VIII

— Jenny, Jenny, Jenny, Jenny... maleńka! — rozlegało się wśród jodeł.

Jeszcze parę chwil, i oto Janek i Hanna przeskoczyli przez rów, witając go radośnie.

— Przybywa pan zapewne, aby mi zabrać Janka?

— Istotnie, myślałem o tym. Jeżeli chce się go pani pozbyć, pojedzie ze mną do domu.

— O nie, bynajmniej nie chcemy się go pozbyć.

— Więc niech zostanie. Zresztą i tak muszę pojutrze wyjechać na kilka dni.

— O, w takim razie pozostanę tutaj jeszcze przez cały tydzień! — wołał Janek.

— Nieładnie okazywać takie nieumiarkowanie.

Lekkim trąceniem cugli popędził konia naprzód. Hanna i Janek szli obok wózka.

— Czy Wilhelm w domu?

— Nie. Sądziłam, że rozmawiał pan już z bratem. Poszedł przecież właśnie tą drogą.

— Przyjechałem z innej strony... Właściwie wybrałem się, by załatwić interesy. W powrotnej drodze wstąpiłem tutaj, by się dowiedzieć, co słychać.

— Ale pozostanie pan chyba na wieczerzy?

— Nie, dziękuję bardzo, to niemożliwe.

— Szkoda... Wilhelmowi będzie także przykro.

Doznała najwidoczniej uczucia zawodu i nie ukrywała tego.

Młynarz był tym niemile dotknięty — prawdopodobnie polubiła go już... i źle się stało... to nie doprowadzi do niczego... nie można już odmienić tego, co zaszło! Z piersi jego wydarło się głębokie westchnienie; Hanna spojrzała nań ze zdumieniem, opanował się jednak szybko i zapytał o Jenny.

— Ach, nie pokazuje się wcale. Przywoływałam ją dzisiaj rano i w południe, i teraz. Wczoraj była tu jeszcze. Jestem zaniepokojona, bo nad ranem słyszałam wystrzały, i to niezbyt daleko domu.

— Być może, że Jenny spłoszona tym odbiegła gdzieś dalej — uspokajał Jakub.

— Ale posłuchaj, tatku! Wuj Wilhelm sądzi, że to brat Lizy strzelał.

Młynarz ucieszył się w tej chwili bardzo usłyszaną rano wiadomością, że strzelba Peera Vibe znajdowała się od paru dni i nocy w bezpiecznym ukryciu, w szafie Lizy.

Podeszli do domu. Młynarz rzucił lejce na grzbiet konia, zwolnił popręg i odwrócił się.

— Jak to? Nie wyprzęga pan?

— Szkoda trudu.

— A jednak! Koń będzie tu stał osowiały, a zagrzał się porządnie... W stajni jest ciepło, a jednocześnie nakarmi się wraz z kucykami.

— Słusznie, nie zabierze to wiele czasu.

Sześć rąk pracowało nad wyprzężeniem szweda. Odprowadzono go do stajni i zaopatrzono hojnie w owies i sieczkę.

— Wypije pan chyba filiżankę kawy? — zapytała Hanna, kiedy weszli do pokoju, a młynarz usiadł ciężko na kanapie. Wyglądał jak człowiek bardzo wyczerpany.

— Nie, nie... dziękuję — odmówił niemal z przestrachem, wspominając tę chwilę, kiedy po raz ostatni pił tutaj kawę.

— Więc czymże poczęstować pana? Może przynajmniej szklanką piwa?

— O tak, bardzo proszę, wypiję chętnie szklankę piwa.

Hanna wyszła z pokoju. Janek wdrapał się na kanapę obok niego i gawędził o wszystkim, co przeżył podczas tych dni spędzonych w lesie. Młynarz słuchał tylko jednym uchem, głaskał główkę, zapytywał o to i owo — a jednocześnie rozglądał się po izbie. Tam stał stolik z kwiatami, które pielęgnowane jej ręką rozwijały się tak pięknie — tam przy oknie stała jej maszyna do szycia — tam znów mały błyszczący piecyk z blaszanym imbrykiem — między nim zaś a drzwiami stała szafa z książkami, gdzie uszeregowane pięknie za szybami widniały nie tylko pisma propagandowe, ale także wspaniałe dzieła poetyckie, które gromadziła powoli. W jednym z szeregów brakowało książki: tom, zajmujący zwykle to miejsce, miał teraz młynarz u siebie w domu.

Na fortepianie był rozłożony zeszyt nut. Młynarz zbliżył się ku niemu właśnie w chwili, kiedy Hanna weszła z powrotem i postawiła na stole tacę z butelką i szklanką.

— Tak, jak pan widzi... uczę się teraz tych wszystkich utworów i niebawem będę umiała je zagrać bardzo dobrze.

— Proszę bardzo, niech pani zaraz coś zagra... tylko ten mały kawałek... pani już wie, który.

Usiadła niezwłocznie przy fortepianie i zagrała kawałek, który „tak słodko, tak rozkosznie brzmi”, a potem Wśród tych świętych, cichych murów, co mu się najbardziej podobało. Młynarz siedział pogrążony w zadumie. Oczywiście, nie znał słów pieśni. Ale same dźwięki opowiadały mu dość wyraźnie o „szczęśliwej krainie”, ku której dążył „radosny, bo wiedziony przyjacielską ręką” — a do której, niestety, już nigdy nie dotrze. Z niezawodną pewnością uświadamiał sobie, że owe chwile minionej niedzieli, kiedy ten drobny cud zasłyszanych w dzieciństwie dźwięków ponownie się urzeczywistnił, był nieodwołalnie ostatnim nieskalanym i naprawdę szczęśliwym momentem całego jego życia.

Hanna skończyła grać i spojrzała na niego, wyczekując jakiegokolwiek wykrzyknika lub kilku słów podzięki i pochwały. On jednak milczał i pochylił się, umykając przed nią spojrzeniem. Oko jego zalśniło, poruszył mimowolnie ręką, jak gdyby chcąc odpędzić muchę — ale nic nie pomogło: wielka łza stoczyła się po policzku.

— Nie wstydź się pan swoich łez — odezwała się Hanna, powstając. — To naprawdę tak piękne dzieło, że może wycisnąć łzy z oczu, i ja płakałam także, kiedy grałam ten utwór dla siebie samej.

— Tak, nazbyt piękny i nazbyt dobry dla mnie. Wówczas, kiedy słyszałem go po raz pierwszy jako dziecko, wówczas byłem całkiem inny, a teraz jakże się zmieniłem! Ta myśl mnie przygnębiła, kiedy słuchałem tej muzyki, i ta myśl wycisnęła mi łzy z oczu. Pani nie potrafi tego odczuć, bo pani jest jeszcze dobra i czysta.

— Och, odczuwam doskonale — odpowiedziała Hanna i usiadła obok niego. — Dziecięca niewinność jest niewątpliwie czymś bardzo pięknym. Ale nie pozostaje ona wiecznie w duszy... zdobywamy świadomość i powinniśmy poznać tkwiące w nas grzechy. Czymże inaczej byłaby skrucha i nawrócenie się?

— Zbawiciel mówi jednak, że nie wejdzie do królestwa niebieskiego, kto nie będzie jako owe dzieciątka.

Młynarz wyobrażał sobie, że potrafi ją — biegłą w Piśmie Świętym — pokonać słowem z niego zaczerpniętym.

— Tak jest, Zbawiciel powiada, że musimy się stać jako dzieciątka. Jego łaska nam to ułatwia... Ale nie powinniśmy pozostać dziećmi, nawet gdyby to było możliwe. Gdyby to wystarczyło, czyż byłoby potrzebne odkupienie takiej niewinnej istoty... na cóż by była potrzebna śmierć Chrystusa Pana na krzyżu? Tacy ludzie nie istnieją. Wszyscy urodziliśmy się w grzechu i musimy sobie uświadomić, że jesteśmy grzeszni.

Jeśli Jakub doznał poprzednio przedwczesnej dumy, okazując swą znajomość Pisma Świętego, to teraz doznał upokorzenia. Ale upokorzenie to powitał radośnie. Przede wszystkim podziwiał pewność siebie, z jaką wywinęła się z sideł, które na nią zastawił. Wydawało mu się w tej chwili, że Hanna jest prawdziwym cudem mądrości i teologicznej bystrości.

— Doprawdy, panno Christensen, sądzę, że przemawiałaby pani z kazalnicy znacznie lepiej aniżeli nasz proboszcz.

Hanna z niechęcią wstrząsnęła ramionami.

— Czemu pan kpi? To nie tak łatwo wypowiedzieć trafnie swoje przekonanie... a ja miałam w każdym razie najlepsze zamiary.

Była bliska płaczu i chciała się oddalić. Młynarz uchwycił ją za rękę i przytrzymał.

— Czemu ma pani o mnie tak złe mniemanie, panno Hanno? I ja mogę powtórzyć to samo? Trudno jest wyrazić swoje zdanie, ale w każdym razie miałem najlepsze zamiary. Chciałem powiedzieć, że wszystko, co pani wygłasza, jest bardzo dobre i piękne i że zawsze chętnie słuchałbym słów pani.

— No, jak mi się zdaje, słucha ich pan dosyć często — odpowiedziała Hanna, rumieniąc się lekko — i obawiam się, że nieraz mogę pana znudzić.

— Znudzić?! Co też pani mówi, panno Hanno?!

Młynarz powiedział to nieco trwożliwym tonem. Jeszcze ciągle wskutek nieuwagi trzymał jej rękę w swej dłoni. „Mój Boże! — pomyślał — co ja gadam? Musi nieomal uwierzyć, że skrycie zabiegam o jej względy, zwłaszcza jeżeli Wilhelm już jej coś powiedział”.

Janek po cichu popłakał trochę, widząc łzy na obliczu ojca, co się nie zdarzyło od dnia pogrzebu matki. Dziwił się również bardzo, czemu ojciec i ciotka Hanna, których z przyzwyczajenia uważał za serdecznych przyjaciół, rozmawiają z sobą w ten sposób, że się nawzajem zasmucają. Wypełznął teraz ze swego kącika na kanapie i przytulił się do ciotki w taki sposób, że mogło się wydawać, jakoby popychał ją ku młynarzowi — niby mały Amor na rokokowym obrazku. Jednocześnie zerkał na ojca pytającym wzrokiem. Jego wielkie, szare oczy przypominały bardzo oczy matki, zwłaszcza gdy patrzyły z takim wyrazem — i młynarz doznał niesamowitego uczucia. A kiedy wreszcie te oczy roześmiały się do niego, przeniknęło go to samo wrażenie co poprzednio, gdy siedział na wózku — tylko ze znacznie większą natarczywością: to była ona, Chrystyna; ona spoglądała nań poprzez te oczy i uśmiechała się życzliwie: tak, teraz dobrze uczyniłeś, Jakubie! Uchwyciłeś właściwą rękę; dzisiaj przed południem, oczywiście, popełniłeś fatalną omyłkę.

Zauważył też dopiero teraz, że ciągle trzyma jej rękę, i wypuścił ją niemal z przestrachem: nie miał bynajmniej zamiaru z nią się wiązać — to było niemożliwe, nawet gdyby wypadło złamać święte przyrzeczenie — to było niemożliwe!

Hanna skorzystała z tego, że wypuścił jej rękę, położyła ją na główce Janka, pieściła się z nim, żartobliwie popychała go w tę i w tamtą stronę, a równocześnie drażniła się z nim, że zapewne dlatego tak się do niej czuli, ponieważ prosi, aby ojciec zabrał go do domu. Był to i dla niej bardzo pożądany zwrot, albowiem i ona doznawała zakłopotania bynajmniej nie w mniejszej mierze aniżeli młynarz.

Istotnie, pojęła jego słowa w ten sposób, jakoby podyktowała je miłość i pragnienie przejawienia tego uczucia. Ponieważ i w jej sercu wzrastała ustawicznie cicha skłonność ku poważnemu przyjacielowi domu, więc słowa młynarza zbudziły w niej radosny, spokojny oddźwięk, zwłaszcza że nie były one podniecającą niespodzianką. Wprawdzie brat nie wspominał nic o swej rozmowie z młynarzem podczas przechadzki po lesie, ale w niej samej już dawno zrodziło się przeczucie, jaka była przyczyna owego mistycznego pukania w jej okno; z wielu powiedzeń brata, chociaż nie były zbyt jasne, wywnioskowała, że obaj przyjaciele omawiali już ten projekt małżeństwa. Ale właśnie dlatego nie chciała się zapuszczać zbyt daleko w rozmowę z drogim przyjacielem na ten temat; wedle jej mniemania powinien by przeminąć jeszcze pewien czas, zanimby obojgu przystało rozmawiać z sobą o miłości i małżeństwie. Niełatwo jednak było wybrnąć z tego tonu i rozpocząć rozmowę na obojętny, codzienny temat: na szczęście Janek przyszedł jej na pomoc.

Młynarz wypił szklankę piwa, pochwalił je — było bowiem uwarzone w domu — i powstał, chcąc się pożegnać.

— Ach, prawda — odezwał się, spojrzawszy na szereg książek, w którym brakowało jednego tomu — mam jeszcze u siebie poezje Chrystiana Winthera. Nie wiedziałem, wyjeżdżając z domu, że zawadzę o leśniczówkę, inaczej byłbym zabrał książkę.

— O, nic pilnego!

Ufność, dźwięcząca w tych prostych słowach, sprawiła młynarzowi większy ból aniżeli wszystkie inne szczegóły jego odwiedzin; dotąd nie odczuwał jeszcze z tak gorzkim smutkiem, że przecież stoi tutaj, żegnając się z nią na zawsze. Oczywiście, ona nie przeczuwała, że oddanie książki jest tak pilne. Czyż naprawdę te dobre i piękne chwile przeminęły już na zawsze? Wprost nie mógł tego pojąć, ale czuł, że już wszystko skończone!

— Czy tak? Przypuszczałem, że odczuwa pani brak tej książki — rzekł, podchodząc ku drzwiom.

— Nie... wprawdzie czytuję ją chętnie, ale oczywiście życzę i panu tej przyjemności.

Powiedziała te słowa, spoglądając na niego bardzo serdecznie. Odczuwała, że byłoby poniekąd przezorniej nie patrzyć w ten sposób — ale jeżeli się komuś życzy czegoś dobrego, czyż można jednocześnie spoglądać nań niechętnie? Zresztą słowa, jakie powiedziała, były tylko prostym zaprzeczeniem. Co prawda, książka mówiła dużo o miłości, a nawet — jak uświadomiła sobie — nie było tam innego tematu prócz miłości, i to sielskiej miłości w zielonym lesie, wśród pól i wsi; o młynie nie było mowy — chociaż jeden z poematów wspominał o młynie wodnym... Żałowała nieraz, że nie ma tam utworu poświęconego wiatrakowi. I myśląc o tym, uśmiechnęła się.

— Czy książka podoba się panu?

— Oczywiście, bardzo.

— To mnie cieszy. Czytywałam i Wilhelmowi ustępy, wieczorem, kiedy zajmuje się swymi drzewnymi robotami, lecz ta poezja nie przemawia do niego. Lubi tylko takie wiersze, które są wydrukowane w kościelnym śpiewniku. Ale w przyszłości powoli ucywilizujemy go, prawda?

Młynarz usiłował uśmiechnąć się, niby radując się przyszłością, i mruknął coś, co mogło się wydawać potakiwaniem. Ale jednocześnie otworzył drzwi, aby wyjść, a głośny poszum lasu zagłuszył jego słowa.

Szybko zaprzężono szweda. Janek wdrapał się na wózek — nie chciał, oczywiście, pominąć tej sposobności, by odbyć małą przejażdżkę. A Hanna oświadczyła, że pozwala mu pozostać w lesie z wujem i razem z nim powrócić, albowiem na pewno spotkają się w drodze.

— Pozdrów go pan ode mnie — zawołała Hanna — i powiedz mu pan, aby się nie spóźnił na wieczerzę! A gdybyście spotkali Jenny, przyślijcie do domu to niegodziwe stworzenie.

Mały konik znowu pomknął naprzód, opuściwszy głowę i wyrzucając energicznie nogi przed siebie; koła, zgrzytając, toczyły się w głębokich, wilgotnych koleinach. Niekiedy koło wpadło na wyboje — a Janek bawił się wybornie, podskakując przy tym w górę. W ogóle zachowywał się niespokojnie i odwracał się bez przerwy. To samo zresztą czynił młynarz, gdyż ciotka Hanna stała przed domem i przytrzymując jedną ręką na głowie małą zabawną czapeczkę, powiewała chusteczką trzymaną w drugiej ręce. Niewątpliwie chciała w ten sposób uradować kochanego dzieciaka. Ale okazywała w tej życzliwości tak wielką wytrwałość, że dostrzegali jej czarną postać na tle białego domostwa jeszcze wtedy, kiedy skręcali już na gościniec, gdzie szwed pomknął naprzód energicznym kłusem.