Rozdział trzydziesty
jak się pewnej środy wzburzenie chłopów uczyniło w baraniej woli, jako się tam wielkie i dziwne pokazały znaki i jak hieronim kijem z nauczycielstwa wypędzony został.
Gdy rezolucja doszła do poznania
Baraniej Woli, wzniosły się szemrania
I głuchy pomruk, jakby gdzie
Miś z legowiska ruszył się.
Nikomu teraz już nie były tajne
Jobsa na dworze łaski nadzwyczajne
I to, że w jawny sposób mu
Nic nie poradzą chłopy tu.
W karczmie się tedy schodzić jęli ciszkiem,
Kuflem się albo stukając kieliszkiem
I radząc szeptem, jak i co
Uczynić, by wysadzić go.
Przed wszystkim dzieci do szkoły nie dali.
Igrają224 po wsi i więksi, i mali,
Raz wraz kułaków słychać trzask,
Płacz, bijatykę, śmiech i wrzask.
Ale mądrzejsi z chłopów jęli radzić,
Jak by tę sprawę całą przeprowadzić,
By kijem sobie zrobić sąd
I Jobsa precz wygonić stąd.
Tak dzielny wniosek wnet piwem zapito
I ręką w rękę z klaskaniem przybito,
Termin dla sprawy dając tej,
Jak pan w podróży będzie swej.
Aż do tej pory, poprzysięgli chłopi,
Kto się odezwie, gromada go skropi.
Tak się spiskowców rozszedł sąd
I tylko z fajek został swąd.
Zanim się wszakże to, co wyżej, stało,
Widziano w Woli Baraniej niemało
Znaków cudownych, jak się snadź
Przed katastrofą zwykło dziać.
Kiedyś, na przykład, na kościelnej wieży
Sowa usiadła, gdy był księżyc świeży,
I z całej siły wrzasła tak,
Że strach! A to był pierwszy znak.
Toż wójt, wracając z karczmy podchmielony,
Wyraźnie słyszał o północy dzwony
I widział, jak się komin chwiał,
Co lat pięćdziesiąt prosto stał.
Toż u młynarza ulęgło się cielę,
Co miało nogę o jedną za wiele,
A psy tak na nów wyły, że
Jakby już wojna była gdzie.
Baby na bagnach widziały świetliki,
Po nocach im się śniły nieboszczyki,
A koń ławnika w biały dzień
Rozniósł półdrabki225, choć był leń.
Wszystko to zdało się wprost ukazować,
Że los już karty zaczyna tasować,
Co zmiarkowali chłopi, lecz
Gdy już się stała owa rzecz.
Aż raz — a wtedy była prawie środa —
Jak kiedy tamę wiosną zerwie woda,
Buchnęło po wsi, że już czas,
I chłopi się ruszyli wraz.
Najpierwej każdy, nie mówiąc nikomu,
Zbroił się w rzemień albo kańczug226 w domu,
Ten brał kłonicę227, a ów kij,
A hasło mieli: Tęgo bij!
I baby także chwyciły ożoga228,
Łopat, skrobaczów i mioteł od proga.
Garnki, skorupy, wszystko się
W wojnie przydawa, każdy wie.
Tak się zebrali gromadą w porządku,
Chłopy w rezerwie, baby na początku,
Po flankach dzieci tu i tam
Krzyczą, a w środku wójt był sam.
Jeszcze Hieronim w tej porannej dobie
Pod pierzynami dwiema leżał sobie,
Kiedy go nagły zbudził wrzask
I wschodzącego słońca blask.
Zerwał się z betów słysząc te łoskoty,
Przez grzbiet mu ciarki przebiegły i poty,
Zmiarkował bowiem drżąc jak liść,
Że tu o skórę może iść.
Zaledwie kubrak pochwycił i buty,
Już drzwi wywalał drąg jakiś okuty.
A zanim pludry229 wciągnąć mógł,
Już ciżba wparła się na próg.
Skoczył do kuchni, chciał uchodzić z drogi,
Aż baby za nim trzaskają ożogi230,
Miotły i garnki, także kij
Dokłada chłopstwo, krzycząc: «Bij!»
Tutaj pośpieszam zapuścić zasłonę
Na profesorstwo Jobsa zniweczone,
Bo chociaż nogi wziął za pas,
Przecież do pomsty mieli czas.
Biegł nasz Hieronim przez łąki, przez pola,
Za nim jak długa — het — Barania Wola,
Tłum bab i chłopów, który mu
Wrzeszczał na drogę: «Hu!... A hu!...»
Tak wygoniwszy go aż do granicy,
Poszli do karczmy wszyscy zapaśnicy.
Każdy po kuflu lub po dwóch
Był w sprawie tej najpierwszy zuch.
Lecz starsi chłopi coś kręcili głową,
Miarkując kunę za napaść takową,
Kiedy na ojców swoich łan
Baraniowolski wróci pan.