Rozdział drugi

z którego czytelnik dowiaduje się o rodzicach bohatera, jak się urodził, a także o dającym do myślenia śnie, jaki miała matka jego.

Zanim się dalej puszczę et cetera11...

O rodzie powiem mego bohatera,

A także słówko albo trzy

O miejscu, w którym zaczął dni.

Mieszkał ród jego w Szwabii, w zacnym mieście,

Gdzie domów było co najmniej ze dwieście,

I gdzie Jobs senior, chłop na schwał,

Pierwszy głos w Radzie miejskiej miał.

Bogacz to był. Miał krowy, mnogie stada,

Dzieci uczciwa była też gromada,

Chłopców i dziewcząt cały huk —

Żył więc Jobs senior, jako mógł.

Handelek winny miał na samym rogu,

Był miły ludziom, sobie, Panu Bogu,

A czy w Ratuszu, czy też gdzie,

Obchodzić z groszem umiał się.

Z wyznania prawy był to luteranin,

Nie zaś kancista12 lub jaki wolfianin,

A to z przyczyny, iż na świat

Bez filozofii patrzył rad.

W naukach przecież spore miał zasługi,

Do szkoły chodził rok jeden i drugi,

Wyższą więc mądrość posiadł stąd

Niż panów Radnych cały rząd.

Współbraci nieraz chętnie wspierał w nędzy,

Gdy fant13 był pięćkroć więcej wart pieniędzy,

Brał dziesięć od sta14, nie pruł żył,

Był niski, pocił się i tył.

Miastu swych ojców wiernie czynem służył,

Jadł, pił, z cybucha godnie fajkę kurzył

I ulubiony «Morgenblatt»

Przy cienkiej kawie czytał rad.

Podagrę15 miewał w stopie i w kolanie,

Na żółci srodze cierpiał też ulanie,

Urząd swój przecie dźwigał rad,

Właśnie jak Atlas16 dźwiga świat.

Matka, co miała herb w swym starym rodzie,

Najwymowniejszą damą była w grodzie,

Sucha, a taka pełna cnót,

Że ni w tył bez nich, ani w przód.

Lecz jak się i jagniętom skromnym zdarza,

Gdy już odejdą wreszcie od ołtarza,

Przy sposobności tak i siak

Dawała władzy swojej znak.

Że różnie w domu było, łaski nieba,

Tłumaczyć przecież mężom nie potrzeba,

Lecz mimo swarów, mimo zwad,

Przykład z tej pary mógł brać świat.

Mieli więc — żyjąc różnie, jak się dało —

Progeniturę17 wielce okazałą,

Kiedy Jobsowi żona znów

Szepnęła w ucho kilka słów.

Czas leci chyżo... Jutro goni wczora...

Rozlicza pani — bliski czas i pora!

Więc przysposabia cały kram,

A resztę zrobi bocian sam.

Jemu powierzmy zatem ową sprawę,

A ja zdarzenie zaiste ciekawe

Lub raczej treść opowiem snu,

Który, jak raz, pasuje tu.

Mądry, kto wieszczych snów nie lekceważy!

Tak w Testamencie zawżdy18 czynią starzy,

Tak czyń i teraz każdy z was,

Choć się kaducznie19 zmienił czas.

Pani Jobsowa śpi w łożu i marzy

(A we śnie wielce było jej do twarzy),

Wtem zdało jej się — strzeż ją Bóg! —

Że zamiast dziecka rodzi — róg.

Zlękła się srodze, aż owy róg właśnie

Jak nie zachrapie! jak na głos nie wrzaśnie!

Więc biedna pani się co tchu

W potach zbudziła z swego snu.

Ledwo dzień błysnął, bieży do sąsiadki,

Co dar wróżenia ze snów miała rzadki,

Ta z rady w radę zgadła wraz,

Że chłopak będzie, i to — bas.

A jako znaczyć tamten róg nie może

Nic, tylko właśnie dzielne sługi boże,

Więc oczywista, iż ten syn

Z ambony będzie karcił gmin!

Czy miała słuszność — trudno dzisiaj dociec.

Wierzyła matka, wierzył i pan ociec.

My dajmy chłopcu dojść do lat,

A przedtem jeszcze — przyjść na świat.

Wśród betów, sznurków, jaśków i poduszek,

Chust, powijaków, powłoczek, pieluszek,

W trzydziestym września, w termin sam,

Zapukał gość do życia bram.

Ach, co za radość kwitnie w całym dworze,

Jak się senator cieszył — dobry Boże! —

Kiedy mu babka pod sam nos

Podetkła z dzieckiem pieluch stos!