być — jakby miało biednemu człowiekowi

wystarczać posiadanie pewnej fizyczności i poznawanie najprawdziwszych jej

równań, a dostatecznie umilać czas wynajdywanie rozmaitości związków

znaczeniowych.

Choć to z nich może on sobie w odpowiednim czasie ułożyć ważny spis lub krótki

testament (mniej niż 60 stron), albo po prostu zwyczajną, najcichszą opowieść.

Tylko raczej bez poematów.

Bo życie nie jest poezją, jest nowelą.