VI

Wchód do tej najwyższej komory był nieco utrudniony, ponieważ ściskadło było przesunięte w poprzek przed schodami — jak zawsze, kiedy wiał wiatr z północy.

— Do czego służy ta brudna belka? — zapytała Liza.

— Ej, to jest ściskadło. Z jego pomocą unieruchamia się cały młyn. Widziałaś przecież poprzednio, jak rozluźniłem łańcuch na dole na galeryjce. Otóż, czy widzisz tę długą sztabę, która wystaje tam przez otwór w kapturze? Teraz jest ona przegięta ku dołowi, ponieważ łańcuch ją jeszcze trzyma. Ale gdybym odczepił łańcuch, w takim razie sztaba poszłaby w górę. O, patrzaj, w tej skrzyni są wielkie kamienie, które ugniatają koniec ściskadła, a wtedy dolny jego koniec zaciska drewniany pierścień na wielkie koło, tak że nie może się poruszać, cały młyn staje wtedy nieruchomo.

— To sprytne. Ty nie wymyśliłbyś niczego podobnego.

Jörgen podrapał się w głowę.

— Nie. Nie wymyśliłbym.

— Zabawnie to wszystko wygląda — zawołała Liza, rozglądając się po niewielkiej komorze, podobnej nieco do pszczelego ula: jajowaty słomiany pułap wznosił się na rusztowaniu z belek, które sięgało jej zaledwie do ramion; wszystko było szare, poczynając od kurzu a kończąc na złocistych niegdyś kłosach, wystających wszędzie ze strzechy; wszystko pokrywały jedwabiste pajęczyny, które, podane na wielkie strzępy, zwisały naokół niby stare sztandary w świątyni zwycięstwa i kołysały się lekko, poruszane przewiewem. Wróble i jaskółki wlatywały do wnętrza i wylatywały, ćwierkając i piszcząc. Niemal wszędzie, gdzie drewniane wiązanie strzechy tworzyło kąty, kryły się ptasie gniazda. Hałasujący łoskot młyna dochodził tu bardzo przytłumiony, tym głośniej rozlegał się stuk i świst śmig.

— A więc skrzydła są przytwierdzone tutaj na zewnątrz? — zapytała Liza, wskazując palcem poza wielkie koło, gdzie olbrzymi, nieco skośnie umieszczony wał przechodził poprzez ścianę. Obracał się gwałtownie; wydawało się, że właśnie tym ruchem wświdrowuje się w ścianę.

— Tak jest — odparł Jörgen. I pokazał jej, jak wielkie koło kapturowe, umieszczone na tej skośnej osi, zazębia się dolnym brzegiem o tryby znajdującego się pod nim poziomego koła koronnego, nadając mu swój własny ruch, skutkiem czego znowu porusza się cały mechanizm młyna, znajdujący się na wszystkich rozmaitych piętrach.

Liza potakiwała, zrozumiawszy, o co chodzi.

— Tylko wielkie młyny holenderskie są urządzone w ten sposób — pouczał ją Jörgen. — W młynie kozłowym wszystko tkwi w jednej skrzyni jak mechanizm zegara. Ale w takim młynie jest tylko parę złożeń kamiennych i jedna łuszczarka i na wszystko brak miejsca.

Liza zaśmiała się.

— I taki kiepski młyn chciałeś mi ofiarować?!

— Ja? Jak to? — pytał Jörgen, rozdziawiając usta.

— Czy już zapomniałeś? Było to przecie owego wieczora, kiedy ona umarła... W twojej izbie. Zapytywałeś, czy gdybyś posiadał młyn kozłowy taki jak w Utterslev, czy nie wolałabym raczej być tam młynarką aniżeli tutaj.

— Tak, przypominam sobie teraz! A ty odpowiedziałaś, że mając do wyboru, wybrałabyś holenderski.

Liza śmiała się tryumfująco, wszystkie dołeczki na jej twarzy rysowały się rozkosznie w tym śmiechu.

— Tak, tak!

— Oczywiście — burknął Jörgen. — I w dodatku wzięłabyś męża!

— O... bardzo okazałego mężczyznę, wszyscy to mówią. Moja matka też słyszała taką opinię. Kiedy byłam u niej w niedzielę, powiedziała wyraźnie, że wszyscy nazywają młynarza okazałym mężczyzną.

— Okazałym?... Hm... niech i tak będzie! Bądź co bądź jest wysoki jak tyka.

— Co prawda, jest on trochę za poważny. Ale jeżeli przyjdzie mi ochota do figlów, będę mieć ciebie... i Chrystiana.

Jörgen nie nazbyt się zachwycił wydzieloną mu w ten sposób rolą.

Liza zagryzła wielkimi przednimi zębami dolną wargę i wpatrywała się uporczywie w Jörgena. To niesłychanie drażniące spojrzenie jej ciemnych, pozbawionych blasku oczu upajało się chciwie wciąż wzrastającym, mrukliwym zakłopotaniem biednego czeladnika i przenikało go tak nielitościwie, że wreszcie nie mógł dłużej patrzyć w jej oczy i odwrócił głowę.

Całe jej ciało drgało, wstrząsane falami cichego wewnętrznego śmiechu.

— No, nie bocz się tak głupio, Jörgenie! Opowiedz raczej jeszcze coś o takim młynie kozłowym... którego nie dostanę.

— Co tu opowiadać wiele? To znaczy, zasadnicza różnica okazuje się wtedy, gdy trzeba nastawić skrzydła pod wiatr. Otóż w młynie kozłowym jest to głupia robota. Mianowicie trzeba obrócić cały młyn... i diablo się napocić.

— A czy tutaj skrzydła obracają się same?

— Jak to? Skrzydła? Kaptur się obraca. W tym tkwi cały koncept.

— Ale przecież ty stoisz tam na galeryjce i obracasz kierownicę?

— Nie! To paradne! — zakrzyknął Jörgen, uderzając obiema rękami w uda. — I takie stworzenie chce być młynarką!

— A więc pokaż mi! Nie chcę, aby mój mąż czy też inni ludzie wyśmiewali się ze mnie.

— No, to chodź tutaj!

Pociągnął ją ku małym, trzeszczącym schodkom, wiodącym z tej ciasnej przestrzeni do otworu w kapturze. Nagle Liza zatrzymała się, krzyknęła przeraźliwie i machnęła rękami w powietrzu.

— Co się stało?

— Pająk!... Paskudny pająk!

Jörgen roześmiał się głośno.

— Zabawna jesteś dziewczyna! Pająk nie wyrządzi ci przecie krzywdy.

— Strasznie się boję pająków... chyba wiesz o tym — odpowiedziała Liza, bocząc się. I spojrzeniem, bynajmniej zresztą niegroźnym, dała mu do zrozumienia, że jest jego psim obowiązkiem pamiętać o jej drobnych przyzwyczajeniach.

— Tak, tak, już wiem... to tak jak wszystkie wytworne damy... i tak jak panienka Metta. Nie obawiała się natrzeć na rozjuszonego odyńca... ale przed myszą lub pająkiem uciekała z przerażeniem.

Liza przytaknęła, zadowolona z tego porównania. A ponieważ intruz-akrobata zniknął tymczasem w pokrytych pyłem wyżynach i pozostawił jej wolną drogę, poszła teraz chętnie za Jörgenem, który zaprowadził ją do otworu kaptura, i usiadł obok niego na krzyżowej belce.

— Teraz mianowicie siedzimy na krótkiej krzyżowej belce — pouczał ją z profesorską powagą. — Długa krzyżowa belka przechodzi również przez kaptur, ale z przodu, obok śmig i jeszcze dalej na boki.

— To zapewne dlatego nazywa się długa — zauważyła i uśmiechnęła się figlarnie, przygładzając prawą ręką włosy na czole, zmierzwione podczas walki z pająkiem.

— Tak sądzisz? Jesteś bardzo mądra!... A więc uważaj. Prościutko stąd aż do galeryjki idzie steert... tak nazywamy tę wielką belkę — mówiąc to, kopnął ją rozbujaną nogą — a na końcu steertu znajduje się kierownica; skośne sztaby, złączone z obiema krzyżowymi belkami, wiążą wszystko. Jeżeli teraz obrócimy na dole kierownicę i przesuniemy naprzód, steert wykonuje taki sam ruch, a wskutek tego i kaptur się obraca. Zrozumiałaś?

Liza słuchała bardzo uważnie wykładu i przytwierdziła teraz po namyśle.

— Tak, rozumiem doskonale... Ale chciałabym naocznie to zobaczyć... To znaczy, zostanę tutaj, a ty pójdziesz na dół i obrócisz kaptur... razem ze mną.

— Możemy to zrobić. Mały obrót jest zresztą i tak wskazany. Niech diabeł porwie ten wiatr! Coraz bardziej zmienia kierunek ku wschodowi... i wieje coraz silniej. Słyszysz, jak wyje?... Całe szczęście, że rozprężyłem trochę żagle... właśnie zanim ty przyszłaś.

Poza ich plecami śmigi świszczały regularnymi poruszeniami.

— Dobrze więc... obrócimy kaptur... Ale przedtem musisz mi święcie przyrzec, Lizo...

— No, co?

— Że pozostaniesz na tym miejscu i nie ruszysz się stąd.

— Czy to grozi niebezpieczeństwem?

— No... nie jest to niebezpieczeństwem dla człowieka, który umie sobie poradzić. W tej części kaptura nic właściwie nie grozi. Podłoga i dolna część ściany pozostają nieruchome. Ale poczynając od tej linii w górę obraca się już wszystko... obraca się także ściskadło... szur, szur, szur... posuwa się naprzód właśnie w tym miejscu tuż przy ścianie. Nie życzyłbym nikomu dostać się pomiędzy ścianę i ściskadło. A na koła trzeba także uważać... bo gdybyś się nagle przelękła i uskoczyła na bok, tryby mogą łatwo pochwycić taką przeklętą babską kieckę. Najlepiej będzie, jeżeli pozostaniesz w tym miejscu... skąd możesz widzieć mnie na dole przy kierownicy i możesz też przyglądać się temu, co się obraca i co stoi w miejscu... Jestem przekonany, że cię to zabawi!

Liza skinęła głową.

— Jaki stąd ładny i daleki widok!

— Prawda? Niby na karcie geograficznej w szkole... z tą różnicą, że tutaj wszystko rzeczywiście istnieje.

Z niewysłowioną radością rozglądała się Liza po całej posiadłości, która miała się stać jej własnością, a teraz rozciągała się u jej stóp. Niestety, posiadłość nie sięgała zbyt daleko; poza obrębem budynków i ogrodu należał do niej tylko wąski pas roli zaledwie wystarczający, by zapewnić paszę dwom krowom i koniom. Wszędzie naokół rozciągały się uprawne niwy: tam orano, tutaj ładowano buraki na wozy. Smoczy Dwór, skąd wyjeżdżał teraz na buraczysko pusty wóz, zaprzężony w duże, tłuste konie, leżał jak na dłoni przed oczyma: wysokie gontowe dachy piętrzyły się nad pomalowanymi na żółto zabudowaniami gospodarczymi, w jednym rogu sterczała ogromna góra nawozu, w przeciwnym złociło się sześć wysokich stert, piękna jarzębinowa aleja wiodła do gościńca; tuż obok na wielkim stawie pluskały się kaczki, mącąc zwierciadło wody błyszczącymi kręgami, a jeszcze dalej, na żółtym ściernisku, pasło się całe stado białych gęsi.

Czy to nie dziedziczka szła tam przez podwórze? — A kuku, pani Andersen! Ej, poślijże mi pani całusa, przecież zawsze kochałyśmy się tak bardzo, a teraz przynależę już poniekąd do rodziny. Smok da mi to na piśmie!

Tak jest, przynależała już do rodziny i dlatego warto było napaść oczy widokiem całej posiadłości. Dobra pani Andersen nie może żyć wiecznie, a Smok wcześniej czy później zginie skutkiem obżarstwa. Wówczas spadkobiercą będzie jej pasierb, a jeżeliby się okazało, że odziedziczył po matce chorowity organizm — oho, postara się już o to, aby nie ożenił się młodo — w takim razie osiadłyby tam kiedyś jej własne dzieci!

Nadzwyczaj uszczęśliwiona przeglądem rzeczywistego i przypuszczalnego majątku — bo osiągnąwszy jeden cel, wytyczyła sobie już nowe — odwróciła głowę i skierowała spojrzenie ku północy, dokąd tylko mogła sięgnąć wzrokiem, wychyliwszy się nieco. Ujrzała szmat lasu na Sundzie; reszta lasu ukrywała się poza kapturem. Ale i to jej wystarczyło: brzmiały tam zapewne jak co wieczór nawoływania, brzmiały dzisiaj bezskutecznie — mała Jenny nie przychodziła. Ach, gdyby to można mieć tak długie uszy, by aż tam dosięgły! Pragnęła znajdować się teraz w tym miejscu, gdzie gościniec obok chatki gajowego wciskał się niby szara nitka w czerwonawe gąszcze. Po gościńcu, tuż pod lasem, toczył się maleńki punkcik — zapewne wóz. Liza pomyślała o swoim młynarzu, który także jedzie jakąś drogą. Ach, głupstwo! Niewątpliwie już dawno zajechał do miasta, może ma już „królewski list” w kieszeni.

Uśmiechnęła się dumnie i skierowała spojrzenie niemal wprost przed siebie, odrobinę na prawo — i jeszcze trochę dalej, szukała widocznie czegoś określonego i dalekiego. I jak gdyby ze swej siedzącej pozycji nie mogła wypatrzeć tego celu, wstała, ostrożnie uchwyciła się ręką dolnego brzegu otworu w kapturze, wyprostowała się, stojąc na krzyżowej belce, gdzie podtrzymywał ją Jörgen, i wychyliła głowę w przestrzeń. Spoglądała daleko w głąb kraju, w głąb bezbrzeżnej, monotonnej wyspy, której powierzchnia kąpała się w złocistoczerwonym blasku. Albowiem słońce ukazało się w tej chwili na widnokręgu i oświetliło niebo od dołu, skutkiem czego zniknęła szara powłoka mgieł, a niebo pokryło się nagle żółtoczerwonymi chmurami, wiszącymi na prześwietlającym między nimi bladoniebieskim tle. Na równinie żółciły się tylko sterczące szeregami wierzchołki bezlistnych już topoli, to znowu zbijały się w kępę dokoła szczytów dworu lub potężnej wieży kościelnej; w głębi wynurzały się purpurowoczerwone, odarte z liści bukowe lasy.

Ale wzrok Lizy nie gubił się w całokształcie tego pięknego wieczornego obrazu, oddychającego spokojem i ciszą. Szukał on jakichś szczegółów, błądził tu i tam, świetlisty pejzaż ułatwiał mu tylko dotarcie do celu. Inaczej Liza nie zdołałaby może dostrzec kościoła i tamtego młyna; teraz rozróżniała także oba lasy, z których jeden był niskopienny z jedynym wysokim drzewem pośrodku — nie można się było pomylić. A między obu tymi lasami bystre oko Lizy dostrzegło grupę niskich, nieregularnie rosnących drzew, różniących się od zwykłych topoli — tam rozciągały się mokradła. Ale chata była zbyt niska, by można było ją zobaczyć. Liza zresztą nie pragnęła tego. Dzięki troskliwemu rozpatrzeniu się w sytuacji odnalazła miejsce, gdzie stała chata; mogłaby oznaczyć je szpilką na tej geograficznej karcie.

Tak, niski był rodzicielski dom i odległy. Musiała stamtąd odbyć daleką drogę, ale wspięła się wysoko w górę, ona, Liza kłusowniczanka. I niby ktoś, kto odbył w ciągu dnia wielką podróż, była zmęczona, fizycznie zmęczona. To rozleniwiające, przygnębiające znużenie, które gromadziło się w ciągu ostatnich dni, ogarnęło teraz wszystkie jej członki. Ale dziwnym zbiegiem okoliczności znużenie to kojarzyło się z wewnętrznym niepokojem, który jak ogień przepływał przez żyły i kiedy niekiedy wywoływał lekki zawrót głowy, zwłaszcza tutaj, gdy stała tak wysoko. I ten zawrót głowy ściągał ją w dół — bynajmniej nie w przepaść, rozwierającą się przed nią, lecz w przeciwną stronę, grożąc jej łagodniejszym upadkiem... w ramiona Jörgena...

Gdy osuwając się, przechyliła głowę w bok, ujrzała znowu drogę wiodącą od młyna do lasu, zauważyła tam powtórnie ów czarny punkt, który teraz znacznie się przybliżył i istotnie okazał się zaprzężonym w jednego konia wózkiem. W tym wieczornym oświetleniu gościniec, z jednej tylko strony wysadzony rzędem topól, wydawał się nicią rozciągniętą między lasem i ogrodem przy młynie, a po tej nici poruszał się naprzód wózek niby pająk, skradający się — prosto ku niej. Widok ten zachmurzył cieniem niezadowolenia radosny dotąd nastrój ducha: Liza doznała niedorzecznego strachu, jakiego doznawała zawsze, zobaczywszy pająka.

Ale uwagę jej odwróciło natychmiast zachowanie się Jörgena.

Ten — wierny sługa swojej pani — mimo romantycznych zamiłowań nie wczuwał się tak głęboko w pejzaż jak jego rozkazodawczyni i byłby się zapewne serdecznie wynudził, gdyby nie to, że zamiast obejmować krajobraz, obejmował ożywiającą go figurę, i to obejmował w dosłownym znaczeniu. Musiał bowiem otoczyć silnie jej biodra prawym ramieniem, by przypadkiem nie utraciła równowagi i nie upadła w przeciwną stronę. Przestrzeń była jednak tak niska i ciasna, że klęczał na kolanach wciśnięty pomiędzy jej ciało a słomiany pułap kaptura. Była to pozycja bardzo niewygodna dla członków, ale niezwykle miła. Przypomniała mu się żywo ta scena z romansu, kiedy to Hjalmar i pani Metta stali razem wysoko przy strzelnicy zamkowej i żegnali spojrzeniem wyruszającego na wojnę Czerwonego Rycerza — życząc mu z całego serca, by nigdy nie powrócił!

Kiedy więc ta figura nagle wyrwała się z ram obrazu i osuwając się, stała się żywą całością w jego ramionach, zeskoczył z nią energicznie na podłogę, nie bacząc na krzyki ani na skargę, że suknia jej może się poplamić mazią obracającego się szybko wału.

Nie uległ też jej natarczywemu żądaniu, by ją natychmiast puścić. Przeciwnie, stał w tej ciasnej przestrzeni między kołami i ściskadłem, kołysał ją w ramionach i tulił serdecznie do piersi.

— Co ty wyrabiasz, nicponiu? — wołała Liza. — Czy tak należy postępować z panią majstrową?!

— Tak mi się zdaje, a i ty tak samo sądzisz.

— Co?... Jesteś w dodatku bezwstydny! — wołała, szarpiąc jego kędzierzawą czuprynę opyloną mąką.

— Co dostanę, jeżeli dowiodę tego, co powiedziałem?

— W każdym razie weźmiesz cięgi... No, a więc?...

— Kiedyś powiedziałem, że niepotrzebnie jesteś taka nieprzystępna, bo nie jesteś jeszcze młynarką. Ty uśmiechnęłaś się... jak to ty umiesz... bardzo podstępnie i odpowiedziałaś: „Właśnie dlatego”.

Zaśmiała się figlarnie.

— Nie należałoby rozmawiać z tobą o poważnych rzeczach, masz nazbyt dobrą pamięć.

— Czemu wcześniej nie pomyślałaś o tym!? A mówiłaś przecie i to, że gdy zostaniesz wreszcie młynarką...

— Zamknijże nareszcie gębę! Powinieneś...

— Więc na przykład...

— Nie, nie... nie chcę słuchać — przerwała, zatykając sobie uszy.

— ...powiedziałaś, że będzie nam dobrze razem.

— Ty paskudny gałganie...! Puść mnie zaraz! Nie zniesiesz mnie chyba ze schodów.

— Czemuż by nie?

— Nie, nie!... Puszczaj mnie! Zgniewam się... naprawdę!

— Więc dotychczas nie gniewałaś się naprawdę?

Posadził ją po przeciwnej stronie ściskadła, ale przedtem wycałował porządnie, biorąc w ten sposób zapłatę za noszenie.

— No, więc pójdziemy! — zawołała Liza.

Zapomniała całkiem, że postanowiła pozostać na górze, aby zobaczyć naocznie obrót kaptura. Jörgen pamiętał o tym, ale nie miał bynajmniej ochoty odchodzić od niej.

Zeszedł po paru stopniach. Wtem z tyłu zabrzmiał cichy okrzyk. Odwrócił się — Liza chciała właśnie zejść na dół, gdy nagle spódnica jej zaczepiła się o drzazgę ściskadła.

— Przeklęta stara belka! — mruknęła.

Przegięła się i schyliła, by odczepić spódnicę; ten ruch jej ciała spotęgował pożądanie Jörgena aż do szału. Skoczył ku niej — oboje upadli na najwyższy stopień, on uderzył głową o ściskadło, tak że czarne płatki przeleciały mu przed oczyma, mimo to nie wypuścił jej z uścisku. Liza wpierała wyciągnięte ramiona w jego pierś i wpatrywała się w niego bez słowa. Nagle zniknęło z jej twarzy ożywienie, zniknął wszelki ślad dziewczęcej figlarności. Z jej pozbawionych blasku oczu wyglądała zwierzęca żądza, oczy cofnęły się w głąb orbit, jak gdyby chciały wciągnąć za sobą przedmiot pożądania.

I nie zwróciła nawet uwagi na wielkiego pająka, który spuszczał się tuż przed jej rzęsami, kołysząc się na swej elastycznej lince. Wydawało się, że ten mistrz tkacki rozpatruje zawodowym spojrzeniem sytuację i zastanawia się, skąd rozpocząć swą pracę, by tę ludzką parę oprząść najbardziej gęstą i nierozerwalną siecią.