27. Atol na Oceanie Spokojnym
— Niech mnie diabli wezmą — rzekł kapitan Trouble137 — jeśli tamten wielki drab nie jest ich hersztem.
— To Jimmy — rzekł pan G. H. Bondy. — On tu dawniej służył. Myślałem, że on już jest zupełnie obłaskawiony.
— I diabli nadali — kończył kapitan — że musiałem się tu zatrzymać. Taka marna... Hereheretau!!!138 Co?
— Proszę pana — rzekł G. H. Bondy, odkładając karabin na stół werandy. — Czy tu zawsze bywa tak samo?
— Pewno, że bywa — porykiwał kapitan Trouble. — Tu niedaleczko na Rawaiwai zjedli kapitana Barkera z całym garnizonem. A na Mangaju zrobili sobie posiłek z trzech takich milionerów jak pan.
— Braci Sutherland? — zapytał Bondy.
— Zdaje się. A na Starbucku upiekli sobie komisarza rządowego. Wie pan, tego tłustego Mac Deona. Pan go znał?
— Nie znałem.
— Jak to? Pan go nie znał? — krzyczał kapitan. — A od kiedy pan tu mieszka?
— Już dziewiąty rok — rzekł Bondy.
— No to powinien go pan znać — twierdził kapitan. — Dziewiąty rok? Business, co? Albo też pan tu ma takie malutkie schronisko, nie? Że niby nerwy, tak?
— Nie — odpowiedział pan Bondy. — Widzi pan, przewidziałem, że będzie heca, i dlatego ustąpiłem temu wszystkiemu z drogi. Sądziłem, że tu będzie trochę więcej spokoju.
— A juści! Nie zna pan naszych kochanych Murzynków. Tutaj wojna jest, że tak powiem, stale.
— Nie — zaoponował pan Bondy. — Tu był naprawdę spokój. Bardzo grzeczni chłopcy, te Papuasy, czy jak ich pan nazywa. Dopiero w ostatnich czasach zaczęli trochę tego ten... Wie pan, ja nie bardzo rozumiem, o co im chodzi.
— O nic wielkiego — rzekł kapitan. — Chcą nas tylko zjeść.
— Z głodu? — zdziwił się Bondy.
— Nie wiem. Raczej z pobożności. Taki obrzęd, rozumie pan? Coś religijnego. To wybucha u nich od czasu do czasu.
— Ach tak — rzekł pan Bondy zamyślony.
— Każdy ma swego bzika — warczał kapitan. — Tutejszy bzik to zjeść cudzoziemca — i uwędzić jego głowę.
— Po co jeszcze wędzić? — rzekł Bondy z odrazą.
— E, to dopiero po śmierci — pocieszał go kapitan. — Wędzoną głowę chowają sobie na pamiątkę. Czy widział pan takie suszone głowy w Aucklandzie139 w Etnograficznym Muzeum?
— Nie widziałem — odparł Bondy. — Sądzę, że... że... nie byłbym zbyt apetyczny po uwędzeniu.
— No tak, jest pan troszkę zbyt tłusty na to — zauważył kapitan krytycznie. — Człowieka chudego zmienia to nie tak bardzo.
Bondy stanowczo nie wyglądał na zadowolonego. Siedział obwisły na werandzie swego bungalowu na koralowej wyspie Hereheretau140, którą nabył tuż przed wybuchem Największej Wojny, Kapitan Trouble chmurzył się poważnie, patrząc na gąszcz mangowców i bananowców, otaczający bungalow.
— Ilu tu jest tubylców? — zapytał kapitan nagle.
— Ze stu i dwudziestu — odpowiedział G. H. Bondy.
— A u nas w bungalowie?
— Siedmiu, razem z chińskim kucharzem.
Kapitan westchnął i spojrzał ku morzu. Był tam zakotwiczony jego statek. „Papeete”. Ale gdyby chciał dostać się nań, musiałby przejść przez wąską uliczkę między mangowcami, co nie wydawało się wcale godnym polecenia.
— Słuchaj pan — odezwał się po chwili. — o co tam w Europie biją się właściwie? O jakieś granice?
— Mniej.
— O kolonie?
— Mniej.
— O... umowy handlowe?
— Nie. Tylko o prawdę.
— O jaką prawdę?
— O prawdę absolutną. Wie pan, każdy naród chce mieć absolutną prawdę.
— Hm... — zamruczał kapitan. — Co to właściwie jest?
— Nic. Taka ludzka namiętność. Słyszał pan, że tam w Europie i w ogóle przyszedł na świat, no... Absolut... Rozumie pan? Bóg.
— Słyszałem.
— Więc z tego powodu dzieje się to wszystko. Pan rozumie...
— Nie rozumiem, staruszku. Sądziłbym, że prawdziwy Bóg zrobiłby na świecie porządek. Tamto nie może być żadnym prawdziwym i normalnym Bogiem.
— No nie, mój człowieku — oponował G. H. Bondy (jawnie zadowolony, że może sobie chociaż raz pogadać z mądrym, doświadczonym człowiekiem). Mogę pana zapewnić, że to naprawdę Absolut. Bóg. Ale powiem panu na ucho: Jest zbyt wielki.
— Tak pan sądzi?
— A tak. Jest nieskończony. I w tym cała bieda. Każdy sobie z niego odmierzy parę metrów i zdaje się mu, że to już cały Bóg. Przyswoi sobie taką małą zaderkę czy drzazeczkę i zdaje mu się, że ma całego Boga. Co?
— Aha — przyświadczył kapitan. — I wścieka się przeciwko tym, co mają inny kawałek.
— Właśnie. I żeby samego siebie przekonać, że ma całą prawdę, musi pozabijać tych innych. Właśnie akurat dlatego, że mu tak strasznie na tym zależy, żeby miał sam całego Boga i całą prawdę. Nie może tedy ścierpieć, żeby kto inny miał innego Boga i inną prawdę. Gdyby do tego dopuścił, to musiałby przyznać, że ma tylko parę nędznych metrów, galonów, czy worków bożej prawdy. Wie pan, gdyby jaki Snippers tak straszliwie mocno wierzył, że tylko trykoty Snippersa są najlepsze na świecie, musiałby spalić Massona razem z jego trykotami. Ale Snippers nie jest aż tak głupi, gdy chodzi o trykoty. Głupieje dopiero wówczas, gdy chodzi o angielską politykę albo o angielską religię. Gdyby wierzył, że Bóg jest czymś tak realnym i potrzebnym jak trykotowa bielizna, pozwoliłby, aby każdy zaspokoił tę swoją potrzebę według swej woli i potrzeby. Ale on nie ma tyle do niego zaufania i dlatego narzuca ludziom swojego Snippersowego Boga i swoją prawdę przez wyzwiska, wojny i inną tego rodzaju niesolidną reklamę. Ja jestem kupiec i znam się na konkurencji, ale to...
— Czekaj pan — powstrzymał go kapitan Trouble i zmierzywszy strzelił w krzaki mangowców. — Tak — zdaje się, że jest o jednego mniej.
— Umarł za wiarę — powiedział Bondy w rozmarzeniu. — Przemocą swoją nie pozwolił mu pan na to, aby mnie zjadł. Zginął za narodowy ideał ludożerstwa. W Europie od samego początku ludzie pożerali się wzajemnie za najwyższe ideały. Pan jesteś przyzwoity człowiek, panie kapitanie, ale kto wie, czy nie zeżarłby mnie pan z powodu jakiegoś zasadniczego zagadnienia żeglarskiego. Ja już nie dowierzam nawet panu.
— Ma pan rację — warczał kapitan. — Gdy się panu dobrze przyglądam, to mam wrażenie, że jestem...
— ...namiętnym antysemitą, ja wiem. To nieważne. Ja się kazałem ochrzcić. I, czy pan wie, panie kapitanie, co wjechało w tych czarnych idiotów? Onegdaj wyłowili z morza japońską atomową torpedę. Ustawili ją sobie o tam, pod kokosowymi palmami i oddają jej cześć. Mają teraz swego boga. Dlatego muszą nas zjeść.
Z krzaków mangowca zagrzmiał wojenny ryk.
— Słyszy pan? — mruknął kapitan. — Jak Boga kocham... wolałbym znowu składać egzamin z geometrii, niż to...
— A może by... — szeptał Bondy — może dałoby, się coś zrobić, gdybyśmy przeszli na ich wiarę? Co do mnie, to ja...
W tej chwili ze statku „Papeete” huknął armatni strzał.
Z piersi kapitana wydarł się cichy okrzyk radości.