Rozdział dwudziesty czwarty

jako na sekretarstwie tym Hieronim ciekawych doświadczał przypadków i jak wypędzony precz został.

Mój czytelniku! Te nasze praszczury177

Nie były głupcy, jak myśli niektóry.

Z ich przypowieści, owszem, słów

Rozum wyziera, i to zdrów.

Wiele zbawiennych rad też spotkać można

W owych przysłowiach dawnych, prosto z rożna,

Co jeszcze teraz świecą się,

Jakby kto złotem powlókł je.

Toż gdybyć przyszło w obcym jakim kraju

Badać mądrości ojców i zwyczaju,

O przypowieści pytaj wprost,

Bo to przez wieki — pewny most.

«Póty dzban wodę nosi — mówią starzy —

Aż mu się ucho urwać komu zdarzy. »

A także mówią: «Nie chwal dnia,

Aż się za górę słońce ma.»

Lustr178 tej mądrości dawnej okazale

Sprezentowany będzie w tym rozdziale

I to mi tylko przykro, że

Na Hieronimie skrupi179 się.

Jak w niebie żył on coś więcej pół roku

Na dobrej gracji, na tłustym obroku180,

A spał jak gdyby wprost za dwóch,

Po szyję tonąc w ciepły puch.

Tak to opływał jako pączek w maśle,

Aż się na biedę swoją wreszcie zaśle-

Pił w pannie, której, jako jest

Wyżej, dał dźwięczne imię chrzest.

Z tej spojrzeń, wzdychań tudzież przypadłości,

Które mieć zwykły niewiasty w miłości,

Poznał, jako ta panna mu

Sprzyjać zaczęła też co tchu.

Rzecz dziwna! Z bliska kiedy patrzył na nią,

Zdawało mu się, że już gdzieś tę panią

Widział był kiedyś; ale gdzie,

Tego domyślić nie mógł się.

Tak się sam z sobą bijąc w niepewności,

Szybkie postępy czynił w znajomości,

Szło bowiem o to, żeby się,

Czy znał, upewnić — czy też nie.

Tak grunt badając ten, pewnego rana,

Wbrew zaleceniom i warunkom pana,

Oświadczył afekt181 pannie tej,

Jako mu życie nic bez niej.

A na toż panna wyznała, że ona

Tymże afektem jest właśnie ruszona

I że to łatwo jest jak nic,

Bo pan jest stary, głupi fryc182.

Poczęli tedy mile gruchać sobie,

W tym ostrożności wszelako sposobie,

Który by zawsze ustrzegł ich

Od oczu i od uszu złych.

Amalii nawet panna nosząc miano,

Zdała się wcale183 w tym rutynowaną

I sprytu miała dość i sił,

Aby pan także kontent był.

Szły więc krawaty, mankiety, żaboty184,

Chustki, szaliki, zapinki, forboty185

Ledwo pomyślał sobie co,

Wszystko miał skrybent z panną tą.

Raz w sekretarskim kiedy się urzędzie

Na dłuższej u niej zatrzymał gawędzie,

Zegarek piękny z skrytki gdzieś

Wyjęła panna, mówiąc: «Weź!»

Wdzięcznie z rąk panny wziął skrybent dar miły,

Alić, spojrzawszy, zakrzyknie co siły:

«Do diabla! Wszakci to ten sam!

Toż ten zegarek dobrze znam.»

Spuściła panna oczęta na chwilę,

Zaś do skrybenta rozśmiała się mile,

Rzekąc, iż student, co zna go,

Zegarkiem tym obdarzył ją.

Na to Hieronim, zdumiony wykrętem:

«Do licha! Ja to byłem tym studentem!

Jechałem właśnie z panną i

Zegarek ten skradziono mi!»

Puściła panna tę uwagę płazem,

Rzekąc: «A, to my już jeździli razem! » —

I bardzo mile jęli186 wraz

Wspominać ów dawniejszy czas.

Ileż to było śmiechu, wesołości,

Gdy im tak gwiazda zabłysła młodości

I ów dyliżans, który był

Pierwszą areną panny sił.

Teraz oboje już się nie dziwili

Sympatii, którą od ujrzenia chwili

Poczuli nic nie wiedząc, że

Od lat tak dawnych znają się.

Wielce ich owo zbliżyło odkrycie,

Wręcz przeznaczone widzieli w nim życie

I mniej się teraz strzegli już,

Pędząc dni z sobą pełne róż.

Szła panna w ogród albo do piwnicy,

Wciąż skrybent jej się pilnował spódnicy,

Czy to poranek, czy też noc —

Taka przeznaczeń bywa moc.

Także i ona, gdy miał co rachować

Lub zapisywać, szła mu asystować,

Tak że ją ciągle w pobok miał,

Czyli to siedział, czy też stał.

Tak żyjąc z miłym w przyjaznym zbliżeniu,

Nie zapomniała panna o jedzeniu:

Nerki, wątróbki, wszystko to

Na stronę dla skrybenta szło.

Nie wiedzieć także jak i której pory

Maślacza187 ważne znikały gąsiory,

A burgund z miejsca, w którym stał,

Tak szedł, jak gdyby nogi miał.

Dni te rozkoszy płynące potokiem

Pod pańskim przez pół otworzonym okiem

Złą stronę miały jedną tę,

Że całe mógł otworzyć je.

Były już znaki na niebie i ziemi

Ostrzegające grzmoty dalekiemi

I już się stary chmurzył pan,

Lecz wodę jeszcze nosił dzban.

Aż raz (wiecznego na świecie nic nie ma! )

Wezwał pan przed się nagle Hieronima

I rzekł mu gniewnie: «Cóż to waść

Po cudzych miedzach chodzisz kraść? »

Grzmotnął się w piersi Hieronim kułakiem,

Jako o niczym myśli nie miał takiem

I jako woli iść stąd precz,

Niż z panną ową mieć tę rzecz.

Zaraz więc słońce wybłysło zza chmury,

Pan się rozmarszczył (był miękkiej natury)

I rzekł: «A toś mi wybił ćwiek!

Jak tak, to siedź tu choćby wiek. »

A że niesłusznie sekretarza sfukał,

Szedł do komody i spinki w niej szukał

Albo breloka, albo co,

Lecz była, jakby wymiótł ją.

Zmienił od tego ranka skrybent życie,

W cieniu smakując rozkoszy i skrycie,

A w dzień regestry trzymał tak,

Że i w makówkach liczył mak.

Przecież w niewiele dni od owej pory

Pan, czy z trafunku188, czy też że był chory —

Dość że zupełnie nie mógł spać

I postanowił w nocy wstać.

Może rumianku mógł zapotrzebować,

A sam nie wiedział, jak by go zgotować,

Może z lawendy kropli chciał —

Dość że niepokój jakiś miał.

I tak wędrując po domu jak Marek

I świecy niosąc przed sobą ogarek,

Aż do komnatki zaszedł tam,

Gdzie pannę myślał zastać sam.

Aliści nagle straszny krzyk wybucha.

Puścił pan świecę, a podniósł cybucha:

«Fur batalionów, beczek sto

Milionów diabłów! A to co?!»

Skąd wrzask ten powstał, o co, nie wiem zgoła,

Bo świeca zgasła, noc była jak smoła.

Szloch słychać panny, prośby, lecz

Skrybent przed świtem musiał precz.

O mały figiel, że i pannę samę

Los za otwartą nie wyrzucił bramę,

Lecz się zaklęła panu, że

Nic nie wie co, jak albo gdzie!

Wszakże kandydat z tej alternatywy

Z kilkorgiem guzów uszedł ledwo żywy,

Choć się na święty klęła chrzest

Panna, że też niewinny jest.