Ciepły grudzień
Ani i Jurkowi
„jastrząb kwilił, co rozwścieczało psy.
krzesło w rzece. kry”.
Tu szedłem, a tam dosłownie
leżałem pod brukiem, pod pianą liści
bitą na asfalcie: oddech ziemi
strofował mnie, naprowadzał —
zaczynały się schody, korytarze.
Tak się leży, tak układa,
wyrównuje oddechy ze wszech stron —
w sobie. Tak się widzi kroki
od spodu, przeczuwa podeszwy; podejrzany
wiatr. W zajezdni dużo flag.
Trochę szedłem, ale coraz bardziej
obraz zachodził w głąb. Zachodziłem,
zaszedłem, stoję nad otwartą
myślą: w notatniku zaciskał się
rząd, gwar brył. I sny.
Kręto, przestrzennie, lustrzanie.
***
Jak igła do zszywania owiec
lśni w szronie wieża kościoła w Głuszycy
i są jagnięta na wzgórzach
zziębnięte, zdziwione.
Więc to ty jesteś, świecie.
o którym tyle szeptano we krwi.
I trzeba skubać to szare, szkliste.
Białe strumykami w dół, będzie pluskać.
Czarne, okopcone sunie
po wiadukcie. Koń przejechał.
Skąd wiem, że koń? Każdy widzi
dwukółkę, bat, parujący asfalt.