XIV

Rano zaprzęga Szczepan konia do wozu, bo pojedzie w dół na równinę. Z obory wychodził Hordubal, dziwny jakiś, spuchnięty, z oczami nabiegłymi krwią.

— Pojadę z tobą, Szczepanie — mówi krótko.

Wóz pędzi środkiem wioski, ale Juraj nie patrzy ani na ludzi, ani na konie. Niedaleko za wsią mówi:

— Stój i zejdź z wozu, coś ci powiem.

Szczepan zuchwałym, płonącym okiem patrzy w obitą twarz gazdy, jakby mówił: No co?

— Słuchaj, Manya — zaczyna Hordubal z ociąganiem — słychać takie brzydkie gadanie o... Polanie i o tobie. Ja wiem, że to plotki, ale trzeba z nimi skończyć. Rozumiesz?

Szczepan wzrusza ramionami.

— Nie rozumiem.

— Musisz od nas odejść, Szczepanie. Trzeba to zrobić dla... Polany. Zatkać ludziom gęby. Tak być musi, rozumiesz?

Szczepan zuchwale patrzy w zakłopotane oczy gazdy.

— Rozumiem.

Juraj machnął ręką.

— Tak więc, a teraz jedź sobie.

Manya stoi, zaciska kułaki85 i wygląda tak, jakby się chciał bić.

— Masz swoją robotę, Szczepanie — mruczy Hordubal.

— Też dobrze — syknął Szczepan, wskoczył na wóz, zakręcił biczem i chlast konie przez łby.

Konie szarpnęły się w tył, przysiadły na zadach i rzuciły się naprzód chyżym kłusem. A wóz leci i turkocze rozgłośnie, jakby się miał rozlecieć na tysiące kawałków.

Hordubal stoi na szosie i łyka kurz. Potem powoli obraca się ku wsi i z głową pochyloną idzie do domu. Ech, Juraju, tak właśnie chodzą starzy.