VI
Drzwi do czeladnej izby obok przejazdu stały otworem. Wewnątrz świeciło się. Chrystian siedział na łóżku, podparłszy głowę rękami.
Przestraszył się, gdy wszedł młynarz i spojrzał na wchodzącego niezwykłym, dzikim spojrzeniem.
— Co to znaczy, że siedzisz tutaj, a młyn się jeszcze obraca? — krzyknął młynarz. — Czy nie słyszysz, że grzmi?!
— Słyszę! — odpowiedział Chrystian jeszcze bardziej mrukliwie niż zazwyczaj. Rozczochrał rękami rude włosy, które sterczały niby kępki błyskawic, jak gdyby burza już rozszalała.
— A więc!... Chodź!
Chrystian nie ruszył się.
Młynarz podszedł szybko ku niemu i chciał go skarcić policzkiem, ale zapanował nad sobą i zadowolił się tym, że wstrząsnął nim, ująwszy go za ramiona.
— Czy oszalałeś, Chrystianie?
— Nie byłoby to dziwnie... na Boga! — burknął czeladnik.
Młynarz zawahał się nieco. Chrystian jeszcze nigdy nie zachowywał się tak niezwykle. Przemówił teraz do niego spokojniejszym tonem:
— Nie ma ani chwili czasu do stracenia. Burza lada moment znajdzie się nad naszymi głowami.
— Tak, w takim razie musi się pan pośpieszyć, panie majstrze... Ja dziś wieczorem nie pójdę już do młyna.
— Co to znaczy?
— Co to znaczy, dowie się pan sam, kiedy pan pójdzie tam na górę. I może zejdzie pan na dół tak samo prędko jak ja. Spadłem ze schodów i potłukłem kolano tak mocno, że ledwie stoję na nogach.
— Ach, niedorzeczność! Pójdź teraz ze mną! — I młynarz jeszcze raz wstrząsnął go za ramiona.
— Niech pan robi, co pan chce... ja nie pójdę...
— Słuchajże, Chrystianie! — mówił młynarz niemal błagalnym tonem. — Bądźże rozsądny. Trzeba młyn przesunąć o pół obrotu, trzeba zwinąć żagle. Wszak wiesz, że to kosztuje dużo pracy, jeżeli robi to jeden człowiek, nawet w czasie pogody, a cóż dopiero podczas burzy...
— Nic mnie to nie obchodzi! Nie chcę mieć nic wspólnego z tym diabelstwem tam na górze... czemu miałbym narażać życie? To nie ja ich zmiażdżyłem! Nie zamordowałem nikogo!... Niech pan sam!...
Umilkł nagle i ukrył głowę w ramionach, albowiem dziko wykrzywiona twarz młynarza przeraziła go śmiertelnie. „Teraz mnie zabije” — pomyślał. I otwierał już usta, by zawołać: „Już idę z panem!” Ale młynarz odwrócił się, wziął lampkę ze stolika i zapytał spokojnym tonem, jak gdyby nic się nie wydarzyło:
— Czy Anders nie wrócił jeszcze?
— Nie, panie majstrze! — odpowiedział Chrystian i zauważył, uspokajając się, że młynarz wychodzi, zamyka drzwi za sobą i pozostawia go w ciemnościach, rozdzieranych coraz częściej błyskawicami.
Chrystian usiadł z powrotem i pogrążył się w myślach:
„Jak majster spojrzał na mnie?... A niedawno tam, na piętrze żarnowym!... Ale teraz był bardziej zły... gdyby miał coś w ręku, byłby mnie z pewnością zabił... na Boga, z całą pewnością! Prawdopodobnie i tamtych zamordował świadomie! I ja miałbym pójść z nim razem?! Nie poszedłbym nawet z kimś innym... za żadną cenę... a cóż dopiero z nim! Jeżeli naprawdę on to uczynił, to teraz ukręcą mu tam kark na górze. Mój Boże! Taka burza!... W taki czas i upiory szaleją!”
W bramie przejazdu, zazwyczaj przewiewnej, było teraz tak spokojnie, że światło płonęło zupełnie równo jak w izbie, podczas gdy młynarz z pewnym wahaniem otwierał drzwi do młyna. Wydawało się, że natura powstrzymała swój oddech i nasłuchuje, wyczekując czegoś w nerwowym napięciu. Z podwórza odzywało się naszczekiwanie Kara; młynarz przypomniał sobie ową noc, kiedy obaj z leśniczym szli przez pola ku młynowi: od tego czasu nie słyszał tak smutnego skomlenia.
Krótka rozmowa z Chrystianem wprowadziła młynarza w stan strasznego podniecenia. Ostatnie słowa parobka dowodziły, że podejrzenia jeszcze ciągle czają się dokoła niego. Ale nie to najbardziej go niepokoiło w tej chwili, gdy zamknął drzwi za sobą i stał u stóp schodów wiodących na piętra młyna.
Co się działo tam na górze?
Chrystian nie powiedział nic stanowczego, ale właśnie ta niepewność potęgowała grozę. Jakże głupio postąpił, że nie wypytał go dokładnie!
Jakub był niemal gotów postawić światło na schodach i powrócić do mieszkania. Ale natychmiast opanował się: czyż mógł okazać trwogę, a tym bardziej tracić cenne chwile!? Prawdopodobnie, pomyślał, kapią krople jak zwykle, może nieco silniej, a może Pilatus pokazuje nowe sztuki?
I energicznymi krokami wstępował po schodkach — nie tyle z nadmiaru odwagi, jak raczej dlatego, aby nie słyszeć zbyt wyraźnie. Było niezwykle cicho; mechanizm młyna terkotał niezbyt głośno. Gdy stanął na najniższym piętrze, usłyszał odgłos, którego się obawiał. Otarł rękawem zimny pot z czoła. No, nie było to jeszcze najgorzej! Gdyby na piętrze żarnowym kapały krople, to budziłoby to większy niepokój.
„Przejdę prędko przez piętro i nie będę się oglądał” — pomyślał, idąc dalej. Mimo to zatrzymał się w środku schodów i oczyścił knot lampki. Głowa jego znajdowała się właśnie na poziomie piętra żarnowego, słyszał spadanie kropli bardzo wyraźnie — odgłos był ohydny, silniejszy, niż sobie wyobrażał.
Teraz stał już na górze. Była to ta sama, dobrze znana przestrzeń ze złożeniami kamieni, z sześcioma wałami, z niskim pułapem, z którego zwisały liny, zapchana stosami worków i kopcami zboża. Dokoła snuły się blade, upiorne odblaski światła i nieprzeniknione, demoniczne ciemności. Jakub doznawał wrażenia, że przestrzeń ta jest mniejsza niż zazwyczaj. Niewiele kroków dzieliło go od otwartych drzwi!
Tylko najbliższy wał obracał się nierównym ruchem, jak gdyby lada chwila chciał się zatrzymać nieruchomo.
Zaledwie młynarz to dostrzegł, światło zgasło, chociaż powietrze było zupełnie spokojne. Nie odczuwał na twarzy najlżejszego powiewu, natomiast z tyłu zimny prąd zjeżył jego włosy. Nogi zatrzęsły się pod nim. Postąpił szybko parę kroków naprzód, potknął się o zwiniętą linę i upadł na stos worków.
Potem usłyszał tuż obok niby cichy szept i przytłumione śmiechy. Doznał wrażenia, że serce zamiera mu w piersi: rozpoznał głos Lizy! Ten drugi głos był zapewne głosem Jörgena — w każdym razie jej głos rozpoznawał wyraźnie.
Błyskawica rozdzierająca niebo rozproszyła ciemności na piętrze żarnowym i roztoczyła naokół siarczanosiny blask. Gdyby nawet musiał życiem za to zapłacić, młynarz nie zdołał się powstrzymać, by nie spojrzeć w prawą stronę, skąd dźwięk dochodził.
Najpierw nie dojrzał nic innego prócz kamiennego złożenia do mielenia żyta, potem zobaczył poniżej — Pilatusa.
Błyskawica zgasła; piętro żarnowe pogrążyło się w spotęgowanej ciemności — ale Pilatus nie zniknął sprzed jego oczu. Wydawało się, że kot wchłonął przelotne światło w siebie i teraz wypromieniowuje je z powrotem. Fosforyczny blask palił się w każdym włosku jego grubego futra — blask ten oświetlał niewyraźnie złożenie kamienne z przeciwnej drzwiom strony, przez drzwi bowiem wkradały się do wnętrza jeszcze skąpe resztki zmierzchu. Nie tylko to wydawało się dziwne: zachowanie się kota było także całkiem nową sztuką. Wyginał grzbiet, przystawał i poruszał się tak, jak gdyby się o coś ocierał. Młynarz chwycił się liny i przechylił się w przód, aby lepiej widzieć: istotnie, Pilatus ocierał się o coś! Nie mógłby trwać w tej pozycji, przewróciłby się, gdyby nie miał jakiejś podpory. A jednak tam nie było nic. I znowu posłyszał taki sam szept jak poprzednio. Prawdopodobnie samo kocisko wydawało te dźwięki, a tylko w jego uszach zmieniały się one w głos Lizy; Chrystian uległ zapewne podobnemu złudzeniu! Teraz Pilatus wypręża grzbiet, podnosi przednią łapę, wyciąga szyję i kręci szerokim łbem. W ten sposób pieścił się zawsze z Lizą, ocierając się o jej nogi — ale tam nie ma nic prócz powietrza... I istotnie — cóż by tam mogło być?
Poza nim słychać kapanie, plusk niby deszczu spływającego z rynny w kałuże; młynarz rozróżnia każdą ciężko spadającą kroplę. Nawet silny trzask gromu nie może przygłuszyć tego odgłosu.
Ale grom budzi młynarza z odrętwienia i daje mu tyle przynajmniej siły, że może się wyrwać z tego obłędnego koła.
I teraz stoi na zewnątrz, na galeryjce.
Stoi obok kierownicy tak jak owego wieczora i tak jak wtedy powinien ją przekręcić. Ponieważ wiatr wieje mu prosto w twarz — dokładnie jak wówczas — wieje tam, gdzie wiać nie powinien. Kiedy młynarz wyszedł, chwiejąc się na nogach, była jeszcze cisza, a teraz, po upływie paru chwil, szaleje już wiatr. Niesie na swych skrzydłach ryk oddali i bliski szum ogrodu, pędzi przed sobą chmurę białych kwiatowych płatków, które czepiają się brody młynarza lub przylepiają się do pomalowanej smołą drewnianej ściany żarnowego piętra.
Młynarz obraca kierownicę jak szaleniec — obraca tak jak wówczas. Nie uwierzyłby, że potrafi to uczynić — ale namysł nie trwa ani pół sekundy; wprawia w ruch kierownicę, zanim jeszcze dokładnie zdał sobie sprawę z tego, co robi. Jest to jakby piekielna kara, przekleństwo: stać tutaj, obracać kierownicę i mordować po wszystkie czasy! Tak, tak samo wesoło klaskały wówczas żagle, gdy przybliżały się do kierunku wiatru, z takim samym świstem śmigi przecinały powietrze, obracając się coraz gwałtowniej i szybciej. Teraz młynarz jest już częściowo zabezpieczony przed wichrem. Ruch kierownicy utyka — jak wówczas — w połowie drogi, zanim skrzydła zostały należycie nastawione. Wystarczy jednak, by wicher nie mógł w nie z tyłu uderzyć, okoliczności nie sprzyjają temu, by się zajmować zbędną pracą.
Młynarz rozluźnia łańcuch ściskadła, przez chwilę trzyma go w ręku, badając doświadczonym spojrzeniem obrót skrzydeł, potem puszcza łańcuch, biegnie ku śmidze i dociera do niej w chwili, gdy dolna część zatrzymuje się obok galeryjki. Rozwiązuje sznury i zwija dolny szmat żaglowego płótna. Wiatr uspokaja się nieco. Gdy jednak młynarz wdrapuje się teraz na wiązanie śmigi, poczyna dąć z nową siłą, jak gdyby chciał strząsnąć go na ziemię. Na dole błyskawica oświetla dom mieszkalny, za szybami okna ukazują się twarze, spoglądające z przerażeniem na młynarza. Nareszcie i górna część żagla jest już zwinięta i przymocowana. Młynarz schodzi z rusztowania i zdejmuje deski wietrzne.
Teraz musi powrócić na galeryjkę i naciągnąć łańcuch, by skrzydła dokonały pół obrotu.
Poruszają się one teraz znacznie szybciej. Młynarz przeliczył się, zatrzymał skrzydło zbyt wysoko nad galeryjką, musi jeszcze raz wykonać tę pracę. Teraz jednak wicher ma siłę huraganu. Nie tka już śnieżnobiałej szaty z delikatnych płatków kwiatowych, lecz ciska o ścianę piętra żarnowego i o słomiany płaszcz młyna wir liści, słomy i pyłu. Żagiel miota się wściekle i tylko z wielkim trudem udaje się zwinąć go i przywiązać. Wicher wyrywa z rąk młynarza jedną z desek i rzuca ją poza balustradę.
Coraz szybciej huczy grzmot śladem błyskawicy, jak gdyby chciał dogonić swego ognistego zwiastuna. I wydaje się, że niekiedy wychodzi zwycięzcą z tego pościgu — jest to jednak nowa błyskawica, towarzysząca poprzedniemu grzmotowi, albowiem błyska się i grzmi ze wszystkich stron.
Młynarz patrzy w błyskawice, biegając bez tchu po galeryjce między łańcuchem a skrzydłami, rozwiązując liny, zbierając deski lub zawisając na wiązaniu. Czasem płomień razi go wprost w oczy, czasem rozświetla swym blaskiem daleki widnokrąg. To ogniste zygzaki biją w las, to szabliste promienie wystrzeliwują w górę z horyzontu, to znów przebiegają między chmurami, których kontury, podobne górskim szczytom, na przemian ukazują się i znikają.
Nareszcie pozostał już tylko ostatni żagiel.
Młynarz wisi wysoko na wiązaniu. Burza przewiewa go i wygrywa na drewnianej sieci obnażonego wiązania niby na harfie obłąkańczą, jękliwą melodię, monotonnie brzmiącą to wyższymi, to niższymi tonami. Nagle sypie się z góry grad, chłosta go w twarz, oślepia, palce szarpiące twardy węzeł kostnieją, ramię z trudem utrzymuje go na chwiejnym drewnianym rusztowaniu. Podwórze jest bez przerwy rozświetlane błyskawicami, zaledwie jedna pogrąży się w mroku, już świeci druga i nieci jaskrawe łuny. A jednocześnie bliskie i dalekie fale grzmotów zlewają się z sobą, mieszając swe rozmaite odgłosy — to dudnią niby ciężko załadowany wóz, przejeżdżający po kamiennym moście, to huczą jak dalekie armatnie strzały, to trzaskają jak karabinowa salwa, to dźwięczą jak żelazne płyty przetaczane po sobie.
W białej ulewie gradu jaśnieje oślepiające światło, jak gdyby tysiące fioletowych iskier przebiegało pomiędzy gradowymi ziarnkami; ledwie przygaśnie ten blask, huczy grom, jak gdyby niebo było olbrzymią tkaniną, którą z hałasem rozszarpują demony. Masy spadającego gradu są coraz większe. Teraz już nie wyrządzą szkody! Zawiązany ostatni węzeł, przytwierdzony ostatni żagiel, a młynarz schodzi szybko z wiązania skrzydła.
Jedno jeszcze go czeka: musi przejść przez piętro żarnowe.
Podczas ciężkiej pracy, w tej zdrowej walce z żywiołami, kiedy zabezpieczał swój młyn i wypełniał swoje młynarskie obowiązki, zapomniał o strachu i o upiorach. Ale teraz budzą się znowu — czekały na niego przyczajone.
Staje nogami na galeryjce, ziarna gradu trzeszczą pod podeszwami, rozsypują się białymi kupkami na boki. Korpus młyna sterczy potężny i ponury. Po prawej stronie błyska okienko w odblasku dalekiej błyskawicy; wydaje się, że piętro żarnowe spogląda na młynarza upiornym spojrzeniem.
Na dole pod nim dom, wyraźnie się rysujący w oświetleniu długiej, migotliwej błyskawicy. Dom patrzy na młynarza ludzkimi oczyma: w oknach widać twarze, w drzwiach sieni stoi jego narzeczona. Czemuż by nie zakrzyknąć na nich, aby podali drabinę? Tak, ale cóż im później powiedzieć? Jak wytłumaczyć, czemu zwyczajnie nie schodzi po schodach?
Nie, nie, podda się! Dokonał już wszystkiego, teraz stawi czoło tej ostatniej grozie!
Dom zniknął sprzed oczu. Tylko światło lampy posyła mu przez szyby okien krzepiące pozdrowienie właśnie w chwili, gdy zawraca ku wyjściu.
W parę sekund później przestępuje szybko próg żarnowego piętra — i staje jak skamieniały.
Są tam — w odległości paru kroków — na środku jego drogi!...
Jörgen i Liza stoją tam. Ani groźnie, ani uroczyście. Stoją tam w zwykłej pozycji, jak stali zapewne nieraz na tym miejscu. Wydaje się, że nie dostrzegają go nawet. Ona jest ubrana w starą, szarą sukienkę, jaką zazwyczaj nosiła po domu, a młynarz wie, że tak była ubrana, kiedy zginęła. Jörgen krzyczy jej coś do ucha — świadczą o tym tylko poruszenia jego warg — bo żadnego dźwięku nie słychać. Liza przechyla w przód głowę, nasłuchując, a jednocześnie patrzy na Pilatusa, który ociera się o jej nogę.
Kocur błyszczy fosforycznie jak poprzednio, oni oboje błyszczą także — a może to tylko błyskawice?
Teraz Liza podnosi powoli głowę.
W uśmiechu uwypuklają się wyraźnie dołki na brodzie i na policzkach. Usta śmieją się, a czerwona górna warga odsłania wielkie przednie zęby. Powoli odsłania się powieka i na młynarza pada spojrzenie...
Młynarz odskakuje w tył.
W tej samej chwili znika wszystko — nie w mrokach lecz w jasności — w huczącej, gromowej fali światła. Młynarz odczuwa cios w piersi — potem wszystko, nawet światło, ginie gdzieś, rozpływa się.