V

Tutaj, w centrum młyna, rozszalały wszystkie demony hałasu: szum, zgrzyt, brzęk, świst, to znów szmer jakby podziemnego wodospadu, to silne uderzenia, jak gdyby ptak zamknięty w klatce trzepotał się o jej ściany i chciał ją zdruzgotać.

Przez dłuższą chwilę dziewczyna stała na schodach oszołomiona i przestraszona. Wreszcie postąpiła parę kroków naprzód i ujrzała Jörgena siedzącego na worku, pochylonego naprzód i opierającego głowę na rękach. Podeszła tuż do niego, on tego jednak nie zauważył, nie poruszył się nawet wtedy, gdy głośno wymówiła jego imię. Wówczas pochyliła się nad nim i zadzwoniła mu w ucho dzwoneczkiem obroży. Pod wpływem dotknięcia wzdrygnął się.

— Ach, to ty, Lizo! Sądziłem, że to młynarz, który teraz ciągle depcze mi po piętach.

Wśród hałasu dosłyszała tylko jedno słowo „młynarz”.

— Mój mąż pojechał! — zawołała.

— Kto?

— Mój mąż... mój mąż! — wrzasnęła mu w ucho.

Cofnął się o krok i wytrzeszczył oczy.

— Ślub?!

— Niebawem... pojechał do miasta... postarać się o list królewski... rozmówić się z proboszczem!

Jörgen ciągle wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

— To szczera prawda! — krzyknęła przez rękę zwiniętą w trąbkę i parokrotnie przytwierdziła energicznie głową.

Zdumiony Jörgen nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać.

Pojmował, że wszelkie rozumowe argumenty każą mu się radować, ale jednocześnie doznawał wrażenia, jakby cios ugodził go w samo serce. I wpatrywał się w nią, nie wyrażając swych uczuć.

— Jak to? Nic nie mówisz? Nie cieszysz się?

Jörgen nie odpowiedział, natychmiast wskazał palcem obróżkę, którą teraz zauważył.

— Jenny... brat... zastrzelił!

Skinął głową na znak zrozumienia. Przypomniał sobie ów wieczór sierpniowy, kiedy siedzieli tam razem, a ona zwierzała mu się, że chce podmówić brata, aby zastrzelił sarenkę. A więc wszystko stało się tak, jak zapowiadała! Wydawało się to jakąś upiorną bajką.

— A Janek? — zawołał nagle, wyciągając rękę ku otwartym drzwiom, przez które widać było las na Sundzie.

Przytaknęła.

— Sama?

— Sama! — przytwierdziła z uśmiechem.

— Młynarz... wróci?

— Jutro.

Pobiegł na galerię. Poszła za nim i ujrzała, że rozluźnia żelazny łańcuch. Potem wróciła do wnętrza i przeraziła się niemal nagłą, nieoczekiwaną ciszą. Tylko z góry dochodziły jeszcze nieregularne zgrzyty — wały obracały się powoli, ale i one niebawem stanęły nieruchomo. Wszystko ucichło. Po poprzednim, ogłuszającym hałasie ta śmiertelna cisza oddziaływała wprost przygnębiająco. Liza nie była na to przygotowana. Chociaż już prawie rok służyła w młynie, to jednak nie znała wcale jego wewnętrznych urządzeń. W ogóle nie dręczyła się nigdy niepotrzebną ciekawością, a zwracała uwagę tylko na to, co bezpośrednio mogło służyć jej własnym interesom, ale tym właśnie zajmowała się z jeszcze większą, niepodzielną energią.

— Czemu to uczyniłeś? — zapytała Jörgena, gdy wszedł do wnętrza.

— Nie chce mi się pracować.

— Właśnie powinieneś pracować... Przyszłam tu w tym celu, aby ci dopomóc.

— Ty? — zaśmiał się. — Nie znasz się przecie na tym!

— No, to ty mnie nauczysz.

— Pracować?... Teraz!... Co za pomysł?!

— Oczywiście, trzeba pracować! Inaczej jest nudno... tak jak w izbie. Ten hałas poprzednio był znacznie weselszy.... to mi się podobało.

— Ale w ten sposób nie można przemówić do ciebie ani słowa.

— Także nieszczęście! A na cóż cała ta gadanina?! Słyszałeś już... że ożeni się ze mną i że pojechał do miasta, by uregulować tę sprawę.

— Tak jest... ale...

— No, zabieraj się do pracy, inaczej odchodzę.

Jörgen skierował się niechętnie ku drzwiom.

— Słuchaj no, Jörgenie!

Odwrócił się.

— Powiedz mi, o czym ty właściwie myślałeś, kiedy przyszłam i kiedy siedziałeś tak? — Naśladowała jego poprzednią pozycję.

— Myślałem o tobie i o tym, że mnie teraz nie cierpisz.

— Głupstwo!

— Jak to głupstwo? To, że mnie nie cierpisz?

— Ej, głupstwem jest wszystko, co gadasz. Lepiej nie słuchać wcale. No, marsz!

Zniknął w galeryjce.

Niebawem zatrzeszczało w górze, wały zaczęły się obracać — w parę chwil później młyn hałasował i szumiał niemal głośniej jeszcze niż kiedykolwiek.

Jörgen zbliżył się do wielkiego drewnianego leja łuszczarki i pociągnął rękojeść otwierającą zastawę. Liza wzdrygnęła się, ponieważ szum i hałas wzrósł nagle w dwójnasób, wydawało się wprost, że lej wszystko pochłonie. Jörgen roześmiał się całą gębą. Ona oznajmiła gestem, że chciałaby także coś robić. Wskazał jej górę zboża, wypełniającą cały kąt poza drewnianym przepierzeniem łokciowej wysokości. Liza wzięła małą szuflę i ładowała zboże do leja, póki Jörgen na to pozwalał.

Teraz wskoczył na rusztowanie nad złożeniem kamiennym, odwrócił się ku niej i odpowiadając na jej pytające spojrzenie, wskazał stos worków, a potem linę z hakiem, zwisającą z góry w pobliżu. Umocowała worek na haku, a potem pociągnęła inną linę, którą pokazał jej nauczyciel. Worek natychmiast wzniósł się w powietrze i bez najmniejszego z jej strony wysiłku wędrował w górę o własnej mocy, póki Jörgen nie uchwycił go i nie pociągnął w bok. Wówczas odruchowo puściła linkę, a worek legł poprzecznie nad brzegiem zbiornika.

Ta cudowna sztuczka tak się jej spodobała, że miała ochotę powtórzyć ją niezwłocznie. A jednocześnie przypomniała sobie coś, złożyła ręce w trąbkę i krzyknęła, ile tchu w piersi: „Chrystian?!” Jörgen, wysypujący zawartość worka do zbiornika, odwrócił się na wpół. „Chrystian?!” — krzyknęła znowu. Teraz i Jörgen przypomniał sobie ową chwilę, kiedy Liza przyrzekła Chrystianowi w przejeździe bramy, że dopomoże mu windować worki na górę, a potem, gdy parobek powędrował na piętro, odjechała wozem. Przytakiwał gorliwie, dumny, że ją zrozumiał; oboje śmiali się tak głośno, że mogli niemal ten śmiech dosłyszeć.

Kiedy już nasycili mlewem27 to złożenie kamienne, Jörgen zawrócił do łuszczarki. Z czarnego otworu w tarcicach wydobył płaskie żelazne korytko, potrząsnął nim umiejętnie i uznawszy, że ziarno jest wystarczająco oczyszczone, wsypał je do sortownicy. Potem stanął na fundamencie drugiego złożenia kamiennego, a Liza powtórzyła sztukę z workami. Kiedy zaś napełniał zbiornik, zajęła się szuflowaniem zboża do łuszczarki i otwieraniem zastawy, spełniając — ku wielkiej radości — zupełnie dobrze swoje zadanie według mimicznych wskazówek Jörgena.

Jörgen odczuwał radosną dumę, kierując w ten sposób jej poruszeniami. Ona sama zaś cieszyła się na razie tą pracą, która dzięki swojej zupełnej odmienności od jej codziennych zajęć stawała się wprost ucieszną zabawą. Teraz wstydziła się swej nieznajomości urządzeń młyna, chociaż przedtem nie pomyślała o tym nigdy. A kiedy wykonywana praca straciła już urok nowości, poczuła wielką ochotę, by obejrzeć także górne piętra, gdzie nigdy dotąd nie zachodziła. Młynarka powinna bowiem obracać się w swoim młynie jak we własnym domu.

Ale niebawem okazało się, że nie może absolutnie wytłumaczyć tego życzenia swemu współpracownikowi czy towarzyszowi zabawy. Chwyciła go zatem za rękaw koszuli i wyciągnęła na galeryjkę, gdzie łatwiej można było porozumieć się z sobą, chociaż i tutaj trzeba było krzyczeć głośno, że aż rozlegało się po całym podwórzu. Jörgen pojął, o co chodzi, i okazał gotowość zostania przewodnikiem. Zaopatrzyli więc obficie strawą wszystkie maszyny na piętrze żarnowym, a potem weszli na schody drgające jak schody okrętowe.

Najbliższe, trzecie piętro było tak niskie, że człowiek nie mógł stanąć wyprostowany, i tak ciasne, że Jörgen ostrzegał Lizę i trwożnie tulił do siebie, obawiając się, by koła nie przychwyciły jej sukni. Przeważną część komory zajmowało ogromne koło gwiazdowe, które obracało się z oszałamiającą szybkością. Spośród sześciu małych zębatych kół, wieńczących wały sterczące z podłogi, kręciły się tylko cztery, ale z jeszcze większą szybkością niż wielkie koło, które je w ruch wprawiało. Dwa inne, niestykające się z środkowym, trwały w nieruchomości. Jörgen wsunął jednego z tych leniwców w orbitę koła gwiazdowego; skoro tylko zazębiło się z nim, zaczęło również wirować z szaloną szybkością niby tancerz, który dumnie stał na uboczu, lecz który uległ wreszcie powszechnemu szaleństwu tańca.

Liza poruszyła się.

— Uważaj! — zawołał Jörgen i przytrzymał ją za rękaw. — Uważaj, bo inaczej spotka cię los Metty!

Hałas był tutaj znacznie mniejszy aniżeli na piętrze żarnowym, dzięki czemu uszy ich, wytrenowane już na dole, chwytały częściowo głośno wykrzykiwane zdania.

— A cóż się z nią stało?

— Skazano ją na łamanie kołem w wieży tortur, no, rozumiesz: zmiażdżono ją wielkimi kołami i poszarpano na kawałki.

— Ohydne!

Jej ciemne, pozbawione blasku oczy wpatrywały się w niego z badawczym niepokojem.

A jego ciałem wstrząsnął również dreszcz grozy. Ożyło dawne wyobrażenie młyna jako wieży tortur.

— I nie mogła już wyjść z wieży?

— Ależ pozbawiono ją życia!

— Tak, ale ja zapytuję, czy potem... kiedy już nie żyła... nie mogła wyjść?

Jörgen potrząsnął głową.

— Nie wiem. O tym nie pisało28...

— A mnie się zdaje... że nie mogła już wyjść... musiała się tam błąkać na wieki... tak jak tamta w lasku proboszczowskim, którą widział twój ojciec... Peer widział ją także...

— To może być, ale nic o tym nie napisano — odpowiedział Jörgen, który nie czuł zdolności, by wykraczać poza swoje źródła i opowiadać historie z własnej fantazji.

Wyłączył znowu piąte koło. Ciasne i niskie piętro nie zapowiadało innej rozrywki, toteż weszli na schody wiodące na następne piętro.

Komora ta była zamknięta u góry drewnianą powałą, jednak nieszczelną; przez szerokie szpary można było dojrzeć, że ponad nią obraca się szybko coś wielkiego. Ponieważ młyn, poczynając od galerii, zwężał się ku górze, piętro to było znacznie mniejsze i zajmowało powierzchnię zaledwie połowy piętra żarnowego. Na środku wirowało małe kółko ze skośnymi bokami, obok na poziomych osiach tkwiły jeszcze mniejsze, podobne kółka; wydawało się, że czekają one tylko na to, by zetknąć się z pracowitym, ale tymczasem bezużytecznie pracującym towarzyszem, oddalonym zaledwie na szerokość dłoni. Jörgen pociągnął sznur, zwisający przez otwór w podłodze na dolne piętro — jedno z kółek bocznych przybliżyło się do środkowego, a na jego wał nawinęła się lina.

— W ten sposób winduje się worki w górę — objaśnił Jörgen.

Liza zaśmiała się mądrze. Zaświtało jej w głowie. Więc to za ten sznur ciągnęła poprzednio, gdy pomagała Jörgenowi na piętrze żarnowym. Wydawało się jej to tak zabawne, że chwyciwszy się najbliższej belki, wychyliła się, aby przez boczny otwór obserwować ruch liny na dolnym piętrze. Tam jednak inny szczegół skupił jej uwagę.

— Nie! Pilatus złowił mysz, musimy się temu przyjrzeć z bliska.

Zbiegła na dół po schodach. Jörgen zaś chwyciwszy za jedną ze zwisających lin, zsunął się po niej tak szybko, że mógł po rycersku przyjąć Lizę u stóp schodów.

Przysłowiowa okrutna igraszka była w pełnym toku: Pilatus wypuszczał nieszczęsną mysz i łapał z powrotem. Liza, przegiąwszy się podobnie jak kot, z płomieniem w oczach biegała za nim i podniecała go. Wreszcie mysz przestała się ruszać, a kocur zawlókł swój łup do kąta, by go tam pożreć spokojnie.

— Nie podoba mi się to bardzo, że mój Pilatus znowu zasmakował w myszach i zdziczał! Obawiam się, że nie zechce już wyjść z młyna.

— Tym lepiej! W takim razie ty będziesz tu częściej przychodzić. Bo jego nie potrafisz się wyrzec. Na nas innych nie zwracasz, oczywiście, uwagi!

— Aha? I sądzisz, że źle robię?

— Igrasz z nami jak kot z myszą. Młynarza już pożarłaś!

— Więc miej się na baczności! Ciebie pożrę także.

Śmiejąc się pokazała białe zęby i szczęknęła nimi żarłocznie.

— Dobrego apetytu!

Uszy ich przywykły już do hałasu, mogli więc rozmawiać z sobą. Oczywiście, nie mogli oszczędzać gardła, a mówiąc zbliżali usta prawie do samego ucha słuchającego. Ten system rozmowy dawał najnaturalniejszą okazję do całowania się, z czego też korzystali. Jörgen rozpoczął, a ona oddawała uczciwie każdy pocałunek.

— O, widzisz! Zaczynam już żreć!

— Smakuje?

— Ma się ochotę na więcej.

— Więc masz!

— No! Zachowuj się przecie przyzwoicie! Słyszałeś? Jörgenie! Nie byłam jeszcze na samej górze.

— Tam jest tylko kaptur.

— Otóż chcę go zobaczyć!... No? Czemu się tak wykrzywiasz?

Istotnie, cała jego twarz wykrzywiła się dziwnym grymasem. W mózgu jego zrodził się koncept, co się zdarza każdemu człowiekowi chociaż raz w życiu. I chcąc błysnąć dowcipem, huknął grzmiącym głosem:

— Przecież i tak niedługo wejdziesz pod kaptur! Ha, ha! Bo kaptur i czepiec to prawie to samo.

Oboje śmiali się jak szaleni.

— Chcę zaraz pod czepiec! — wołała Liza.

I pospiesznymi krokami pobiegli po schodach na górę.