IX

Ten ruch rozbudził młynarza z jego tęsknej zadumy i podniecił w nim energię. Teraz więc jechał do leśniczego. Czy nie należałoby mu o tym powiedzieć? To byłoby niewątpliwie najwłaściwsze, było wprost obowiązkiem. Nie musiał, oczywiście, opowiadać, że chce poślubić Lizę, natomiast należało oświadczyć, że przyjaciel nie powinien przywiązywać wagi do słów, jakie padły niegdyś w rozmowie, ponieważ nie ożeni się z jego siostrą. Tak, ale jeżeli tamten zapyta o przyczynę, jeżeli zapyta, dlaczego odmienił swe zamiary — co wówczas odpowiedzieć? Najlepiej wyznać wszystko otwarcie i szczerze... Jednakże towarzyszył mu chłopiec. W jego obecności nie mógł poruszać tego tematu. Nie chciał umyślnie oddalać Janka, bo w takim razie wypaplałby przed Hanną, że ojciec i wujek naradzali się potajemnie. Ale gdyby chłopiec oddalił się sam dobrowolnie, wówczas powie leśniczemu wszystko — niezawodnie.

Zaledwie skręcili w lewo — na drogę, która poprzez las wiodła wprost do młyna — posłyszeli rozlegające się głośnym echem uderzenia siekier i ostry zgrzyt pił. Niebawem błysnęło na ziemi coś białego — był to powalony buk, którego długi pień już rozpiłowano. Wysoko w górze chwiał się wierzchołek drugiego buka, przytrzymywanego jeszcze sznurami w pionowej pozycji. Długie, bezlistne gałęzie trzepotały smętnie w powietrzu, jak gdyby spodziewając się, że znajdą gdzieś punkt oparcia. Obok szumiały wesoło zeschłym liściem dwa ogromne dęby, rozumiejąc zapewne, że powalono ich wrogów, aby im samym zapewnić światło, powietrze i przestrzeń. Unoszone wiatrem liście biegły niby gońcy, niosąc radosną wieść innym dębom, również udręczonym wskutek natłoku drzew.

Głos Wilhelma brzmiał wyraźniej niż inne głosy, niebawem dostrzegli jego postać. Był odwrócony tyłem do nich, spoglądał w górę i laską kierował ruchami robotników. Nie zauważył jeszcze nadjeżdżającego wózka, ale Hektor pospieszył już na powitanie. Naszczekując wesoło, skakał bez przerwy w górę tuż pod nosem szweda, który potrząsał głową i ostrzegająco parskał, wyrażając swe niezadowolenie z powodu obecności tego niespokojnego, niemiłego i hałaśliwego stworzenia.

Wózek zatrzymał się, a Janek zeskoczył na ziemię. Młynarz także wysiadł, owinął lejce dokoła podstawki podtrzymującej latarnię i rozluźnił popręg. Wprawdzie nie zamierzał zatrzymywać się tu długo, ale siedzenie na wózku krępowałoby go w rozmowie, jaka go oczekiwała. Nie bez trudności przeskoczył przez rów, ponieważ przeszkadzał mu długi płaszcz. Leśniczy szedł już naprzeciw niego wielkimi żołnierskimi krokami, to nurzając zabłocone buty w rozbryzgujących się kałużach, to przeciskając się obok wysokich stert zeschłych liści, które sypały się tumanem na ziemię.

— To ty, Jakubie? Zapewne przybywasz z leśniczówki?

— Tak jest... Cóż słychać, Wilhelmie?

— Wszystko dobrze... Dziękuję ci, że podjechałeś po mnie, niedługo będę gotów.

— Nie, nie mogę pozostać u was, muszę wracać do domu.

— Aha! Więc to takie odwiedziny? Umyślnie o tej porze, kiedy brat przebywa w lesie? I w drodze do leśniczówki cichutko się przemknąłeś? Ej, ej, Jakubie!

— Jechałem przez Kirkeby... właśnie dążyłem do miasta.

Leśniczy roześmiał się głośno i poklepał go po ramieniu.

— Więc w takim razie muszę stwierdzić... że wabik był mocny, nie jest to bowiem najbliższa droga do miasta.

Młynarz uśmiechnął się z przymusem. Doznawał bardzo niemiłego uczucia, ale jednocześnie słowa leśniczego wydały mu się celową zachętą do słów, jakie sam zamierzał powiedzieć. Chłopiec oddalił się właśnie w tej chwili.

— Słuchaj, Wilhelmie... chciałem ci powiedzieć...

— Mów!... Janku! Nie chodź tam, pozostań przy nas!... Nie mogę pozwolić, by się kręcił wśród robotników, bo nietrudno o wypadek.

— Oczywiście, bardzo słusznie.

— A więc? Cóż to chciałeś powiedzieć?

Teraz jednak chłopiec stał obok niego i nastawiał uszy. Niemożliwe!

— Tak! Cóż to ja chciałem?... Ach prawda, ten malec prosi, by mógł pozostać tutaj. Otóż powiedz mi całkiem szczerze, czy nie sprawia wam to kłopotu... twojej siostrze nie dowierzam pod tym względem.

— Eh, nie warto mówić o tym! Kłopot? To przyjemność dla nas. A oprócz tego — ściszył głos i mądrym spojrzeniem pedagoga ostrzegł Janka, że nie należy teraz nasłuchiwać — a prócz tego wydaje mi się to bardzo korzystne, że oboje przyzwyczajają się do siebie.

— Co przez to rozumiesz, wujku Wilhelmie? — zapytał Janek.

Leśniczy ze zdumieniem spojrzał na niego.

— Ależ ten mały łobuz ma długie uszy!... Mój Boże, gdy byłem w jego wieku, nie podsłuchiwałem.

Młynarz uśmiechnął się, chociaż niezbyt radośnie było mu na duszy.

— No, stój tu grzecznie przy ojcu — odezwał się leśniczy, pozostawiając roztropnie bez odpowiedzi niedogodne zapytanie. Ciągle podczas tej rozmowy zerkał lewym okiem przez ramię ku chylącemu się bukowi. — Przepraszam cię na chwilę Jakubie, teraz zaraz runie.

I oddalił się, brnąc przez liście i błoto.

Młynarz usiadł na pieńku. Wyjął z kieszeni fajkę i kabzę z tytoniem, nabił fajkę, zapalił i wydmuchiwał ostrożnie wielkie chmury dymu, które zimny wiatr natychmiast odrywał od jego warg i rozwiewał bez śladu. Do leśnej atmosfery, uwitej z zapachów wilgotnej ziemi, zwiędłego listowia, gnijących roślin i świeżo porżniętych desek, przymieszała się woń narkotycznego ziela, oddziałując uspokajająco, pobudzając myśli. Młynarz przypomniał sobie liczne poufne gawędy, które prowadził z przyjacielem w lesie, paląc fajkę, a wspomnienie to kładło się coraz większym ciężarem na jego sercu. Brzmiało mu jeszcze w uszach to powiedzenie leśniczego, które wzbudziło ciekawość Janka; pojmował coraz jaśniej, że musi wytłumaczyć przyjacielowi istotny bieg wypadków, a jednocześnie to wytłumaczenie stawało się coraz trudniejsze.

Janek bawił się z Hektorem, każąc mu aportować suche gałęzie.

— Widzisz, tatku, jaki to mądry pies? Wyszuka zawsze gałązkę wśród wszystkich innych, chociaż rzucam ją daleko.

— Tak, tak, Janeczku! Obyś tylko ty był tak mądrym chłopcem, jak mądrym psem jest Hektor — żartował młynarz.

— Ach, tatku! Pobaw się z nami! Ty potrafisz rzucać bardzo daleko. Tutaj jest doskonała gałąź.

— Dobrze. Rzucę jeden raz. Ale kiedy człowiek pali fajkę, nie może się bawić.

— Nie może? — W dziecinnym głosie brzmiał zawód i powątpiewanie.

Ojciec wstał, podsunął gałąź pod nos Hektora i udał, że ją rzuca. Pies skoczył naprzód, ale natychmiast zawrócił, szczekając zawzięcie ku ogromnej uciesze Janka. Kiedy wreszcie pies już dość się zdenerwował, młynarz rzucił gałąź szerokim łukiem.

Janek zakrzyknął z radości i pobiegł za Hektorem, który zniknął w tumanie zeschłych liści...

Jakub nieruchomo wpatrywał się przed siebie, pogrążony w zadumie.

Ponad falującymi w podmuchach wiatru wierzchołkami buków — podobnych do wielkich pęków chrustu — przeciągały szybko chmury, nie oderwane, skłębione obłoki, lecz niskie, zlewające się z sobą płaty mgły, tu i ówdzie tylko nieco ciemniejsze. Smutnie przepływały ponad leśną polaną, która otwierała się w odległości mniej więcej pięćdziesięciu kroków — zgniłozielona, zamknięta z przeciwległej strony ścianą lasu. Las ten piętrzył się niby liliowy mur mgieł, a poszczególne kępy brzóz wyglądały na tle polany jak żółtawe, prześwietlające sieci.

Wierzchołek podcinanego drzewa pochylał się ciężko w dół. Coraz głośniej i szybciej rozlegały się uderzenia siekier. Robotnicy nawoływali się, ale głos ich przygłuszał wrzask i krakanie wron, które brały bardzo żywy udział w tej leśnej przygodzie i czarnymi rojami krążyły naokół.

Wszystko było bardzo ponure, jesienne. I młynarz także nie był bynajmniej usposobiony wesoło, wiosennie. Był to szmat życia dobiegającego kresu.

— O hoi! O hoi!

Trach!

Wśród trzasku i hałasu, bijąc wszystkimi konarami dokoła siebie, buk legł na ziemi u stóp obu zwycięskich dębów.

Leśniczy powrócił do młynarza, a Janek, któremu teraz nie groziło już niebezpieczeństwo, biegł tu i tam w towarzystwie Hektora, aby obejrzeć dokładniej powalone drzewo. Chwila ta niezwykle sprzyjała rozpoczęciu poufnej rozmowy.

— Dobrze się stało, że przyjechałeś dzisiaj — odezwał się leśniczy, siadając naprzeciwko niego na innym pieńku i przygotowując sobie fajkę. — Mam nadzieję, że twoje odwiedziny rozweseliły nieco moją siostrę, była bowiem trochę smętna... z powodu Jenny...

— Tak, wspominała o tym. Kiedy przyjechałem, stała właśnie przed domem i nawoływała. No, sarna wróci chyba do leśniczówki.

— Być może, być może!... W każdym razie strzelano dzisiaj o świcie w odległości niespełna dziesięciu minut drogi od domu... i to był ten Peer Vibe...

Poprosił przyjaciela, by mu wsypał trochę żaru ze swojej fajki; rozżarzył tytoń, przykrył wieczko z troskliwością pedanta i puszczał kłęby dymu z widocznym zadowoleniem.

Stanowczość, z jaką leśniczy wypowiedział to oskarżenie, zaniepokoiła bardzo Jakuba. Kto wie, może kłusownik posiada nie tylko jedną strzelbę.

— Skąd wiesz, że był to właśnie Peer Vibe?

— Och! Znam chyba dobrze odgłos tej strzelby. Rodzony brat tej — uderzył pieszczotliwie ręką po własnej broni — prawdziwy „Green”. To doprawdy wstyd, aby tak świetna strzelba znajdowała się w takich rękach... chociaż... jeśli chodzi o dobry strzał... ręce te są bardzo dzielne...

Młynarz zastanowił się. Jeżeli byłoby to prawdą, w takim razie Liza okłamała go. W takim razie brat dał jej strzelbę do przechowania dzisiaj rano.

— Czy nie mylisz się, Wilhelmie?

Leśniczy roześmiał się pogardliwie.

— Rozpoznam chyba odgłos mojej własnej broni. Powiadam ci, tylko trzy takie strzelby znajdują się w całym Falsterze. Jedna jest własnością hrabiego ze Skjöringe... No, ten nie urządza chyba kłusowniczych wypraw na nasze tereny. Moją strzelbę otrzymałem pewnego razu w podarunku od szambelana, kiedy chciał okazać szczególne zadowolenie z moich usług. Z trzeciej ciągnie korzyści Vibe. Łajdak zdobył ją dzięki rabunkowej strzelaninie i dzięki kradzieżom.

Liza skłamała. Ale dlaczego? Aby ukryć winę brata? Tylko jego winę? A może i swoją własną? Z powodu zastrzelenia Jenny? Czy nie tak było? Cały związek przyczynowy rozbłysnął przed oczyma młynarza w tej jakby chwili jasnowidzenia i obudził dziwne przeczucia.

Przypomniał sobie żywo to wrześniowe popołudnie, kiedy stał na leśnej polanie obok Hanny, a ona przywoływała z lasu swoją Jenny. Teraz zaś stanął obok Lizy, która wysłała swego brata do lasu, by zamordował Jenny. Albowiem było to morderstwo, chociaż tylko zwierzę padło jego ofiarą. Zwierzę było uświęcone ludzką miłością. Mordująca je kula ugodziła również w dobrą, pobożną Hannę, która nie zapomni nigdy o swojej ulubienicy. A on stał po stronie tych dwojga, którzy ją tak boleśnie zranili.

— Boże mój! Czy to naprawdę tak było?

— Drżysz z zimna — rzekł leśniczy, powstając. — Przejdźmy się lepiej trochę.

Młynarz podniósł się także.

— No tak, w jego rękach strzelba zamortyzuje się niebawem — odezwał się jedynie w tym celu, aby ukryć swoje myśli, które, obciążone poczuciem winy, krążyły obok Lizy i Jenny.

— Istotnie — odpowiedział leśniczy, śmiejąc się zgryźliwie — ta strzelba niemal zapewniła mu już doskonałe stanowisko. Mniej więcej przed godziną przejeżdżał tędy szambelan. Opowiadam mu, że dzisiejszej nocy Peer Vibe znowu tu straszył. Szambelan przybiera sprytną minę i oświadcza, że już coś wymyślił, aby zaradzić złu.

— Więc istotnie chce przyjąć Peera Vibe do służby?

— Ach, już wiesz o tym?

Jakub zagryzł wargi. Był przekonany, że się wygadał. Albowiem w tej chwili zapomniał, że tę wiadomość usłyszał nie tylko z ust swojej Lizy, lecz i z innych. Ale następne słowa przyjaciela uspokoiły go natychmiast.

— Ach, prawda! Teraz przypominam sobie! Byliśmy przecież obaj razem tam u starego Ole, kiedy o tym mówił... Poczciwy stary zuch! Wolałby raczej, mimo reumatyzmu, który go dręczy, wytrwać na pozycji, aniżeli ustąpić miejsca kłusownikowi... Było to we wrześniu... piękny był dzień!

— Cudowny dzień! — przytwierdził młynarz z głębokim westchnieniem.

— A oto i on sam. Przypuszczałem, że przyjdzie, skoro cię zobaczy. Służy teraz u szambelana, pracuje w ogrodzie. Ale las ciągnie ku sobie. Kiedy zabraliśmy się do ścinania drzew, nasz Ole nie usiedział w ogrodzie, musiał wziąć w tym udział... oczywiście tylko jako ochotnik.

Z dobroduszną powolnością człowieka, który jest uprzywilejowany i służy tylko con amore30, zbliżył się ku nim, starzec olbrzym uścisnął rękę młynarza.

— Witamy w lesie, panie Clausen!

— Zawsze, jak widzę, pozostaje pan wierny swojemu zawodowi, panie Ole! Mówiliśmy właśnie o tym, jak to odwiedziliśmy pana we wrześniu, a pan opowiadał nam o szambelanie i o Peerze Vibe... Leśniczy wspomniał także, że szambelan teraz właśnie...

Ole roześmiał się, otwierając szeroko usta, mrugnął figlarnie oczyma, machnął lewą ręką w powietrzu, jak gdyby spędzał z ucha i ze skroni rój komarów, i zatrząsł się cały z radości.

— Wesoła historia! No, dogodził mu, jak się należało!

— Więc cóż odpowiedziałeś mu, Wilhelmie?

— Zapytałem go, czy naprawdę przypuszcza, że zgodzę się pracować wspólnie z notorycznym kłusownikiem, i to jeszcze z takim, o którym mówią, że był obecny przy zamordowaniu mojego poprzednika! Zapytałem, czy to jest sprawiedliwe dawać chleb złoczyńcy, a odbierać go uczciwym ludziom, którzy go szukają! Zapytałem, czy ze związku ze złym człowiekiem może wyniknąć coś dobrego! „Uczyń pan, jak uważasz za stosowne — powiedziałem — ale nie mieszaj pan w to Wilhelma Christensena”.

Ole mrugnął oczyma, parsknął, gryzł wąsy, wydymał policzki, a wszystkie te grymasy jego twarzy, zwrócone do młynarza, przemawiały dobitniej niż słowa:

— O, ten dosolił już szambelanowi, jak należało... nie krępując się bynajmniej dyscypliną!

— A cóż szambelan? Cóż powiedział?

— Cóż mógł powiedzieć? Wykręcał się głupim konceptem.

— On zawsze tak czyni — objaśniał Ole. — Żołnierski humor... tam pod Düppel, gdy Prusacy najostrzej strzelali, dowcipkował bez przerwy, a cały szaniec ryczał śmiechem... Co prawda, niewiele to pomogło.

— Pomogło? — burknął gniewnie leśniczy. — I tym razem nic mu nie pomogło. Wstydził się, zrozumiawszy, że źle postępuje. Dowcipkował... aby wyjść z honorem.

— Artyleryjski ogień celem pokrycia odwrotu piechoty — potakiwał Ole, żując grudkę tytoniu — ...kawalerii, chciałem powiedzieć, bowiem szambelan przyjechał konno... ha, ha, ha!

Powodując się grzecznością, młynarz udał, że zachwyca się dowcipem, chociaż kosztowało go to niemało trudu. Nie miał wcale ochoty do śmiechu. Z coraz większą przykrością pojmował swoją fałszywą, niemal oszukańczą sytuację — wszak pragnął z całego serca, by brat Lizy zajął uczciwe stanowisko; przed niewielu godzinami bardzo pobłażliwie wyrażał się o kłusowniczym zawodzie Peera w rozmowie ze swoją narzeczoną!

I jak gdyby pragnąc wysadzić go całkiem z siodła, Wilhelm, zachowujący kamienną powagę, dodał:

— Nie, nie, Jakubie! Nikt nie zyska na tym, jeżeli się zwiąże ze złym!

— Święta prawda, panie leśniczy! — wykrzyknął Ole. — Sprawdzało się to na tych zaczarowanych, diabelskich kulach, jakich używali myśliwi w dawnych czasach. Odlewano je w nocy, wymawiając zaklęcia i trafiały zawsze do celu, ale ostatnia godziła nieuchronnie w serce samego strzelca... To fakt, wyczytałem to w starej księdze, przetłumaczonej z języka niemieckiego... A Niemcy najlepiej się na tym znają, bo zawsze wchodzili z diabłem w konszachty. Był tam u nich ten Marcin Luter, który wojował z czartem i cisnął mu coś na głowę... pan chyba wie, panie leśniczy.

— Kałamarz — przytwierdził Wilhelm. — Działo się to w Wartburgu. Dotąd jeszcze widnieje plama na ścianie.

— Oczywiście. Jak mówię: zawsze wchodzili z diabłem w konszachty. Najmędrszy spośród nich wyrżnął go kałamarzem w łeb, jak gdyby diabeł nie był i tak już dosyć czarny... ha, ha, ha!... Diabelskie nasienie!... Ach, na ten temat powiedział szambelan doskonały dowcip... był wówczas pułkownikiem... Tylko najmędrsze głowy zrozumiały, o co chodzi... Jakże to było?... Nie!... Zapomniałem... człowiek starzeje się i głupieje... tak, tak, Clausenie!... Nie ma na to rady.

Zestawiwszy tak sumę swoich życiowych doświadczeń, Ole wyraził cyniczną pogardę tej niedającej się odmienić rzeczywistości, splunął poprzez czarne, spróchniałe zęby i przesunął językiem grudkę tytoniu na przeciwną stronę jamy ustnej, po czym począł się przygotowywać do powrotu, podciągając w górę spodnie.

— Ano, trzeba puścić w ruch nogi. Szambelan wspomniał, że byłoby dobrze, abym powrócił do domu zaraz po ścięciu buka. Chce, abym wykonał jeszcze jakąś drobną robotę.

— Tak, tak, idź, Ole, do zobaczenia! Dziękuję bardzo, że nas odwiedziłeś.

— O, stary Ole nie zapomina. Dobranoc, panie leśniczy!

Kiedy Wilhelm uścisnąwszy jego dłoń, oddalił się o kilkadziesiąt kroków, by wydać jakieś polecenie. Ole przybrał najfiglarniejszy wyraz twarzy, wskazał palcem poza siebie i szepnął:

— Nie bardzo mu się podobało, że kpię z Lutra... he, he, za bardzo przestrzega świątobliwości, ale mimo wszystko sprawiedliwie gada: nie należy wiązać się ze złem: to zasada. Dzielny człowiek! I... bardzo pana ceni! Tak, tak, panie Clausen, miej się pan na baczności! Chce pana nawrócić na swoją wiarę... „wewnętrzne posłannictwo”... he, he, kobiece posłannictwo? Hm, co się tyczy tego, to nie najgorsza myśl. Niedobrze żyć w samotnym stanie... gdybym miał pańskie lata!... Myślałem i ja o tym, kiedy moja stara umarła... ale nie wymyśliłem! Inaczej się żyje w chałupie gajowego, a inaczej w młynie... No, nie gniewaj się pan, gadam szczerze jak stary żołnierz, wszystko, co mi leży na wątrobie... Dobranoc, panie Clausen!

„I on wie o tym, wszyscy już wiedzą!” — myśli młynarz, spoglądając za Olem, który oddalał się, pochylając swą długą postać i kulejąc nieco. Te serdeczne słowa starego dziwaka przekonały go dobitniej niż cokolwiek innego, że nieodwołalnie oddala się od swego wypróbowanego przyjaciela i zrywa z całym dotychczasowym życiem: zrozumiał, jakie perspektywy zamykają się przed nim raz na zawsze. Nie odczuwał tego tak silnie nawet wtedy, gdy siedział w leśniczówce naprzeciw Hanny. Tak, gdyby można cofnąć się jeszcze?! Ale nie. Należało położyć kres wahaniom, dał już słowo dziewczynie. A poza tym — pożądał jej. Nawet tutaj, wśród wrogiego dla niej otoczenia, gdy stał między leśniczym i długim Olem, nawet tutaj żar przenikał jego żyły, kiedy przypomniał sobie, jak trzymał w swych ramionach jej ciało wstrząsane szlochem... I jeżeli nawet naprawdę tak się stało, jak w tej chwili przypuszczał, że wysłała brata do lasu, by zastrzelił ukochaną sarenkę Hanny, to czyż nie uczyniła tego zaślepiona zazdrością, z miłości ku niemu?

Leśniczy powracał. Teraz nadeszła chwila sposobna do poufnych zwierzeń. Ale młynarz stracił odwagę. Czyż mógł teraz powiedzieć przyjacielowi, że zamiast zostać jego szwagrem zamierza wejść w związki pokrewieństwa z Peerem Vibe? Rozumiał doskonale, że gdyby raz zaczął się zwierzać, nie potrafiłby się zatrzymać w połowie drogi... Czyż miał wyznać Wilhelmowi, że zamierza wyrzec się dobrego ducha, a związać się ze złym — bo tak przecież określiłby to przyjaciel.

Młynarz otrząsnął się z paraliżującego go niezdecydowania i postąpił naprzeciwko idącemu.

— No, trzeba pomyśleć o powrocie.

— Czyż to konieczne? Co prawda, już późno.

Leśniczy odprowadził go do wózka i naciągnął popręg.

— Zgrabny, mały wózek i dobry konik. Już dawniej kiedyś przyjechałeś do nas tym zaprzęgiem okólną drogą. Było to dokładnie przed rokiem. Chrystyna towarzyszyła ci.

— Tak, przypomniałem sobie to — bąknął Jakub.

— Widzę wyraźnie scenę waszego odjazdu. Hanna zapina fartuch wózka w tym samym miejscu, gdzie ja teraz, a Chrystyna, siedząca obok, pochyla się i całuje ją. Ach, poczciwa dusza! No, teraz zażywa już błogosławionej szczęśliwości i mam nadzieję, że na pewno będzie się radować postępowaniem Hanny.

Młynarz przechylił się w przeciwną stronę, aby i tam zapiąć skórzany fartuch. Widocznie nie było to łatwe zadanie, był bowiem bardzo czerwony, kiedy się wyprostował i ujął lejce w rękę.

— Przyjedź znowu do nas niezadługo, Jakubie — rzekł leśniczy, ściskając mu serdecznie rękę — do nas, mówię, to znaczy i do mnie także.

— Tak, tak, przyjadę. Do zobaczenia, Wilhelmie!

Jakub zapomniał zupełnie o chłopcu, który teraz przybiegł zadyszany na wyścigi z Hektorem, aby się pożegnać.

Ojciec skinął mu głową na pożegnanie, udzielił mu paru napomnień, aby zachowywał się grzecznie i nie narażał przyjaciół na kłopoty. Wagę tych napomnień umniejszył nieco leśniczy, klepiąc Janka po ramieniu, uśmiechając się dobrodusznie i dając niejako do zrozumienia, że ze strony chłopca nie grozi mieszkańcom leśniczówki żadne niebezpieczeństwo.

Jakub uderzył lejcami w grzbiet konia, wózek potoczył się z miejsca.

— Pozdrów Lizę... i Jörgena! — wołał Janek za odjeżdżającym.

Wymienił wprawdzie Jörgena tylko jako „pierwszego wśród równych”, ale to połączenie imion razem było tak przykre dla młynarza, że dreszcz go przeniknął.

Leśniczy zauważył ten dreszcz i pokiwał głową: Jakub nie miał dzisiaj humoru. Byleby tylko nie były to objawy przeziębienia...

Powoli jechał młynarz przez las.

Drzewa przesuwały się kolejno przed jego oczyma — niemal każde z nich znał z dawna i dobrze, tylekroć przebywał tę drogę. O tam, ten wielki buk, którego ogromna korona górowała wysoko i szeroko ponad innymi, teraz te dwa drzewa zrośnięte z sobą, tam znów inne drzewo, spowite bluszczem aż do wierzchołka, które teraz w tej smutnej szarzyźnie błyszczało soczystą barwą malachitu i wyróżniało się tym wśród sąsiadów znacznie bardziej niż w letniej porze; w ogóle każde drzewo, odarte z liści, miało teraz szczególniejszy indywidualny wyraz. Każde z nich spoglądało na niego na swój sposób z wyrzutem: jedno surowo, drugie smętnie — to niby cofało się przed nim, tamto wyciągało ku niemu groźnie grube konary — delikatna brzoza wywijała żółtym sztandarem liści, tak jak poprzednio Hanna chusteczką; wszystkie zaś jednoczyły się w tym nieskończonym, melancholijnym szumie, który doprowadzał go niemal do rozpaczy.

Teraz las rzedniał — wydawało się, że powietrze przenika swobodniej i weselej między pniami aniżeli poprzednio tego samego dnia. Przesunęła się przed oczyma strażnica leśna, ukryta poza ciernistym płotem — drzewa zniknęły, naokół po obu stronach rozciągały się uprawne pola, szeroki horyzont, a na najwyższym jego punkcie, wprost naprzeciw, wznosił się młyn na wzgórzu.

Młynarzowi wydało się, że opadła zasłona spowijająca jego duszę. A i w przyrodzie także coś się wynurzyło z mroków: światło, barwy. Obniżony dotychczas, płaski i szary strop nieba rozjaśnił się bladoniebieskim blaskiem ponad coraz krwawiej błyszczącymi chmurami, z których spływał na olbrzymią równinę purpurowy zalew.

Młynarz popędził konia, który i z własnej ochoty przyspieszał kroku. Ostrym, dudniącym kłusem, rozbryzgując wodę kołami zdążali do młyna. Zalecenia, dane przez Lizę na odjezdnym, poskutkowały widocznie: szwed dokładał wysiłku, by możliwie najszybciej przywieźć jej z powrotem kochanego młynarza.

Wszystkie myśli o Hannie pozostały teraz poza Jakubem w cieniach lasu. Widział przed sobą tylko Lizę, która w postaci ukochanego młyna witała go niecierpliwie z oddali — wywijając w powietrzu czterema żaglami zamiast chusteczki. I tak jak cztery potężne żagle śmig wiatraka usunęły w cień małą chusteczkę do nosa, tak potęga Lizy usunęła w cień Hannę.

Zresztą Liza nie przeczuwała zapewne, że teraz nadjeżdża! Jak radośnie się zadziwi! Z jaką uciechą go powita! W serdecznym nastroju spędzą oboje razem ten wieczór, chociaż sądzili, że spędzą go z dala od siebie, nudząc się samotnie!...

Słońce zachodziło z prawej strony. Wprost przed młynarzem, poniżej purpurowej chmury, rozciągała się długa metalicznie błyszcząca smuga, na tle której odcinała się czarna sylwetka młyna. Wyżłobione kołami koleiny na prostej jak sznur, twardej drodze były jeszcze pełne wody; wydawało się, że ziemia jest tylko cienką skorupą, przetartą w tym miejscu, i że niebo prześwieca z jej wnętrza.

Radosny, pełen nadziei, wjechał młynarz w tę sferę blasków.

Młyn jednak był czarny.