12. Salamander-Syndicate

Prezes G. H. Bondy zadzwonił i wstał.

— Szanowni zebrani — zaczął — mam zaszczyt otworzyć to nadzwyczajne walne zgromadzenie Kompanii Eksportowej Pacyfiku. Witam wszystkich obecnych i dziękuję wam za wasz liczny udział. Panowie — kontynuował poruszony — przypadł mi w udziale przykry obowiązek przekazania wam smutnej wiadomości. Kapitana Jana van Tocha nie ma już wśród nas. Umarł nasz, powiedziałbym, założyciel, ojciec szczęśliwej idei nawiązania kontaktów handlowych z tysiącami wysp dalekiego Pacyfiku, nasz pierwszy kapitan i najgorliwszy współpracownik. Zmarł na początku tego roku na pokładzie naszego statku „Šárka” niedaleko atolu Tabuaeran, dotknięty apopleksją w czasie pełnienia służby. („Pewnie wszczął jakąś awanturę, biedak” — pomyślał przelotnie pan Bondy). Proszę was, abyście uczcili jego świętą pamięć powstaniem z miejsc.

Panowie podnieśli się, szurając krzesłami, i stali w uroczystej ciszy, ogarnięci jedną myślą: czy to walne zgromadzenie nie będzie trwało zbyt długo. („Biedny przyjaciel Vantoch — myślał ze szczerym wzruszeniem G. H. Bondy. — Jak może teraz wyglądać? Prawdopodobnie wrzucili go na desce do morza... ale musiał być plusk! Dobry był z niego człowiek; i miał takie niebieskie oczy”).

— Dziękuję wam, panowie — dodał krótko — że z takim pietyzmem wspomnieliście kapitana van Tocha, mojego osobistego przyjaciela. Proszę pana dyrektora Volavkę, żeby zapoznał nas z wynikami ekonomicznymi, na jakie może liczyć KEP w tym roku. Liczby nie są jeszcze ostateczne, ale proszę, byście nie oczekiwali, że mogą się do końca roku zasadniczo zmienić. Zatem oddaję panu głos.

— Wielce szanowni zebrani — zaczął bełkotać pan dyrektor Volavka, no i się zaczęło. — Sytuacja na rynku pereł jest obecnie wielce niezadowalająca. Po ubiegłym roku, kiedy to produkcja pereł była niemal dwudziestokrotnie większa w porównaniu do pomyślnego roku tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego, perły zaczęły katastrofalnie tracić na wartości, aż do sześćdziesięciu pięciu procent. Dlatego zarząd postanowił, że nie rzuci w ogóle tegorocznych zbiorów pereł na rynek, lecz zmagazynuje je na czas większego popytu. Niestety, ubiegłej jesieni perły wyszły z mody, prawdopodobnie dlatego, że tak bardzo potaniały. W naszej filii w Amsterdamie jest aktualnie zmagazynowanych ponad dwieście tysięcy pereł, na razie trudnych do sprzedania.

Z drugiej strony — ciągnął dalej Volavka — w tym roku produkcja pereł znacznie spadła. Trzeba było zrezygnować z szeregu łowisk, ponieważ ich wydajność nie pokrywała kosztów dojazdu do nich i eksploatacji. Łowiska uruchomione przed dwoma lub trzema laty wydają się być w mniejszym czy większym stopniu wyczerpane. Dlatego zarząd postanowił zwrócić uwagę na inne płody morskich głębin, takie jak korale, muszle i grzyby morskie. Udało się wprawdzie ożywić targ biżuterii i innych ozdób z koralowca, ale ta koniunktura dotyczy na razie raczej korali włoskich, nie pacyficznych. Dalej, zarząd bada możliwości intensywnych połowów ryb w głębinach Oceanu Spokojnego. Chodzi głównie o to, jak dostarczać tamtejsze ryby na europejskie i amerykańskie rynki. Zebrane dotychczas informacje nie nastrajają zbyt optymistycznie.

Nieco wyższe obroty — czytał dyrektor lekko podniesionym głosem — wykazuje natomiast handel różnymi produktami ubocznymi, takimi jak eksport tekstyliów, naczyń emaliowanych, aparatów radiowych i rękawiczek na wyspy Pacyfiku. Handel ten można rozbudowywać i pogłębiać. Już w tym roku przyniesie on jedynie nieznaczny spadek dochodów. Wykluczone jest jednak, żeby na koniec roku KEP wypłaciła jakąkolwiek dywidendę ze swych akcji. Dlatego zarząd z góry oświadcza, że tym razem rezygnuje z jakichkolwiek tantiem i nagród...

Nastała dłuższa kłopotliwa cisza. („Jak może wyglądać taki atol Tabuaeran — zastanawiał się G. H. Bondy. — Poczciwiec Vantoch, umarł jak prawdziwy marynarz. Szkoda go, dobry był z niego chłop. Przecież nie był jeszcze taki stary... nawet nie był starszy ode mnie...”). O głos poprosił doktor Hubka. Dalej przytaczamy protokół nadzwyczajnego walnego zgromadzenia Kompanii Eksportowej Pacyfiku:

Doktor Hubka pyta, czy nie rozważa się likwidacji KEP.

G. H. Bondy odpowiada, że zarząd uchwalił, by zaczekać w tej kwestii na inne propozycje.

M. Louis Bonenfant wypomina, że odbioru pereł na łowiskach nie dokonywano za pośrednictwem umiejscowionych tam stałych przedstawicieli, którzy kontrolowaliby, czy połów pereł odbywa się w sposób dostatecznie intensywny i fachowy.

Dyrektor Volavka wyjaśnia, że zastanawiano się nad tym, stwierdzono jednak, że za bardzo wzrosłoby przez to obciążenie finansowe przedsiębiorstwa. Trzeba byłoby zatrudnić co najmniej trzystu regularnie opłacanych agentów. Dalszą kwestią wymagającą wówczas rozwiązania byłoby to, w jaki sposób kontrolowano by tych agentów, czy odprowadzają wszystkie znalezione perły.

M. H. Brinkelaer pyta, czy można polegać na salamandrach, że faktycznie dostarczają wszystkie perły, jakie znajdą.

G. H. Bondy konstatuje, że tu po raz pierwszy pojawia się publicznie wzmianka o salamandrach. Dotychczas regułą było nie podawanie w tym miejscu żadnych bliższych szczegółów o tym, w jaki sposób odbywa się połów pereł. Zwraca uwagę, że właśnie dlatego wybrano niepozorną nazwę Kompania Eksportowa Pacyfiku.

M. H. Brinkelaer stawia pytanie, czy jest czymś niedopuszczalnym mówienie w tym miejscu o sprawach, które leżą w interesie Kompanii, a poza tym są już od dawna powszechnie znane.

G. H. Bondy odpowiada, że jest to nie tyle niedopuszczalne, co nowe. Cieszy go, że możemy teraz mówić bardziej otwarcie. Odpowiadając na pierwsze pytanie pana Brinkelaera, może poinformować, że wedle jego wiedzy nie trzeba wątpić w absolutną uczciwość i przydatność do pracy salamander zatrudnionych przy połowie pereł i korali. Musimy jednak liczyć się z tym, że dotychczasowe łowiska pereł są albo w bliskiej perspektywie będą zasadniczo wyczerpane. Jeśli idzie o nowe łowiska, nasz nieodżałowany współpracownik, kapitan van Toch umarł właśnie podczas rejsu w poszukiwaniu wysp dotąd niewyeksploatowanych. Na razie nie możemy zastąpić go człowiekiem o podobnym doświadczeniu i równie niezachwianej uczciwości oraz zamiłowaniu do sprawy.

Col. D. W. Bright uznaje w pełni zasługi zmarłego kapitana van Tocha. Zwraca jednak uwagę na to, że kapitan, którego odejścia wszyscy żałujemy, zanadto cackał się ze wspomnianymi salamandrami. (Głosy aprobaty). Nie trzeba było przecież dostarczać salamandrom noży i innych narzędzi tak doskonałej jakości, jak to czynił zmarły kapitan van Toch. Nie trzeba też było karmić ich tak kosztownie. Można byłoby znacznie obniżyć koszty utrzymania salamander, a tym samym zwiększyć zysk naszych przedsiębiorstw. (Głośna owacja).

Wiceprezes J. Gilbert zgadza się z pułkownikiem Brightem, ale zauważa, że za życia kapitana van Tocha było to nie do przeprowadzenia. Kapitan van Toch twierdził, że ma wobec salamander osobiste zobowiązania. Z różnych przyczyn nie było możliwe ani wskazane nierespektowanie w tym względzie życzenia starego pana.

Kurt von Frisch pyta, czy nie można by zatrudnić salamander inaczej i może bardziej dochodowo niż do łowienia pereł. Należałoby wziąć pod uwagę ich naturalne — podobnie jak u bobrów — zdolności do robienia tam i innych budowli pod wodą. Może dałoby się je wykorzystać do pogłębiania portów, budowania mol i do innych technicznych zadań w wodzie.

G. H. Bondy informuje, że zarząd intensywnie się nad tym zastanawia. W tym kierunku faktycznie otwierają się duże możliwości. Podaje, że liczba salamander w posiadaniu Kompanii wynosi obecnie w przybliżeniu sześć milionów. Zważywszy, że para salamander miewa rocznie, powiedzmy, sto kijanek, w przyszłym roku możemy dysponować trzystoma milionami salamander. W ciągu dziesięciu lat to będą liczby wprost astronomiczne. G. H. Bondy pyta, co Kompania zamierza począć z taką masą salamander, które już teraz musi się w przepełnionych farmach dokarmiać koprą, ziemniakami, kukurydzą i tym podobnymi produktami.

K. von Frisch pyta, czy salamandry są jadalne.

J. Gilbert:

— W żadnym razie. Również ich skóra do niczego się nie nadaje.

M. Bonenfant kieruje zapytanie pod adresem zarządu, co w tej sytuacji zamierza przedsięwziąć.

G. H. Bondy (wstaje):

— Szanowni panowie, zwołaliśmy to nadzwyczajne walne zgromadzenie po to, żeby was uczulić na skrajnie niekorzystne perspektywy naszej Kompanii, która, pozwólcie sobie przypomnieć, w ubiegłych latach wykazywała dywidendę w wysokości dwudziestu, dwudziestu trzech procent, nie licząc solidnych rezerw i odpisów. Teraz stoimy na krawędzi. Sposób prowadzenia interesów, który sprawdzał się nam w minionych latach, praktycznie się skończył. Nie pozostaje nam nic innego, jak szukać nowych dróg. (Doskonałe!)

Powiedziałbym, że jest to być może zrządzenie losu, iż właśnie w tym momencie odszedł od nas nasz znakomity kapitan i przyjaciel J. van Toch. Z jego osobą związany był ów romantyczny, piękny i — powiem wprost — nieco szalony handelek perłami. Uważam to za zamknięty rozdział naszego przedsiębiorstwa. Miał on, by tak rzec, egzotyczny urok, ale nie pasował do dzisiejszych czasów. Szanowni panowie, perły nie mogą być przedmiotem szlachetnego, rozrastającego się i pogłębiającego biznesu. Dla mnie osobiście ta historia z perłami była tylko małym divertissement32. (Zaniepokojenie). Tak, panowie — ale divertissement, które wam i mnie przynosiło przyzwoite zyski. Poza tym, w początkach naszej firmy te salamandry miały jakiś urok nowości. Trzysta milionów salamander już tego uroku mieć nie będzie. (Śmiech).

Powiedziałem o nowych drogach. Dopóki żył mój dobry przyjaciel, kapitan van Toch, nie można było nawet pomyśleć o tym, żeby nadać naszemu przedsiębiorstwu inny charakter niż ten, który nazwałbym stylem kapitana van Tocha. — (Dlaczego?) — Dlatego, że mam zbyt dobry gust, żeby mieszać różne style. Styl kapitana van Tocha to był, powiedziałbym, styl powieści przygodowych. To był styl Jacka Londona, Josepha Conrada i innych. Stary, egzotyczny, kolonialny, niemal heroiczny styl. Nie przeczę, że mnie on na swój sposób oczarowywał. Ale po śmierci kapitana van Tocha nie mamy prawa kontynuować tej przygodowej i młodzieńczej epiki. To, co przed nami, nie jest nowym rozdziałem, lecz nową koncepcją, panowie, zadaniem dla nowej i zdecydowanie innej wyobraźni. — (Mówi pan o tym jak o powieści!) — Tak, proszę pana, ma pan rację. Mnie biznes interesuje jako artystę. Bez swoiście rozumianej sztuki, drogi panie, nie wymyślimy nigdy nic nowego. Musimy być poetami, jeśli chcemy utrzymać świat w ruchu. (Oklaski).

G. H. Bondy ukłonił się.

— Panowie, z żalem zamykam ten rozdział, by tak rzec, vantochowski. Wykorzystaliśmy w nim to, co w nas samych było dziecięcego i awanturniczego. Czas zakończyć tę bajkę z perłami i koralami. Sindbad umarł, panowie. Pytanie, co teraz. — (O to właśnie pana pytamy!) — Więc dobrze, proszę pana. Niech pan będzie łaskawy wziąć ołówek i pisać. Sześć milionów. Napisał pan? Niech pan to pomnoży przez pięćdziesiąt. To jest trzysta milionów, prawda? Proszę znowu pomnożyć to razy pięćdziesiąt. To piętnaście miliardów, zgadza się? I teraz, panowie, poradźcie mi łaskawie, co będziemy za trzy lata robić z piętnastoma miliardami salamander. Gdzie je zatrudnimy, czym będziemy je żywić i tak dalej. — (Więc dajcie im zdechnąć!) — Tak, ale czy to nie szkoda, proszę pana? Czy nie sądzi pan, że każda salamandra przedstawia jakąś wartość pod względem ekonomicznym, wartość siły roboczej, która czeka na wykorzystanie? Panowie, z sześcioma milionami salamander możemy jeszcze jakoś gospodarować. Z trzystoma milionami będzie trudniej. Ale piętnaście miliardów salamander, panowie, to już nas absolutnie przerośnie. Salamandry pożrą Kompanię. Tak to wygląda. — (Pan będzie za to odpowiedzialny! To pan zaczął całą tę historię z salamandrami!)

G. H. Bondy podniósł głowę.

— Ja tę odpowiedzialność w pełni przyjmuję, panowie. Kto chce, może się natychmiast pozbyć akcji Kompanii Eksportowej Pacyfiku. Gotów jestem za każdą akcję zapłacić... — (Ile?) — Pełną wartość, proszę pana. — (Poruszenie. Prezydium zezwala na dziesięciominutową przerwę).

Po przerwie prosi o głos H. Brinkelaer.

— Pragnę wyrazić zadowolenie z tego, że salamandry tak gorliwie się mnożą, dzięki czemu rośnie majątek Kompanii. Ale, panowie, nonsensem byłoby hodować je nadaremno. Jeśli sami nie mamy dla nich odpowiedniego zajęcia, w imieniu grupy akcjonariuszy proponuję, żeby salamandry były po prostu sprzedawane jako siła robocza komukolwiek, kto chciałby prowadzić jakieś prace w wodzie lub pod wodą. — (Oklaski). — Wykarmienie salamandry kosztuje dziennie kilka centymów. Gdyby sprzedawać parę salamander, powiedzmy, za sto franków i gdyby pracująca salamandra wytrzymała, dajmy na to, tylko rok, taka inwestycja będzie się każdemu przedsiębiorcy szybko amortyzować. (Przejaw aprobaty).

J. Gilbert konstatuje, że salamandry dożywają znacznie dłuższego wieku niż jeden rok. W kwestii tego, jak długo właściwie żyją, nie mamy jeszcze zbyt dużego doświadczenia.

H. Brinkelaer koryguje swoją propozycję w tym kierunku, aby cena jednej pary salamander wynosiła trzysta franków loco33 port.

S. Weissberger pyta, jakie prace właściwie mogłyby salamandry wykonywać.

Dyrektor Volavka:

— Z racji swego naturalnego instynktu i niezwykłej sprawności technicznej salamandry nadają się zwłaszcza do budowy zapór wodnych, nasypów i falochronów, do pogłębiania basenów portowych i kanałów, do usuwania mielizn i nanosów bagiennych i do oczyszczania dróg wodnych. Mogą umacniać i regulować morskie brzegi, rozszerzać stałe lądy i tym podobnie. We wszystkich tych przypadkach chodzi o prace zbiorowe, wymagające setek i tysięcy pracowników. O prace tak rozległe, że nawet nowoczesna technika się ich nie podejmie, jeśli nie będzie mieć do dyspozycji bardzo taniej siły roboczej. — (Tak jest! Doskonale!).

Doktor Hubka zgłasza obiekcje, że poprzez sprzedaż salamander, które będą mogły się rozmnażać także w nowych miejscach, Kompania straci swój monopol na salamandry. Proponuje, aby przedsiębiorcom stawiającym wodne budowle jedynie wynajmować brygady pracownicze salamander dobrze wyćwiczonych i wykwalifikowanych, pod warunkiem, że ich ewentualne potomstwo będzie nadal należeć do Kompanii.

Dyrektor Volavka wskazuje na to, że nie można pilnować w wodzie milionów względnie miliardów salamander, a tym bardziej ich narybku. Niestety, wiele salamander już zostało ukradzionych do ogrodów zoologicznych i zwierzyńców.

Col. D. W. Bright:

— Należałoby sprzedawać, ewentualnie wynajmować, tylko samce salamander, żeby nie mogły się rozmnażać poza wylęgarniami i farmami, które są majątkiem Kompanii.

Dyrektor Volavka:

— Nie możemy twierdzić, że farmy salamander są majątkiem Kompanii. Nie można posiadać ani wynajmować kawałka dna morskiego. Kwestia prawna, do kogo właściwie należą salamandry żyjące w suwerennych wodach terytorialnych, dajmy na to, królowej holenderskiej, jest bardzo niejasna i może prowadzić do licznych sporów i konfliktów. — (Zaniepokojenie). — W większości przypadków nie mamy nawet zagwarantowanego prawa do połowu ryb. Zakładaliśmy nasze farmy salamander, panowie, na wyspach Pacyfiku właściwie na czarno. (Rosnący niepokój).

J. Gilbert odpowiada pułkownikowi Brightowi, że na podstawie dotychczasowych doświadczeń wiadomo, że izolowane samce salamander tracą po pewnym czasie żywotność i wartość jako siła robocza, stają się leniwe, apatyczne i często umierają z tęsknoty.

Von Frisch pyta, czy nie dałoby się rynkowych salamander wcześniej kastrować albo sterylizować.

J. Gilbert:

— Byłoby to zbyt kosztowne. Po prostu nie możemy przeszkodzić temu, żeby sprzedane salamandry się rozmnażały.

S. Weissberger żąda jako członek Towarzystwa Ochrony Zwierząt, żeby przyszły handel salamandrami odbywał się w sposób humanitarny i nieobrażający ludzkich uczuć.

J. Gilbert dziękuje za ten pomysł. Rozumie się, że chwytanie i transport salamander będzie powierzony wyłącznie wyćwiczonemu personelowi pod odpowiednim dozorem. Nie możemy jednak ręczyć za to, jak będą traktować salamandry przedsiębiorcy, którzy je kupią.

S. Weissberger oświadcza, że jest usatysfakcjonowany zapewnieniem wiceprezesa J. Gilberta. (Owacja).

G. H. Bondy:

— Panowie, z góry porzućmy myśl, że w przyszłości utrzymamy monopol na salamandry. Niestety, według obowiązujących przepisów nie możemy ich opatentować. — (Śmiech). — Naszą uprzywilejowaną pozycję w handlu salamandrami musimy, a także możemy zapewnić sobie w inny sposób. Jednak warunkiem koniecznym jest to, że weźmiemy się za nasze interesy w innym stylu i w znacznie większej mierze niż dotychczas. — (Słuchajcie!) — Tu leży, panowie, cały plik wstępnych umów. Zarząd proponuje utworzenie nowego, nadrzędnego trustu pod nazwą Salamander-Syndicate. Jego członkami oprócz naszej Kompanii byłyby duże przedsiębiorstwa i grupy silne finansowo. Na przykład pewien koncern, który będzie produkować specjalne opatentowane metalowe narzędzia dla salamander. — (Ma pan na myśli MEAS?) — Tak, proszę pana, mówię o MEAS. Dalej kartel chemiczny i spożywczy, który będzie produkować tanią opatentowaną karmę dla salamander. Grupa towarzystw transportowych, która — korzystając z dotychczasowych doświadczeń — opatentuje specjalne higieniczne zbiorniki do transportu salamander. Blok firm ubezpieczeniowych, które przejmą ubezpieczenie zakupionych zwierząt na wypadek urazów i śmierci, zarówno podczas transportu, jak i na miejscach pracy. Dalej inni zainteresowani z kręgów przemysłowców, eksporterów i finansistów, których z ważnych powodów nie będę na razie wymieniać. Powinno wam wystarczyć, panowie, jeśli powiem, że syndykat dysponowałby na początek kwotą czterystu milionów funtów szterlingów. — (Poruszenie). — Ten segregator tutaj, przyjaciele, to są same umowy, które wystarczy tylko podpisać, żeby powstała jedna z największych organizacji gospodarczych naszych czasów. Zarząd prosi was, panowie, żebyście udzielili mu pełnomocnictwa do utworzenia tego ogromnego koncernu, którego celem będzie racjonalna hodowla i eksploatacja salamander. (Oklaski i głosy protestu).

— Panowie, wyobraźcie sobie zalety tej współpracy. Salamander-Syndicate będzie dostarczać nie tylko salamandry, ale także rozmaite narzędzia i karmę dla nich, czyli kukurydzę, produkty skrobiowe, łój wołowy i cukier dla miliardów dokarmianych zwierząt. Dalej transport, ubezpieczenia, opiekę weterynaryjną i tym podobne, przeważnie za najniższe stawki, które zapewnią nam jeśli nie monopol, to przynajmniej zdecydowaną przewagę nad każdą przyszłą konkurencją, która chciałaby sprzedawać salamandry. Niech no tylko ktoś spróbuje, panowie! Z nami długo konkurować nie będzie! — (Brawo!) — Ale to nie wszystko. Syndykat będzie dostarczać wszelkie materiały budowlane do prac wodnych, które salamandry będą wykonywać. Z tego względu stoi za nami również przemysł ciężki, cement, drewno i kamień budowlany. — (Jeszcze pan nie wie, jak salamandry będą pracować!) — Panowie, w tej chwili dwanaście tysięcy salamander pracuje w porcie sajgońskim nad nowymi dokami, basenami i molami. — (Tego nam pan nie powiedział!) — Nie. To jest pierwsza próba na dużą skalę. Ta próba, panowie, powiodła się w sposób wysoce zadowalający. Dzisiaj przyszłość salamander nie budzi żadnej wątpliwości. (Entuzjastyczna owacja).

— To jeszcze nie wszystko, panowie. To bynajmniej nie wyczerpuje zadań przyszłego syndykatu. Salamander-Syndicate będzie wyszukiwać na całym świecie pracę dla milionów salamander. Będzie dostarczać plany i sposoby opanowania mórz. Będzie realizować utopie i gigantyczne marzenia. Będzie dostarczać projekty nowych wybrzeży i kanałów, pomostów łączących kontynenty, całych łańcuchów sztucznych wysp dla lotów oceanicznych, nowych lądów wybudowanych pośród oceanów. Tam leży przyszłość ludzkości! Panowie, cztery piąte powierzchni Ziemi są pokryte morzami i oceanami. To bezsprzecznie zbyt dużo. Powierzchnia naszej planety, mapa mórz i lądów powinna zostać poprawiona. My damy światu morskich robotników, panowie. To już nie będzie styl kapitana van Tocha. Fantastyczną opowiastkę o perłach zastąpimy hymniczną pieśnią pracy. Albo będziemy uprawiać handelek, albo będziemy tworzyć. Jeśli jednak nie będziemy myśleć w kategoriach kontynentów i oceanów, nie wykorzystamy naszych możliwości. Mówiono tu o tym, za ile powinno się sprzedawać parę salamander. Chciałbym, żebyśmy myśleli o całych miliardach salamander, o milionach, milionach siły roboczej, o przesunięciach skorupy ziemskiej, o nowych genezach i nowych okresach geologicznych. Możemy dziś mówić o przyszłych Atlantydach, o starych lądach, które będą rozszerzać się i wkraczać coraz dalej na obszary mórz, o Nowych Światach, które sama ludzkość wybuduje. Wybaczcie, panowie, może wydaje się wam to utopią. Tak, rzeczywiście wkraczamy do Utopii. Już w niej jesteśmy, przyjaciele. Musimy tylko przemyśleć dogłębnie przyszłość salamander od strony technicznej. — (I gospodarczej!)

— Tak, zwłaszcza od strony gospodarczej. Panowie, nasza Kompania jest zbyt mała, żeby eksploatować miliardy salamander. Nie damy rady finansowo ani politycznie. Jeśli będzie zmieniać się mapa mórz i lądów, sprawą będą interesować się też wielkie mocarstwa, panowie. Ale o tym nie będziemy mówić. Nie będziemy wspominać o wysokich funkcjonariuszach, którzy już dziś odnoszą się do syndykatu bardzo pozytywnie. Proszę jednak, panowie, żebyście nie tracili z oczu ogromnego zasięgu sprawy, nad którą będziecie głosować. (Entuzjastyczna, długotrwała owacja. Wspaniale! Brawo!)

Tym niemniej przed głosowaniem nad syndykatem trzeba było obiecać, że na akcje Kompanii Eksportowej Pacyfiku będzie w tym roku wypłacana co najmniej dziesięcioprocentowa dywidenda z konta rezerw. Głosowało za tym osiemdziesiąt siedem procent akcjonariuszy, przeciw było tylko trzynaście procent. W efekcie tego propozycja zarządu została przyjęta. Salamander-Syndicate został powołany do życia. G. H. Bondy przyjmował gratulacje.

— Bardzo ładnie pan to powiedział, panie Bondy — chwalił Sigi Weissberger. — Bardzo ładnie. Proszę zdradzić, panie Bondy, jak pan wpadł na taki pomysł?

— Jak? — odparł G. H. Bondy z roztargnieniem. — Właściwie, prawdę mówiąc, panie Weissberger, to dzięki staremu van Tochowi. On był tak przywiązany do tych swoich salamander... Co by biedak powiedział, gdybyśmy tym jego tapa-boys pozwolili wyzdychać albo pozwolili je wybić!

— Jakim tapa-boys?

— No, tym jego salamandrom. Teraz przynajmniej będzie się je przyzwoicie traktować, kiedy będą mieć jakąś wartość. A do niczego innego te potwory się nie nadają, tylko do tego, by z ich pomocą zrealizować jakąś utopię.

— Ja tego nie rozumiem — zastanawiał się Weissberger. — A widział pan już kiedyś jakąś salamandrę, panie Bondy? Ja właściwie nie wiem, co to jest. Jak to wygląda?

— Tego panu nie powiem, panie Weissberger. Czy ja wiem, co to jest salamandra? A po co miałbym wiedzieć? Czy ja mam czas, żeby się martwić tym, jak ona wygląda? Ja muszę być zadowolony, żeśmy ten syndykat powołali do życia.

Dodatek. O życiu płciowym salamander

Jedną z ulubionych czynności ludzkiego ducha jest wyobrażanie sobie, jak kiedyś, w dalekiej przyszłości będzie wyglądać świat i jego mieszkańcy, jakie cuda techniki jeszcze powstaną, jakie problemy społeczne zostaną rozwiązane, jak daleko zajdzie nauka i organizacja społeczeństw, i tak dalej. Większość tych utopii jednak bardzo żywo interesuje się problemem, jak w tym lepszym, bardziej postępowym albo przynajmniej pod względem technicznym doskonalszym świecie wyglądać będą takie stare, ale wciąż popularne kwestie, jak życie płciowe, rozmnażanie się, miłość, małżeństwo, rodzina, kwestia kobiet i tym podobne. Świadczy o tym bogata literatura tematu, na przykład dzieła Paula Adama, H. G. Wellsa, Aldousa Huxleya i wielu innych.

Przywołując te przykłady, autor uważa za swój obowiązek, żeby — skoro już rzuca spojrzenie na przyszłość naszej planety — omówić także to, jak w tym przyszłym świecie płazów funkcjonować będzie ich życie seksualne. Czyni to już teraz, żeby później nie wracać już do tej sprawy. Sposób rozmnażania się Andriasa Scheuchzeri w podstawowych zarysach nie różni się od innych płazów ogoniastych. Nie mamy tu do czynienia z kopulacją we właściwym słowa znaczeniu, samiczka składa jajeczka w kilku etapach, zapłodnione jajeczka przekształcają się w wodzie w kijanki i tak dalej. Można o tym przeczytać w każdym podręczniku biologii. Wspomnimy tylko o niektórych osobliwościach, które zaobserwowano w tym względzie u Andriasa Scheuchzeri.

„Na początku kwietnia — relacjonuje H. Bolte — samce dołączają do samic. W każdym okresie płciowym samiec trzyma się z reguły tej samej samicy i nie opuszcza jej nawet na krok przez kilka dni. W tym czasie nie przyjmuje żadnego pokarmu, podczas gdy samica wykazuje znaczną żarłoczność. Samiec przegania ją w wodzie i stara się przytulić głowę do jej głowy. Gdy mu się to uda, wysuwa pysk nieco przed jej głowę, może po to, by nie pozwolić jej uciec, i nieruchomieje. W ten sposób, dotykając się tylko głowami, gdy tymczasem ich ciała tworzą kąt mniej więcej trzydziestu stopni, pływają oba zwierzęta bez ruchu obok siebie. Od czasu do czasu samiec zaczyna wić się tak mocno, że uderza bokami w boki samicy. Potem znowu nieruchomieje, z nogami szeroko rozstawionymi, dotykając jedynie pyskiem głowy swej wybranki, która tymczasem obojętnie pożera to, co napotka. Ten, jeśli wolno nam tak powiedzieć, pocałunek trwa kilka dni. Niekiedy samica odpływa w poszukiwaniu pożywienia, a wtedy samiec napastuje ją, ewidentnie bardzo rozdrażniony, ba — niemal rozwścieczony. W końcu samica rezygnuje z dalszego oporu, nie ucieka już i para unosi się w wodzie bez ruchu, podobna do czarnych sczepionych ze sobą polan. Wówczas ciałem samca zaczynają wstrząsać konwulsyjne skurcze, podczas których wypuszcza do wody obfite, nieco lepkawe nasienie. Zaraz po tym opuszcza samicę i włazi pomiędzy kamienie, skrajnie wyczerpany; w tym czasie można by mu odciąć nogę lub ogon, bez reakcji obronnej z jego strony.

Tymczasem samica trwa przez pewien czas w nieruchomej pozycji. Potem mocno się wygina i zaczyna wydalać z kloaki połączone w łańcuchy jajeczka w galaretowatej otoczce; często pomaga sobie przy tym tylnymi nogami, jak to robią ropuchy. Tych jajeczek jest od czterdziestu do pięćdziesięciu, i wiszą one na ciele samicy jak winne grona. Samica płynie z nimi w bezpieczne miejsca i składa je na algach, brunatnicach albo na kamieniach. Po dziesięciu dniach samica znosi drugą serię jajeczek w liczbie od dwudziestu do trzydziestu, chociaż w tych dniach nie spotkała się z samcem; widocznie te jajeczka zostały zapłodnione bezpośrednio w jej kloace. Z reguły po kolejnych siedmiu dniach dochodzi do trzeciego i czwartego składania piętnastu, dwudziestu jajeczek, przeważnie zapłodnionych, z których po jednym, dwóch lub trzech tygodniach wylęgną się żwawe kijanki z gałązkowatymi skrzelami. Już po roku z tych kijanek wyrastają dorosłe salamandry, które mogą się dalej rozmnażać” itd.

Z kolei panna Blanche Kistemaeckers obserwowała dwie samice i jednego samca Andreasa Scheuchzeri w niewoli. W okresie tarła samiec przyłączył się tylko do jednej z samic i dość brutalnie ją prześladował; gdy przed nim uciekała, bił ją silnymi uderzeniami ogona. Niechętnie patrzył, jak przyjmowała pożywienie i odpychał ją od pokarmu; widać było, że chce ją mieć tylko dla siebie, i po prostu ją terroryzował. Gdy wypuścił swą gametę, rzucił się na drugą samicę i chciał ją pożreć; musiał zostać wyjęty z basenu i umieszczony gdzie indziej. Pomimo tego również ta druga samica złożyła zapłodnione jajeczka w liczbie sześćdziesięciu trzech. U wszystkich trzech zwierząt panna Kistemaeckers zaobserwowała jednak, że krawędzie kloaki były w tym czasie mocno opuchnięte. „Wydaje się więc — pisze panna Kistemaeckers — że u Andriasa do zapłodnienia nie dochodzi drogą kopulacji ani tarła, lecz za pośrednictwem czegoś, co można nazwać seksualnym milieu. Jak widać, nie potrzeba nawet chwilowego zbliżenia, żeby doszło do zapłodnienia jajeczek”. To prowadziło młodą badaczkę do dalszych interesujących eksperymentów. Oddzieliła od siebie zwierzęta obu płci; gdy nadeszła odpowiednia chwila, wycisnęła z samca nasienie i umieściła je w wodzie, w której były samice. Wtedy samice zaczęły składać zapłodnione jajeczka. W kolejnym eksperymencie panna Blanche Kistemaeckers przefiltrowała nasienie samca i filtrat pozbawiony ciałek nasiennych (była to czysta, lekko kwaśna ciecz) dodała samicom do wody. Samice także wtedy zaczęły składać jajeczka, każda mniej więcej pięćdziesiąt, z których większość było zapłodnionych i wydało normalne kijanki. To właśnie doprowadziło pannę Kistemaeckers do sformułowania ważnego pojęcia środowiska płciowego, które tworzy osobliwy pomost między patogenezą i rozmnażaniem płciowym. Do zapłodnienia jajeczek dochodzi po prostu w skutek chemicznej zmiany środowiska (poprzez zakwaszenie, którego dotąd nie udało się dokonać sztucznie), zmiany, która w jakiś sposób wiąże się z funkcją płciową samca. Ale ta odrębna funkcja właściwie jest niepotrzebna; to, że dochodzi do zbliżenia pomiędzy samcem i samicą, jest przypuszczalnie przeżytkiem starszego stopnia rozwoju, gdy zapłodnienie u Andriasa odbywało się tak samo jak u innych salamander. To połączenie jest właściwie, jak słusznie zauważa panna Kistemaeckers, jakąś odziedziczoną iluzją ojcostwa. W rzeczywistości samiec nie jest ojcem kijanek, lecz tylko pewnym, w zasadzie całkiem bezosobowym, chemicznym czynnikiem środowiska płciowego, które jest właściwym inseminatorem. Gdybyśmy zgromadzili w jednym zbiorniku sto połączonych ze sobą par Andriasa Scheuchzeri, domyślalibyśmy się, że odbywa się tu sto indywidualnych aktów zapłodnienia. W rzeczywistości byłby to jeden akt, chociaż w postaci zbiorowej seksualizacji danego środowiska, albo, ściślej rzecz biorąc, pewne przekwaszenie wody, na które dojrzałe jajeczka Andriasa automatycznie reagują przekształcaniem się w formę kijanki. Stwórzcie w sposób sztuczny ten nieznany kwaśny czynnik, a samce nie będą potrzebne. Życie płciowe niezwykłego Andriasa jawi się nam więc jako Wielka Iluzja. Jego erotyczna namiętność, jego „małżeństwo” i tyrania seksualna, jego chwilowa wierność, jego powolne, lecz uparte dążenie do rozkoszy, wszystko to są właściwie zbyteczne, przestarzałe, niemal symboliczne czynności, które towarzyszą albo, by tak rzec, ozdabiają właściwy, bezosobowy samczy akt, którym jest utworzenie zapładniającego środowiska seksualnego. Wyjątkowa obojętność samic, z jaką przyjmują one bezcelowe, frenetyczne, osobliwe zaloty samców, ewidentnie świadczy o tym, że w tych zalotach samice instynktownie wyczuwają zwykły formalny obrzęd albo wstęp do właściwego aktu „zaślubin”, w którym łączą się one z zapładniającym środowiskiem. Powiedzielibyśmy, że samiczka Andriasa ten stan rzeczy rozumie jaśniej i przeżywa bardziej rzeczowo, bez erotycznych złudzeń.

(Doświadczenia panny Kistemaeckers uzupełnił ciekawymi eksperymentami uczony abbé34 Bontempelli. Zasuszył i zmielił spermę Andriasa i dodał ją samicom do wody; i w tym przypadku samice zaczęły składać zapłodnione jajeczka. Ten sam rezultat osiągnął, kiedy zasuszył i zmielił narząd płciowy Andriasa albo gdy ekstrahował ów narząd za pomocą spirytusu lub wygotował i wlał ekstrakt do zbiornika z samicami. To samo z identycznym wynikiem powtórzył z wyciągiem z przysadki mózgowej, a nawet z wydzielinami gruczołów skórnych Andriasa, wyciśniętych w okresie rui. We wszystkich tych przypadkach samice początkowo nie reagowały na te składniki; dopiero po chwili przestawały gonić za pożywieniem i tkwiły nieruchomo, jakby odrętwiałe, w wodzie, po czym po kilku godzinach zaczynało się wydalanie galaretowatych jajeczek wielkości mniej więcej świńskich bobków.)

W tym kontekście przedstawmy także przedziwny obrzęd, tak zwany taniec salamander. (Nie chodzi tu o Salamander-Dance, który w tych latach stał się modny, zwłaszcza w dobrym towarzystwie, i został przez biskupa Hirama uznany za „najbardziej nieprzyzwoity taniec”, o którym kiedykolwiek mu opowiadano). Tak więc wieczorami w czasie pełni księżyca (poza okresem rozrodczym) wychodziły samce Andriasa Scheuchzeri na brzeg, siadały w kręgu i zaczynały dziwnym, falistym ruchem kręcić górną połową tułowia. Był to ruch także w innych okolicznościach charakterystyczny dla tych wielkich płazów, ale przy wspomnianych „tańcach” oddawały mu się dziko, namiętnie i aż do wyczerpania, niczym tańczący derwisze. Niektórzy uczeni uważali to szalone kręcenie się i przestępowanie z nogi na nogę za kult Księżyca, a więc za obrzęd religijny; inni widzieli w nim taniec w istocie erotyczny i tłumaczyli go właśnie tym szczególnym porządkiem seksualnym, o którym już była mowa. Powiedzieliśmy, że w przypadku Andriasa Scheuchzeri właściwym inseminatorem jest tak zwane seksualne milieu35 jako zbiorowy i bezosobowy pośrednik między osobnikami płci męskiej i żeńskiej. Zostało też powiedziane, że samice traktują ten bezosobowy stosunek płciowy w sposób znacznie bardziej realistyczny i naturalny niż samce, które — prawdopodobnie z wrodzonej samczej próżności i chęci zdobywania — chcą przynajmniej zachować pozory seksualnego triumfu, dlatego udają zaloty miłosne i małżeńskie prawo do posiadania samicy. Jest to jedna z największych erotycznych iluzji, ciekawie korygowana właśnie przez te wielkie obrzędy samców, będące ponoć niczym innym jak tylko instynktownym pragnieniem uświadomienia sobie, iż tworzą Samczy Kolektyw. Tym zbiorowym tańcem ponoć zostaje przezwyciężona owa atawistyczna i bezsensowna iluzja samczego indywidualizmu płciowego. Ta kręcąca się, upojona, frenetyczna sfora jest niczym innym jak Zbiorowym Samcem, Kolektywnym Małżonkiem i Wielkim Kopulatorem, który wykonuje swój uroczysty taniec ślubny i oddaje się wielkiemu weselnemu obrzędowi — przy dziwnym wykluczeniu zeń samiczek, które tymczasem obojętnie mlaskają nad pożeraną rybką albo sepią.

Sławny Charles J. Powell, który te jaszczurcze uroczystości nazwał Tańcem Samczego Pierwiastka, pisze tak: „Czy w tych wspólnych samczych obrzędach nie kryją się korzenie i źródło osobliwego jaszczurczego kolektywizmu? Uświadommy sobie, że prawdziwe zwierzęce społeczności znajdujemy tylko tam, gdzie życie i rozwój gatunku nie opiera się na parze osobników różnej płci: u pszczół, mrówek i termitów. Społeczność pszczół można wyrazić słowami: Ja, Macierzyński Ul. Społeczność jaszczurczych wspólnot można wyrazić całkiem inaczej: My, Męski Pierwiastek. Dopiero wszystkie samce razem wzięte, które w odpowiedniej chwili niemal wypacają z siebie zapładniające środowisko seksualne, są tym Wielkim Samcem, który wnika w łona samic i szczodrze rozmnaża życie. Ich ojcostwo jest kolektywne; dlatego cała ich natura jest kolektywna i przejawia się we wspólnym działaniu, podczas gdy samice, uporawszy się ze składaniem jajeczek, wiodą aż do na następnej wiosny życie mniej lub bardziej rozproszone i samotnicze. Tylko samce tworzą wspólnotę. Tylko samce wykonują wspólne zadania. U żadnego gatunku zwierząt samice nie odgrywają tak podrzędnej roli jak u Andriasa; są wyłączone ze wspólnego działania, ale też nie przejawiają najmniejszego nim zainteresowania. Ich chwila nadchodzi, gdy Męski Pierwiastek nasyca ich środowisko kwasowością, chemicznie ledwie dostrzegalną, ale życiowo tak intensywną, że działa ona nawet przy bardzo dużym rozcieńczeniu przez morski przypływ i odpływ. To tak, jakby sam Ocean stawał się samcem, który zapładnia na jego wybrzeżach miliony zarodków”.

„Pomimo całej koguciej dumy — kontynuuje Charles J. Powell — w przypadku większości gatunków zwierzęcych przyroda dała przewagę raczej samicom. Samce są tu dla przeżywania rozkoszy i po to, aby zabijać; są nadętymi i czupurnymi osobnikami, natomiast samice przedstawiają sam gatunek w jego sile i ustalonych walorach. U Andriasa (i częściowo u człowieka) relacja jest całkiem inna; poprzez stworzenie samczej wspólnoty i solidarności samiec zyskuje wyraźną biologiczną przewagę i wpływa na rozwój gatunku w znacznie większej mierze niż samice. Może właśnie z racji tego wybitnie samczego kierunku rozwoju tak silnie dochodzą u Andriasa do głosu techniczne, a więc typowo męskie uzdolnienia. Andrias jest urodzonym technikiem ze skłonnością do zbiorowego działania. Te sekundarne męskie cechy, czyli uzdolnienia techniczne i zmysł organizacyjny, rozwijały się dosłownie na naszych oczach, tak szybko i z takim powodzeniem, że musielibyśmy mówić o cudzie przyrodniczym, gdybyśmy nie wiedzieli, jak potężnym życiowym czynnikiem są właśnie determinanty seksualne. Andrias Scheuchzeri to animal faber36 i być może już niedługo przewyższy pod względem technicznym samego człowieka, i to dzięki sile przyrodniczego faktu, że stworzył czysto samczą społeczność”.