3. Povondra znów czyta gazety
Na niczym tak nie widać upływu czasu, jak na dzieciach. Gdzie się podział mały Franek, którego opuściliśmy (tak niedawno!) nad lewostronnymi dopływami Dunaju?
— Gdzież znowu jest ten Franek? — mruknął Povondra, otwierając wieczorną gazetę.
— No wiesz, tam gdzie zawsze — odparła Povondrowa pochylona nad szyciem.
— To znaczy poszedł do dziewczyny — stwierdził zgorszony ojciec Povondra. — Nieznośne chłopaczysko! Trzydziestkę ma na karku, a jednego wieczoru nie usiedzi w domu!
— A ile tych skarpetek znosi — westchnęła Povondrowa, nawlekając kolejną dziurawą skarpetkę na drewniany grzybek. — Co ja mam z tym zrobić — zadumała się nad rozległą dziurą na pięcie, kształtem przypominającą Cejlon. — Powinnam ją wyrzucić — orzekła krytycznie, jednak po dłuższej strategicznej refleksji wbiła zdecydowanie igłę w południowe wybrzeże Cejlonu.
Zapanowała poważna rodzinna cisza, tak droga ojcu Povondrze; słychać było tylko szelest gazety i odpowiadającą mu szybko przewlekaną nić.
— Już go złapali? — spytała Povondrowa.
— Kogo?
— Tego mordercę, który zabił tę kobietę.
— Co mnie obchodzi twój morderca — burknął Povondra z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Czytam właśnie, że wybuchło napięcie między Japonią i Chinami. To poważna sprawa. Tam są zawsze poważne sprawy.
— Myślę, że już go nie złapią.
— Kogo?
— Tego mordercę. Gdy ktoś zabije kobietę, rzadko go łapią.
— Japończykom nie podoba się, że Chiny regulują Żółtą Rzekę. To jest polityka. Dopóki ta Żółta Rzeka będzie robić, co jej się żywnie podoba, Chinom w każdej chwili grozi powódź i głód, a to Chińczyków osłabia, rozumiesz? Pożycz mi nożyczki, mamuśko, ja sobie to wytnę.
— Po co?
— Piszą, że na tej Żółtej Rzece pracuje dwa miliony Płazów.
— To dużo, nie?
— No pewnie. Bez dwóch zdań opłaca je Ameryka. Dlatego te żółtki chciałyby wsadzić tam własne Płazy. Aaa, patrzcie, patrzcie!
— Co tam masz?
— „Petit Parisien” pisze, że Francuzi nie będą tym zachwyceni. To prawda. Ja też bym nie był zachwycony.
— Czym byś nie był zachwycony?
— Tym, że Włochy chcą powiększyć wyspę Lampeduzę. To jest szalenie ważna strategiczna pozycja, wiesz? Włosi mogliby z Lampeduzy zagrażać Tunisowi. Tutaj „Petit Parisien” pisze, że Włosi chcieliby z tej Lampeduzy uczynić morską twierdzę pierwszej klasy. Ponoć mają tam sześćdziesiąt tysięcy uzbrojonych Płazów. Tego nie można lekceważyć. Sześćdziesiąt tysięcy to są dwie dywizje, mamuśko. Mówię ci, że na Morzu Śródziemnym kiedyś jeszcze do czegoś dojdzie. Pokaż, wytnę to sobie.
Tymczasem pod pracowitymi rękami Povondrowej Cejlon został zredukowany mniej więcej do rozmiarów wyspy Rodos.
— A Anglia — rozmyślał głośno ojciec Povondra — też będzie mieć problemy. W Izbie Gmin mówiono, że ponoć Wielka Brytania zostaje w tyle za pozostałymi państwami w tych wodnych budowach. Podobno inne kolonialne potęgi budują na wyścigi nowe wybrzeża i lądy, podczas gdy rząd brytyjski w swej konserwatywnej nieufności wobec Płazów... To prawda, mamuśko. Anglicy są strasznie konserwatywni. Znałem jednego lokaja z ambasady brytyjskiej, który za żadne skarby świata nie wziąłby do ust czeskiego salcesonu. Ponoć u nich się tego nie jada, więc on też nie będzie jeść. Nie dziwota, że ich inne państwa prześcigną. — Povondra pokiwał poważnie głową. — A Francja poszerza swoje wybrzeże pod Calais. Gazety w Anglii podnoszą teraz wrzawę, że Francuzi będą ich ostrzeliwać przez Kanał, kiedy się ten Kanał zwęzi. Mają za swoje. Mogli sami poszerzyć swoje wybrzeże koło Dover i ostrzeliwać Francuzów.
— A czemu mieliby do nich strzelać? — zapytała Povondrowa.
— Ty tego nie rozumiesz. To są sprawy wojskowe. Nie zdziwiłbym się, gdyby się tam kiedyś zakotłowało. Tam albo gdzie indziej. Robi się naprawdę poważnie... Teraz, przez te Płazy sytuacja na świecie jest zupełnie inna, mamuśko. Zupełnie inna.
— Myślisz, że może wybuchnąć wojna? — spytała z troską Povondrowa. — Chodzi mi o naszego Franka, żeby nie musiał na nią iść.
— Wojna? — zastanowił się Povondra. — Musi dojść do wojny światowej, żeby państwa mogły rozdzielić między siebie morza i oceany. Ale my pozostaniemy neutralni. Ktoś przecież musi zostać neutralny, żeby dostarczać broń i wszystko inne pozostałym. Tak to jest — stwierdził Povondra. — Ale tego wy, kobiety, nie rozumiecie.
Povondrowa zacisnęła wargi i szybkimi ściegami dokańczała usunięcie wyspy Cejlon ze skarpetki młodego Franka.
— Kiedy pomyślę — odezwał się Povondra ze słabo skrywaną dumą — że tej groźnej sytuacji beze mnie by nie było...! Gdybym wtedy nie przyprowadził tego kapitana do pana Bondego, cała historia wyglądałaby inaczej. Inny portier nawet by go nie wpuścił do środka, ale ja sobie powiedziałem: „biorę to na siebie”. A teraz, popatrz, jakie z tym mają problemy takie państwa jak Anglia czy Francja! A jeszcze nie wiemy, co z tego może kiedyś wyniknąć. — Povondra podekscytowany pyknął ze swej fajeczki. — Tak to jest, moja złota. Gazety pełne są tych Płazów. O, tu znowu... — Povondra odłożył fajkę. — Piszą, że w pobliżu miasta Kankesanturai na Cejlonie Płazy napadły na jakąś wioskę. Ponoć tubylcy zabili tam przedtem kilka Jaszczurów. Wezwano policję i oddział miejscowego wojska — czytał na głos Povondra — w efekcie czego doszło do regularnej strzelaniny pomiędzy Płazami i ludźmi. Po stronie wojskowych jest kilku rannych. — Ojciec Povondra odłożył gazetę. — To mi się nie podoba, mamuśko.
— Czemu? — zdziwiła się Povondrowa, starannie i z zadowoleniem przyklepując rękojeścią nożyczek miejsce, na którym znajdowała się wyspa Cejlon. — Przecież to nic takiego!
— No, nie wiem — odparł Povondra i począł ze wzburzeniem przechadzać się po pokoju. — W każdym razie to mi się nie podoba. Nie, nie podoba mi się. Strzelaniny między ludźmi i Płazami... to nie powinno mieć miejsca.
— Może te Płazy tylko się broniły — uspokajała Povondrowa, odkładając skarpetki.
— No właśnie — mruczał Povondra zaniepokojony. — Jak się te potwory zaczną bronić, będzie źle. Zrobiły to po raz pierwszy... Psiakrew, to mi się nie podoba! — Povondra zatrzymał się niezdecydowanie. — Nie wiem, ale... chyba jednak nie powinienem był wpuszczać tego kapitana do pana Bondego!