V

Tak jak przypuszczał, Hanna poszła nad staw.

Usiadła na kamieniu — w tym samym miejscu, gdzie w dzień pogrzebu stała wraz z bratem i z młynarzem. Woda, ocieniona krzakami bzu, miała tę samą czarnozieloną barwę jak wówczas, obie białe kaczki pływały znowu po powierzchni stawu, niecąc świetliste kręgi, tu i tam kołysało się żeglujące piórko. Najdrobniejszy szczegół nie uległ zmianie. A jednak ową chwilę dzieliło od obecnej wszystko, co przeżyła w ciągu tego czasu. A co będzie teraz? Niebawem dom ten stanie się jej rodzinnym domem. Niechaj Bóg ma ją w swej opiece, by nie musiała siedzieć tu i płakać, jeżeli nie uda się jej za pomocą miłości rozproszyć ciężkich chmur spowijających umysł jej męża, jeżeli nie uda się jej wnieść pokoju w ten dom!

Pogrążona w poważnym rozmyślaniu, nie zauważyła, że ktoś nadchodzi, póki młynarz nie stanął tuż obok.

— Byłem przekonany, że zastanę cię tutaj — rzekł.

— Tak jest, tęskniłam za tym cichym zakątkiem. Jesteś bardzo dobry, że przyszedłeś.

Młynarz siadł na trawie.

— I ja polubiłem ten staw... od owego dnia. Ileż to razy stałem tutaj i myślałem o tobie.

— Czy to prawda, Jakubie? Myślałeś o mnie?

Ujęła jego rękę, którą oparł na jej kolanie; spojrzeli sobie w oczy z tkliwością, jeszcze nieco trwożną i skrępowaną.

— Czy wiesz, Jakubie... zdaje mi się, że owego dnia już cię kochałam.

— Czyż to możliwe, moja kochana, kochana Hanno?! — zawołał młynarz i ucałował jej rękę.

— Nie było to ładnie i nie wolno było wówczas przyznawać się do tego... nie zastanawiałam się nad tym wcale, ale zdaje mi się, że kochałam cię w najtajniejszej głębi serca... A teraz wolno mi już kochać cię całym sercem.

Podniosła głowę, w oczach jej błysnęła radość.

To szczere i pewne siebie spojrzenie, ten pełny, czysty dźwięk niezmąconego niczym uczucia zakłopotały i zawstydziły młynarza. Z niesamowitą jasnością uświadomił sobie obłudę swej własnej sytuacji — a to wrażenie odzwierciedliło się widocznie na jego twarzy. Hanna zauważywszy to, pochyliła się jeszcze bliżej i pogłaskała go ręką po głowie.

— Tak, Jakubie! Wiem także, że Bóg naznaczył mi tutaj zadanie do wypełnienia, i z Jego pomocą wypełnię je.

— Ach, Hanno! Byłaś zawsze moim aniołem stróżem! — zawołał.

— Nie, nie, Jakubie! Nie należy tak mówić.

— Nie mogę powiedzieć nic innego... bo zawsze doznawałem tego uczucia. Ty jesteś tą, która mogłaby zaprowadzić mnie do Boga... Ale jeżeli mimo wszystko nie zdołam zajść do Niego? Ach, ty nie wiesz, jaki ja jestem, nie pojmiesz tego nigdy!

— Potrafię pojąć, mój przyjacielu. Przekonasz się o tym wówczas, gdy będziemy już szczerze rozmawiać o wszystkim jak para dobrych małżonków, którzy wszystko z sobą dzielą...

— Nie, nie! Dzielić?... Ach, ty nie wiesz, co się we mnie kryje... to zgoła coś innego!... Nie potrafię ci nigdy wytłumaczyć tego... ty jesteś... jesteś właśnie aniołem... czuję to. Kiedy spoglądam na ciebie, wydaje mi się, że powinienem złożyć ręce i modlić się do ciebie!...

Pod wpływem podniecenia uniósł się; klęczał teraz obok niej.

— Jakubie! Nie wolno ci mówić do mnie w ten sposób! Powinieneś więcej myśleć o Bogu i modlić się także za mnie, a wówczas nie zapomnisz, że i ja jestem biednym, grzesznym człowiekiem, tak samo jak ty... i wówczas będziesz mnie naprawdę kochał... bo trochę to już teraz mnie kochasz, Jakubie.

Oblała się rumieńcem, kiedy wypowiedziała lękliwie te ostatnie słowa, albowiem wydało się jej, że zawierają nieco kobiecej kokieterii; zawstydziła się swej zalotności, zwłaszcza wobec rozmowy, jaką prowadzili. Natomiast nie zwróciła wcale uwagi, że słowa jej wypłynęły raczej z innego, głębszego źródła. W jego stosunku do niej przejawiało się ciągle nazbyt wiele szacunku, a za mało ziemskiej miłości, której domagała się jej ludzka, słaba natura, a za którą nieświadomie tęskniła jej dziewiczość.

Chociaż ona sama nie dosłyszała istotnej treści słów, to jednak młynarz zrozumiał dobrze ten słodki wyrzut, kryjący się w jej słowach, i uznał jego słuszność — gdy uprzytomnił sobie uczucie, jakie jej dawniej okazywał. Ale dzisiaj, kiedy stała naprzeciw niego w jasnym letnim stroju, dzisiaj podobała mu się całkiem inaczej: mimo woli ścigał ją kryjomym spojrzeniem, gdy z niezwykłym wdziękiem przesuwała się po pokoju lub pomiędzy drzewami. Wydawało się, że nastrój narzeczeństwa rozjaśnił jej istotę erotycznym blaskiem; młynarz tęsknił za tym, by pozostać z nią sam na sam. Toteż ująwszy jej rękę, mógł wypowiedzieć prawdę i najszczersze przekonanie — po raz pierwszy — że kocha ją nad życie, że ona jest tą jedyną wybraną, dla której bije jego serce każdym swym drgnieniem. Albowiem wydawało mu się zbezczeszczeniem świętego imienia miłości określić w ten sposób gorączkowy szał, który pchał go ku Lizie.

— Czemu tak mówisz? — odezwała się Hanna z wyrzutem. — To nieładnie ze względu na Chrystynę.

— Ach tak, Chrystynę kochałem także, oczywiście... bardzo... ale to była jednak inna miłość. Wyrośliśmy obok siebie, wychowaliśmy się razem, przyzwyczailiśmy się do siebie i stąd już wynikło, że pobraliśmy się... Ale nie kochałem jej tak jak ciebie.

Nie było to bynajmniej nieprzyjemnie słuchać takich zapewnień, mimo to Hanna potrząsnęła przecząco głową, jak gdyby wyrażając mniemanie, że on wmawia to tylko w siebie.

— Czy nie wierzysz, że Chrystyna znajduje się już w takim miejscu, gdzie ziemska miłość nie gra żadnej roli?... Więc czyż to grzech, że tak mówię? Doznaję wrażenia, że Chrystyna patrzy teraz na nas z nieba; jestem przekonany, że raduje się naszą miłością i błogosławi nam.

Hanna spojrzała na niego z radosnym uśmiechem; te słowa były niby wyjęte z jej własnych ust. Dzięki temu nieco drażliwy dylemat został rozwiązany w najbardziej zadowalający i najpobożniejszy sposób.

— I ja tak sądzę — powiedziała. — A w takim razie Chrystyna widzi również, jak serdecznie ją kochamy. Jakże jej jestem wdzięczna za to, że przeznaczyła nas dla siebie, że... że sama myślała o tym, kiedy jeszcze żyła. Gdyby było inaczej, nie byłabym taka szczęśliwa jak w tej chwili.

Istotnie, wyglądała jak szczęśliwa. Radość, że wolno jej kochać, niewinne przebudzenie się miłości, świadomość nienaruszalności swych świętych praw barwiły młodą krew policzków gorętszą czerwienią, ożywiały uśmiech, nadawały oczom blask, jakim nie błyszczała dawniej ich spokojna jasność, przesycały wszelkie ruchy ciała — przechylającego się teraz ku przodowi — niezwykłym wdziękiem.

Szereg porównań między nią i Lizą przesunął się w umyśle młynarza z błyskawiczną szybkością — same przeciwieństwa, które jednak wiązał pierwiastek pożądania, pokusy, czaru: podobieństwo jak między białą i czarną magią. Młynarz wzdrygnął się przy tym.

Kiedy jednak Hanna, która dostrzegła natychmiast cień w jego spojrzeniu, pochyliła się nad nim troskliwie z czułą pieszczotą, jak gdyby chcąc spędzić z jego czoła złe troski, młynarz otrząsnął gniewnym wytężeniem woli dręczącą go słabość. Nie! Nie stanie się ofiarą swej przeszłości, nie odda się bezbronny na pastwę jej upiorów! Nie, nie zrezygnuje! Tutaj siedzi młoda, piękna i dobra niewiasta, którą Bóg przeznaczył mu na towarzyszkę życia jako rękojmię, że nad głową jego nie wisi przekleństwo. Tutaj czekało przebaczenie win: ramiona tej pobożnej dziewczyny ochronią go przed mściwymi cieniami, dadzą mu czystość i szczęście życia, jeżeli tylko odważnie po nie sięgnie.

I z gwałtowną niemal tkliwością chwycił młynarz Hannę w swe ramiona, całował jej usta, policzki i czoło, szeptał pieszczotliwie imiona, miłosne słowa i czułe zapytania, rodzące się chaotycznie w wyobraźni — zapytania, przeważnie pozbawione treści, to znowu niemal niezrozumiałe dla każdego, kto chciałby wytłumaczyć je inaczej aniżeli tym, że młynarz ze wzgórza zakochał się śmiertelnie w swej małej narzeczonej. Tak też tłumaczyła je Hanna, płacąc mu pieszczotą za pieszczotę i współzawodnicząc z nim w wymowności — dopóki nie przeraziła się nagle i nie krzyknęła.

Ciemne zwierciadło wody, nad którą siedzieli, rozbłysnęło, jak gdyby staw był demonicznym okiem, które cisnęło im spojrzenie — błyskawicę. Teraz też zahuczał grzmot nad ich głowami przytłumioną, uroczystą groźbą. Krzaki bzów, których gałęzie wznosiły się poprzednio kopulasto na tle wieczornego nieba, zmieniły się teraz w ciemną, prawie niewidoczną plamę. Poza nimi czerniła się granatowym odcieniem olbrzymia chmura, której górne, spiętrzone jak kłęby pary warstwy posiadały cieplejsze, brunatne zabarwienie, a sam szczyt, delikatnie zaróżowiony, sięgał ku zenitowi.

Hanna wyswobodziła się z uścisku i zerwała się. Młynarz powstał także. Błyskawica rozdarła gwałtownie jego radosny, pełen nadziei nastrój; usłyszawszy pierwszy odgłos grzmotu, pobladł. Ale było nazbyt ciemno, by można to było dostrzec — zresztą Hanna nie patrzyła na niego. Odwróciła się nieco zakłopotana i wygładziła swój koronkowy kołnierzyk.

Wielka chmura przed nimi — na północnym wschodzie — nie była jedyną zmianą w obrazie nieba: z prawej strony na polach stanęła fioletowa ściana mgły, dopiero wysoko w górze, ponad zaczerwienionym rąbkiem widniał czysty lazur. Kiedy spojrzeli w tamtą stronę, wnętrze ściany rozpaliło się bladą błyskawicą. Ale idąc powolnym krokiem, doszli niemal do domu, zanim posłyszeli daleki, przeciągły grzmot.

— Mój brat miał słuszność — rzekła Hanna. — A życzenie twego szwagra wypełni się.

W pokoju od strony ogrodu zapalono lampę, drzwi stały otworem.

Kilka drzew owocowych osłaniało ich jeszcze przed blaskiem światła płynącym z wnętrza domu. Młynarz przystanął i objął ramieniem kibić Hanny.

— Było nam tak dobrze, Hanno! I zostaliśmy wypędzeni.

Ona nie odpowiedziała, skinęła głową i postąpiła parę kroków.

Potem odwróciła się nagle, ujęła go za ramiona i spojrzała mu w oczy. Słaba błyskawica rozświetliła przestrzeń popod listowiem drzew. W oczach jej błyszczały łzy. Przytuliła się do niego, pocałowała go gwałtownie i szepnęła:

— Masz słuszność, Jakubie!... Nie zapomnę nigdy tej chwili. Może już nigdy więcej nie przeżyjemy podobnej!

— Co mówisz... czemuż by nie? — zawołał młynarz z przerażeniem, albowiem wydało mu się, że i on doznaje tego samego wrażenia.

— Nie wiem... owładnęła mną ta myśl. Nie przejmuj się tym... To oczywiście głupstwo.

Szybko wytarła łzy z oczu i weszła do domu.

Małe towarzystwo zgrupowało się około stołu przy kanapie. Służąca stawiała właśnie na stole dymiący parą dzbanek. Trzymała jeszcze w ręku ucho i odpowiadała pokornym tonem dziedziczce, która zapytywała ją, czy daje sobie radę w piekarni, i o to, „co tam słychać u was w domu, mała Ano?” — albowiem nie był to nikt inny tylko Zajęcza Ana, która teraz nareszcie otrzymała upragnioną służbę w młynie. Ale Smok utracił już cierpliwość, podniósł się z kanapy całym ciężarem ciała, odebrał łagodnym, ale stanowczym ruchem dzbanek z rąk Any i zaczął mieszać swoje toddy z miną profesora, który przygotowuje chemiczną mieszaninę do niezmiernie ważnego, ale bynajmniej nie niebezpiecznego eksperymentu...

Dopiero wówczas, gdy napój dostatecznie stężał — co posiadało dla Smoka nie tylko zewnętrzne gastronomiczne znaczenie, gdyż był przekonany, że toddy, które nie jest trzy razy mocniejsze, niż używają zwykli śmiertelnicy, rujnuje mu na parę dni żołądek — dopiero wówczas napełniwszy szklankę dostatecznie ciemnym płynem i odzyskawszy spokojne panowanie nad umysłem, zauważył, że młynarz wszedł do pokoju. A dźwięczny i równocześnie piskliwy głos Zajęczej Any wytworzył jedną z tych niezwykłych asocjacji myślowych, które Smok sam u siebie podziwiał. Wskutek tego odstawił szybko szklankę, którą podnosił już do ust, opadł ciężko na kanapę, klepnął się głośno dłonią w udo i wybuchnął wrzaskliwym śmiechem, który wprawdzie brzmiał nieco sztucznie, ale tym niemniej osiągnął w zupełności swój cel, mianowicie zwrócił na niego uwagę wszystkich — nie wyłączając Zajęczej Any. Co prawda, dziedziczka pozwoliła jej łaskawie oddalić się, ale Zajęcza Ana nie wiedziała dobrze, co uczynić, odejść czy zostać, a filuterny błysk małych oczek Smoka przykuwał ją do miejsca.

— Czy pamiętasz, Jakubie — grzmiał Smok — czy pamiętasz jeszcze ów wieczór w sierpniu ubiegłego roku, kiedy byliście u nas, ty i Zajęcza Wdowa? Mówiono wówczas, Ano, o twojej służbie w młynie. Ale nie chciałeś jej przyjąć, Jakubie... nie chciał cię przyjąć, Ano, nie chciał... nie mógł tego uczynić ze względu na Lizę, nie mógł.

I w naiwności swego opancerzonego tłuszczem serca śmiał się za całe towarzystwo, nie zwracając uwagi, jakie wrażenie wywierają jego słowa na innych, nie przeczuwając, jak bliski jest prawdy. Wiedziała to, oprócz młynarza, tylko dziedziczka, która też łamała ręce pod stołem, że aż palce trzeszczały, rozpaczała bowiem nad towarzyskimi talentami swego syna. Także na innych wspomnienie Lizy wywarło niesamowite wrażenie. Janek, jeżdżąc na kolanie leśniczego, rozpłakał się; nadaremnie Smok usiłował go uspokoić, częstując go łykiem swej nadzwyczajnej mieszaniny.

Matka, troszcząc się o skierowanie rozmowy na właściwsze tory, zauważyła teraz żartobliwie, że po raz ostatni odgrywa tu rolę gospodyni domu, i poleciła przynieść jeszcze jeden dzbanek gorącej wody. Teraz już wchodzi do domu niewiasta, która naprawdę będzie panią, i tak być powinno. Hanna odpowiadając na to, wyraziła życzenie, by pani Andersen czuła się w starym gnieździe Chrystyny jak we własnym domu. Ona sama obejmie teraz tylko częściowo obowiązki gospodyni i przyrządzi toddy swemu Jakubowi. Jakoż uczyniła to bardzo troskliwie ku największemu przerażeniu Smoka. Jak to? Czy chce wlać w Jakuba taką lurę? Na Boga! Po prostu otruje go! I chwycił flaszkę z rumem, aby ochrzcić napój jak należy dla chrześcijańskiego podniebienia. Ale Hanna, śmiejąc się, nie pozwoliła na to, a Jakub oświadczył również, że jest zupełnie zadowolony i że tak przyrządzony napój bardzo mu smakuje.

Widok Hanny, gospodarującej wesoło dzbankiem, szklanką, łyżeczką i cukrem, spowitej obłokiem pary i dymu, które unosiły się pogodną atmosferą ku światłu lampy — widok tej prawdziwej, kochanej gospodyni domu rozproszył szybko niemiły nastrój, w jaki wprawił go humor Smoka. Objął Hannę ramieniem i wypił z zadowoleniem parę dużych łyków przyrządzonego przez nią napoju, chociaż, co prawda, trunek ten przypominał ludową duńską receptę: „w razie ciepłej pogody wystaw język przez okno”.

W tej chwili jedno skrzydło drzwi od strony ogrodu zatrzasnęło się, tak że szyby lekko zabrzęczały; z zewnątrz z ogrodu dochodził odgłos, jak gdyby jakieś olbrzymie zwierzę otrząsało się tam gwałtownie. Przez drzwi z sieni weszła Zajęcza Ana.

— Panie majstrze — rzekła — czy to dobrze, że młyn idzie?

— Co takiego?

— Idzie pełnymi żaglami, a nadciąga straszna burza!

Młynarz postawił twardo szklankę na stole.

— A niech go tam...

Hanna i pani Andersen krzyknęły, gdyż w tej chwili jaskrawa błyskawica rozświetliła ogród. Ana zamknęła czym prędzej oba skrzydła drzwi. Młynarz pospieszył do sieni i niecierpliwie otwarł drzwi wiodące na podwórze.

Istotnie, skrzydła młyna obracały się, lecz tak powolnie, że zaledwie można było dostrzec ich poruszenia. Były nastawione ku północnemu zachodowi, gdzie jeszcze niebo jaśniało dość pogodnie. Wydawało się, że młyn nie dostrzega czarnych chmur, które pokryły całą resztę firmamentu, że trwa w jakiejś tępej beztrosce, chociaż grzmoty huczały coraz wyraźniej. Nikt z czeladników nie pojawił się w drzwiach galeryjki, aby zobaczyć, co się właściwie dzieje — nic nie świadczyło, nawet najmniejszy promyczek światła, by ktoś czuwał wewnątrz młyna.

Właściciel młyna zaklął przez zaciśnięte zęby i otworzył drzwi do pokoju.

— Przepraszam was na chwilę — zawołał do wewnątrz — muszę pójść do młyna.