9. Andrew Scheuchzer

Stało się to któregoś czwartku, kiedy londyńskie zoo było zamknięte dla publiczności. Pan Thomas Greggs, strażnik w pawilonie jaszczurów, czyścił baseny i terraria swych podopiecznych. Był zupełnie sam w oddziale płazów, gdzie wystawiono salamandrę olbrzymią japońską, amerykańskiego „diabła błotnego”, Andriasa Scheuchzeri i mnóstwo drobnych traszek, jaszczurek, aksolotlów, syren, odmieńców jaskiniowych, żebrowców i innych odmieńcowatych. Pan Greggs uwijał się ze szmatą i miotłą, pogwizdując sobie Annie Laurie27. Nagle ktoś za nim skrzeczącym głosem powiedział:

— Zobacz, mamusiu!

Pan Thomas Greggs obejrzał się, ale nikogo tam nie było; tylko diabeł błotny mlaskał w swoim mule, a wielki czarny jaszczur, ten Andrias, opierał się przednimi łapkami i kręcił tułowiem. „Coś mi się wydawało” — pomyślał pan Greggs i dalej zamiatał podłogę, aż świszczało.

— Popatrz, jaszczur! — odezwało się za nim.

Pan Greggs odwrócił się szybko; czarny płaz patrzył na niego, mrugając dolnymi powiekami.

— Brr, ten jest obrzydliwy — powiedział nagle. — Chodźmy stąd, kochanie.

Pan Greggs otworzył usta ze zdziwienia.

— Co?

— Nie gryzie? — zaskrzeczał płaz.

— Ty... ty umiesz mówić? — wyjąkał pan Greggs, nie wierząc własnym zmysłom.

— Ja się go boję — wyrzucił z siebie jaszczur. — Mamusiu, co on jada?

— Powiedz dzień dobry — wykrztusił zdumiony pan Greggs.

Płaz zakręcił tułowiem.

— Dzień dobry — zaskrzeczał. — Dzień dobry. Dzień dobry. Mogę mu dać ciastko?

Pan Greggs sięgnął zmieszany do kieszeni i wyciągnął kawałek bułki.

— Na, tu masz.

Jaszczur wziął bułkę do łapki i zaczął ją próbować.

— Popatrz, jaszczur — chrząkał zadowolony. — Tatusiu, czemu jest taki czarny? — Nagle zanurzył się w wodzie i wystawił tylko głowę. — Dlaczego jest w wodzie? Dlaczego? Hu, ten jest obrzydliwy!

Pan Greggs drapał się zdumiony po karku. „Aha, on powtarza to, co usłyszy od ludzi”.

— Powiedz Greggs — spróbował.

— Powiedz Greggs — powtórzył jaszczur.

— Pan Thomas Greggs.

— Pan Thomas Greggs.

— Dzień dobry panu.

— Dzień dobry panu. Dzień dobry. Dzień dobry panu.

Wydawało się, że płaz nie może nacieszyć się mówieniem, ale Greggs nie wiedział, co jeszcze mu powiedzieć. Pan Thomas Greggs nie był człowiekiem zbyt elokwentnym.

— Teraz się zamknij — powiedział — a jak skończę, będę cię uczył mówić.

— Teraz się zamknij — zamruczał jaszczur. — Dzień dobry panu. Popatrz, płaz. Będę cię uczył mówić.

Jednakże dyrekcja zoo niechętnie patrzyła na to, że strażnicy uczą swe zwierzęta jakichś sztuczek. Słoń to co innego, ale pozostałe zwierzęta są tu w celach edukacyjnych, a nie żeby urządzać jakiś cyrk. Dlatego pan Greggs przebywał na oddziale płazów w zasadzie potajemnie, gdy już nikogo tam nie było. Ponieważ był wdowcem, nikt nie dziwił się, że samotnie spędza czas w pawilonie z jaszczurami. Każdy człowiek ma jakieś upodobania. Zresztą oddział płazów odwiedzało mało ludzi; to raczej krokodyl cieszył się dużą popularnością, ale Andrias Scheuchzeri na ogół spędzał dni samotnie.

Kiedyś, gdy już się ściemniało i zamykano pawilony, dyrektor zoo sir Charles Wiggam przechodził przez niektóre oddziały, żeby się przekonać, czy wszystko jest w porządku. Gdy szedł przez oddział płazów, coś zapluskało w jednym z basenów i ktoś skrzekliwie powiedział:

— Dobry wieczór panu.

— Dobry wieczór — odpowiedział zdziwiony dyrektor. — Kto tam jest?

— Przepraszam pana — powiedział skrzekliwy głos. — To nie jest pan Greggs.

— Kto tam jest? — powtórzył dyrektor.

— Andy. Andrew Scheuchzer.

Sir Charles podszedł bliżej do basenu. Siedział tam tylko wyprostowany i nieruchomy jaszczur.

— Kto to mówił?

— Andy, proszę pana — powiedziała salamandra. — Kim pan jest?

— Wiggam — wykrztusił zaskoczony sir Charles.

— Miło mi — odparł Andrias uprzejmie. — Jak się pan ma?

— Do diaska! — wrzasnął sir Charles. — Greggs! Hej, Greggs!

Jaszczur, nie czekając na dalszy rozwój wypadków, drgnął i błyskawicznie schował się w wodzie.

W drzwiach pojawił się Thomas Greggs, zdyszany i zaniepokojony.

— Słucham pana.

— Greggs, co to znaczy? — rzucił sir Charles.

— Stało się coś, proszę pana? — wyjąkał Greggs niepewnie.

— To zwierzę mówi!

— Proszę wybaczyć — powiedział załamany pan Greggs. — Nie wolno ci tego robić, Andy. Tysiąc razy ci mówiłem, że nie powinieneś naprzykrzać się ludziom swoim gadaniem. Proszę wybaczyć, panie dyrektorze, to się więcej nie powtórzy.

— To wy nauczyliście tego płaza mówić?

— Ale to on zaczął, proszę pana — bronił się Greggs.

— Mam nadzieję, że to się już nie powtórzy, Greggs — powiedział surowo sir Charles. — Będę was miał na oku.

Po pewnym czasie sir Charles i profesor Petrov rozmawiali o tak zwanej inteligencji zwierząt, o odruchach warunkowych i o tym, jak popularne poglądy przeceniają zdolności rozumowe zwierząt. Profesor Petrov wyraził wątpliwość odnośnie koni z Eberfeld, które podobno potrafiły nie tylko liczyć, ale też podnosić do potęgi i pierwiastkować. „Przecież nawet normalny, wykształcony człowiek nie umie pierwiastkować” — powiedział wielki uczony. Sir Charles przypomniał sobie mówiącą salamandrę Greggsa.

— Mam tu salamandrę — zaczął z wahaniem — to ten znany Andrias Scheuchzeri. I ona nauczyła się mówić jak papuga.

— Wykluczone — powiedział naukowiec. — Salamandry mają przecież przyrośnięty język.

— Więc niech pan pójdzie i zobaczy — odparł sir Charles. — Dzisiaj jest sprzątanie pawilonów, więc nie będzie tam dużo ludzi.

I poszli.

Przy wejściu do pawilonu płazów sir Charles zatrzymał się. Z wewnątrz dochodziło szuranie miotły i jednostajny głos, który coś sylabizował.

— Proszę poczekać — szepnął sir Charles.

— „Czy-na-Mar-sie-są-lu-dzie?” — sylabizował monotonny głos. — Mam to czytać?

— Co innego, Andy — odpowiedział drugi głos.

— „Czy-w te-go-ro-cznym-der-by-zwy-cię-ży-Pel-ham-Beau-ty-czy-Go-ber-na-dor?”.

— Pelham-Beauty — odparł drugi głos. — Ale czytaj.

Sir Charles otworzył po cichu drzwi. Thomas Greggs zamiatał miotłą podłogę, a w sadzawce z morską wodą siedział Andrias Scheuchzeri i powoli, skrzekliwie sylabizował tekst z wieczornej gazety, którą trzymał w przednich łapach.

— Greggs! — zawołał sir Charles. Salamandra poruszyła się gwałtownie i zniknęła pod wodą.

Mr Greggs ze strachu upuścił miotłę.

— Tak, proszę pana?

— Co to znaczy?

— Proszę o wybaczenie, proszę pana — jąkał się nieszczęsny Greggs. — Andy mi czyta, a ja zamiatam. A kiedy on zamiata, ja czytam jemu.

— Kto go tego nauczył?

— On sam... naśladuje, proszę pana. Ja... ja mu daję gazetę, żeby tyle nie mówił. On by chciał bez przerwy mówić, proszę pana. Pomyślałem więc, żeby nauczył się przynajmniej mówić poprawnie...

— Andy! — zawołał sir Wiggam.

Z wody wynurzyła się czarna głowa.

— Tak, proszę pana — zaskrzeczała.

— Przyszedł cię zobaczyć profesor Petrov.

— Miło mi, proszę pana. Jestem Andy Scheuchzer.

— Skąd wiesz, że nazywasz się Andrias Scheuchzeri?

— Tu jest napisane, proszę pana: Andreas Scheuchzer. Gilbert Islands.

— Często czytasz gazety?

— Codziennie, proszę pana.

— A co cię tam najbardziej interesuje?

— Kronika sądowa, wyścigi konne, piłka nożna...

— Widziałeś kiedyś mecz piłki nożnej?

— Nie, proszę pana.

— Albo konie?

— Nie widziałem, proszę pana.

— Więc czemu to czytasz?

— Dlatego, że to jest w gazecie, proszę pana.

— Polityka cię nie interesuje?

— Nie, proszę pana. Będzie wojna?

— Tego nikt nie wie, Andy.

— Niemcy budują nowy typ łodzi podwodnej — powiedział Andy zatroskany. — Promienie śmierci mogą zamienić całe połacie lądów w pustynie.

— Przeczytałeś to w gazecie? — zapytał sir Charles.

— Tak, proszę pana. Czy w tegorocznym derby wygra Pelham-Beauty czy Gobernador?

— A ty jak myślisz, Andy?

— Gobernador, proszę pana. Ale pan Greggs myśli, że Pelham-Beauty. — Andy pokiwał głową. — Niech pan kupuje angielskie towary, proszę pana. Najlepsze są szelki Snydera. Czy ma pan już nowego sześciocylindrowego Tancreda Juniora? Szybki, tani, elegancki.

— Dziękuję, Andy. To wystarczy.

— Która aktorka filmowa najbardziej się panu podoba?

Profesor Petrov najeżył włosy i wąsy.

— Proszę wybaczyć, sir Charlesie — wymamrotał — ale muszę już iść.

— Dobrze, chodźmy. Andy, miałbyś coś przeciw temu, żebym przysłał do ciebie kilku uczonych panów? Myślę, że chętnie by z tobą porozmawiali.

— Będzie mi miło, proszę pana — zaskrzeczała salamandra. — Do widzenia, sir Charlesie. Do widzenia, profesorze.

Profesor Petrov maszerował szybkim krokiem, parskając i burcząc z poirytowania.

— Proszę wybaczyć, sir Charlesie — odezwał się w końcu — ale czy mógłby mi pan pokazać jakieś zwierzę, które nie czyta gazet?

Ci uczeni panowie to byli sir Bertram, D. M., profesor Ebbigham, sir Oliver Dodge, Julian Foxley i inni. Cytujemy fragment protokołu z ich badania Andriasa Scheuchzeri.

Jak się nazywasz?

Odp.: Andrew Scheuchzer.

Ile masz lat?

Odp.: Nie wiem. Chcecie wyglądać młodo? Noście gorset Libella.

Jaki dzień mamy dzisiaj?

Odp.: Poniedziałek. Ładna pogoda, proszę pana. W tę sobotę w Epsom pobiegnie Gibraltar.

Ile jest trzy razy pięć?

Odp.: A czemu?

Umiesz liczyć?

Odp.: Tak, proszę pana. Ile jest siedemnaście razy dwadzieścia dziewięć?

Pozwól, Andrew, że to my będziemy zadawać pytania. Wymień nam angielskie rzeki.

Odp.: Tamiza...

A inne?

Odp.: Tamiza.

Innych nie znasz, co? Kto panuje w Anglii?

Odp.: Król Jerzy. God bless him.

Dobrze, Andy. Kto jest największym angielskim pisarzem?

Odp.: Kipling.

Bardzo dobrze. Czytałeś którąś z jego książek?

Odp.: Nie. Jak wam się podoba Mae West28?

To raczej my będziemy cię pytać, Andy. Co wiesz o historii Anglii?

Odp.: Henryk Ósmy.

Co o nim wiesz?

Odp.: Najlepszy film ostatnich lat. Cudowna oprawa. Wspaniałe widowisko.

Widziałeś go?

Odp.: Nie widziałem. Chcecie poznać Anglię? Kupcie sobie Forda Baby.

Co byś najbardziej chciał zobaczyć, Andy?

Odp.: Wyścigi Cambridge–Oksford, proszę pana.

Ile jest kontynentów?

Odp.: Pięć

Bardzo dobrze. A jakie?

Odp.: Anglia i te inne.

A jakie są te inne?

Odp.: To są bolszewicy i Niemcy. I Włochy.

Gdzie są Wyspy Gilberta?

Odp.: W Anglii. Anglia nie będzie sobie wiązać rąk na lądzie. Anglia potrzebuje dziesięciu tysięcy samolotów. Odwiedźcie wybrzeże południowej Anglii.

Możemy zobaczyć twój język, Andy?

Odp.: Tak, proszę pana. Czyśćcie zęby pastą Flit. Jest oszczędna, jest najlepsza, jest angielska. Chcecie mieć pachnący oddech? Używajcie pasty Flit.

Dziękujemy, to wystarczy. A teraz powiedz nam, Andy...

I tak dalej. Protokół rozmowy z Andriasem Scheuchzeri liczył szesnaście pełnych stron i został opublikowany w „The Natural Science”. Na końcu protokołu komisja naukowców podsumowała rezultaty swego eksperymentu następująco:

1. Andrias Scheuchzeri, salamandra chowana w londyńskim zoo, potrafi mówić, choć nieco skrzekliwie. Dysponuje zasobem około czterystu słów. Mówi tylko to, co usłyszała albo przeczytała. Nie można jednak mówić w jej przypadku o samodzielnym myśleniu. Jej język jest dosyć ruchliwy. Strun głosowych nie mogliśmy w danych okolicznościach bliżej zbadać.

2. Ta salamandra umie czytać, ale tylko wieczorne dodatki gazet. Interesują ją te same sprawy, co przeciętnego Anglika i reaguje na nie w podobny sposób, to znaczy zgodnie z ustalonymi, powszechnymi poglądami. Jej życie duchowe — jeśli w ogóle można o czymś takim mówić — składa się właśnie z wyobrażeń i opinii powszechnych w tym czasie.

3. Jej inteligencji nie należy przeceniać, gdyż pod żadnym względem nie przewyższa przeciętnego człowieka naszych czasów.

Pomimo tej trzeźwej opinii specjalistów Mówiąca Salamandra stała się sensacją londyńskiego zoo. Pupilek Andy był oblegany przez ludzi, którzy chcieli z nim porozmawiać o wszystkim, poczynając od pogody, a kończąc na kryzysie ekonomicznym i sytuacji politycznej. Przy tym dostawał od odwiedzających tyle czekolady i cukierków, że rozchorował się ciężko na katar żołądka i jelit. Oddział płazów musiał zostać w końcu zamknięty, ale było już za późno. Andrias Scheuchzeri, zwany Andy, zdechł w następstwie swej popularności. Jak widać, sława demoralizuje również płazy.

10. Odpust w Novém Strašecí

Povondra, odźwierny w domu radcy Bondego, tym razem spędzał urlop w swoim rodzinnym miasteczku. Nazajutrz miał być odpust. Gdy Povondra wyszedł z domu, prowadząc za rękę swego ośmioletniego syna Franka, całe Nové Strašecí pachniało ciastem, a na ulicy migały kobiety i dziewczyny niosące surowe ciasta do piekarza. Na rynku postawili już kramy dwaj cukiernicy, kramarz handlujący szkłem i porcelaną i krzykliwa kobieta sprzedająca wszelkiego rodzaju tkaniny bławatne. Był tam jeszcze płócienny namiot, ze wszystkich stron zakryty płachtami. Jakiś drobny mężczyzna, stojąc na drabince, mocował właśnie na górze tabliczkę z napisem.

Povondra zatrzymał się, żeby zobaczyć, co to będzie.

Wysuszony człowieczek zszedł z drabinki i patrzył z zadowoleniem na powieszony napis. A Povondra ze zdziwieniem czytał:

KAPITAN J. VAN TOCH

I JEGO TRESOWANE PŁAZY

Povondra przypomniał sobie potężnego mężczyznę w kapitańskiej czapce, którego kiedyś wpuszczał do pana Bondego. „To się biedak dorobił — powiedział współczująco Povondra sam do siebie. — Kapitan, a teraz jeździ po świecie z takim marnym cyrkiem! A taki krzepki, zdrowy był z niego człowiek. Powinienem go odwiedzić” — pomyślał Povondra litościwie.

Tymczasem drobny człowieczek powiesił przy wejściu do namiotu drugi napis:

!! MÓWIĄCE JASZCZURY!!

!! NAJWIĘKSZA SENSACJA NAUKOWA!!

Wstęp 2 korony. Dzieci w towarzystwie dorosłych połowę!

Povondra zawahał się. Dwie korony i korona za chłopca to dosyć dużo. Ale Franek dobrze się uczy, a poznanie egzotycznych zwierząt należy do wykształcenia. Povondra był skłonny poświęcić coś na wykształcenie, dlatego podszedł do tego suchego, drobnego człowieczka.

— Przyjacielu — zwrócił się do niego — chciałbym rozmawiać z kapitanem van Tochem.

Człowieczek wypiął pierś w pasiastym podkoszulku.

— To ja, proszę pana.

— Pan jest kapitanem van Tochem? — zdziwił się Povondra.

— Tak, proszę pana — powiedział człowieczek i pokazał kotwicę wytatuowaną na nadgarstku.

Povondra mrugał w zamyśleniu. Kapitan tak by się skurczył? Przecież to niemożliwe.

— Znam kapitana van Tocha osobiście — powiedział. — Nazywam się Povondra.

— A, to co innego — odparł człowieczek. — Ale te salamandry są naprawdę kapitana van Tocha, proszę pana. Stuprocentowo prawdziwe australijskie jaszczury, proszę pana. Zechce pan zajrzeć do środka. Zaczyna się właśnie wielkie przedstawienie — zachęcał, unosząc płachtę przy wejściu.

— Chodź, Franku — rzekł ojciec Povondra i wszedł do środka. Przy małym stoliku natychmiast usiadła niezwykle gruba i duża paniusia. „Dziwna para” — pomyślał Povondra, płacąc trzy korony. Wewnątrz namiotu nie było niczego poza dość nieprzyjemnym zapachem i blaszaną wanną.

— Gdzie macie te salamandry? — spytał pan Povondra.

— W tej wannie — odrzekła obojętnym głosem gigantyczna dama.

— Nie bój się, Franku — powiedział ojciec Povondra i podszedł do wanny. Leżało tam w wodzie coś czarnego i apatycznego, wielkości starego suma; tylko jego skóra za głową była jakby trochę spuchnięta i spłaszczona.

— To jest ta przedpotopowa salamandra, o której pisano w gazetach — powiedział pouczająco ojciec Povondra, nie okazując synowi swego rozczarowania. („Znowu się dałem nabrać — pomyślał — ale chłopiec nie musi o tym wiedzieć. Szkoda tych trzech koron”).

— Tatusiu, a czemu jest w wodzie? — spytał Franek.

— Ponieważ niektóre płazy żyją w wodzie.

— Tatusiu, a co on je?

— Ryby i takie inne rzeczy — odpowiedział po namyśle ojciec Povondra. („Coś muszą jeść”).

— A czemu jest taka brzydka? — nalegał Franek.

Povondra nie wiedział, co rzec, ale w tej chwili wszedł do namiotu drobny człowieczek.

— Panie i panowie... — zaczął ochrypłym głosem.

— Macie tylko jedną salamandrę? — zapytał Povondra z wyrzutem. („Gdyby były przynajmniej dwie, pieniądze nie byłyby zmarnowane”).

— Ta druga zdechła — powiedział człowieczek. — A to jest ten słynny Andryjasz, panie i panowie, rzadki i jadowity jaszczur z wysp australijskich. W swej ojczyźnie osiąga rozmiary człowieka i chodzi na dwóch nogach. Na! — powiedział i szturchnął kijem to coś czarnego i apatycznego, co leżało bez ruchu w wannie. To czarne coś poruszyło się i z wysiłkiem podniosło się z wody. Franek cofnął się trochę, ale Povondra ścisnął mu rękę na znak, żeby się nie bał, bo jest przy nim.

Teraz to coś stało na tylnych nogach i przednimi łapami opierało się o brzeg wanny. Skrzela za głową konwulsyjnie drgały, a czarny pysk chwytał powietrze. Miało to zdartą do krwi i zbyt luźną skórę, usianą brodawkami, i okrągłe żabie oczy, chwilami zaciągające się błoniastymi dolnymi powiekami.

— Jak widzicie, panie i panowie — kontynuował człowieczek ochrypłym głosem — to zwierzę żyje w wodzie, dlatego jest wyposażone w skrzela i płuca, żeby mogło oddychać, gdy wychodzi na brzeg. Na tylnych nogach ma po pięć palców, a na przednich po cztery, którymi potrafi chwytać różne przedmioty. Na! — Zwierzę ścisnęło w palcach kij i trzymało go przed sobą niczym żałosne berło.

— Potrafi też zrobić węzeł na sznurze — oznajmił człowieczek. Zabrał zwierzęciu kij i podał mu brudny sznurek. Zwierzę przez chwilę trzymało go w palcach, a potem naprawdę zaplątało węzełek.

— Umie także bębnić i tańczyć — skrzeczał człowieczek i podał zwierzęciu dziecięcy bębenek i pałeczkę. Zwierzę kilka razy uderzyło w bębenek i kręciło górną połową tułowia; upuściło przy tym pałeczkę do wody.

— Idźżeż ty, paskudo! — zerwał się człowieczek i wyłowił pałeczkę z wody.

— A do tego to zwierzę — dodał, podnosząc uroczyście głos — jest tak inteligentne i utalentowane, że potrafi mówić jak człowiek.

Mówiąc to, zaklaskał.

Guten Morgen — zaskrzeczało zwierzę, żałośnie mrugając dolnymi powiekami. — Dzień dobry.

Povondra niemal się wystraszył, ale na Franku nie zrobiło to większego wrażenia.

— Co powiesz szanownej publice? — ostro zapytał człowieczek.

— Witam was — ukłoniła się salamandra; jej skrzela zaciskały się konwulsyjnie. — Willkomen29. Ben venuti30.

— Umiesz liczyć?

— Umiem.

— Ile jest sześć razy siedem?

— Czterdzieści dwa — zaskrzeczał z wysiłkiem płaz.

— Widzisz, Franku — zwrócił się do syna ojciec Povondra — jak dobrze umie liczyć.

— Panie i panowie — piał człowieczek — możecie mu sami zadawać pytania.

— No to zapytaj go o coś, Franku — zachęcał pan Povondra.

Franek wiercił się zakłopotany. W końcu wykrztusił:

— Ile jest osiem razy dziewięć?

Prawdopodobnie wydawało mu się to najtrudniejszym ze wszystkich możliwych pytań.

Salamandra wolno zamrugała oczami.

— Siedemdziesiąt dwa.

— Jaki dzisiaj dzień? — zapytał Povondra.

— Sobota — odparła salamandra.

Povondra pokręcił z podziwem głową.

— Faktycznie, jak człowiek. Jak się nazywa to miasto?

Płaz otworzył pysk i zamknął oczy.

— Jest już zmęczona — wyjaśnił pospiesznie człowieczek. — Co powiesz państwu?

Salamandra ukłoniła się.

— Moje uszanowanie. Dziękuję uprzejmie. Do widzenia.

I prędko schowała się w wodzie.

— To jest... to jest osobliwe zwierzę — dziwił się Povondra. Ponieważ jednak trzy korony to sporo pieniędzy, dodał: — I niczego więcej tu już nie ma, co mógłby pan pokazać temu dziecku?

Człowieczek w zakłopotaniu naciągał sobie dolną wargę.

— To wszystko — rzekł. — Przedtem miałem jeszcze małpki, ale była z nimi taka historia... — tłumaczył się niewyraźnie. — Chyba, że bym wam pokazał moją żonę. Swego czasu była najtęższą kobietą na świecie. Maruszko, chodź tu!

Maruszka podniosła się z trudem.

— O co chodzi?

— Pokaż się panom, Maruszko.

Najtęższa kobieta na świecie kokieteryjnie przechyliła głowę na bok, wysunęła jedną nogę do przodu i uniosła suknię nad kolano. Widać było czerwoną wełnianą pończochę, a w niej coś nabrzmiałego i potężnego.

— Objętość nogi na górze osiemdziesiąt cztery centymetry — wyjaśniał wysuszony człowieczek — ale dziś, przy tej konkurencji, Maruszka nie jest już najgrubszą kobietą na świecie.

Povondra ciągnął oniemiałego Franka do wyjścia.

— Całuję rączki — zaskrzeczał płaz w wannie. — Przyjdźcie znowu. Auf Wiedersehen31.

— I co, Franku — zapytał pan Povondra, gdy byli już na zewnątrz — nauczyłeś się czegoś?

— Nauczyłem — odparł Franek. — Tato, czemu ta pani ma czerwone pończochy?

11. O ludojaszczurach

Byłoby zapewne przesadą twierdzenie, że w tym czasie nie mówiono ani nie pisano o niczym innym, jak tylko o gadających salamandrach. Mówiono i pisano też o nadciągającej wojnie, o kryzysie gospodarczym, o meczach ligowych, o witaminach i o modzie. Tym niemniej o mówiących płazach pisano bardzo dużo, na ogół w sposób bardzo niefachowy. Dlatego wybitny naukowiec, profesor doktor Vladimír Uher z uniwersytetu w Brnie napisał do „Lidových novin” artykuł, w którym wskazywał na to, że domniemana zdolność Andriasa Scheuchzeri do artykułowanego mówienia, a właściwie naśladowania wymawianych słów, z naukowego punktu widzenia nie jest bynajmniej tak interesująca jak inne zagadnienia dotyczące tego osobliwego płaza. Zagadka naukowa Andriasa Scheuchzeri polega zupełnie na czym innym: na przykład, skąd pochodzi, gdzie jest jego praojczyzna, w której przeżył całe okresy geologiczne; dlaczego pozostał tak długo nieznany, skoro teraz pojawia się tak licznie prawie na całym obszarze równikowym Oceanu Spokojnego. Wydaje się, że w ostatnim czasie rozmnaża się niezwykle szybko. Skąd się wzięła ta ogromna witalność w prastarym, trzeciorzędowym stworzeniu, które do niedawna prowadziło ukrytą, a więc prawdopodobnie krańcowo sporadyczną, o ile nie typograficznie izolowaną egzystencję? Czy może zmieniły się jakoś na korzyść biologiczne warunki życiowe dla tej kopalnej salamandry, tak że dla owego cennego mioceńskiego reliktu nastał nowy, zadziwiająco korzystny okres rozwojowy? W takiej sytuacji nie można było wykluczyć, że Andrias Scheuchzeri nie tylko będzie się z powodzeniem rozmnażać ilościowo, ale także rozwijać się pod względem jakościowym, i że nasza nauka będzie mieć niepowtarzalną okazję asystowania przy potężnej przemianie in actu jednego gatunku zwierząt. To, że Andrias Scheuchzeri potrafi wyskrzeczeć parę tuzinów słów i nauczy się kilku numerów, które laikowi wydają się przejawem jakiejś inteligencji, to nie jest, naukowo rzecz ujmując, żaden cud; ale cudem jest ta niezwykła siła witalna, która tak nagle i obficie ożywiła skostniałą egzystencję stworzenia zacofanego w rozwoju i niemal już wymarłego. Istnieją tu pewne szczególne okoliczności: Andrias Scheuchzeri jest jedyną salamandrą żyjącą w morzu i — co jeszcze bardziej rzuca się w oczy — jedyną salamandrą występującą w rejonie etiopsko-australijskim, w mitycznej Lemurii. Czy nie można by wręcz powiedzieć, że Przyroda stara się teraz pośpiesznie dogonić jedną z życiowych możliwości i form, którą na tym obszarze zaniedbała lub też nie mogła w pełni rozwinąć? I dalej: byłoby dziwne, gdyby na oceanicznym terytorium, leżącym pomiędzy olbrzymimi salamandrami japońskimi z jednej i allegańskimi z drugiej strony nie było w ogóle żadnego łączącego je elementu. Gdyby Andriasa nie było, musielibyśmy założyć jego istnienie właśnie w tych miejscach, w których się pojawił. Wyglądało to niemal tak, jakby po prostu wypełniał on przestrzeń, na której — zgodnie z kontekstem geograficznym i rozwojowym — powinien się od dawna znajdować. „Jakkolwiek by się rzeczy miały — kończył się artykuł uczonego profesora — na podstawie tego ewolucyjnego wskrzeszenia mioceńskiej salamandry musimy uznać z szacunkiem i zdumieniem, że Geniusz Rozwoju na naszej planecie bynajmniej nie zakończył jeszcze swego twórczego dzieła”.

Artykuł ten ukazał się pomimo cichej, ale zdecydowanej opinii redakcji, że na takie naukowe gadanie w gazetach nie ma miejsca. Wkrótce profesor Uher dostał list od jednego z czytelników:

Szanowny Panie,

w zeszłym roku kupiłem dom na rynku w Čáslaviu. Przeszukując go, znalazłem na strychu skrzynię ze starymi, cennymi, prawdopodobnie naukowymi pismami i dziełami, a mianowicie dwoma rocznikami czasopisma Jana Hýbla „Hyllos” z lat 1821–22, Świat ssaków Jana Svatopluka Presla, Podstawy nauk przyrodniczych albo fizyki Vojtěcha Sedláčka, dziewiętnaście roczników popularnego czasopisma z zakresu wszech nauk „Krok” i trzynaście roczników „Časopisu Českého museum”. W tłumaczonej przez Presla Rozprawie o zmianach skorupy ziemskiej (z 1834 roku) znalazłem jako zakładkę wycinek z jakiejś starej gazety, na którym wydrukowano informację o dziwnych jaszczurach.

Gdy przeczytałem Pański znakomity artykuł o zagadkowych salamandrach, przypomniałem sobie o tej zakładce i odnalazłem ją. Myślę, że mogłaby Pana zainteresować, dlatego posyłam ją Panu, jako żarliwy przyjaciel przyrody i Pański gorliwy czytelnik.

Z wyrazami szacunku

J. V. Najman

Na załączonym wycinku nie podano tytułu ani roku. Biorąc jednak pod uwagę typ pisma i ortografię, pochodził z lat dwudziestych lub trzydziestych ubiegłego wieku. Był tak pożółkły i zetlały, że z trudem dało się go przeczytać. Profesor Uher już zamierzał wrzucić go do kosza, ale był na swój sposób przejęty starością tego świstka papieru i zaczął go czytać. Po chwili wysapał: „Do diaska!” i podekscytowany poprawił sobie okulary na nosie. Na wycinku znajdował się następujący tekst:

O ludojaszczurach

W jednej cudzoziemskiej gazecie czytamy, że pewien kapitan (dowódca) angielskiego wojennego korabia, z dalekich krajów powróciwszy, przekazał był wieści o dziwnych płazach, na które na jakiejś wysepce na Morzu Australijskim natrafił. Na wyspie onej jezioro ze słoną wodą się znajduje, połączenia z morzem wszelako niemające, a przy tym bardzo trudno przystępne. Ów kapitan i medyk z onego korabia odpoczywali tam dnia pewnego. Wówczas z jeziora zwierzęta podobne do jaszczurów wyszły, na dwóch nogach wszakże kroczące niczym ludzie, wielkie coby psowie morscy, czyli foki, i z gracją cudacznie na brzegu się poruszały, jakoby tańcując. Dowódca i medyk z broni wypaliwszy, dwa z onych stworzeń ubili. Mają one ponoć ciało śliskie, sierści i wszelakich łusek pozbawione, przez co do salamander są podobne. Nazajutrz po nie przyszedłszy, od smrodu wielgiego na miejscu zostawić je musieli, rybakom zaś nakazali, by w jeziorze tym sieci zarzucili i parę onych stworów żywych na statek przywiedli. Rybacy ci jeziorko ono przeszukawszy, wszytkie jaszczury w znacznej liczbie wygubili, a dwa jeno na statek dowlekli, powiadając, że ciało mają jadowite i parzące jak pokrzywy. Do beczek z morską wodą je potem wsadzili, aby żywe do Anglii dowieźć. Wszak oto co się wydarzyło! Gdy statek wyspę Sumatrę mijał, uwięzione jaszczury z beczek wylazłszy i okno w ładowni same otworzywszy, do morza się rzuciły i znikły. Podług świadectwa dowódcy i okrętowego cyrulika, zwierzęta to bardzo dziwaczne i przebiegłe, na dwóch nogach chodzące i dziwnie szczekające i mlaskające. Nie są one wszelako dla człowieka nijak niebezpieczne. Tedy ani chybi słusznie ludojaszczurami zwać byśmy je mogli.

Tyle wycinek.

„Do diaska! — powtórzył ze złością profesor Uher. — Dlaczego nie ma tu żadnej daty albo tytułu tej gazety, z której ktoś kiedyś to wyciął. I jaka to była zagraniczna gazeta, jak się nazywał ten dowódca, jaki to był angielski statek? I jaka to była wysepka na Morzu Australijskim? Czy ci ludzie nie mogli być trochę dokładniejsi i... no tak, z trochę bardziej naukowym podejściem? Przecież to jest historyczny dokument ogromnej wartości...

Wysepka na Morzu Australijskim. Jeziorko ze słoną wodą. Sądząc z tego, to była wyspa koralowa, atol z trudno dostępną słoną laguną — miejsce w sam raz do tego, by takie kopalne zwierzę mogłoby się tam uchować, odizolowane od bardziej rozwiniętego środowiska i niezakłócone w swym naturalnym rezerwacie. Oczywiście, nie mogłoby się zbyt rozmnożyć, ponieważ w tym jeziorku nie znalazłoby dostatecznej ilości pożywienia. To jasne — pomyślał profesor. — Zwierzę podobne do jaszczurki, ale bez łusek i chodzące na dwóch nogach jak ludzie, a więc albo Andrias Scheuchzeri albo inna salamandra blisko z nim spokrewniona. Przypuśćmy, że to był nasz Andrias. Przypuśćmy, że go ci przeklęci marynarze w tym jeziorku wytępili i że tylko jedna para dostała się żywa na tamten statek. Para, która, niestety, koło wyspy Sumatra uciekła do morza. A zatem na samym równiku, w warunkach biologicznie bardzo sprzyjających i w środowisku zapewniającym nieograniczoną ilość pożywienia. Czy to możliwe, że ta zmiana środowiska dała mioceńskiej salamandrze tak silny impuls rozwojowy? Pewne jest, że była przyzwyczajona do słonej wody. Wyobraźmy sobie jej nowy habitat jako spokojną, zamkniętą morską zatokę z wielką obfitością pożywienia. Co się dzieje? Salamandra zaczyna się rozwijać, przeniesiona do optymalnych warunków, z ogromną energią witalną. To jest to! — ucieszył się uczony. — Salamandra garnie się do życia jak szalona. Wspaniale się rozmnaża, ponieważ jej jajeczka i kijanki nie mają w nowym środowisku żadnych specyficznych wrogów. Zasiedla wyspę za wyspą — przy czym, o dziwo, niektóre wyspy przy swym przemieszczaniu się omija. Skądinąd jest to typowa migracja za pożywieniem. A teraz pytanie: czemu nie rozwinęła się wcześniej? Czy nie ma to związku z fenomenem, że na obszarze etiopsko-australijskim nie znane są, a przynajmniej do tej pory nie były znane żadne salamandry? Czy może na tym obszarze nie doszło w epoce miocenu do jakichś zmian pod względem biologicznym nieprzyjaznych dla salamander? Jest to możliwe. Mógł się na przykład pojawić specyficzny nieprzyjaciel, który salamandry po prostu wytępił. Tylko na jednej wysepce, w zamkniętym jeziorku mioceński płaz przeżył — naturalnie za cenę rozwojowej stagnacji. Jego proces ewolucyjny zatrzymał się. Było to jak naciągnięta giętka sprężyna, która utraciła swą sprężystość. Niewykluczone, że Przyroda wiązała z tą salamandrą wielkie plany, że miała się ona rozwijać jeszcze dalej i dalej, wyżej i wyżej, kto wie, jak wysoko... (Profesor Uher czuł wręcz lekki dreszcz przy tym wyobrażeniu. Kto wie, czy właśnie Andrias Scheuchzeri nie miał stać się człowiekiem miocenu!).

A teraz uwaga! To zacofane w rozwoju zwierzę dostaje się naraz do nowego, znacznie bardziej obiecującego środowiska. Rozciągnięta sprężyna uwalnia się w nim. Z jakąż siłą życiową, z jakąż mioceńską bujnością i zachłannością wkracza Andrias na drogę rozwoju! Jak gorączkowo dogania te setki tysięcy i miliony lat ewolucyjnego opóźnienia! Czy jest do pomyślenia, że zadowoli się stopniem rozwoju, na którym znajduje się dziś, będąc dopiero na progu swej ewolucji? Kto wie, dokąd go doprowadzi jego rozwój gatunkowy, którego jesteśmy świadkami”.

To były uwagi i obserwacje, które profesor Vladimír Uher notował, siedząc nad pożółkłym wycinkiem ze starej gazety i upajając się intelektualnym zachwytem odkrywcy. „Dam to do gazety — pomyślał — ponieważ czasopism naukowych nikt nie czyta. Niech wszyscy się dowiedzą, jakiego wielkiego przyrodniczego spektaklu jesteśmy świadkami! I dam temu tytuł: Czy salamandry mają przyszłość?”.

Jednakże redaktorzy „Lidových novin” popatrzyli na artykuł profesora Uhera i potrząsnęli głowami. Znowu te salamandry! Nasi czytelnicy mają już ich powyżej uszu. Czas na coś innego. A zresztą, taka naukowa gadanina nie pasuje do gazety.

W efekcie tego artykuł o rozwoju i przyszłości salamander w ogóle się nie ukazał.