26. Bitwa pod Hradcem Kralové

Tutaj powołuje się kronikarz na Augusta Sedlačka, Józefa Pekarza i inne autorytety hagiograficzne, wywodzące, że poważnym źródłem poznania dziejów są także zdarzenia lokalne, odbijające wydarzenia światowe, że tak powiemy, w kropli wody.

Otóż kropla wody, zwana Hradec Kralové, jest kronikarzowi pamiętna tym, że w niej zaczynał swój żywot jako malutki wymoczek, jako pierwotniak tamtejszego gimnazjum i w ogóle. Wtedy, oczywiście, uważał tę kroplę za cały świat. Ale dość o tym.

W Największą Wojnę wkroczył Hradec Kralové uzbrojony w jedyny Karburator, a mianowicie w browarze, który do dzisiaj istnieje za kościołem Św. Ducha tuż obok domów kanoników. Być może, iż właśnie to sąsiedztwo oddziaływało na Absolut tak, iż zabrał się on do warzenia piwa zdecydowanie i żarliwie katolickiego, i z niego powstał wśród mieszczaństwa hradeckiego stan, z którego nieboszczyk biskup Brynych byłby miał bardzo dużą uciechę.

Ale Hradec Kralové jest jakoś niedobrze ustawiony i dlatego bardzo rychło znalazł się w łapach Prusaków, którzy w luterskiej zaciekłości rozbili browarowy Karburator. Pomimo to, Hradec, wierny ciągłości historycznej, utrzymał swoją przyjemną temperaturę religijną szczególniej w czasach, gdy diecezją tamtejszą zarządzał oświecony biskup Linda.

Lecz nawet wówczas, gdy kolejno przychodziły Bobinety, Turki i Chińczyki, zachował sobie Hradec dumną świadomość, że 1: ma najlepszy wschodnioczeski teatr amatorski, 2: ma najwyższą wschodnioczeską dzwonnicę i 3: na kartach jego dziejów jest zapisana największa wschodnioczeska bitwa. Krzepiony tymi myślami przetrwał Hradec Kralové najstraszliwsze doświadczenia Największej Wojny.

Gdy runęła Rzesza mandaryńska, na czele miasta stał roztropny burmistrz pan Skočdopole. Panowanie jego śród powszechnej anarchii było pobłogosławione względnym spokojem dzięki mądrym radom biskupa Lindy i szanownych panów radnych. Ale przybłąkał się do miasta jakiś krawczyk, no, uczciwszy uszy, Hampl się nazywał, a był to, żal się Boże, rodak hradecki, ale od dzieciństwa włóczył się po świecie i nawet służył w legii cudzoziemskiej, taki awanturnik. Szedł z Bobinetem, zdobywał Indie, ale gdzieś koło Bagdadu zdezerterował i niby igła prześlizgiwał się między Baszybuzukami, Francuzami, Szwedami i Chińczykami, aż się dostał z powrotem do miasta rodzinnego.

Więc ów krawczyk Hampl nasiąknął bobinetyzmem i po powrocie do Hradca nie myślał już o niczym innym, tylko o tym, jak zagarnąć władzę. Szycie ubrań już go nie pociągało. Więc zaczął wszystkich krytykować i kopać dołki pod bliźnimi, i ciągle gadał, że to jest tak, a to owak i że w radzie miejskiej siedzą same łobuzy, a pieniądze w towarzystwie kredytowym niepewne, a cały pan burmistrz Skočdopole to stary fujara i tak dalej. Niestety, tak już podczas wojen bywało i bywa, że obyczaje bydlęceją, a szacunek dla władz znika. Toteż dzięki temu zyskał Hampl kilku zwolenników i wespół z nimi założył partię radykalno-rewolucyjną.

Pewnego dnia lipcowego wyżej wymieniony pan Hampl zwołał na Małym Rynku wielki wiec i stojąc na pompie wykrzykiwał między innymi, że lud żąda, aby nikczemnik, reakcjonista i biskupi pachołek Skočdopole złożył urząd burmistrzowski.

Na to odpowiedział pan Skočdopole rozplakatowanymi ogłoszeniami, że jemu jako prawnie wybranemu burmistrzowi nikt nie będzie rozkazywał, a już najmniej jakiś powsinoga i dezerter. Że w dzisiejszych niespokojnych czasach trudno rozpisywać wybory i że nasz rozsądny lud sam wie co i jak, itd.

Ale Hampl tylko na to czekał, aby zrobić swój bobinetowski kawał. Opuścił swoje mieszkanie na Małym Rynku i kroczył wymachując czerwonym sztandarem, a za nim szły dwa smyki walące ze wszystkich sił w bębny. W taki sposób obszedł Wielki Rynek, przez chwilę stał przed biskupią rezydencją, po czym przy odgłosie bębnów wyruszył w pole, nad rzeką Orlicą stanął na miejscu zwanym „na Młynku”. Tam wbił drzewce sztandaru w ziemię i siadłszy na bębnie napisał wypowiedzenie wojny. Potem wysłał oba smyki do miasta, aby bębniąc, na wszystkich miejscach odczytywali jego manifest tego brzmienia:

„W Imieniu Jego Cesarskiej Mości Cesarza Bobineta rozkazuję królewskiemu wianowemu miastu Hradcowi Kralové, aby klucze bram miejskich złożyło w moje ręce. Jeśli rozkaz nie będzie wykonany przed zachodem słońca, poczynię zarządzenia wojskowe i o świcie uderzę na miasto artylerią, jazdą i bagnetami. Chronić będę życie i mienie jedynie tych, którzy najpóźniej o świcie stawią się w moim obozie „na Młynku”, przynosząc wszelką nadającą się do użytku broń i składając przysięgę na wierność Jego Cesarskiej Mości cesarzowi Bobinetowi. Parlamentariusze zostaną rozstrzelani. Cesarz nie pertraktuje.”

Generał Hampl

Manifest ten został odczytany i spowodował pewien zamęt, osobliwie, gdy kościelny od Św. Ducha zaczął na Białej Wieży dzwonić na popłoch. Pan Skočdopole odwiedził biskupa Lindę, który jednakże wyśmiał się z niego. Potem zwołał miejską radę na posiedzenie nadzwyczajne i zaproponował wydać generałowi Hamplowi klucze miejskich bram. Ustalono, że takich kluczy nie ma. Kilka historycznych zamków i klucze, jakie znajdowały się w muzeum miejskim, zabrali Szwedzi. Śród takich kłopotów nadeszła noc.

Przez całe południe, a specjalnie wieczorem, snuli się ludzie alejami w kierunku miejsca „na Młynku”. Gdy spotykali się znajomi, to jeden do drugiego mówił: „Ależ naturalnie, idę i ja popatrzeć na obóz tego błazna Hampla”. Przybywszy „Na Młynek” widzieli łąki pełne już narodu, a przy dwóch bębnach adiutant Hampla przyjmował przysięgę wierności cesarzowi Bobinetowi. Tu i ówdzie płonęły ognie, wokół nich migały ludzkie cienie, jednym słowem wyglądało to wszystko bardzo malowniczo. Niektórzy powracali do Hradca jawnie przygnębieni.

W nocy widok był jeszcze wspanialszy. Burmistrz Skočdopole wszedł po północy na Białą Wieżę i oto widział, że ku wschodowi wzdłuż Orlicy płonęły setki ogni, tysiące ludzi krzątało się dokoła nich, a łuna od ogni była krwawa i ogromna. Najwidoczniej robią tam okopy. Burmistrz zszedł z wieży wielce zatroskany. Stało się jasne, że generał Hampl nie przesadzał, mówiąc o swych siłach wojskowych.

O świcie wyszedł generał Hampl z drewnianego „Młynka”, gdzie całą noc przesiedział nad planami miasta. Kilka tysięcy ludzi na ogół w cywilu co prawda, ale przynajmniej w czwartej części uzbrojonych, stało już w szeregach czwórkami. Tłumy starców, kobiet i dzieci tłoczyły się opodal.

— Naprzód! — zakomenderował Hampl i w tejże chwili zabrzmiały różki i waltornie trębaczy światowej firmy pana Červenego (fabryka instrumentów dętych) i przy dźwiękach radosnego marsza „Zmierził się żywot Jadwidze...” ruszyły zbrojne siły Hampla ku miastu.

Pod miastem zatrzymał generał Hampl swoje zastępy i wysłał naprzód trębaczy i herolda z wezwaniem, aby ludzie nie walczący powychodzili z domów. Jednakże nie wyszedł nikt. Domy był puste.

Mały Rynek pusty.

Wielki Rynek pusty.

Całe miasto puste.

Generał Hampl podkręcił wąsa i ruszył ku magistratowi. Był otwarty na oścież. Wszedł do sali obrad. Zasiadł na miejscu burmistrza. Przed nim na zielonym suknie leżały już z góry przygotowane arkusiki papieru listowego i na każdym z nich były kaligraficznie powypisywane nagłówki:

„W imieniu Jego Mości Cesarza Bobineta”.

Generał Hampl podszedł ku oknu i zawołał:

— Żołnierze, bitwa zakończona. Zbrojną ręką zgnietliście klerykalne rządy magistrackiej kliki. Dla ukochanego naszego miasta nastaje era postępu i wolności. Trzymaliście się wspaniale. Nazdar!136

— Nazdar! — odpowiedziało wojsko i poszło do domu. Także do domu burmistrza powracał jeden z bojowników Hampla (później mawiano o nim Hamplman), dźwigając na ramieniu karabin po jakimś nieznanym żołnierzu chińskim.

W taki to sposób stał się pan Hampl burmistrzem. Trzeba zaznaczyć, że także jego roztropne rządy były pobłogosławione względnym spokojem śród powszechnej anarchii, dzięki roztropnym radom biskupa Lindy i szanownych panów radnych.