1. Povondra czyta gazety

Jedni zbierają znaczki, a inni pierwodruki. Povondra, odźwierny w domu G. H. Bondego, długo nie mógł odnaleźć sensu swego życia. Przez całe lata wahał się pomiędzy zainteresowaniem starożytnymi grobowcami a pasją do polityki zagranicznej. Pewnego wieczora nagle objawiło mu się jednak coś, czego brakowało mu dotąd do tego, by jego życie było życiem spełnionym. Wielkie odkrycia zazwyczaj pojawiają się znienacka.

Tego wieczora Povondra czytał gazetę, jego żona cerowała Frankowi skarpetki, a ten udawał, że uczy się lewobrzeżnych dopływów Dunaju. Panowała przyjemna cisza.

— Ale ze mnie dureń — mruknął Povondra.

— Co się stało? — zapytała jego małżonka, nawlekając nitkę.

— Chodzi o te płazy — odparł Povondra. — Piszą tu, że w ostatnim kwartale sprzedano ich siedemdziesiąt milionów sztuk.

— To dużo, prawda? — spytała Povondrowa.

— No pewnie! Przecież to ogromna liczba, mamuśko. Wyobraź sobie, siedemdziesiąt milionów! — Povondra pokręcił głową. — Ktoś musi na tym zarabiać kokosy. A jakie prace można będzie dzięki nim wykonać! — dodał po chwili zastanowienia. — Piszą tu o tym, jak błyskawicznie powstają wszędzie nowe lądy i wyspy. Teraz ludzie będą mogli nabudować sobie lądów, ile będą chcieli. To jest wielka rzecz, mamuśko. Powiem ci, że to jest większy krok do przodu niż odkrycie Ameryki. — Povondra zamyślił się nad tym. — Nowa epoka w dziejach, wiesz? Co robić, mamusiu, żyjemy w przełomowych czasach.

W domu znowu nastała dłuższa cisza. Nagle ojciec Povondra gwałtowniej pyknął z fajki.

— I pomyśleć, że gdyby nie ja, nie doszłoby do tego...!

— Do czego?

— Do tego handlu płazami. Do tego Nowego Wieku. Prawdę mówiąc, to właśnie ja nadałem temu bieg.

Povondrowa podniosła wzrok znad dziurawej skarpetki.

— W jaki sposób?

— Ano w taki, że wpuściłem wtedy tego kapitana do pana Bondego. Gdybym go nie zaanonsował, ten cały kapitan jako żywo nie byłby się spotkał z panem Bondym. Gdyby nie ja, mamusiu, nic by z tego nie wyszło. Kompletnie nic.

— Może ten kapitan znalazłby wtedy kogoś innego — zaprotestowała Povondrowa.

Ojciec Povondra żachnął się.

— Ty tego nie rozumiesz! Taką sprawę potrafi załatwić tylko G. H. Bondy. On widzi dalej niż ktokolwiek inny. Inni uważaliby to za szaleństwo albo jakiś szwindel. Ale nie pan Bondy. Gdzież tam! Ten to ma nosa! — Povondra zamyślił się. — Ten kapitan... jakże on się nazywał... Vantoch... wcale na takiego nie wyglądał. Taki tłuściutki wujaszek. Inny odźwierny powiedziałby mu: „Dokąd, człowieku, pana nie ma w domu, i w ogóle”. Ale ja miałem jakieś przeczucie czy co. „Zaanonsuję go — powiedziałem sobie. — Pan Bondy pewnie mnie zwymyśla, ale biorę to na siebie i zapowiem go”. Zawsze mówię, że odźwierny musi mieć nosa do ludzi. Czasem zadzwoni jakiś gość, wygląda jak baron, a tymczasem to sprzedawca lodówek. A kiedy indziej przyjdzie taki poczciwy ojczulek i od razu widać, że coś w sobie ma. Człowiek musi się znać na ludziach — perorował Povondra. — Widzisz, Franek, ile zależy od człowieka nawet na podrzędnym stanowisku. Weź z tego przykład i staraj się zawsze wykonywać swoje obowiązki tak, jak to robiłem ja. — Povondra pokiwał głową jakoś tak uroczyście i z przejęciem. — Mogłem tego kapitana pożegnać w drzwiach i oszczędziłbym sobie schodów. Inny odźwierny by się nadął i zatrzasnąłby mu drzwi przed nosem. I udaremniłby w ten sposób taki wspaniały postęp na świecie. Pamiętaj, Franek, że gdyby każdy człowiek wypełniał swoje obowiązki, na świecie byłoby super. I słuchaj uważnie, kiedy do ciebie mówię.

— Dobrze, tatusiu — wymamrotał nieszczęsny Franek.

Povondra odkaszlnął.

— Daj mi na chwilę nożyczki, mamuśko. Powinienem to sobie wyciąć z tej gazety, żebym kiedyś miał po sobie jakąś pamiątkę.

W ten sposób doszło do tego, że Povondra zaczął zbierać wycinki o Płazach. Jego kolekcjonerskiej pasji zawdzięczamy mnóstwo materiałów, które w innym wypadku popadłyby w zapomnienie. Wycinał i chował wszystko, co tylko znalazł wydrukowanego na temat Płazów. Nie będziemy ukrywać, że po początkowych skrupułach nauczył się wertować w swej ulubionej kawiarni gazety, w których była jakakolwiek wzmianka o Płazach, i osiągnął niezwykłą, niemal czarodziejską wirtuozerię w tym, w jaki sposób potrafił wyrwać z gazety odpowiednią kartkę i schować ją do kieszeni na oczach kelnera. Jak wiadomo, wszyscy kolekcjonerzy są zdolni do kradzieży albo morderstwa, byleby zdobyć nowy eksponat do swej kolekcji. W żaden sposób nie stanowi to jednak plamy na ich honorze.

Teraz jego życie nabrało sensu, ponieważ było życiem kolekcjonera. Co wieczór porządkował i czytał swe wycinki pod łagodnym spojrzeniem małżonki, która wiedziała, że każdy mężczyzna jest po części małym dzieckiem. Niech lepiej bawi się tymi swoimi wycinkami, niż miałby chodzić do gospody i grać w karty. Zrobiła nawet w bieliźniarce miejsce na jego pudła, które sam sklejał na swoją kolekcję. Czyż można więcej oczekiwać od żony i gospodyni?

Przy jakiejś okazji nawet sam G. H. Bondy był zaskoczony encyklopedycznymi wiadomościami Povondry na temat wszystkiego, co dotyczy Płazów. Povondra trochę zawstydzony przyznał się, że zbiera wszystko, co wydrukowano o Salamandrach, i pokazał panu Bondemu swe pudła. G. H. Bondy uprzejmie pochwalił jego kolekcję. W rzeczy samej, tylko wielcy panowie potrafią być tak życzliwi i tylko możni ludzie mogą uszczęśliwiać innych i nie kosztuje ich to nawet halerza37. Wielcy panowie w ogóle mają dobrze. Na przykład pan Bondy wydał polecenie, żeby Povondrze posyłano z biura Syndykatu Płazów wszystkie poświęcone Płazom wycinki, których nie trzeba było archiwizować. I szczęśliwy, a zarazem lekko podłamany Povondra dostawał codziennie całe paki dokumentów we wszystkich językach świata, spośród których zwłaszcza gazety drukowane azbuką, alfabetem greckim, po hebrajsku, arabsku, chińsku, bengalsku, tamilsku, jawajsku, czy birmańsku napełniały go pobożną czcią. „I pomyśleć — mawiał pochylony nad nimi — że beze mnie nie byłoby tego wszystkiego!”.

Jak już powiedzieliśmy, w kolekcji Povondry zachowało się wiele materiałów archiwalnych o całej tej historii z Płazami, co jednak nie oznacza, że te zbiory mogłyby usatysfakcjonować historyka o naukowym zacięciu. Po pierwsze, Povondra, który nie miał specjalistycznego wykształcenia w zakresie nauk pomocniczych historii i metod archiwistycznych, nie zaopatrzył swych wycinków w żadne wykazy źródeł ani stosowne daty, toteż na ogół nie wiemy, kiedy i gdzie ten czy ów dokument opublikowano. Po drugie, wobec nadmiaru materiałów, które gromadził, Povondra przechowywał głównie dłuższe artykuły, które uważał za ważniejsze, natomiast krótsze wiadomości i depesze po prostu wrzucał do pieca. W rezultacie o całym tym okresie zachowało się bardzo niewiele informacji i danych. Po trzecie, w całą sprawę wmieszała się pani Povondrowa. Kiedy pudła jej męża zapełniały się w znacznej mierze, wyjmowała po kryjomu część wycinków i paliła je, co powtarzało się kilka razy w ciągu roku. Oszczędzała tylko te, których tak szybko nie przybywało, na przykład wycinki w języku malabarskim, tybetańskim albo koptyjskim; te zachowały się niemal w całości, ale ze względu na pewne luki w naszym wykształceniu nie na wiele nam się zdają. Materiał dotyczący dziejów Płazów, którym dysponujemy, jest więc dość skąpy, chyba tak samo jak księgi wieczyste z VIII wieku po Chrystusie albo dzieła zebrane poetki Safony. Jedynie przypadkowo zachowała się dokumentacja dotycząca tego czy innego fragmentu owych światowej rangi wydarzeń, które pomimo wszelkich braków postaramy się zebrać pod szyldem „Po stopniach cywilizacji”.

2. Po stopniach cywilizacji (Historia Płazów38)

W epoce historycznej, której nastanie G. H. Bondy ogłosił na pamiętnym walnym zgromadzeniu Kompanii Eksportowej Pacyfiku w swych proroczych słowach o rozpoczynającej się utopii39, nie możemy już mierzyć wydarzeń historycznych stuleciami ani dekadami, jak to było możliwe w dotychczasowych dziejach świata, ale kwartałami, w których ukazują się kwartalne statystyki gospodarcze40.

W tym okresie tworzenie dziejów, jeśli wolno nam tak powiedzieć, szło już pełną parą; dlatego tempo historii niezwykle (wedle szacunków bodaj pięciokrotnie) rosło. Dzisiaj po prostu nie możemy czekać kilkaset lat, żeby świat zmienił się na lepsze lub gorsze. Na przykład wędrówki ludów, które kiedyś ciągnęły się przez całe wieki, przy dzisiejszej organizacji transportu można by zorganizować w ciągu trzech lat; inaczej nie dałoby się na tym zarobić. Podobnie ma się rzecz z podbojem Imperium Rzymskiego, z kolonizowaniem lądów, wymordowaniem Indian i tak dalej. To wszystko dałoby się dziś załatwić znacznie szybciej, gdyby powierzyć to silnym kapitałowo przedsiębiorcom. W tej materii ogromny sukces Syndykatu Płazów i jego olbrzymi wpływ na światowe dzieje niewątpliwie wskazuje drogę przyszłym pokoleniom.

Historia Płazów od początku więc odznaczała się tym, że została dobrze i racjonalnie zorganizowana. Największą, choć bynajmniej nie jedyną zasługę ma w tym względzie Syndykat Płazów. Naturalnie trzeba przyznać, iż także nauka, filantropia, oświata, druk i inne czynniki mają niemały udział w niesamowitej ekspansji i postępie Płazów. Tym niemniej to właśnie Syndykat Płazów, by tak rzec, dzień po dniu zdobywał dla Salamander nowe kontynenty i nowe wybrzeża, pokonując przy tym liczne przeszkody hamujące tę ekspansję41.

Kwartalne biuletyny Syndykatu ukazują, jak Płazy stopniowo zasiedlają indyjskie i chińskie porty; jak jaszczurcza kolonizacja zalewa wybrzeża Afryki i przenosi się na kontynent amerykański, gdzie natychmiast powstają nowe, najnowocześniejsze wylęgarnie Płazów w Zatoce Meksykańskiej; jak niezależnie od tych rozległych fal osiedleńczych wysyłane są mniejsze grupy Płazów jako pionierów przyszłego eksportu. Tak na przykład, do holenderskiego Waterstaat Syndykat Płazów posłał w prezencie tysiąc pierwszorzędnych Płazów; miastu Marsylii podarował sześćset Salamander do oczyszczenia Starego Portu; podobnie w wielu innych miejscach. Po prostu w odróżnieniu od zasiedlania świata przez ludzi, rozprzestrzenianie się Płazów dokonywało się planowo i na wielką skalę. Gdyby pozostawiono je przyrodzie, ciągnęłoby się z pewnością przez całe wieki i tysiąclecia. Przyroda nie jest i nigdy nie była tak przedsiębiorcza i wydajna jak ludzka produkcja i handel. Wydaje się, że sam popyt miał też wpływ na płodność Płazów. Ilość narybku z jednej samicy wzrosła aż do stu pięćdziesięciu kijanek rocznie. Pewne regularne straty, które w populacji Płazów powodowały rekiny, ustały niemal zupełnie, ponieważ Płazy zostały zaopatrzone w podwodne pistolety z nabojami dum-dum do obrony przed drapieżnymi rybami42.

Ekspansja Płazów nie przebiegała jednak wszędzie jednakowo gładko; gdzieniegdzie kręgi konserwatywne ostro sprzeciwiały się wprowadzaniu na rynek nowych sił roboczych, upatrując w nich nieuczciwą konkurencję dla ludzkiej pracy43

Inni wyrażali obawy, że Płazy, żywiące się drobną morską fauną, zagrożą połowom ryb; niektórzy zaś twierdzili, że swymi podmorskimi norami i korytarzami osłabiają wybrzeża i wyspy. Prawdę powiedziawszy, sporo ludzi wprost przestrzegało przed sprowadzaniem Płazów. Ale tak się dzieje od dawien dawna, że każda nowość i wszelki postęp spotykają się ze sprzeciwem i nieufnością. Tak było z maszynami fabrycznymi i powtórzyło się to w przypadku Płazów. Gdzie indziej dochodziło do nieporozumień innego rodzaju44

Jednakże dzięki wydatnej pomocy światowej prasy, która właściwie oceniła zarówno ogromne możliwości tkwiące w handlu Płazami, jak i związaną z nimi dochodową reklamę, instalowanie Salamander na wszystkich kontynentach witano na ogół z żywym zainteresowaniem, a nawet z entuzjazmem45.

Handel Płazami znajdował się w większości w rękach Syndykatu Płazów, który używał do tego własnych, specjalnie w tym celu skonstruowanych statków-cystern. Centrum owego handlu i swego rodzaju giełdą Płazów był Salamander Building w Singapurze46.

Przy rosnących obrotach w eksporcie Płazów powstał jednak także dziki handel. Syndykat Płazów nie mógł kontrolować i prowadzić wszystkich wylęgarni, które nieboszczyk kapitan van Toch rozsiał zwłaszcza po drobnych i odległych wyspach Mikronezji, Melanezji i Polinezji, toteż wiele zatok pozostawiono samym sobie. W rezultacie obok racjonalnego chowu Salamander istniały zakrojone na szeroką skalę połowy dzikich Płazów, przypominające pod wieloma względami dawne wyprawy na wieloryby. Był to połów poniekąd nielegalny, ale ponieważ nie istniały przepisy odnośnie ochrony Płazów, ścigano go najwyżej jako bezprawne wkroczenie na wody terytorialne tego czy innego państwa. Ponieważ jednak Płazy na tych wyspach mnożyły się na potęgę i wyrządzały tubylcom tu i ówdzie pewne szkody na polach i w sadach, te dzikie odłowy Płazów milcząco uważano za naturalną regulację ich populacji47.

Oprócz dobrze zorganizowanego handlu Płazami i szerokiej propagandy prasowej największą zasługę dla rozprzestrzenienia się Płazów miała olbrzymia fala idealizmu technicznego, która w tym okresie zalała cały świat. G. H. Bondy dobrze przewidywał, że duch ludzki zacznie teraz ogarniać nowe kontynenty i nowe Atlantydy. Przez cały Wiek Płazów panował wśród umysłów ścisłych żywy i owocny spór, czy mają powstawać lądy ciężkie, z żelazobetonowymi brzegami, czy lekkie, usypane z morskiego piasku. Niemal codziennie powstawały nowe gigantyczne projekty: włoscy inżynierowie proponowali po pierwsze wybudowanie Wielkiej Italii, zajmującej niemal cały obszar Morza Śródziemnego aż po Trypolitanię, Baleary i Dodekanez, a po wtóre założenie nowego lądu, tak zwanej Lemurii, na wschód od Somali Włoskiego, która zajęłaby cały Ocean Indyjski. W rzeczywistości przy pomocy całej armii Płazów została usypana nowa wysepka naprzeciwko somalijskiego portu Mogadiszu, na obszarze trzynastu i pół akra. Japonia zaprojektowała i częściowo zrealizowała budowę nowej dużej wyspy w miejscu dawnego archipelagu Mariany i przygotowywała połączenie archipelagów Karoliny i Marshalla w dwie wielkie wyspy, które miały się nazywać Nowy Nippon; na każdej z nich miał nawet powstać sztuczny wulkan, który przypominałby przyszłym mieszkańcom świętą Fudżijamę. Mówiono również, że niemieccy inżynierowie budują potajemnie na Morzu Sargasowym ciężki betonowy ląd, który ma być przyszłą Atlantydą i który mógłby ponoć zagrażać francuskiej Afryce Zachodniej; zdaje się jednak, że doszło jedynie do położenia fundamentów. W Holandii zabrano się do wysuszania Zelandii. Francja połączyła na Gwadelupie Grande Terre, Basse Terre i La Désirade w jedną szczęśliwą wyspę. Stany Zjednoczone zaczęły budować na 37 południku pierwszą wyspę napowietrzną (dwupoziomową, z ogromnym hotelem, stadionem sportowym, lunaparkiem i kinem na pięć tysięcy widzów). Po prostu wydawało się, że padły ostatnie granice, które ludzkiemu rozmachowi stawiały światowe morza. Nastała radosna epoka wspaniałych planów technicznych. Człowiek uświadamiał sobie, że dopiero teraz staje się Panem Świata, dzięki Płazom, które wstąpiły na światową arenę we właściwym momencie i, by tak rzec, z dziejową koniecznością. Bez wątpienia nie doszłoby do tego niezmiernego rozprzestrzenienia się Płazów, gdyby nasz techniczny wiek nie przygotował dla nich tylu zadań do wykonania i tak ogromnego pola do stałego zatrudnienia. Przyszłość Robotników Morza zdawała się teraz zapewniona na wieki.

Znaczny udział w korzystnym rozwoju handlu Płazami miała także nauka, która natychmiast zwróciła uwagę na badanie Płazów zarówno od strony cielesnej, jak i duchowej48.

Dzięki temu naukowemu badaniu ludzie przestali uważać Płazy za jakiś cud. W obiektywnym świetle nauki Salamandry straciły wiele z pierwotnego nimbu nadzwyczajności i wyjątkowości. Stawszy się przedmiotem psychologicznych testów, wykazywały bardzo przeciętne i mało interesujące właściwości; ich wielkie zdolności odesłano do krainy bajek. Nauka ukazała Normalną Salamandrę, która okazała się stworzeniem całkiem nudnym i dosyć ograniczonym. Tylko gazety jeszcze czasem donosiły o Cudownym Płazie, który potrafi w pamięci mnożyć pięciocyfrowe liczby, ale to też przestało ludzi bawić, zwłaszcza kiedy się okazało, że przy odpowiednim ćwiczeniu może się tego nauczyć także normalny człowiek. Ludzie po prostu zaczęli uważać Płazy za coś równie oczywistego jak maszyna licząca albo inny automat. Nie widzieli w nich już niczego tajemniczego, co wynurzyło się z nieznanych głębin bóg wie czemu i po co. Ponadto ludzie nigdy nie uważają za tajemnicze tego, co im służy i przynosi korzyść, lecz tylko to, co im szkodzi albo zagraża. A Płazy, jak się okazało, były stworzeniami bardzo — i to wszechstronnie — użytecznymi49.

Koniec końców, jest czymś zgoła naturalnym, że Płazy przestały być sensacją, skoro było ich na świecie kilkaset milionów; powszechne zainteresowanie, które wywoływały, dopóki były jaką taką nowinką, wybrzmiewało jeszcze jakiś czas w filmowych groteskach (Sally i Andy, dwie miłe Salamandry) i na scenach kabaretowych, gdzie śpiewacy i subretki, obdarzeni wyjątkowo kiepskimi głosami, występowali w rolach skrzeczących i gramatycznie nieporadnie wyrażających się Płazów. Gdy tylko Płazy stały się powszednim zjawiskiem, zmieniła się, by tak rzec, ich problematyka50.

To prawda, że wielki szum wokół Płazów wkrótce ucichł, ustępując miejsca czemu innemu i w pewnej mierze poważniejszemu, a mianowicie Problemowi Płazów. Prekursorką w zakresie owego Problemu — jak już nieraz bywało w historii ludzkiego postępu — była kobieta. Była to Mme Louise Zimmermann, dyrektorka pensjonatu dla dziewcząt w Lozannie, która z niezwykłą energią i niesłabnącym entuzjazmem propagowała na całym świecie swe szlachetne hasło: „Dajcie Płazom porządne szkolne wychowanie51!”. Długo spotykała się z niezrozumieniem społeczeństwa, gdy niestrudzenie zwracała uwagę z jednej strony na wrodzoną funkcjonalność Płazów, z drugiej zaś na zagrożenie, które mogłoby powstać dla ludzkiej cywilizacji, gdyby Salamandrom nie zapewniono starannego wychowania moralnego i intelektualnego. „Jak rzymska kultura zanikła na skutek najazdu barbarzyńców, zanikłaby i nasza oświata, gdyby stała się wyspą w morzu stworzeń duchowo ujarzmionych, którym odmawia się udziału w najwyższych ideałach współczesnej ludzkości!”. Tak wołała proroczo na sześciu tysiącach trzystu pięćdziesięciu siedmiu wykładach, które wygłosiła w kobiecych klubach w całej Europie i Ameryce, a także w Japonii, Chinach, Turcji i innych krajach. „Jeśli kultura ma się utrzymać, musi być udziałem wszystkich. Nie możemy w spokoju cieszyć się darami naszej cywilizacji ani owocami naszej kultury, dopóki wokół nas istnieją miliony nieszczęsnych, cichych istot, sztucznie utrzymywanych w stanie animalnym. Tak jak hasłem dziewiętnastego wieku było Wyzwolenie Kobiet, hasłem naszego stulecia musi być: Dajcie Płazom porządne szkoły!” I tak dalej. Dzięki swej erudycji i niewiarygodnemu uporowi Mme Louise Zimmermann zmobilizowała kobiety całego świata i zebrała wystarczające środki finansowe, żeby założyć w Beaulieu (pod Niceą) pierwsze liceum dla Płazów, w którym kijanki Salamander pracujących w Marsylii uczono francuskiego języka i literatury, retoryki, dobrych obyczajów, matematyki i dziejów kultury52.

Nieco mniejszym powodzeniem cieszyła się Dziewczęca Szkoła dla Płazów we francuskim Menton, gdzie głównie lekcje muzyki, kuchni dietetycznej i delikatnych prac ręcznych (przy których Mme Zimmermann obstawała ze względów pedagogicznych) spotykały się z ewidentnym brakiem uległości, o ile nie z konsekwentnym brakiem zainteresowania młodych licealistek. Natomiast pierwsze publiczne egzaminy Młodych Płazów zakończyły się takim zdumiewającym sukcesem, że natychmiast (z funduszy towarzystw ochrony zwierząt) założono Politechnikę Morską w Cannes i Uniwersytet Płazów w Marsylii; tu później pierwszy Płaz uzyskał stopień doktora praw.

Kwestia wychowania Płazów zaczęła się teraz rozwijać szybko i normalną koleją rzeczy. W stosunku do wzorowych Écoles Zimmermann bardziej postępowi nauczyciele podnieśli wiele poważnych zarzutów. Twierdzono zwłaszcza, że przestarzałe humanistyczne szkolnictwo przeznaczone dla ludzkiej młodzieży nie pasuje do wychowania młodych Płazów. Zdecydowanie potępiano nauczanie literatury i historii, doradzając, by jak najwięcej miejsca i czasu poświęcano praktycznym i nowoczesnym przedmiotom, takim jak nauki przyrodnicze, pracy w warsztatach szkolnych, zajęciom technicznym, wychowaniu fizycznemu i tak dalej. Ta tak zwana Szkoła Reformowana czyli Szkoła Praktycznego Życia była z kolei namiętnie zwalczana przez zwolenników klasycznego wykształcenia, którzy głosili, że Płazom można przybliżyć dobra ludzkiej kultury tylko na podstawach łacińskich i że nie wystarczy nauczyć je mówić, jeśli nie nauczymy ich cytować poetów i przemawiać z cycerońską erudycją. Powstał na tym tle długotrwały i dosyć burzliwy spór, który został w końcu rozstrzygnięty w taki sposób, że szkoły dla Salamander zostały upaństwowione, a szkoły dla ludzkiej młodzieży zreformowane tak, żeby jak najbardziej zbliżyły się do ideałów Szkoły Reformowanej dla Płazów.

Naturalnie także w innych krajach rozległo się wołanie o właściwe i obowiązkowe nauczanie dla Płazów pod nadzorem państwowym. Doszło do tego stopniowo we wszystkich krajach nadmorskich (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii). A ponieważ szkoły dla Płazów nie były obciążone starymi klasycznymi tradycjami szkół ludzkich, mogły stosować wszystkie najnowsze metody psychotechniki, wychowania technologicznego, szkolenia paramilitarnego i inne osiągnięcia pedagogiczne ostatnich lat. Rozwinęły się one wkrótce w najnowocześniejsze i najbardziej postępowe szkolnictwo na świecie, które słusznie było przedmiotem zazdrości wszystkich pedagogów i uczniów ludzkich.

Równocześnie ze szkolnictwem dla Płazów powstał problem języka. Których światowych języków mają Salamandry uczyć się najpierw? Pierwotne Płazy z wysp Pacyfiku posługiwały się Pidgin English, podchwyconym od tubylców i marynarzy; wiele mówiło po malajsku albo w innych miejscowych narzeczach. Płazy hodowane na rynek singapurski nakłaniano, aby mówiły w Basic English, owej pod względem naukowym uproszczonej angielszczyźnie, która zadowala się kilkuset wyrazami, bez przestarzałych gramatycznych kontekstów; dlatego też tę zreformowaną standardową angielszczyznę zaczęto nazywać Salamander English. We wzorcowych Écoles Zimmermann Płazy mówiły językiem Corneille’a, bynajmniej jednak nie z powodów nacjonalistycznych, lecz dlatego, że należy to do wyższego wykształcenia. Natomiast w szkołach reformowanych uczono esperanto jako języka do porozumiewania się. Oprócz tego powstało w tym czasie bodaj pięć albo sześć nowych Języków Uniwersalnych, które miały zastąpić babilońskie pomieszanie ludzkich języków i dać jeden wspólny język ojczysty całemu światu ludzi i Płazów. Było jednak wiele sporów o to, który z tych Języków Międzynarodowych jest najbardziej funkcjonalny, melodyjny i uniwersalny. Ostatecznie skończyło się na tym, że w każdym narodzie propagowano inny Język Uniwersalny53.

Dzięki upaństwowieniu szkolnictwa Płazów cała sprawa stała się prostsza: w każdym kraju Płazy były po prostu kształcone w języku danego narodu. Chociaż Salamandry uczyły się języków obcych stosunkowo łatwo i z zapałem, ich zdolności językowe przejawiały pewne braki, wynikające z jednej strony ze słabego wykształcenia się ich aparatów mowy, z drugiej zaś z powodów natury psychicznej; na przykład z trudem wymawiały długie, wielosylabowe słowa i próbowały redukować je do jednej sylaby, którą wymawiały krótko i nieco skrzekliwie; mówiły l zamiast r, a przy głoskach syczących lekko sepleniły; pomijały końcówki gramatyczne, nigdy nie nauczyły się rozróżniać „ja” i „my”, i było im wszystko jedno, czy jakieś słowo jest rodzaju żeńskiego czy męskiego (może przejawia się w tym ich oziębłość płciowa poza okresem kopulacji). Po prostu każdy język w ich ustach ulegał charakterystycznemu przetworzeniu i jakiemuś racjonalnemu sprowadzeniu do najprostszych i rudymentarnych form. Jest rzeczą godną uwagi, że ich neologizmy, ich wymowę i gramatyczną prymitywność zaczęły szybko przyswajać sobie z jednej strony ludzkie szumowiny w portach, z drugiej tak zwane wyższe sfery; stąd ten sposób mówienia przedostawał się do gazet i wkrótce spowszechniał. U ludzi też często zatracały się rodzaje gramatyczne, ulatniały końcówki, zanikła odmiana. Złota młodzież ograniczyła użycie spółgłoski r i nauczyła się seplenić. Mało kto z wykształconych ludzi mógłby jeszcze powiedzieć, co znaczy indeterminizm czy transcendencja, po prostu dlatego, że te słowa także dla ludzi stały się zbyt długie i nie do wypowiedzenia.

Krótko mówiąc, dobrze czy źle, potrafiły Płazy mówić prawie wszystkimi językami świata, stosownie do tego, na jakim wybrzeżu żyły. Ukazał się u nas wtedy (bodaj w „Národních listach”) artykuł, którego autor z goryczą (niewątpliwie słuszną) pytał, dlaczego Płazy nie uczą się też czeskiego, skoro już są na świecie Salamandry mówiące po portugalsku, holendersku i w innych językach małych narodów. Nasz naród nie ma wprawdzie niestety swego wybrzeża morskiego, przyznawał autor rzeczonego artykułu, i dlatego nie ma u nas morskich Płazów. Jednakże mimo iż nie mamy swego morza, nie oznacza to, że nie mamy takiego samego, a pod wieloma względami większego udziału w światowej kulturze, jak wiele narodów, których języków uczą się tysiące Płazów. Byłoby sprawiedliwe, gdyby Płazy poznały także nasze życie duchowe; ale jak mogą czerpać o nim informacje, skoro nie ma wśród nich nikogo, kto znałby nasz język? Nie oczekujmy, że ktoś na świecie uzna ten kulturowy dług i założy katedrę języka i literatury czeskiej na którejś uczelni dla Płazów. Jak mówi poeta: „Nie wierzmy nikomu na świecie, nie mamy tam ni jednego przyjaciela54”. Postarajmy się zatem sami o poprawę tej sytuacji — wołał autor artykułu. — Cokolwiek zrobiliśmy na tym świecie, uczyniliśmy to własnymi siłami! Jest naszym prawem i naszym obowiązkiem, żebyśmy starali się pozyskać przyjaciół również wśród Płazów; ale jak się zdaje, nasze ministerstwo spraw zagranicznych nie przejawia zbytniego zainteresowania należytą propagandą naszego kraju i naszych produktów wśród Płazów, chociaż inne, także mniejsze narody, przeznaczają miliony na to, by ukazać Płazom skarby swej kultury, a zarazem wzbudzić ich zainteresowanie swymi wyrobami przemysłowymi.

Artykuł wzbudził spore zainteresowanie, głównie w Związku Przemysłowców, i miał przynajmniej ten skutek, że wydano mały podręcznik Język czeski dla Płazów, z fragmentami z czeskiej i słowackiej literatury pięknej. Brzmi to niewiarygodnie, ale naprawdę sprzedało się ponad siedemset egzemplarzy tej książki; był to więc całkiem spory sukces55.

Jednakże kwestia wychowania i języka była tylko jedną stroną wielkiego Problemu Płazów, który, jak się to mówi, narastał na oczach ludzi. Na przykład wkrótce wyłoniło się pytanie, jak właściwie ma się postępować z Płazami w aspekcie, by tak rzec, społecznym. W pierwszych, niemal prehistorycznych latach Wieku Płazów to towarzystwa ochrony zwierząt gorliwie starały się o to, żeby nie traktowano Płazów okrutnie i nieludzko; dzięki ich wytrwałym zabiegom udało się sprawić, że prawie wszędzie urzędy przyglądały się temu, aby w stosunku do Płazów przestrzegano przepisów policyjnych i weterynaryjnych obowiązujących wobec innych zwierząt hodowlanych. Także zdecydowani przeciwnicy wiwisekcji podpisali wiele protestów i petycji, aby zakazać przeprowadzania na żywych Płazach eksperymentów naukowych; w szeregu państw takie prawo faktycznie zostało wydane56. Jednakże wraz z rosnącym wykształceniem Salamander odczuwano coraz większe zakłopotanie z racji tego, czy należy chronić Płazy tak jak chroni się zwierzęta; wydawało się to z jakichś nie całkiem jasnych powodów trochę niewłaściwe. Powstała wówczas międzynarodowa Liga Ochrony Płazów (Salamander Protecting League) pod protektoratem księżnej Huddersfield. Liga ta, licząca ponad dwieście tysięcy członków, głównie w Anglii, wykonała na rzecz Salamander znaczącą i chwalebną pracę. Jej szczególnym osiągnięciem było to, że na wybrzeżach tworzono boiska dla płazów, gdzie mogły one, nie będąc niepokojone przez ciekawskich widzów, urządzać swe „mityngi i uroczystości sportowe” (prawdopodobnie również tańce przy księżycu); że we wszystkich szkołach (nawet na uniwersytecie w Oksfordzie) kładziono uczniom do głowy żeby nie kamienowali Płazów; że w pewnej mierze dbano o to, by w szkołach dla Płazów nie przeciążano młodych kijanek nauką; i wreszcie — że miejsca pracy i toalety dla Płazów zostały otoczone wysokimi drewnianymi płotami, które chroniły Płazy przed różnego rodzaju napastowaniem, a przede wszystkim w dostatecznej mierze oddzielały świat Salamander od świata ludzi57.

Według wszelkich danych akcja ta nie spotkała się z pożądanym rezultatem. Nic nie wiadomo o tym, żeby Płazy kiedykolwiek zdecydowały się nosić sukienki albo fartuszki. Może przeszkadzały im pod wodą, a może nie chciały się na nich trzymać. A kiedy Płazy zostały odgrodzone od ludzi drewnianymi płotami, zniknęły po obu stronach wszelkie powody do wstydu albo do nieprzyjemnych odczuć.

Co się tyczy naszej wzmianki o tym, że trzeba było chronić Płazy przed napastowaniem, mieliśmy na myśli głównie psy, które się nigdy z Płazami nie pogodziły i prześladowały je wściekle również pod wodą, nie bacząc na to, że dostawały zapalenia śluzówek w pysku, kiedy pogryzły uciekającego Płaza. Czasem Płazy się broniły i niejeden rasowy pies został zabity motyką albo kilofem. W ogóle między psami i Płazami rozwinęła się trwała, śmiertelna wręcz wrogość, która się w żaden sposób nie zmieniła — przeciwnie, raczej się nasiliła i pogłębiła — przez postawienie płotów między nimi. Ale tak to już bywa, nie tylko u psów. Nawiasem mówiąc, te smołowane płoty, ciągnące się często setkami kilometrów wzdłuż morskiego brzegu, wykorzystano do celów wychowawczych; na całej długości namalowane były na nich duże napisy i hasła odpowiednie dla Płazów, na przykład:

Wasza praca — wasz sukces

Szanujcie każdą sekundę!

Dzień ma tylko 86 400 sekund!

Każdy jest tyle wart, ile wykona pracy

Jeden metr zapory możecie zbudować w ciągu 57 minut!

Kto pracuje, służy wszystkim

Kto nie pracuje, niech nie je!

I tak dalej. Gdy pomyślimy, że te drewniane ogrodzenia otaczały na całym świecie ponad trzysta tysięcy kilometrów morskich wybrzeży, będziemy mogli sobie wyobrazić, ile motywujących i pożytecznych haseł zmieściło się na nich.

Jednakże te godne pochwały prywatne inicjatywy, które starały się przyzwoicie i humanitarnie kształtować stosunek społeczności ludzi do Płazów, szybko okazały się niewystarczające. Wprawdzie stosunkowo łatwo było wdrożyć Salamandry, jak się to mówi, do procesu produkcyjnego, ale znacznie bardziej skomplikowane i trudniejsze okazało się włączenie ich w jakiś sposób w powstające porządki społeczne. Bardziej konserwatywnie nastawieni ludzie twierdzili wprawdzie, że tu nie ma co mówić o jakichś problemach prawnych czy publicznych. Płazy są ponoć najzwyczajniej w świecie własnością swego pracodawcy, który za nie ręczy i odpowiada też za ewentualne szkody, które by jego Płazy wyrządziły. Pomimo swej niewątpliwej inteligencji Salamandry nie są w znaczeniu prawnym niczym innym, jak tylko przedmiotem, rzeczą albo mieniem, i każda specjalna regulacja prawna dotycząca Płazów stanowiłaby rzekomo niepokojącą ingerencję w święte prawa własności prywatnej. Tymczasem druga strona oponowała, że Płazy jako istoty inteligentne i w znacznej mierze odpowiedzialne mogą samowolnie i w rozmaity sposób naruszać obowiązujące prawa. Jakby zareagował właściciel Płazów na to, że ma ponosić odpowiedzialność za ewentualne występki swoich Salamander? Takie ryzyko niewątpliwie podłamałoby prywatną przedsiębiorczość w dziedzinie prac wykonywanych przez Płazy. W morzu nie ma płotów, mówiło się. Płazów nie da się zamknąć, żebyście je mieli pod nadzorem. Dlatego trzeba na drodze prawnej zobowiązać same Płazy, żeby respektowały ludzki porządek prawny i kierowały się przepisami, które zostaną dla nich wydane58.

O ile wiadomo, pierwsze ustawy dla Salamander zostały wydane we Francji. Jedna z nich określała obowiązki Płazów w przypadku mobilizacji i wojny. Druga ustawa (zwana lex Deval) nakazywała Płazom osiedlanie się tylko w tych miejscach na wybrzeżu, które wskaże im ich właściciel albo odpowiedni urząd departamentalny. Trzecia ustawa mówiła o tym, że Płazy są bezwarunkowo zobowiązane do podporządkowania się wszystkim zarządzeniom policyjnym; gdyby tego nie uczyniły, urzędy policyjne mają prawo karać je zamknięciem w suchym i jasnym miejscu albo nawet pozbawieniem pracy na dłuższy czas. W odpowiedzi na to partie lewicowe zgłosiły w parlamencie propozycję, żeby opracowano prawodawstwo socjalne dla Salamander, które by określiło ich pracownicze obowiązki, a na pracodawców nałożyło określone zobowiązania wobec pracujących Płazów (na przykład zgodę na czternastodniowy urlop w okresie wiosennego parzenia). Natomiast skrajna lewica domagała się, żeby Płazy w ogóle zostały wydalone z kraju jako wrogowie ludu pracującego, którzy na usługach kapitalistów pracują zbyt dużo i prawie za darmo, zagrażając tym poziomowi życia klasy robotniczej. Dla wzmocnienia tego postulatu doszło do strajku w Breście oraz do wielkich demonstracji w Paryżu; było wielu rannych, a minister Deval musiał podać się do dymisji. We Włoszech Salamandry zostały podporządkowane specjalnej Korporacji Płazów, złożonej z pracodawców i urzędów, w Holandii były administrowane przez ministerstwo budownictwa wodnego — krótko mówiąc, każde państwo rozwiązywało Problem Płazów po swojemu i odmiennie, ale wiele aktów urzędowych, określających publiczne obowiązki i odpowiednio ograniczających zwierzęcą swobodę Płazów, było wszędzie bardzo podobnych.

Rzecz zrozumiała, że wraz z pierwszymi ustawami dla Płazów pojawili się ludzie, którzy w imię prawnej logiki wnioskowali, że jeśli ludzie nakładają na Salamandry określone obowiązki, muszą też przyznać im pewne prawa. Państwo, które stanowi prawo dla Płazów, uznaje je ipso facto za istoty odpowiedzialne i wolne, za podmioty prawne, ba — wręcz za obywateli ich państwa. A w takim razie trzeba będzie uregulować jakoś ich obywatelski stosunek do państwa, pod którego legislatywą żyją. Można byłoby wprawdzie uznać Płazy za emigrantów, ale w takim przypadku państwo nie mogłoby oczekiwać od nich pewnych usług czy obowiązków w czasie mobilizacji lub wojny, jak to się dzieje we wszystkich (z wyjątkiem Anglii) cywilizowanych krajach. Będziemy zapewne oczekiwać od Płazów, żeby w przypadku konfliktu wojennego broniły naszych wybrzeży, ale wówczas nie możemy pozbawiać ich pewnych praw obywatelskich, na przykład prawa wyborczego, prawa do zgromadzeń, reprezentacji w różnych organach publicznych i tak dalej59. Proponowano nawet, żeby Salamandry miały jaką taką podmorską autonomię, lecz te i inne rozważania miały charakter czysto akademicki. Do żadnego praktycznego rozwiązania nie doszło, przede wszystkim dlatego, że Płazy nigdy i nigdzie nie domagały się praw obywatelskich.

Podobnie bez większego zainteresowania i udziału Płazów przebiegła inna wielka dyskusja, która toczyła się wokół problemu, czy Płazy mogą być chrzczone. Kościół katolicki zajmował od początku konsekwentne stanowisko, że nie. Ponieważ Płazy nie są potomkami Adama, nie zostały poczęte w grzechu pierworodnym, więc nie mogą być poprzez sakrament chrztu od tego grzechu oczyszczone. Kościół święty nie chce w żaden sposób rozstrzygać kwestii, czy Płazy mają nieśmiertelną duszę albo jakiś inny udział w miłosierdziu i zbawieniu bożym. Jego przychylność wobec Płazów może przejawiać się jedynie w tym, że będzie o nich pamiętać w specjalnej modlitwie, która będzie czytana w określone dni obok modlitwy za dusze w czyśćcu cierpiące i wstawiennictwa za niewierzącymi60. Trudniej miały Kościoły protestanckie; przyznawały wprawdzie Płazom rozum, a więc i zdolność do zrozumienia nauki chrześcijańskiej, ale wahały się przed uczynieniem ich członkami Kościoła, a tym samym również braćmi w Chrystusie. Ograniczyły się więc do tego, że wydały (w wersji skróconej) Pismo Święte dla Płazów na nieprzemakalnym papierze i rozprowadziły je w milionach egzemplarzy. Rozważano też stworzenie dla Płazów (w analogii do Basic English) jakiegoś Basic Christian, podstawowego i uproszczonego nauczania chrześcijańskiego, ale próby poczynione w tym kierunku wywołały tyle sporów teologicznych, że ostatecznie zrezygnowano z tego61. Mniej skrupułów miały niektóre sekty religijne (zwłaszcza amerykańskie), które wysyłały do Płazów swoich misjonarzy, aby głosili im Prawdziwą Wiarę i chrzcili je zgodnie ze słowami Pisma: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. Jednakże tylko niewielu misjonarzom udało się dostać za drewniane ogrodzenie oddzielające Salamandry od ludzi. Pracodawcy bronili im dostępu do Płazów, żeby swymi kazaniami nie odciągali ich od pracy. Widać więc było tu i ówdzie kaznodzieję, który stojąc przy drewnianym płocie pośród psów, wściekle szczekających na swych wrogów po drugiej stronie ogrodzenia, daremnie, ale z zapałem objaśniał Słowo Boże.

O ile wiadomo, nieco bardziej przyjął się wśród Płazów monizm62. Niektóre Płazy wierzyły też w materializm, złoty standard i inne naukowe wykłady wiary. Pewien popularny filozof nazwiskiem Georg Sequenz stworzył nawet specjalną religię dla Płazów, której głównym i najwyższym artykułem była wiara w Wielkiego Salamandra. Wprawdzie ta wiara w ogóle nie przyjęła się wśród Płazów, ale za to znalazła wielu zwolenników wśród ludzi, szczególnie w dużych miastach, gdzie niemal z dnia na dzień powstało mnóstwo tajnych świątyń tego kultu63. Płazy same w późniejszych czasach przyjęły powszechnie inną wiarę, o której nie wiadomo, skąd się wśród nich wzięła. Było to czczenie Molocha, którego wyobrażały sobie jako ogromnego Płaza z ludzką głową. Miały podobno olbrzymie figury podmorskich bożków z żeliwa, które zamawiały u Armstronga albo u Kruppa, ale bliższe szczegóły o ich kultowych obrzędach, ponoć niezwykle okrutnych i tajemniczych, nigdy nie wyszły na jaw, ponieważ odbywały się one pod wodą. Zdaje się, że ta wiara rozszerzyła się wśród nich dlatego, że imię Moloch przypominało im niemiecką nazwę przyrodniczą Płaza (Molch).

Jak widać z poprzednich akapitów, Problem Płazów początkowo przez dłuższy czas dotyczył tylko tego, czy i w jakiej mierze Płazy, jako istoty rozumne i znacznie ucywilizowane, są zdolne do korzystania z pewnych ludzkich praw, choć żyją tylko na marginesie ludzkiego społeczeństwa i ludzkiego ładu. Innymi słowy, była to wewnętrzna sprawa poszczególnych krajów, rozwiązywana w ramach miejscowego prawa. Przez szereg lat nikomu nawet nie przyszło do głowy, że Problem Płazów może mieć dalekosiężne znaczenie międzynarodowe i że może trzeba będzie postępować z Salamandrami nie tylko jako z inteligentnymi istotami, ale także jako z kolektywem czy narodem Płazów. Prawdę mówiąc, pierwszy krok w kierunku takiego pojmowania Problemu Płazów uczyniły owe nieco dziwaczne chrześcijańskie sekty, które próbowały ochrzcić Płazy, powołując się na słowa Pisma: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. W tym kontekście po raz pierwszy wypowiedziano, że Płazy są jakby narodem64. Lecz pierwsze prawdziwie międzynarodowe i zasadnicze uznanie Płazów za naród przyniosło dopiero słynne oświadczenie Międzynarodówki Komunistycznej, podpisane przez towarzysza Molokowa i skierowane „do wszystkich uciskanych i rewolucyjnych Płazów całego świata65”.

Chociaż ta proklamacja nie miała, jak się zdaje, bezpośredniego wpływu na Płazy, wywołała jednak znaczny oddźwięk w światowej prasie, czego efektem było choćby to, że Salamandry zostały wprost zalane płomiennymi wezwaniami z rozmaitych stron, aby jako całość przyłączyły się do tego czy innego ideowego, politycznego albo społecznego programu ludzkiej społeczności66.

Teraz Problemem Płazów zaczął się zajmować również Międzynarodowy Urząd Pracy w Genewie. Tam zderzyły się dwa poglądy: jeden uznawał Płazy za nową klasę pracującą i domagał się, żeby objąć je wszelkim prawodawstwem socjalnym dotyczącym czasu pracy, płatnych urlopów, ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego i tak dalej; drugi natomiast głosił, że w Płazach rośnie niebezpieczna konkurencja dla ludzkiej siły roboczej i że powinno się im po prostu zakazać pracy, jako działania antyspołecznego. Przeciwko temu pomysłowi wystąpili nie tylko przedstawiciele pracodawców, ale także delegaci robotników, wskazując na to, że Płazy są już nie tylko nową armią pracowników, ale również wielkim i coraz ważniejszym odbiorcą. Jak podali, w ostatnim czasie w niespotykanej dotąd mierze wzrosło zatrudnienie w branży obróbki metali (narzędzia pracy, maszyny i metalowe figury bożków dla Płazów), przemyśle zbrojeniowym, chemicznym (podwodne materiały wybuchowe), w produkcji papieru (podręczniki dla Płazów), cementu, drewna, sztucznej żywności (Salamander-Food) i w wielu innych dziedzinach. Tonaż przewożonych statkami towarów wzrósł w porównaniu z okresem przed pojawieniem się na masową skalę Płazów o 27 %, wydobycie węgla o 18,6 %. Pośrednio, wraz ze wzrostem zatrudnienia i dobrobytu wśród ludzi, rosną obroty także w innych gałęziach przemysłu. Ostatnimi czasy Płazy zamawiają różne części maszyn, wykonane według ich własnych projektów; same montują z nich pod wodą pneumatyczne wiertarki, młoty, silniki podwodne, maszyny drukarskie, wodne krótkofalówki i inne urządzenia własnej konstrukcji. Za te elementy płacą wzrostem wydajności pracy. Dziś już jedna piąta całej światowej produkcji w przemyśle ciężkim i mechanice precyzyjnej jest zależna od zamówień Płazów. Zlikwidujcie Salamandry, a możecie zamknąć jedną piątą fabryk. Zamiast dzisiejszej prosperity będziecie mieć miliony bezrobotnych. Międzynarodowy Urząd Pracy nie mógł lekceważyć tych obiekcji. W końcu po długich dyskusjach osiągnięto przynajmniej taki kompromis, że: „wyżej wymienieni pracownicy kategorii S (ziemnowodnej) mogą pracować tylko pod wodą albo w wodzie, na brzegu zaś jedynie w odległości dziesięciu metrów od linii najwyższego przypływu; nie wolno im wydobywać węgla ani ropy naftowej z dna morza; nie wolno im produkować papieru, tekstyliów ani sztucznej skóry z morskich wodorostów dla potrzeb odbiorców na lądzie” i tak dalej. Te ograniczenia w produkcji, postawione Płazom, zostały zapisane w postaci kodeksu liczącego dziewiętnaście paragrafów, których nie przytaczamy głównie z tego powodu, że ich oczywiście nigdy nie przestrzegano. Lecz jako szlachetne, prawdziwie międzynarodowe rozwiązanie Problemu Płazów od strony ekonomicznej i społecznej wspomniany kodeks był chlubnym i imponującym dziełem.

Nieco wolniej szło z międzynarodowym uznaniem Płazów na polu kontaktów kulturalnych. Gdy w prasie fachowej ukazał się bardzo często cytowany artykuł Geologiczna struktura dna morskiego w pobliżu wysp Bahama, podpisany nazwiskiem John Seaman, nikt nie wiedział, że chodzi o pracę naukową uczonej Salamandry. Kiedy jednak na kongresy naukowe albo na adres różnych akademii i towarzystw naukowych zaczęły docierać od badaczy-Płazów referaty i studia z dziedziny oceanografii, geografii, hydrobiologii, wyższej matematyki i innych nauk ścisłych, wywoływało to znaczne zakłopotanie, a nawet oburzenie, które wyraził sławny doktor Martel słowami: „To robactwo chce nas czegoś nauczyć?”. Japoński uczony doktor Onoszita, który odważył się zacytować fragment referatu pewnego Płaza (było to coś o rozwoju woreczka żółciowego u kijanek morskiej ryby głębinowej Argyropelecus hemigymnus Cocco), był naukowo bojkotowany i popełnił harakiri. Dla nauki uniwersyteckiej było sprawą honoru i środowiskowej dumy nie brać pod uwagę żadnej pracy naukowej Płazów. Tym większe zainteresowanie (o ile nie zgorszenie) wzbudził gest, który uczynił Centre Universitaire de Nice, zapraszając na uroczysty wykład doktora Charlesa Merciera, niezwykle uczonego Płaza z portu w Tulonie, który z nadzwyczajnym powodzeniem prowadził wykłady na temat teorii krzywej stożkowej w geometrii nieeuklidesowej67.

Na tej uroczystości obecna była, jako delegatka genewskiej organizacji, również — Mme Maria Dimineanu. Ta doskonała, szlachetna dama była tak wzruszona skromnym zachowaniem i uczonością doktora Merciera („Pauvre petit — miała się ponoć wyrazić — il est tellement laid68!”), że postawiła sobie za cel swego aktywnego życia, aby Płazy zostały przyjęte na członka Ligi Narodów. Daremnie tłumaczyli politycy elokwentnej i energicznej damie, że Salamandry, niemające nigdzie na świecie własnej suwerenności państwowej ani samego państwa, nie mogą być członkami Ligi Narodów. — Mme Dimineanu zaczęła więc propagować ideę, żeby Płazy dostały gdzieś wolne terytorium i swoje podmorskie państwo. Ta idea spotkała się jednak z nieprzychylnym przyjęciem, jeśli w ogóle traktowano ją poważnie. Ostatecznie jednak znaleziono pomyślne rozwiązanie: przy Lidze Narodów powstanie specjalna Komisja do Badania Problemu Płazów, do której zostaną zaproszeni również dwaj delegaci Płazy. Jako pierwszy został — pod naciskiem pani Dimineanu — powołany doktor Charles Mercier z Tulonu, drugim zaś był niejaki don Mario, gruby i uczony Płaz z Kuby, pracujący naukowo w dziedzinie planktonu i nerytycznego pelagialu69. W ten sposób Płazy osiągnęły najwyższe w owym czasie międzynarodowe uznanie swego istnienia70.

Widzimy więc Jaszczury na stałej silnej fali wznoszącej. Ich liczbę szacuje się już na siedem miliardów, chociaż wraz z rozwojem cywilizacji ich przyrost naturalny gwałtownie spada (do dwudziestu, trzydziestu kijanek z każdej samicy rocznie). Obsadziły już około sześćdziesięciu procent wszystkich światowych wybrzeży; jeszcze wybrzeża polarne są nieobsadzone, ale kanadyjskie Płazy zaczynają kolonizować wybrzeża Grenlandii, gdzie nawet spychają Eskimosów w głąb lądu, przejmując rybołówstwo i handel rybim tłuszczem. Ręka w rękę z ich materialnym rozmachem postępuje także ich rozwój cywilizacyjny. Wkraczają do szeregu wykształconych narodów z obowiązkiem szkolnym i mogą się chlubić wieloma setkami własnych podmorskich gazet, które wychodzą w milionach egzemplarzy, wzorowo funkcjonującymi instytutami naukowymi i tak dalej. Przy czym ten kulturalny awans nie wszędzie, rzecz jasna, dokonał się gładko i bez wewnętrznego oporu. Wiemy wprawdzie bardzo mało o wewnętrznych sprawach Płazów, ale na podstawie niektórych znaków (na przykład tego, że znaleziono zwłoki Płazów z odgryzionymi nosami i głowami) wydaje się, że przez dłuższy czas panował pod powierzchnią morza żarliwy spór ideowy pomiędzy „staropłazami” i „młodopłazami”71. „Młodopłazy” opowiadały się przypuszczalnie za postępem bez zastrzeżeń i ograniczeń, i głosiły, że powinno się pod wodą dogonić we wszystkich elementach wykształcenie na lądzie, nie wyłączając piłki nożnej, flirtu, faszyzmu i zmiany płci. Tymczasem „staropłazy”, jak się zdaje, obstawały konserwatywnie przy naturze i nie chciały zrezygnować ze starych, dobrych, zwierzęcych przyzwyczajeń i instynktów; niewątpliwie odrzucały gorączkową pogoń za nowościami, widząc w niej dekadenckie zjawisko i zdradę odziedziczonych po przodkach ideałów; zapewne pomstowały też na obce wpływy, którym ślepo ulega dzisiejsza bałamucona młodzież, i pytały, czy to małpowanie ludzi przystoi dumnym i znającym swoją wartość Płazom72. Możemy sobie wyobrazić, że kuto hasła takie jak: „Z powrotem do miocenu!”, „Precz ze wszystkim, co nas chce uczłowieczyć!”, „Do boju za niezakłóconą naturę Płazów!”. I tak dalej. Istniały tu niewątpliwie wszelkie przesłanki dla żywego konfliktu poglądów i dla głębokiej rewolucji duchowej w rozwoju Salamander. Żałujemy, że nie możemy podać bliższych szczegółów, ale miejmy nadzieję, że Płazy wyciągnęły z tego konfliktu, ile się dało.

Zastajemy więc Jaszczury na drodze do największego rozkwitu, ale i ludzki świat cieszy się teraz niebywałą prosperity. Z zapałem budowane są nowe brzegi istniejących lądów, na starych mieliznach wyrastają lądy nowe, pośrodku oceanów wznoszą się nowe napowietrzne wyspy. Ale to wszystko nic wobec ogromnych projektów technicznych całkowitej przebudowy naszej planety, które tylko czekają na to, by ktoś je sfinansował. Płazy pracują bez wytchnienia we wszystkich morzach i na wybrzeżach wszystkich lądów, dopóki trwa noc. Wydaje się, że są zadowolone i nie żądają dla siebie niczego, byleby tylko miały co robić i gdzie wywiercić w brzegu nory i korytarze swych ciemnych mieszkań. Mają swoje podmorskie i podziemne miasta, głębinowe metropolie, swe Esseny i Birminghamy na dnie morskim, na głębokości od dwudziestu do pięćdziesięciu metrów. Mają swoje przeludnione dzielnice fabryczne, porty, linie komunikacyjne i milionowe aglomeracje. Po prostu mają swój mniej lub bardziej nieznany, ale — jak się zdaje — technicznie bardzo zaawansowany świat73.

W swym rozwiniętym pod względem technicznym świecie Płazy nie mają wprawdzie wielkich pieców i hut, ale ludzie dostarczają im metale w drodze wymiany za ich pracę. Nie mają materiałów wybuchowych, ale ludzie im je sprzedają. Ich siłą napędową jest morze ze swymi przypływami i odpływami, ze swymi prądami głębinowymi i różnicami temperatur. Wprawdzie turbiny dostarczyli im ludzie, ale one potrafią ich używać. A czymże jest cywilizacja, jeśli nie zdolnością do posługiwania się rzeczami, które wymyślił ktoś inny? Chociaż Płazy, powiedzmy, nie mają własnych idei, z powodzeniem mogą mieć swoją wiedzę. Nie mają wprawdzie swojej muzyki czy literatury, ale doskonale się bez nich obchodzą. A ludzie zaczynają twierdzić, że to jest bajecznie nowoczesne. Widać więc, że człowiek już się może czegoś od Płazów nauczyć. I nie ma się czemu dziwić. Czyż Płazy nie osiągają ogromnych sukcesów? A z czego ludzie mają brać przykład, jeśli nie z sukcesów? Jeszcze nigdy w dziejach ludzkości tyle nie produkowano, nie budowano i nie zarabiano, jak w tych wspaniałych czasach. Trzeba przyznać, że wraz z Płazami nastał w świecie olbrzymi postęp i pojawił się ideał, któremu na imię Ilość. „My, ludzie Wieku Płazów”, mówi się z uzasadnioną dumą. Jakże daleko do niego przestarzałemu Wiekowi Ludzkości z jego powolną, nieistotną dłubaniną, którą nazywano kulturą, sztuką, czystą nauką czy jak to tam było! Świadomi ludzie Wieku Płazów już nie będą marnować czasu na rozważania o Istocie Rzeczy; będą zajmować się tylko ich ilością i masową produkcją. Cała przyszłość świata polega na tym, żeby wciąż zwiększała się produkcja i konsumpcja. Dlatego musi być jeszcze więcej Płazów, żeby mogły one jeszcze więcej wyprodukować i zeżreć. Płazy są po prostu Masą; ich epokowe znaczenie polega na tym, że jest ich tak wiele. Dopiero teraz może ludzka pomysłowość pracować w pełni, bowiem pracuje na wielką skalę, z maksymalną zdolnością produkcyjną i rekordowym obrotem ekonomicznym. Krótko mówiąc, są to wielkie czasy. Czego więc jeszcze brakuje, żeby w atmosferze powszechnego zadowolenia i prosperity urzeczywistnił się Szczęśliwy Nowy Wiek? Co stoi na przeszkodzie upragnionej Utopii, która zebrałaby w sobie wszystkie te techniczne triumfy i wspaniałe możliwości, które stwarzają coraz lepsze perspektywy dla ludzkiego dobrobytu i pracowitości Płazów?

Pragnę wierzyć, że nic, bowiem teraz Handel Płazami zostanie ukoronowany polityczną dalekowzrocznością, dbającą o to, by w przyszłości w mechanizmie Nowego Wieku nie pojawiły się żadne zgrzyty. W Londynie obradowała konferencja państw nadmorskich, na której wypracowano i uchwalono Międzynarodową Konwencję o Salamandrach. Wysokie umawiające się strony zobowiązały się, że: nie będą wysyłać swych Płazów na wody terytorialne innych państw; nie będą tolerować tego, by ich Płazy naruszyły integralność terytorialną lub sferę interesów jakiegokolwiek innego państwa; w żaden sposób nie będą ingerować w sprawy Płazów innej potęgi morskiej; w przypadku konfliktu pomiędzy swymi i obcymi Salamandrami poddadzą się wyrokowi Stałego Sądu Rozjemczego; nie uzbroją swych Płazów w żadną broń, której kaliber przekraczałby kaliber zwykłego podwodnego pistoletu na rekiny (tzw. Šafránek-gun albo shark-gun); nie dopuszczą do tego, by ich Płazy nawiązywały jakiekolwiek bliższe kontakty z Salamandrami podlegającymi innej zwierzchności państwowej; nie będą pomagać Płazom w budowie nowych lądów albo rozszerzaniu ich terytoriów bez wcześniejszej decyzji Stałej Komisji Morskiej w Genewie, i tak dalej. (Było tego 37 paragrafów). Natomiast odrzucone zostały: brytyjska propozycja, żeby mocarstwa morskie zobowiązały się, iż nie będą swoich Płazów poddawać szkoleniu wojskowemu; francuski pomysł, żeby Płazy umiędzynarodowić i żeby podlegały Międzynarodowemu Urzędowi Płazów i Regulacji Mórz Światowych; niemiecki projekt, żeby każdemu Płazowi wypalać symbol państwa, którego jest poddanym; inny niemiecki projekt, żeby każdemu nadmorskiemu państwu zezwalać na utrzymywanie tylko określonej liczby Płazów, w stosownych proporcjach; włoska propozycja, by państwom z nadmiarem Salamander wyznaczać do kolonizowania nowe brzegi lub tereny na dnie mórz; japoński projekt, żeby nad Płazami (z natury czarnymi) sprawował międzynarodowy mandat naród japoński jako przedstawiciel ras kolorowych74. Większość tych projektów została skierowana do rozpatrzenia podczas kolejnej konferencji mocarstw morskich, która jednak z różnych przyczyn nie doszła już do skutku.

„Ten międzynarodowy akt — napisał w »Le Temps« M. Jules Sauerstoff — zabezpiecza przyszłość Płazów i spokojny rozwój ludzkości na długie dziesiątki lat. Gratulujemy londyńskiej konferencji pomyślnego zakończenia jej trudnych obrad. Gratulujemy także Płazom tego, że uchwalona konwencja zapewnia im ochronę haskiego trybunału. Teraz mogą ze spokojem i ufnością poświęcić się swej pracy i podmorskiemu postępowi. Należy podkreślić, że odpolitycznienie Problemu Płazów, które znalazło swój wyraz w Konwencji Londyńskiej, jest jedną z najważniejszych gwarancji światowego pokoju. Zwłaszcza rozbrojenie Salamander zmniejsza prawdopodobieństwo podmorskich konfliktów między poszczególnymi państwami. Faktem jest, że — choć trwają tak liczne zatargi graniczne i spory mocarstwowe na prawie wszystkich kontynentach — światowemu pokojowi nie zagraża aktualnie żadne niebezpieczeństwo, przynajmniej od strony morza. Ale i na lądzie pokój wydaje się teraz silniej zagwarantowany niż kiedykolwiek przedtem. Państwa nadmorskie są całkowicie zaabsorbowane budowaniem nowych brzegów i mogą rozszerzać swoje terytoria w kierunku mórz i oceanów, zamiast starać się przesunąć swe granice na lądzie. Już nie trzeba będzie walczyć przy użyciu żelaza i gazu o każdą piędź ziemi. Wystarczą proste motyki i łopaty Płazów, żeby każde państwo posiadało tyle terytorium, ile potrzebuje. I tę spokojną pracę na rzecz pokoju i dobrobytu wszystkich narodów gwarantuje właśnie Konwencja Londyńska. Świat jeszcze nigdy nie był tak bliski trwałego pokoju i spokojnego wprawdzie, ale wspaniałego rozkwitu, jak właśnie teraz. Zamiast Problemu Płazów, o którym już tyle mówiono i pisano, będzie się teraz słusznie mówić o Złotym Wieku Płazów”.