Rozdział trzeci

jak panią położnicę Jobsową nawiedziły przyjaciółki i co pani Schnepperle dziecku przepowiedziała.

Więc gdy w połogu — jako wyżej mowa —

Legła z Jobsiątkiem swym pani Jobsowa,

Spał nasz bohater przy niej tuż,

Ani się troszcząc, że żył już.

Jak domownicy szli go w ręce chwytać,

O tym się nie da ni pisać, ni czytać:

Krewni, sąsiedzi, każdy miał

W szczęściu tym udział — lub mieć chciał.

W pokoju pani wciąż huczy jak w ulu

(Nie miała biedna czasu stęknąć z bólu),

A wkoło łóżka taki brzęk,

Jak gdy się pszczoły zwiążą w pęk.

Jużci minęły trzy dni od tej biedy,

Jak Jobsek przyszedł na świat boży, kiedy

Na placek z kawą w zmierzchu czas

Rój przyjaciółek przybył wraz.

Choć wszystkie, które tu widzicie, damy

Był to miasteczka kwiat i zaszczyt samy,

Przecież wymową chlubi się

Nad inne pani Schnepperle.

Sam Jobs senator był jejmości kumem20!

Szła o pogodzie wpierw dysputa z szumem,

Potem o rzeczach, które też

Równie są ważne wzdłuż i wszerz.

Wreszcie o zdrowie (choć to z staroświecka)

Zaczęto pytać i matki, i dziecka,

Jaki apetyt, brzuszek miał,

Czy krzyczał w nocy, czy też spał?

Tu mu z aplauzem oddano honory,

Że taki ciężki, tłusty był i spory,

I wychwalano w jeden głos

Grzeczność nad wiek, oczy i nos.

Wtem rzecze pani Schnepperle: «Dla Boga!

— Mówiła przez nos nieco dama droga —

Ksiądz z niego będzie, mówię wam...

Już ja się na tych rzeczach znam.

Niedawno właśnie książkę w ręku miałam

(Trochę z niej nawet tu owdzie czytałam) —

Otoż powiada książka ta,

Co która fizys21 znaczyć ma.

Pełno tam było różnych dziwnych twarzy,

Mędrców i głupców, zacnych i zbrodniarzy,

Ten miał nos krzywy, tamten brew,

Był nawet wielbłąd, pies i lew.

Jeśli więc tylko tu nie jestem w błędzie,

To mędrcem chłopiec lub proboszczem będzie,

Bo uszy, co odstają tak,

Talentów wielkich pewny znak!

Już dzisiaj zatem mogę przepowiedzieć,

Że w książkach będzie dniem i nocą siedzieć,

Pisać je nawet może sam...

Już ja się na tych rzeczach znam!»

Mówiła jeszcze zacna pani wiele,

Co ja się przecież pominąć ośmielę,

A inne damy razem znów

Krzyk swój łączyły do jej słów.

Aż się skończyła tak miła wizyta,

Gdy kawa z plackiem została wypita

I damy, wiodąc dalej rzecz,

Jak przyszły, tak i poszły precz.

Pani Jobs wszakże, z ciężkim bólem głowy,

Do serca wzięła kumy swojej mowy,

Gdyż głos był, że się dama ta

Na magii, jak aptekarz, zna.