7. Jacht na lagunie (ciąg dalszy)

Tego wieczora na jachcie „Gloria Pickford” nie było osobistych sporów, wyrażano tylko głośno różne poglądy naukowe. Fred (lojalnie wspierany przez Abe’a) sądził, że to z pewnością musiały być jakieś jaszczury, podczas gdy kapitan obstawał przy ssakach. „W morzu nie ma żadnych jaszczurów” — twierdził zdecydowanie kapitan, ale młodzi panowie z uniwersytetu nie zgadzali się z nim. Jaszczury stanowią większą sensację. Koteczek Li zadowolił się tym, że to były trytony, że były po prostu rozkoszne i że w ogóle był to ogromny sukces. Li (w piżamie w niebieskie paski, która tak się Abe’owi podobała) marzyła z błyszczącymi oczami o perłach i morskich bóstwach. Judy natomiast była przekonana, że to zabawa i humbug, że Li z Abe’em wymyślili to sobie, i mrugała ze złością na Freda, żeby dał już temu spokój. Abe myślał, że Li mogłaby wspomnieć o tym, jak to on, Abe, poszedł bez cienia strachu między te jaszczury po jej płaszcz kąpielowy; dlatego trzy razy opowiadał, jak Li bohatersko stawiała im czoła, podczas gdy on spychał łódź na wodę. I właśnie zaczynał opisywać to po raz czwarty, ale Fred i kapitan w ogóle go nie słuchali, kłócąc się zawzięcie o jaszczury i ssaki. („Jakby to było takie ważne” — myślał Abe). W końcu Judy ziewnęła i powiedziała, że idzie spać. Spojrzała przy tym wymownie na Freda, ale Fred przypomniał sobie właśnie, że przed potopem żyły takie stare, zabawne jaszczury.

— Jak one się, do diaska, nazywały... diplozaury, bigozaury czy jakoś tak... i one poruszały się właśnie na tylnych nogach, proszę pana. Widziałem je na takim śmiesznym obrazku w jakiejś grubej książce. Olbrzymia księga, powinien pan ją znać.

— Abe — odezwał się koteczek Li — mam świetny pomysł na film.

— Jaki?

— Coś zupełnie nowego. Wiesz, nasz jacht by, dajmy na to, zatonął i tylko ja bym ocalała i dotarła na tę wyspę. I żyłabym tam jak Robinsonka.

— I co byś tam robiła? — zapytał kapitan sceptycznie.

— Kąpałabym się i... tak dalej — odparł koteczek Li z wrodzoną sobie prostotą. — A przy tym zakochałyby się we mnie te morskie trytony... i przynosiłyby mi perły. Wiesz, tak jak było naprawdę. Mógłby to być film przyrodniczy i edukacyjny, nie sądzisz? Coś takiego jak Trader Horn23.

— Li ma rację — oświadczył nagle Fred. — Powinniśmy te jaszczury jutro wieczorem sfilmować.

— To znaczy te ssaki — poprawił kapitan.

— To znaczy mnie — powiedział koteczek — jak stoję pośród tych trytonów.

— Ale w płaszczu kąpielowym — mruknął Abe.

— Włożyłabym ten biały strój kąpielowy — powiedziała Li. — I musiałaby mi Greta zrobić porządną fryzurę. Dzisiaj wyglądałam po prostu strrrasznie.

— A kto by to filmował?

— Abe. Żeby na cokolwiek się przydał. A Judy musiałaby się zająć oświetleniem, gdyby już było ciemno.

— A Fred?

— Fred miałby łuk i wieniec na głowie, i gdyby te trytony chciały mnie porwać, powaliłby je, nie?

— Bardzo dziękuję — wyszczerzył się Fred — ale wolałbym rewolwer. Poza tym myślę, że kapitan też powinien tam być.

Kapitan nastroszył bojowo wąsy.

— O mnie się nie troszczcie. Zrobię, co będzie trzeba.

— Co pan ma na myśli?

— Trzech ludzi z załogi, panie. Dobrze uzbrojonych.

Koteczek Li zdumiał się rozkosznie.

— Myśli pan, że to takie niebezpieczne, kapitanie?

— Nic nie myślę, dziecinko — mruknął kapitan. — Ale mam rozkazy od Mr Jessego Loeba, przynajmniej jeśli chodzi o pana Abe’a.

Panowie energicznie wzięli się do opracowania technicznych szczegółów całego przedsięwzięcia. Abe mrugnął na koteczka, dając jej do zrozumienia, że powinna już iść spać. Li posłusznie poszła.

— Wiesz, Abe — powiedziała do niego w swej kabinie — myślę, że to będzie wspaniały film!

— Będzie, koteczku — zgodził się Mr Abe i chciał ją pocałować.

— Nie dzisiaj — bronił się koteczek. — Zrozum, że muszę się bardzo skoncentrować.

Przez cały następny dzień panna Li intensywnie się koncentrowała. Biedna subretka24 Greta miała przez to pełne ręce roboty. Kąpiele z odpowiednimi solami i olejkami, mycie włosów szamponem marki Nurblond, masaże, pedicure, manicure, ondulacja i czesanie, prasowanie, mierzenie i przeszywanie sukienek, robienie makijażu i cała masa innych przygotowań. Judy też została wciągnięta w ten wir i pomagała koteczkowi Li. (Są trudne chwile, kiedy kobiety potrafią być wobec siebie niezwykle lojalne, na przykład przy ubieraniu). Podczas gdy w kabinie panny Li panował gorączkowy pośpiech, panowie zadbali o siebie i rozstawiając na stole popielniczki i kieliszki z wódką, układali strategiczny plan, gdzie kto będzie stać i czym się zajmować, gdyby do czegoś doszło. Kapitan został przy tym kilkakrotnie głęboko urażony w prestiżowej kwestii dowodzenia. Po południu dostarczyli na brzeg laguny aparat filmowy, mały karabin maszynowy, kosz ze sztućcami i jedzeniem, strzelby, gramofon i inne potrzebne do walki przedmioty; wszystko to zostało skrzętnie zamaskowane liśćmi palmowymi. Jeszcze przed zachodem słońca zajęli swe miejsca trzej uzbrojeni mężczyźni i kapitan w funkcji głównodowodzącego. Potem przywieziono na brzeg olbrzymi kosz z paroma drobiazgami panny Lily Valley. Potem przypłynął Fred z panną Judy. Potem zaczęło zachodzić słońce w całej tropikalnej wspaniałości.

Tymczasem Mr Abe już po raz dziesiąty pukał do kabiny panny Li.

— Kochanie, naprawdę już najwyższy czas!

— Zaraz, zaraz — odpowiadał głos koteczka — nie denerwuj mnie, proszę! Przecież muszę się odpowiednio ubrać, prawda?

W tym czasie kapitan oceniał sytuację. Na powierzchni wody w zatoce lśnił równy, długi pas, który oddzielał pofalowane morze od cichej toni laguny. „Jakby tam pod wodą była jakaś tama albo falochron — pomyślał kapitan. — Może to ławica piasku albo rafa koralowa, ale wygląda to na sztuczny twór. Dziwne miejsce”. Ponad spokojną powierzchnię laguny tu i ówdzie wynurzały się czarne głowy i ciągnęły do brzegu. Kapitan zacisnął usta i sięgnął po rewolwer. „Byłoby lepiej — pomyślał — gdyby te kobiety zostały w łodzi”. Judy zaczęła się trząść i trzymała się kurczowo Freda. „Jaki on jest silny — pomyślała sobie. — Jak ja go kocham”.

W końcu ostatnia łódź odbiła od jachtu. Była w niej panna Lily Valley w białym trykocie kąpielowym i w przezroczystym szlafroczku, w którym najwidoczniej zostanie wyłowiona z morza jako rozbitek, a poza nią Miss Greta i Mr Abe.

— Czemu tak wolno wiosłujesz, Abe — robiła mu wyrzuty Li.

Mr Abe widział te czarne głowy zmierzające do brzegu i nic nie mówił.

— Ts-ts.

— Ts.

Mr Abe wyciągnął łódź na piasek i pomógł wysiąść koteczkowi Li i Grecie.

— Biegnij szybko do aparatu — powiedziała szeptem artystka. — A kiedy powiem ci „teraz”, zacznij kręcić.

— Przecież już nic nie będzie widać — zaoponował Abe.

— Więc Judy musi oświetlać. Greto!

Podczas gdy Abe Loeb zajął swe miejsce przy aparacie, artystka położyła się na piasku jak umierający łabędź, a panna Greta poprawiła fałdy jej szlafroka.

— Żeby mi było widać kawałek nogi — wyszeptał rozbitek. — Gotowe? To odejdź! Teraz, Abe!

Abe zaczął kręcić korbką.

— Judy, światło!

Ale żadne światło się nie zapaliło. Z morza wynurzyły się kołyszące się cienie i zbliżały się do Li. Greta zasłoniła sobie usta ręką, żeby nie krzyczeć.

— Li! — zawołał Mr Abe. — Li, uciekaj!

— Najf!

— Ts-ts-ts.

— Li.

— Li

— A-be.

Ktoś odbezpieczył rewolwer.

— Do diabła, nie strzelać! — syknął kapitan.

— Li! — zawołał Abe i przestał kręcić. — Judy, światło!

Li powoli, ociągając się wstała i uniosła ręce ku niebu. Leciutki szlafroczek zsunął się z jej ramion. Teraz stała tam w bieli, wyciągając wdzięcznie ręce nad głową, jak to czynią rozbitkowie, gdy odzyskują przytomność.

Mr Abe zaczął energicznie kręcić korbką.

— Cholera, Judy, świeć!

— Ts-ts-ts!

— Najf.

— Najf.

— A-be!

Czarne cienie kołysały się i krążyły wokół białej Li. Zaraz, zaraz, to już nie jest zabawa. Li już nie wyciągała rąk nad głową, lecz piszcząc, odsuwała coś od siebie.

— Abe, to mnie dotknęło!

W tej chwili zapaliło się oślepiające światło, Abe szybko zakręcił korbą, Fred i kapitan podbiegli z rewolwerami do Li, która przykucnęła i z przerażenia nie mogła wydobyć z siebie głosu. Równocześnie w ostrym świetle widać było dziesiątki i setki długich, ciemnych cieni, jak pędem wślizgują się do morza. Równocześnie dwóch marynarzy zarzuciło sieć na jeden z uciekających cieni. Równocześnie Greta omdlała, padając jak kłoda. Równocześnie rozległy się dwa lub trzy wystrzały, z morza słychać było głośny plusk, dwóch marynarzy leżało na czymś, co się pod nimi zwijało i miotało, a światło w rękach panny Judy zgasło.

Kapitan zapalił kieszonkową latarkę.

— Dziecino, nic się pani nie stało?

— To dotknęło mojej nogi — kwilił koteczek. — Fred, to było straszne!

Teraz zjawił się też Mr Abe ze swoją latarką.

— Świetnie poszło, Li — uspokajał ją — ale Judy powinna była wcześniej zapalić światło!

— Nie dało się zaświecić — pisnęła Judy. — Prawda, Fred, że się nie dało?

— Judy się bała — tłumaczył ją Fred. — Słowo honoru, nie zrobiła tego naumyślnie, co nie, Judy?

Judy czuła się dotknięta. Tymczasem jednak podeszli ci dwaj marynarze, wlokąc w sieci coś, co rzucało się jak wielka ryba.

— Mamy to, kapitanie. I to żywe.

— Ten potwór strzykał jakąś trucizną. Mam całe ręce w pęcherzach. Pali to jak ogień.

— Mnie to też dotknęło — jęczała panna Li. — Poświeć, Abe! Zobacz, czy nie mam tu pęcherza.

— Nie, nic tam nie masz, kochanie — zapewniał ją Abe. O mało nie pocałował tego miejsca nad kolanem, które koteczek niespokojnie rozcierał.

— Ależ to było zimne, brr — żaliła się Li.

— Zgubiła pani perłę, ma’am — powiedział jeden z marynarzy i podał Li kuleczkę, którą podniósł z piasku.

— O Boże, Abe! — wykrzyknęła panna Li. — One mi znowu przyniosły perły! Dzieci, chodźcie szukać pereł! Tu będzie mnóstwo pereł, które mi te biedactwa przyniosły! Prawda, Fred, że są rozkoszne? O, tu też jest perła!

— I tutaj!

Trzy latarki zwróciły snopy światła ku ziemi.

— Znalazłem jedną ogromną!

— To moja! — krzyknął koteczek Li.

— Fred — odezwała się lodowato panna Judy.

— Zaraz — powiedział Fred, brnąc w piasku po kolana.

— Fred, chcę wrócić na jacht!

— Niech ktoś cię tam zawiezie — bąknął Fred, bardzo zajęty. — Cholera, ale zabawa!

Trzej panowie i panna Li nadal poruszali się w piasku jak wielkie robaczki świętojańskie.

— Tu są trzy perły — zameldował kapitan.

— Niech pan pokaże, niech pan pokaże! — piszczała zachwycona Li, czołgając się na kolanach w stronę kapitana. W tej chwili rozbłysło światło magnezji i zaterkotała korbka aparatu filmowego.

— Teraz was mam — oświadczyła mściwie Judy. — To będzie wspaniałe zdjęcie dla prasy. „Grupa Amerykanów poszukuje pereł”. „Morskie jaszczury rzucają w ludzi perłami”.

Fred usiadł.

— Do diabła, Judy ma rację. Dzieci, musimy to dać do prasy!

Li również usiadła.

— Judy jest kochana. Judy, zrób nam jeszcze jedno zdjęcie, ale z przodu.

— To byś dużo straciła, kochana — zauważyła Judy.

— Dziatki — powiedział Mr Abe — powinniśmy raczej szukać pereł. Zbliża się przypływ.

W ciemności przy brzegu morza poruszył się czarny kołyszący się cień. Li wrzasnęła:

— Tam... tam...

Trzy latarki rzuciły snopy światła w tę stronę. Ale to była Greta, szukająca w ciemnościach pereł.

Li trzymała na kolanach czapkę kapitana, w której połyskiwało dwadzieścia jeden pereł. Abe napełniał kieliszki, a Judy obsługiwała gramofon. Była wspaniała gwiaździsta noc, morze szumiało nieustannie.

— Więc jaki damy temu tytuł? — dopytywał się głośno Fred. — „Córka przemysłowca z Milwaukee filmuje kopalne płazy”.

— „Przedpotopowe jaszczury składają hołd pięknu i młodości” — zaproponował poetycko Abe.

Kapitan odkaszlnął.

— Właściwie to ja ruszyłem wcześniej, panno Judy. Ale nie mówmy o tym. Ja myślę, że tytuł powinien brzmieć naukowo. Lakonicznie i... po prostu naukowo. „Przed-alu-wial-na fauna na wyspie pacyficznej”.

— Przedlyduwialna — poprawił go Fred. — Nie, przedwyludialna. Do diabła, jak to jest? Antyluwialna, anteduwialna. Nie, to nie tak. Musimy nadać temu jakiś prostszy tytuł, żeby każdy mógł to wymówić. A Judy jest świetna.

— Przeddyluwialna25 — powiedziała Judy.

Fred pokręcił głową.

— Za długie, Judy. Dłuższe niż te potwory razem z ogonem. Tytuł ma być krótki. Ale Judy jest nadzwyczajna, co? Niech pan przyzna, kapitanie, że jest świetna?

— Przyznaję — zgodził się kapitan. — Doskonała dziewczyna.

— Równy z pana gość, kapitanie — powiedział z uznaniem młody olbrzym. — Dzieci, kapitan to swój chłop. Ale przeddyluwialna fauna to bzdura. To nie jest tytuł dla prasy. To już raczej „Kochankowie na perłowej wyspie” albo coś takiego.

— „Trytony obsypują perłami białą Lily!” — krzyczał Abe. — „Hołd królestwa Posejdona!”, „Nowa Afrodyta!”.

— Bzdury! — zaprotestował wzburzony Fred. — Żadne trytony nigdy nie istniały. To naukowo dowiedzione, chłopie. I nie było żadnej Afrodyty. Prawda, Judy, że jej nie było? „Walka ludzi z prajaszczurami!”. „Dzielny kapitan atakuje przedpotopowe potwory!”. Człowieku, taki tytuł musi mieć wydźwięk!

— Wydanie specjalne! — wołał Abe. — „Aktorka filmowa atakowana przez morskie potwory! Seksapil młodej kobiety pokonuje przedpotopowe jaszczury! Kopalne płazy wolą blondynki!”.

— Abe — odezwał się koteczek Li — mam świetny pomysł.

— Jaki?

— Na film. To by była kapitalna sprawa, Abe. Wyobraź sobie, że bym się kąpała na brzegu morza...

— W tej koszulce bardzo ci do twarzy, Li — wtrącił Abe.

— Prawda? I te trytony zakochałyby się we mnie i porwałyby mnie na dno morza. I byłabym ich królową.

— Na morskim dnie?

— Tak, pod wodą. W ich tajemniczym królestwie, wiesz? One tam przecież mają miasta i wszystko.

— Kochanie, przecież musiałabyś się tam utopić!

— Nie bój się, umiem pływać — odparł beztrosko koteczek Li. — Tylko raz dziennie wypływałabym na brzeg, żeby nawdychać się powietrza. — Li zaprezentowała ćwiczenie oddechowe połączone z wyprężeniem piersi i ruchami ramion jak przy pływaniu. — Jakoś tak. A na brzegu zakochałby się we mnie... na przykład młody rybak. A ja w nim. Do szaleństwa — westchnął koteczek. — Wiesz, on byłby taki piękny i silny. I te trytony chciałyby go utopić, ale ja bym go ocaliła i poszłabym z nim do jego chaty. A te trytony by nas tam oblegały... no, a potem, na przykład, wy przyszlibyście nas uratować.

— Li — powiedział Fred poważnie — to jest tak potwornie głupie, że faktycznie można by to nakręcić. Byłbym zdziwiony, gdyby stary Jesse nie zrobił z tego megahitu.

Fred miał rację. Powstał z tego w swoim czasie superfilm produkcji Jesse Loeb Pictures z panną Lily Valley w roli głównej. Przy jego realizacji zatrudniono sześćset nereid, jednego Neptuna i dwanaście tysięcy statystów przebranych za różne przedpotopowe jaszczury. Lecz zanim do tego doszło, upłynęło wiele wody i sporo się wydarzyło, a mianowicie:

1. Schwytane zwierzę, trzymane w wannie w łazience koteczka Li, przez dwa dni cieszyło się żywym zainteresowaniem całego towarzystwa; trzeciego dnia przestało się ruszać, a panna Li stwierdziła, że biedactwo tęskni; czwartego dnia zaczęło cuchnąć i musiało zostać wyrzucone w stanie zaawansowanego rozkładu.

2. Z ujęć nakręconych na lagunie nadawały się do użytku tylko dwa. Na jednym koteczek Li przysiada ze strachu, machając rozpaczliwie rękami na widok stojących zwierząt. Wszyscy twierdzili, że to fantastyczne ujęcie. Na drugim widać było trzech mężczyzn i jedną kobietę, klęczących z nosami przy ziemi; wszyscy byli tyłem i wyglądali, jakby się czemuś kłaniali. To ujęcie zostało usunięte.

3. Co się tyczy propozycji tytułów prasowych, wykorzystano niemal wszystkie (łącznie nawet z tą przeddyluwialną fauną) w setkach amerykańskich i światowych dzienników, tygodników i magazynów. Pod tytułami zamieszczono opisy całego wydarzenia z wieloma szczegółami i zdjęciami, między innymi fotografię koteczka Li pośród jaszczurów, fotografię samego jaszczura w wannie, fotografię samej Li w stroju kąpielowym, fotografię panny Judy, Mr Abe’a Loeba, Baseball Freda, kapitana jachtu „Gloria Pickford”, samej wyspy Taraiwa i samych pereł, rozłożonych na czarnym zamszu. To zapewniło karierę koteczkowi Li. Odmówiła ona nawet występów w varieté i oświadczyła reporterom gazet, że zamierza poświęcić się wyłącznie Sztuce.

4. Pojawili się jednak ludzie, którzy powołując się na swe specjalistyczne wykształcenie, twierdzili, że jeśli sądzić na podstawie zdjęć, nie chodzi o żadne prastare jaszczury, lecz o pewien rodzaj salamander. Jeszcze więksi specjaliści twierdzili, że ten rodzaj salamander nie jest znany uczonym, a więc nie istnieje. W prasie rozgorzała długa dyskusja na ten temat, którą zakończył profesor J. W. Hopkins (Yale University) oświadczeniem, że zbadał przedstawione zdjęcia i uważa je za oszustwo (hoax) albo triki filmowe; że widoczne na nich zwierzęta przypominają nieco salamandrę olbrzymią japońską (Cryptobranchus japonicus, Sieboldia maxima, Tritomegas Sieboldii lub Megalobatrachus Sieboldii), ale nieumiejętnie, wręcz dyletancko podrobioną. W ten sposób cała sprawa została na dłuższy czas zamknięta.

5. Wreszcie, w odpowiednim czasie, Mr Abe Loeb ożenił się z panną Judy. Jego najlepszy przyjaciel Baseball Fred był świadkiem Abe’a na ślubie, który odbył się z wielką pompą, z udziałem wielu ważnych osobistości z kręgów politycznych, artystycznych i innych.

8. Andrias Scheuchzeri26

Ludzkie wścibstwo nie zna granic. Ludziom nie wystarczyło, że profesor J. W. Hopkins z Yale University, największy w tym czasie autorytet w dziedzinie gadów, uznał owe zagadkowe stwory za pseudonaukowy humbug i zwykły wytwór fantazji. W prasie fachowej i w gazetach zaczęły się mnożyć wiadomości o pojawieniu się w rozmaitych miejscach Oceanu Spokojnego nieznanych dotąd zwierząt, podobnych do ogromnych salamander. Stosunkowo wiarygodnych danych dostarczały znaleziska na Wyspach Salomona, na wyspie Schouten, na atolach Kapingaramangi, Butaritari i Tabiteuea, dalej na całej grupie wysepek: Nukufetau, Fanufuti, Nukonono i Fakaofo, następnie aż na archipelagu Riau, na Ua Huka, Uapu i Pukapuka. Cytowano opowieści o „diabłach kapitana van Tocha” (głównie w rejonie Melanezji) i o „trytonach panny Lili” (raczej w Polinezji). Gazety uznały, że chodzi prawdopodobnie o różne gatunki podmorskich przedpotopowych monstrów, głównie dlatego, że nastał sezon ogórkowy i nie było o czym pisać. Podmorskie potwory cieszą się u czytelników znacznym powodzeniem. Szczególnie w USA nastała moda na trytony. W Nowym Jorku grano tysiąc razy fabularyzowaną rewię Posejdon z trzystoma najładniejszymi trytonkami, nereidami i syrenami; w Miami i na kalifornijskich plażach młodzież kąpała się w kostiumach trytonów i nereid (tj. trzy sznury pereł i nic więcej), a w środkowych i środkowo-zachodnich Stanach niezwykle urósł w siłę Ruch na rzecz Zwalczania Niemoralności (RZN); doszło przy tym do publicznych manifestacji i kilku Murzynów powieszono, a kilku innych spalono.

Wreszcie w „The National Geographic Magazine” opublikowano biuletyn Wyprawy Naukowej Uniwersytetu Columbia (zorganizowanej dzięki wsparciu finansowemu J. S. Tinckera, zwanego „królem konserw”). Tę relację podpisali P. L. Smith, W. Kleinschmidt, Charles Kovar, Louis Forgeron i D. Herrero, a więc światowe sławy, zwłaszcza w dziedzinie rybich pasożytów, robaków obrączkowanych, biologii roślinnej, orzęsków i mszyc. Oto fragmenty obszernego sprawozdania:

„(...) Na wyspie Rakahanga wyprawa po raz pierwszy napotkała odciski tylnych nóg nieznanej dotąd olbrzymiej salamandry. Odciski są pięciopalczaste, długość palców 3–4 centymetry. Sądząc po ilości śladów, wybrzeże wyspy Rakahanga musi się wprost roić od tych jaszczurów. Ponieważ nie było tam odcisków przednich nóg (z wyjątkiem jednego czteropalczastego, prawdopodobnie młodego osobnika), wyprawa uznała, że te salamandry widocznie poruszają się na tylnych kończynach.

Nadmieniamy, że na wysepce Rakahanga nie ma rzeki ani mokradeł; te jaszczury żyją zatem w morzu i są chyba jedynymi przedstawicielami swego gatunku, którzy zamieszkują środowisko pelagiczne. Wiadomo wprawdzie, że aksolotl meksykański (Amblystoma mexicanum) przebywa w słonych jeziorach, ale o salamandrach pelagicznych (żyjących w morzu) nie znajdujemy wzmianki nawet w klasycznym dziele W. Korngolda Płazy ogoniaste (Urodela), Berlin 1913.

(...) Czekaliśmy do popołudnia, żeby złowić albo chociaż ujrzeć żywy egzemplarz, ale nadaremnie. Z żalem opuszczaliśmy uroczą wysepkę Rakahanga, gdzie D. Herrerze udało się znaleźć piękny nowy gatunek pluskwiaka (...).

Znacznie więcej szczęścia mieliśmy na wyspie Tongarewa. Czekaliśmy na wybrzeżu z bronią w rękach. Po zachodzie słońca wynurzyły się z wody głowy salamander, dosyć duże i lekko spłaszczone. Po chwili płazy wyszły na piasek, posuwając się dosyć zgrabnie na tylnych nogach, kołyszącym się krokiem. Gdy siedziały, miały nieco ponad metr wysokości. Rozsiadły się w szerokim kręgu i zaczęły dziwnym ruchem kręcić górną częścią ciała; wyglądało to, jakby tańczyły. W. Kleinschmidt wstał, żeby lepiej widzieć. Wtedy jaszczury zwróciły ku niemu głowy i na krótką chwilę zupełnie zdrętwiały; potem zaczęły zbliżać się do niego ze znaczną prędkością, wydając syczące i szczekliwe odgłosy. Kiedy były mniej więcej siedem kroków od niego, strzeliliśmy do nich. Gwałtownie rzuciły się do ucieczki i wpadły do morza; tego wieczoru już się nie pokazały. Na brzegu zostały tylko dwie martwe salamandry i jedna z przetrąconym kręgosłupem, wydająca dziwaczne odgłosy, coś jakby „ogod, ogod, ogod”. Później skonała, gdy W. Kleinschmidt otworzył nożem jej klatkę piersiową (...)”.

(Tu następują anatomiczne szczegóły, których my, laicy, i tak byśmy nie zrozumieli; biegłych w tematyce czytelników odsyłamy do cytowanego biuletynu).

„Chodzi więc, jak widać na podstawie przytoczonych danych o typowego przedstawiciela rzędu płazów ogoniastych (Urodela), do których, jak wszystkim wiadomo, należy rodzina salamandrowatych (Salamandridae), obejmująca gatunki traszek (Tritones) i salamander (Salamandrae), oraz rodzina salamander syrenowatych (Ichthyoidea), obejmująca salamandry skrytoskrzelne (Cryptobranchiata) i jawnoskrzelne (Phanerobranchiata). Płaz napotkany na wyspie Tongarewa wydaje się najbliżej spokrewniony z salamandrami syrenowatymi jawnoskrzelnymi. Pod wieloma względami, między innymi swymi rozmiarami, przypomina salamandrę olbrzymią japońską (Megalobatrachus Sieboldii) albo salamandrę amerykańską (Cryptobranchus alleganiensis), zwaną »diabłem błotnym«, ale różni się od nich dobrze rozwiniętymi receptorami i dłuższymi, mocniejszymi kończynami, które pozwalają mu na dość zwinne poruszanie się zarówno w wodzie, jak i na lądzie”.

(Tu następują dalsze szczegóły z zakresu anatomii porównawczej).

„Gdy wypreparowaliśmy szkielety zabitych zwierząt, doszliśmy do najciekawszych ustaleń: że mianowicie szkielet tych płazów pasuje niemal idealnie do kopalnego odcisku szkieletu salamandry, który znalazł na kamiennej płycie z kamieniołomów w Öhningen doktor Johannes Jakob Scheuchzer i który przedstawił w dziele Homo diluvii testis, wydanym w roku 1726. Mniej wtajemniczonym czytelnikom przypomnijmy, że wspomniany doktor Scheuchzer uważał tę skamieniałość za szczątki przedpotopowego człowieka. »Załączony tu wizerunek — pisze — który przedkładam światu naukowemu w postaci pięknego drzeworytu, jest bez wątpienia obrazem człowieka, który był świadkiem potopu na świecie; nie ma tu linii, z których bujna wyobraźnia musiałaby dopiero zbudować coś, co byłoby podobne do człowieka, lecz wszędzie widzimy całkowitą zgodność z poszczególnymi elementami ludzkiego szkieletu i doskonałą symetrię. Skamieniały człowiek ukazany jest tu z przodu; oto pomnik wymarłej ludzkości, starszy od wszystkich nagrobków rzymskich, greckich, ba — nawet egipskich i wszystkich wschodnich razem wziętych«”.

Później Cuvier rozpoznał w odcisku z Öhningen szkielet skamieniałej salamandry, który nazwano Cryptobranchus primaevus albo Andrias Scheuchzeri Tschudi i uważano za gatunek dawno wymarły. Dzięki porównaniu osteologicznemu udało nam się zidentyfikować nasze płazy jako wymarłą rzekomo prehistoryczną salamandrę. Tajemniczy prajaszczur, jak go nazywano w gazetach, to nic innego jak skamieniała skrytoskrzelna salamandra Andrias Scheuchzeri albo, jeśli potrzebna jest nowa nazwa, Cryptobranchus Tinckeri erectus, czyli salamandra olbrzymia polinezyjska.

Pozostaje zagadką, dlaczego ta interesująca salamandra olbrzymia umknęła aż do tej pory uwadze naukowców, chociaż przynajmniej na wyspach Rakahanga i Tongarewa w archipelagu Manihiki występuje nader licznie. Nie wspominają też o niej Randolph i Montgomery w swym dziele Dwa lata na wyspach Manihiki (1885). Tamtejsi mieszkańcy twierdzą, że to zwierzę — które nawiasem mówiąc uważają za jadowite — zaczęło się pokazywać dopiero przed sześcioma czy ośmioma laty. Opowiadają, że „morskie diabły” potrafią mówić (!) i budują sobie w zatokach, gdzie żyją, całe systemy wałów i tam na kształt podmorskich miast. Podobno w ich zatokach przez cały rok woda jest spokojna jak w stawie. Podobno wygrzebują sobie pod wodą wielometrowe nory i korytarze, w których przebywają w ciągu dnia. Podobno w nocy kradną na polach bataty i yamy, i zabierają ludziom motyki i inne narzędzia. Ludzie na ogół ich nie lubią, a nawet się ich boją; w wielu przypadkach woleli przeprowadzić się gdzie indziej. Prawdopodobnie chodzi tu o zwykłe prymitywne przesądy i zabobony, wywołane odpychającym wyglądem i poniekąd ludzkim chodem w pozycji wyprostowanej tych nieszkodliwych wielkich jaszczurów.

Z daleko idącą ostrożnością należy przyjmować także informacje podróżników, według których te jaszczury pojawiają się również na innych wyspach niż Manihiki. Natomiast można bez najmniejszej wątpliwości uznać odcisk tylnej nogi, znaleziony niedawno na wybrzeżu wyspy Tongatapu, który opublikował Capt. Croisset w „La Nature”, za ślad Andriasa Scheuchzeri. To odkrycie jest szczególnie ważne dlatego, że łączy występowanie owych płazów na Manihiki Islands z obszarem australijsko-nowozelandzkim, gdzie zachowało się tak wiele pozostałości rozwoju prastarej fauny. Przypomnijmy zwłaszcza „przedpotopowego” jaszczura hatterię czyli tuatara, do dziś żyjącego na Stephens Island. Na tych osamotnionych, na ogół słabo zaludnionych i cywilizacją prawie nieskażonych wysepkach mogły sporadycznie zachować się resztki gatunków zwierzęcych gdzie indziej już wymarłych. Do kopalnego jaszczura hatterii dołączyła teraz, dzięki panu J. S. Tinckerowi, przedpotopowa salamandra. Poczciwy doktor Johannes Jakob Scheuchzer dożyłby teraz wskrzeszenia swego Adama z Öhningen...

Ten biuletyn naukowy wystarczyłby niewątpliwie do tego, by w pełni objaśnić problem zagadkowych morskich stworzeń, o których tyle już mówiono. Niestety, równocześnie z nim ukazała się praca holenderskiego badacza van Hogenhoucka, który zaszeregował te skrytoskrzelne salamandry olbrzymie do rodziny salamandrowatych, pod nazwą Megatriton moluccanus, i rozszerzył ich występowanie na holendersko-sundajskich wyspach Dżilolo, Morotai i Ceram. Oprócz tego pojawił się raport francuskiego uczonego dr. Mignarda, który określił je jako typowe salamandry, wyznaczył im pierwotne siedziby na francuskich wyspach Takaroa, Rangiroa i Raroia i nazwał je po prostu Cryptobranchus salamandroides. Natomiast H. W. Spence rozpoznał w nich nową rodzinę Pelagidae, rdzennie zamieszkującą Wyspy Gilberta, i wprowadził ją do świata nauki pod nazwą rodzajową Pelagotriton Spencei. Mr Spence’owi udało się dostarczyć jeden żywy egzemplarz do londyńskiego zoo, gdzie stał się przedmiotem dalszych badań, z których wyłonił się pod nazwami Pelagobatrachus Hookeri, Salamandrops maritimus, Abranchus giganteus, Amphiuma gigas i wieloma innymi. Niektórzy uczeni twierdzili, że Pelagotriton Spencei jest tożsamy z Cryptobranchus Tinckeri i że salamandra Mignarda to nic innego tylko Andrias Scheuchzeri. Wynikło wokół tego wiele sporów o pierwszeństwo i inne czysto naukowe problemy. Doprowadziły one do tego, że w końcu przyrodoznawstwo w każdym kraju miało swoje własne salamandry olbrzymie i jak najzajadlej zwalczało naukowo salamandry olbrzymie innych krajów. Dlatego też w tej całej aferze z jaszczurami nie osiągnięto pod względem naukowym ostatecznego porozumienia i nie wyjaśniono definitywnie sprawy płazów.