Rozdział drugi. Metafizyka ekonomii politycznej

I. Metoda

Oto jesteśmy w Niemczech. Nie przestając mówić o ekonomii politycznej, zajmiemy się teraz metafizyką. I w tym także pójdziemy tylko w ślad za „sprzecznościami” p. Proudhona. Przed chwilą zmuszał nas do mówienia po angielsku, do stania się po trosze Anglikami. Teraz scena się zmienia. P. Proudhon przenosi nas do naszej drogiej ojczyzny i zmusza nas, byśmy, mimo swej woli, stali się Niemcami.

Jeśli Anglik przemienia ludzi w kapelusze, to Niemiec przerabia kapelusze w idee. Anglik — to Ricardo, bogaty bankier i znany ekonomista; Niemiec — to Hegel94, zwykły profesor filozofii uniwersytetu berlińskiego.

Ludwik XV, ostatni król z władzą nieograniczoną i przedstawiciel upadku monarchii francuskiej, miał przybocznego lekarza, który był pierwszym ekonomistą Francji. Ten lekarz-ekonomista reprezentował bliski i pewny tryumf francuskiej burżuazji. Doktor Quesnay95 uczynił z ekonomii politycznej naukę i streścił ją w swym sławnym Tableau economique. Oprócz tysiąca komentarzy do tej pracy, które się następnie ukazały, mamy jeden napisany przez samego doktora. Jest to L’analise du Tableau economique, opatrzony „siedmioma ważnymi uwagami”.

P. Proudhon jest drugim doktorem Quesnayem. Jest Quesnayem metafizyki ekonomii politycznej.

Otóż metafizyka, jak i cała filozofia streszcza się, według Hegla, w metodzie. Trzeba nam zatem postarać się o wyjaśnienie metody p. Proudhona, która jest co najmniej równie ciemna jak Tableau economique. Z tego więc powodu uczynimy siedem mniej lub więcej ważnych uwag. Jeżeli doktor Proudhon nie będzie zadowolony z naszych uwag, to może przyjąć na siebie rolę księdza Baudeau96 i sam nam dać „wyjaśnienie metody ekonomiczno-metafizycznej”.

Uwaga pierwsza

„Nie mamy zamiaru kreślić historii według porządku czasu, ale według następstwa myśli. Fazy czy kategorie ekonomiczne przejawiają się już to równocześnie, już to w porządku odwróconym. Niemniej jednak teorie ekonomiczne mają swoje następstwo logiczne i swój uszeregowany związek w umyśle; i pochlebiamy sobie, żeśmy ten właśnie porządek odkryli” (Proudhon, t. I, str. 146).

Widocznie p. Proudhon chciał nastraszyć Francuzów, rzucając im w oczy te quasi-heglowskie frazesy. Mamy zatem do czynienia z dwoma ludźmi, najpierw z p. Proudhonem, potem z Heglem. Czym różni się p. Proudhon od innych ekonomistów? Jaką rolę odgrywa Hegel w ekonomii politycznej p. Proudhona?

Ekonomiści przedstawiają stosunki burżuazyjnej produkcji, podział pracy, kredyt, pieniądze itd. jako kategorie niezmienne, niewzruszone, wieczne. P. Proudhon, mając już dane te kategorie całkiem gotowe, chce nam wyjaśnić proces powstawania i formowania się tych kategorii, zasad, praw, idei, myśli.

Ekonomiści tłumaczą nam, jak odbywa się produkcja w danych stosunkach, ale nie tłumaczą nam, jak te stosunki powstają, to jest nie tłumaczą ruchu historycznego, który je zrodził. P. Proudhon, przyjąwszy te stosunki za zasady, kategorie, myśli abstrakcyjne, ma tylko wprowadzić porządek do tych myśli, które znajduje się alfabetycznie ułożone na końcu każdego traktatu z ekonomii politycznej. Przedmiotem badań ekonomistów jest czynne i twórcze życie człowieka, przedmiotem badań p. Proudhona są dogmaty ekonomistów. Jednak od chwili, kiedy się nie bierze pod uwagę rozwoju historycznego stosunków produkcji, których kategorie są tylko wyrazem teoretycznym, kiedy widzi się w tych kategoriach tylko idee, samorzutne myśli, niezależne od rzeczywistych stosunków, jest się zmuszonym przyznać, iż źródłem tych myśli jest ruch czystego rozumu. Jakim sposobem czysty, wieczny, nieosobowy rozum mógł zrodzić te myśli? Jak on je wytwarza?

Gdybyśmy posiadali nieustraszoność p. Proudhona względem heglizmu, powiedzielibyśmy: rozum odróżnia się w samym sobie od samego siebie. Co to ma znaczyć? Rozum nieosobowy, nie mając na zewnątrz siebie ani gruntu, na którym mógłby stanąć, ani przedmiotu, któremu mógł by się przeciwstawić, ani też przedmiotu, z którym mógłby się zestawić, widzi się zmuszonym zrobić przewrotkę, stawiając samego siebie, przeciwstawiając się samemu sobie i zestawiając się ze sobą — co, używając terminów greckich, wyrazi się przez tezę, antytezę i syntezę. Dla tych, którzy nie znają języka heglowskiego, przytoczymy sakramentalną formułę: twierdzenie, przeczenie, przeczenie przeczenia. Oto, co znaczy umieć mówić. Wprawdzie to nie hebrajszczyzna, z przeproszeniem p. Proudhona, lecz jest to język tego czystego rozumu, oderwanego od jednostki. Zamiast zwykłej jednostki ze zwykłym sposobem mówienia i myślenia mamy tu tylko taki zwykły najczystszy sposób, ale bez osoby.

Czyż można się dziwić, że wszystko, co jest w ostatnim stopniu abstrakcji — bo mamy tu do czynienia z abstrakcją, a nie analizą — przedstawia się pod postacią kategorii logiki? Czy można się dziwić, że usuwając stopniowo wszystko, co stanowi o indywidualności domu, abstrahując od materiałów, z których się składa, od formy, która go odróżnia, otrzymamy tylko pewne ciało; że abstrahując ciało od jego granic, otrzymamy tylko przestrzeń; że abstrahując na koniec przestrzeń od jej rozmiarów, otrzymamy ilość samą w sobie, kategorię logiczną? Abstrahując w ten sposób od każdego przedmiotu, od wszystkich rzekomych przypadkowych własności, ożywionych lub nieożywionych, ludzi lub rzeczy, możemy powiedzieć, że w najwyższej abstrakcji jako substancja pozostają tylko kategorie logiki. Tak też metafizycy, wywodząc abstrakcyjne pojęcia, wyobrażają sobie, że analizują, a w miarę oddalania się od przedmiotów, wyobrażają sobie, że się zbliżają do ich zrozumienia; metafizycy mają w takim razie rację, utrzymując, że rzeczy tu na ziemi są haftem, kanwę którego tworzą kategorie logiki. Oto tym odróżnia się filozof od chrześcijanina. Chrześcijanin, wbrew logice, ma jedno wcielenie Logosu; filozof ma ich bez końca. Czyż zadziwi zatem kogokolwiek, że wszystko, co istnieje, co żyje na ziemi, w wodzie, może mocą abstrakcji zostać sprowadzone do kategorii logicznej, że w ten sposób cały świat rzeczywisty może utonąć w świecie abstrakcji, w świecie kategorii logicznych?

Wszystko, co istnieje, co żyje na ziemi i w wodzie, istnieje tylko dzięki pewnemu ruchowi. I tak ruch historii wytwarza stosunki społeczne, ruch przemysłowy daje nam wytwory przemysłowe itd.

Jak za pomocą abstrakcji przemieniliśmy wszystko w kategorię logiczną, tak samo możemy abstrahować od wszelkiej wyróżniającej własności różne ruchy, aby otrzymać ruch abstrakcyjny, ruch czysto formalny, czysto logiczną formułę ruchu. Jeśli substancję każdej rzeczy widzi się w kategorii logicznej, to można sobie wyobrazić, że w formule logicznej ruchu znalazło się absolutną metodę, która nie tylko wyjaśnia każdą rzecz, ale zawiera w sobie ruch każdej rzeczy.

O tej właśnie metoda absolutnej Hegel wyraża się tymi słowy: „Metoda to siła absolutna, jedyna, najwyższa, nieskończona, której nic nie jest w stanie się oprzeć, jest to dążenie rozumu do odnalezienia i poznania siebie w każdej rzeczy” (Logika, t. III). Gdy sprowadzi się każdą rzecz do kategorii logicznej, każdy ruch, każdy akt produkcji sprowadzi się do metody, z tego wynika naturalnie, że całość produktów i produkcji, przedmiotów i ruchu sprowadza się do metafizyki stosowanej. To, co Hegel zrobił dla religii, prawa itd., p. Proudhon stara się uczynić dla ekonomii politycznej.

Czym jest zatem ta metoda absolutna? Abstrakcją ruchu. Czym jest abstrakcja ruchu? Ruchem w stanie abstrakcyjnym. Czym jest ruch w stanie abstrakcyjnym? Czysto logiczną formułą ruchu, czyli ruchem czystego rozumu. Na czym polega ruch czystego rozumu? Na tym, że stawia on sam siebie, przeciwstawia się samemu sobie i zestawia się z samym sobą, że formułuje się jako teza, antyteza i synteza, albo na tym na koniec, że stwierdza siebie, przeczy sobie, przeczy swemu przeczeniu.

Co czyni rozum, aby stwierdzić siebie, aby wyrazić siebie jako pewną określoną kategorię? To już sprawa samego rozumu i jego apologetów.

Skoro już raz rozum postawi samego siebie jako tezę, wówczas ta teza, ta myśl przeciwstawia się sobie samej, rozdwaja się na dwie myśli sprzeczne, twierdzenie i przeczenie, tak i nie. Walka tych dwóch przeciwnych żywiołów, zawartych w antytezie, tworzy ruch dialektyczny. Tak staje się nie, nie staje się tak, tak staje się jednocześnie tak i nie, nie staje się jednocześnie nie i tak, przeciwieństwa się równoważą, neutralizują, znoszą się. Zlanie się z sobą tych dwóch sprzecznych myśli tworzy myśl nową — ich syntezę. Ta nowa myśl rozdwaja się znowu na dwie myśli sprzeczne, które zlewają się znów w nową syntezę. Rezultatem tej pracy jest grupa myśli. Ta grupa myśli przechodzi taki sam ruch dialektyczny jak prosta kategoria i ma jako antytezę grupę sobie sprzeczną. Z tych dwóch grup myśli rodzi się nowa grupa myśli, która jest ich syntezą.

Jak z ruchu dialektycznego prostych kategorii powstaje grupa, tak z ruchu dialektycznego grup powstaje seria, a z ruchu dialektycznego serii powstaje cały system.

Zastosujmy tę metodę do kategorii ekonomii politycznej, a będziemy mieli logikę i metafizykę ekonomii politycznej, albo, innymi słowy, będziemy mieli znane wszystkim kategorie ekonomiczne, przełożone na mało znany język, który nadaje im taki pozór, jakby świeżo wylęgły się w głowie będącej czystym rozumem, tak te kategorie zdają się rodzić jedne z drugich, łączyć się i splatać przez samą pracę ruchu dialektycznego. Niech się czytelnik nie przestrasza tej metafizyki z całym jej rusztowaniem kategorii, grup, serii i systemów. P. Proudhon mimo wielkiego trudu, który podjął, żeby wznieść się na wysokość systemu sprzeczności, ani razu zdołał wznieść się wyżej niż na dwa pierwsze stopnie prostej tezy i antytezy, a i tu doszedł zaledwie dwa razy, i to raz spadł na wznak.

Dotąd wyłożyliśmy tylko dialektykę Hegla. Zobaczymy później, jak się udało p. Proudhonowi sprowadzić ją do możliwie marnych rozmiarów. Tak więc dla Hegla wszystko, co się działo i co się dzieje, jest właśnie tym, co się dzieje w jego własnym umyśle. Zatem filozofia historii nie jest niczym innym jak tylko historią filozofii, jego własnej filozofii. Nie ma już „historii według porządku czasu”, jest tylko „następstwo myśli w rozumie”. Zdaje mu się, że buduje świat ruchem myśli, gdy tymczasem tylko systematycznie przebudowuje i porządkuje według absolutnej metody myśli, które się znajdują w głowie każdego człowieka.

Uwaga druga

Kategorie ekonomiczne są tylko wyrażeniami teoretycznymi, abstrakcjami społecznych stosunków produkcji. P. Proudhon, jako prawdziwy filozof, biorąc rzeczy na odwrót, widzi w realnych stosunkach tylko wcielenia tych zasad, tych kategorii, które drzemały, według p. Proudhona-filozofa, w łonie „nieosobowego rozumu ludzkości”.

P. Proudhon-ekonomista zrozumiał bardzo dobrze, że ludzie wyrabiają sukno, płótno, tkaniny jedwabne w pewnych określonych stosunkach produkcji. Ale nie zrozumiał, że te określone stosunki społeczne są tak samo wytworem ludzkim, jak płótno, len itd. Stosunki społeczne są ściśle związane z siłami wytwórczymi. Zdobywając nowe siły wytwórcze, ludzie zmieniają sposób produkcji, a zmieniając sposób produkcji, sposób zarabiania na życie, zmieniają swoje stosunki społeczne. Żarna dadzą nam społeczeństwo z panem feudalnym na czele, młyn parowy — społeczeństwo z kapitalistą przemysłowcem.

Ci sami ludzie, którzy układają stosunki społeczne zgodnie ze sposobem produkcji materialnej, tworzą także zasady, idee, kategorie odpowiednio do swoich stosunków społecznych.

Zatem te idee, te kategorie są tak mało wieczne, jak stosunki, które te idee wyrażają, są produktami historycznymi i przemijającymi.

Istnieje ciągły ruch wzrostu w siłach wytwórczych, burzenia stosunków społecznych, tworzenia się idei; niezmienna jest tylko abstrakcja ruchu — mors immortalis97.

Uwaga trzecia

Stosunki produkcji całego społeczeństwa stanowią jedną całość. P. Proudhon rozpatruje stosunki ekonomiczne jako tyleż faz społecznych rodzących jedna drugą, wynikających jedna z drugiej jak antyteza z tezy i realizujących w swoim logicznym następstwie nieosobowy rozum ludzkości.

Jedyna niedogodność tej metody polega na tym, że p. Proudhon, przystępując do badania jednej z tych faz, nie może jej wyjaśnić bez uciekania się do wszystkich innych stosunków społecznych, stosunków, których jednak jeszcze nie zdążył wytworzyć przez swój ruch dialektyczny. Kiedy następnie p. Proudhon z pomocą czystego rozumu przechodzi do tworzenia innych faz, poczyna sobie z nimi jak z nowo narodzonymi dziećmi, zapomina, że one są w takim wieku, jak i pierwsze.

Tak więc, aby dojść do ukonstytuowania wartości, która jest dla niego podstawą wszelkiego rozwoju ekonomicznego, nie mógł się obejść bez podziału pracy, konkurencji itd. Jednakże w serii, w rozumie p. Proudhona, w logicznym następstwie te stosunki wcale jeszcze nie istniały.

Wznosząc z pomocą kategorii ekonomii politycznej gmach systemu ideologicznego, rozrywa się członki systemu społecznego. Zmienia się różnorodne członki społeczeństwa w tyleż oddzielnych społeczeństw, następujących jedne po drugich. Bo w rzeczy samej, jak sama tylko formuła logiczna ruchu, następstwa, czasu może wytłumaczyć ustrój społeczny, w którym wszystkie stosunki jednocześnie współistnieją i wzajemnie się wspierają?

Uwaga czwarta

Zobaczmy teraz, jakie zmiany w dialektyce Hegla porobił p. Proudhon, stosując ją do ekonomii politycznej.

Dla p. Proudhona każda kategoria ekonomiczna ma dwie strony: dobrą i złą. Zapatruje się on na kategorie tak, jak drobnomieszczanin zapatruje się na wielkich ludzi w historii. Napoleon to wielki człowiek, zrobił wiele dobrego, ale także i wiele złego. Dobra i zła strona, korzyści i niedogodności, wzięte razem, tworzą, według p. Proudhona, sprzeczność w każdej kategorii ekonomicznej.

Zadanie do rozwiązania: zachować dobrą stronę, a usunąć złą.

Niewolnictwo jest kategorią ekonomiczną jak każda inna. Zatem i ono ma swoje dwie strony. Pozostawmy na boku złą jego stronę, a mówmy tylko o dobrej. Rozumie się, że mowa tu tylko o prawdziwym niewolnictwie, o niewolnictwie czarnych w Surinamie, w Brazylii, w południowych stanach Ameryki Północnej.

Niewolnictwo takie jest osią burżuazyjnego przemysłu tak samo jak maszyny, kredyt itd. Bez niewolnictwa nie byłoby bawełny, bez bawełny nie byłoby nowoczesnego przemysłu. Niewolnictwo nadało wartość koloniom, kolonie stworzyły handel światowy, handel światowy to warunek wielkiego przemysłu. Niewolnictwo zatem jest kategorią ekonomiczną najwyższej wagi.

Bez niewolnictwa Ameryka Północna, kraj najbardziej postępowy, zamieniłaby się w kraj patriarchalny98. Wykreślcie Amerykę Północną z mapy świata, a będziecie mieli anarchię, zupełny upadek handlu i nowoczesnej cywilizacji. Znieście niewolnictwo, a wymażecie Amerykę z mapy narodów.

Ponieważ niewolnictwo jest kategorią ekonomiczną, istniało ono zawsze w instytucjach ludów. Narody nowożytne w swoich własnych krajach potrafiły maskować niewolnictwo, ale Ameryce narzuciły je otwarcie.

Co pocznie p. Proudhon, aby ocalić niewolnictwo? Postawi zadanie: zachować dobrą stronę tej kategorii ekonomicznej, a usunąć złą.

Hegel nie stawia zadań. Ma tylko dialektykę. P. Proudhon z dialektyki Hegla przyswoił sobie tylko język. Jego ruch dialektyczny to dogmatyczne odróżnianie dobrego od złego.

Weźmy na chwilę samego p. Proudhona jako kategorię. Zbadajmy jego złą i dobrą stronę, jego zalety i wady.

Jeśli ma on nad Heglem tę przewagę, że stawia zadania, które stara się rozwiązać dla największego dobra ludzkości, to ma też tę wadę, że jest zupełnie niezdolny do dialektycznego tworzenia nowej kategorii. Tym, co stanowi ruch dialektyczny, jest współistnienie dwóch stron sprzecznych, ich walka i zlanie się w nową kategorię. Przez samo to, że stawiamy sobie za zadanie usunąć złą stronę, wykluczamy możność ruchu dialektycznego. To nie kategoria stawia się tutaj i przeciwstawia sobie samej przez swą sprzeczną naturę, to p. Proudhon, który się męczy, irytuje i miota między dwiema stronami kategorii.

Wpadłszy w ten sposób w ślepy zaułek, z którego trudno się wydostać legalnymi środkami, p. Proudhon robi nadzwyczajny wysiłek i zdobywa się na skok, który go od razu przenosi do nowej kategorii. Wtedy przed jego zdziwionymi oczyma odkrywa się seria w rozumie.

Bierze on pierwszą lepszą kategorię i samowolnie przypisuje jej zdolność usuwania niedogodności z tej kategorii, z której chce usunąć złe strony. I tak podatki, jeśli mamy wierzyć p. Proudhonowi, usuwają niedogodności monopolu, bilans handlowy znosi złe strony podatków, a własność gruntowa — złe strony kredytu.

Biorąc kolejno kategorie ekonomiczne jedną po drugiej i robiąc z jednej antidotum przeciw drugiej, p. Proudhon dochodzi do tego, że z tej mieszaniny sprzeczności i antidotów na sprzeczności układa aż dwa tomy sprzeczności, którym słusznie daje tytuł: System sprzeczności ekonomicznych99.

Uwaga piąta

„W rozumie absolutnym wszystkie te idee... są równie proste i ogólne. W rzeczywistości dochodzimy do nauki tylko z pomocą pewnego rodzaju rusztowania wzniesionego z naszych myśli. Lecz prawda sama w sobie jest niezależna od tych figur dialektycznych i wolna od kombinacji naszego umysłu” (Proudhon, t. II, str. 97).

Oto nagle przy pomocy pewnego rodzaju ruchu kołowego, którego sekret obecnie znamy, metafizyka ekonomii politycznej stała się iluzją. Nigdy p. Proudhon nie wypowiedział większej prawdy. To rzecz pewna, że z chwilą kiedy proces dialektycznego ruchu sprowadza się do zwyczajnego procesu przeciwstawiania złego dobremu, do stawiania zadań w celu usunięcia złego i do wystawiania jednej kategorii jako antidotum na drugą, kategorie tracą swą samorzutność, idea już nie funkcjonuje, nie ma w sobie życia, ani stawia sama siebie, ani się też nie rozkłada się na nowe kategorie. Następstwo kategorii stało się pewnego rodzaju rusztowaniem. Dialektyka już nie jest ruchem absolutnego rozumu. Nie ma już dialektyki, jest co najwyżej czysta moralność.

Kiedy p. Proudhon mówił o serii w rozumie, o logicznym następstwie kategorii, zaznaczał, że nie chce nam dawać historii według porządku czasu, to jest, zdaniem p. Proudhona, według tego następstwa historycznego, w którym kategorie się przejawiały. Wszystko to dla niego działo się w czystym eterze rozumu. Wszystko powinno było z tego eteru wypływać za pomocą dialektyki. Teraz, kiedy w praktyce trzeba użyć tej dialektyki, rozum odmawia mu posłuszeństwa. Dialektyka p. Proudhona robi fałszywy skok ku dialektyce Hegla i oto p. Proudhon jest zmuszony przyznać, że porządek, w jakim nam daje kategorie ekonomiczne nie jest porządkiem, w jakim one powstają jedna z drugiej. Rozwój ekonomiczny nie jest rozwojem samego rozumu.

Cóż więc daje nam p. Proudhon? Czy historię rzeczywistą, czyli, w jego mniemaniu, następstwo, według którego kategorie przejawiały się w porządku czasowym? Nie. Czy historię, jak ona zachodzi w samej idei? Bynajmniej. Nie daje więc ani ich zwykłej, ani ich świętej historii.

Jaką w takim razie historię nam daje? Historię swych własnych sprzeczności. Zobaczmy, jak idą te sprzeczności i jak ciągną za sobą p. Proudhona.

Przed rozpoczęciem tego badania, które będzie przedmiotem szóstej ważnej uwagi, zrobimy jeszcze jedną, mniej ważną.

Przypuśćmy wraz z p. Proudhonem, że rzeczywista historia, historia według porządku czasu jest następstwem historycznym, w którym przejawiały się idee, kategorie, zasady.

Każda zasada miała swój wiek, w którym występowała: np. zasada władzy miała wiek XI, a zasada indywidualizmu wiek XVIII. Z tego wynika, że wiek należał do zasady, a nie zasada do wieku. Innymi słowy, zasada stwarza historię, a nie historia zasadę. Jeżeli dla ocalenia tak zasady, jak i historii, zapytamy, czemu taka to zasada przejawiła się w XI lub XVIII, a nie innym wieku, to będziemy zmuszeni zbadać szczegółowo, jacy byli ludzie w XI, a jacy w XVIII wieku, jakie były ich potrzeby, jakie siły wytwórcze, sposób produkcji, surowce do produkcji, na koniec jakie były stosunki ludzi, z których wynikały wszystkie te warunki istnienia. Zgłębić wszystkie te kwestie, czyż nie jest to napisać rzeczywistą, zwykłą historię ludzi każdego wieku, przedstawiając ich zarazem jako aktorów i autorów swego własnego dramatu? Ale od chwili przedstawienia ludzi jako autorów i aktorów ich własnej historii, okrężną drogą przybyliśmy do prawdziwego punktu wyjścia, ponieważ porzuciliśmy wieczne zasady, z których wyszliśmy z początku.

P. Proudhon nie posunął się nawet na tyle tą boczną ścieżką, którą kroczy ideolog, aby się dostać na wielką drogę historii.

Uwaga szósta

Pójdźmy za p. Proudhonem tą boczną ścieżką.

Przypuśćmy, że stosunki ekonomiczne, rozpatrywane jako niezmienne prawa, wieczne zasady, kategorie idealne, istniały przed czynnymi, działającymi ludźmi, przypuśćmy, że te prawa, te zasady, te kategorie drzemały od początku czasu „w nieosobowym rozumie ludzkości”. Widzieliśmy, że ze wszystkimi tymi niezmiennymi, niewzruszonymi wiecznościami nie ma historii, co najwyżej mamy historię w idei, czyli historię, która się odbija w dialektycznym ruchu czystego rozumu. P. Proudhon, mówiąc, że w ruchu dialektycznym idee już się nie różnicują, wymazał cień ruchu i ruch cieni, za pomocą których można by było jeszcze stworzyć chociaż jakiś pozór historii. Zamiast tego przypisuje on historii swoją własną bezsilność. Obwinia wszystko, nawet język francuski. „Wyrażenie, że coś powstaje, tworzy się, nie jest dokładne — mówi p. Proudhon-filozof — w cywilizacji, jak we wszechświecie, wszystko istnieje, wszystko działa od wieków. To samo dzieje się i w ekonomii społecznej” (t. II, str. 102).

Siła wytwórcza sprzeczności, które działają i każą p. Proudhonowi działać, jest tak wielka, iż chcąc wytłumaczyć historię, zmuszony jest jej zaprzeczyć, iż chcąc wytłumaczyć kolejne pojawianie się stosunków społecznych, zaprzecza, aby cokolwiek mogło się pojawiać, iż chcąc wytłumaczyć produkcję ze wszystkimi jej fazami, zaprzecza, aby cokolwiek mogło być wytwarzane.

I tak dla p. Proudhona nie istnieje ani historia, ani następstwo myśli, a jednak jego książka wciąż istnieje, i ona właśnie jest, według jego wyrażenia, „historią według kolejności idei”. Jak odnaleźć formułę — bo p. Proudhon jest człowiekiem formuł — która pozwala jednym susem przeskoczyć wszystkie te sprzeczności?

W tym celu wynalazł on nowy rozum, który nie jest ani rozumem absolutnym, czystym i dziewiczym, ani też zwykłym rozumem ludzi czynnych i działających w różnych wiekach, ale rozumem szczególnym, rozumem społeczeństwa-osoby, podmiotu-ludzkości, który pod piórem p. Proudhona występuje czasami także jako „geniusz społeczny”, „rozum powszechny” i w końcu jako „rozum rodzaju ludzkiego”. Ten rozum, przystrojony tyloma nazwami, zdradza się jednak co chwila jako indywidualny rozum p. Proudhona ze swoimi dobrymi i złymi stronami, ze swymi antidotami i zadaniami.

„Rozum ludzki nie stwarza prawdy”, ukrytej w głębokościach absolutnego, wiecznego rozumu. Może ją tylko odkryć. Ale prawdy dotąd odkryte są niezupełne, niewystarczające, a zatem i sprzeczne. Kategorie ekonomiczne, które są prawdami odkrytymi, odsłoniętymi przez rozum ludzki, przez geniusz społeczny, są również niezupełne i noszą w sobie zarodek sprzeczności. Przed p. Proudhonem geniusz społeczny widział tylko przeciwstawne sobie żywioły, a nie syntetyczną formułę, ukryte, tak żywioły, jak i formuła, jednocześnie w absolutnym rozumie. A ponieważ stosunki ekonomiczne urzeczywistniają na ziemi te niewystarczające prawdy, te niezupełne kategorie, te sprzeczne pojęcia, zatem są sprzeczne same w sobie, posiadają dwie strony, złą i dobrą.

Odkryć prawdę zupełną, pojęcie w całej pełni, formułę syntetyczną, która by zniosła antynomię — oto zadanie geniusza społecznego. To nam także tłumaczy, dlaczego w iluzji p. Proudhona tenże geniusz społeczny był popychany od jednej kategorii do drugiej i nie mógł, mimo całej baterii kategorii, wyrwać Bogu, absolutnemu rozumowi, żadnej formuły syntetycznej.

„Najpierw społeczeństwo (geniusz społeczny) ustanawia pierwszy fakt, pierwszą hipotezę... prawdziwą antynomię, której przeciwne sobie rezultaty rozwijają się w ekonomii politycznej w taki sam sposób, w jaki wnioski z tej antynomii mogły być wyprowadzone w rozumie; tak, że ruch przemysłowy, postępując we wszystkim za dedukcją idei, dzieli się na dwa kierunki, jeden — skutków pożytecznych, drugi — szkodliwych... Aby harmonijnie ukonstytuować tę dwustronną zasadę i aby rozwiązać tę antynomię, społeczeństwo tworzy drugą, za nią trzecią, i taka będzie droga geniuszu społecznego, dopóki nie wyczerpią się wszystkie jego sprzeczności — przypuszczam, ale to nie jest dowiedzione, że sprzeczność w ludzkości będzie miała swój kres — i geniusz powróci jednym skokiem do swoich dawnych założeń i rozwiąże w jednej formule wszystkie swoje zadania” (t. I, str. 135).

Jak przedtem antyteza przemieniła się w antidotum, tak teraz teza staje się hipotezą. Ta zmiana wyrażeń u p. Proudhona już nas nie zadziwia. Rozum ludzki, bynajmniej nie czysty, lecz ograniczony bardzo ciasnym widnokręgiem, spotyka na każdym kroku nowe zadanie do rozwiązania. Każda nowa teza, którą odkrywa w absolutnym rozumie i która jest przeczeniem pierwszej tezy, staje się dla niego syntezą, którą przyjmuje naiwnie jako rozwiązanie danego zadania. Tak to męczy się ten rozum w ciągle nowych sprzecznościach, dopóki nie znajdzie się u ich końca i nie spostrzeże, że wszystkie jego tezy i syntezy są tylko sprzecznymi hipotezami. W swoim zakłopotaniu „rozum ludzki, geniusz społeczny jednym skokiem powraca do swoich dawnych założeń i jedną formułą rozwiązuje wszystkie swe zadania”. Ta jedyna formułka, powiedzmy mimochodem, stanowi prawdziwe odkrycie p. Proudhona. Jest nią wartość ukonstytuowana.

Hipotezy stawia się tylko w pewnym określonym celu. Celem, który sobie postawił na pierwszym miejscu geniusz społeczny, przemawiający przez usta p. Proudhona, jest usunięcie zła z każdej kategorii ekonomicznej, a zachowanie jej stron dodatnich. Dla niego dobrem, najwyższym dobrem, prawdziwie praktycznym celem jest równość. A dlaczego geniusz społeczny przekłada równość nad nierówność, braterstwo, katolicyzm albo jakąś inną zasadę? Ponieważ „ludzkość urzeczywistniła jedną po drugiej tyle oddzielnych hipotez, mając na widoku jedną, najwyższą hipotezę”, a tą jest właśnie równość. Innymi słowy: dlatego że równość jest ideałem p. Proudhona. Wyobraża on sobie, że podział pracy, kredyt, warsztat, że wszystkie ekonomiczne stosunki zostały wynalezione tylko w tym celu, aby przynieść korzyść równości, a jednak ostatecznie przynosiły jej zawsze szkodę. Ponieważ historia i fikcja p. Proudhona sobie przeczą, z tego on wnioskuje, że jest sprzeczność. Jeżeli jest tu sprzeczność, tylko między jego idée fixe100 a rzeczywistym ruchem historycznym.

Odtąd dobrą stroną ekonomicznego stosunku jest ta, która umacnia równość, złą zaś ta, która jej przeczy, a umacnia nierówność. Każda nowa kategoria jest hipotezą geniusza społecznego wytworzoną w celu usunięcia nierówności zrodzonej przez poprzednią hipotezę. Jednym słowem, równość jest pierwotną intencją, mistycznym dążeniem, opatrznościowym celem, który geniusz społeczny ma ciągle przed oczami, obracając się w kółku sprzeczności ekonomicznych. Tak więc Opatrzność jest lokomotywą, która porusza szybciej bagaż ekonomiczny p. Proudhona niż jego czysty i lotny rozum. P. Proudhon poświęcił Opatrzności cały rozdział, następujący po rozdziale o podatkach.

Opatrzność, cel opatrznościowy — oto wielkie słowo, którym się posługują dzisiaj dla wytłumaczenia biegu historii. W rzeczywistości nic ono nie tłumaczy. Jest to co najwyżej forma deklamatorska, sposób, jak wiele innych, omawiania faktów.

Wiadomo, że w Szkocji własność ziemska zyskała na wartości dzięki rozwojowi przemysłu angielskiego. Przemysł ten otworzył nowe rynki dla wełny. Ażeby produkować wełnę na wielką skalę, trzeba było przemienić pola orne w pastwiska. Aby dokonać tej przemiany, trzeba było skoncentrować własność. Aby skoncentrować własność, trzeba było znieść drobne fermy, wypędzić tysiące dzierżawców z ich rodzinnych pieleszy, a na ich miejsce postawić kilku pasterzy, czuwających nad milionami owiec. Zatem wskutek tych kolejnych zmian własność ziemska w Szkocji spowodowała wypędzenie ludzi przez owce. Powiedzcie teraz, że celem opatrznościowym instytucji własności ziemskiej w Szkocji było wypędzenie ludzi przez owce, a będziecie mieli fakt historii opatrznościowej.

Oczywiście, dążenie do równości jest cechą naszego stulecia. Powiedzieć teraz, że wszystkie poprzednie wieki ze swymi zupełnie różnymi potrzebami, środkami produkcji itd. pracowały opatrznościowo nad urzeczywistnieniem równości, to znaczy przede wszystkim podstawiać środki i ludzi naszego stulecia w miejsce środków ludźmi minionych stuleci i zapoznawać ten ruch historyczny, w którym kolejne pokolenia przetwarzały rezultaty osiągnięte przez poprzednie pokolenia. Ekonomiści wiedzą bardzo dobrze, że ta sama rzecz, która dla jednego była materiałem obrobionym, dla drugiego jest tylko surowcem do nowej produkcji.

Przypuśćmy, jak to czyni p. Proudhon, że geniusz społeczny wytworzył, albo raczej zaimprowizował panów feudalnych w opatrznościowym celu przemiany chłopów poddanych w odpowiedzialnych i równych między sobą robotników, a będziemy mieli podstawienie celów i osób godne tej Opatrzności, która w Szkocji ukształtowała własność ziemską, aby sobie zrobić złośliwą przyjemność wypędzenia ludzi przez barany.

Ale ponieważ p. Proudhon obchodzi się tak czule z Opatrznością, odsyłamy go więc do Historii ekonomii politycznej p. Villeneuve-Bargemont101, który także dąży do opatrznościowego celu. Tylko ten jego cel to nie równość, to katolicyzm.

Uwaga siódma i ostatnia

Ekonomiści mają szczególny sposób postępowania. Istnieją dla nich tylko dwa rodzaje instytucji: jedne sztuczne, drugie naturalne. Instytucje feudalizmu są instytucjami sztucznymi, burżuazyjne — naturalnymi. Są oni w tym podobni do teologów, którzy także ustanawiają dwa rodzaje religii. Każda religia, która nie jest ich religią, jest dziełem ludzkim, tymczasem ich własna religia jest boskim objawieniem. Twierdząc, że obecne stosunki, stosunki produkcji burżuazyjnej są naturalne, ekonomiści chcą powiedzieć przez to, że są to stosunki, w których stwarza się bogactwo i rozwijają się siły produkcyjne zgodnie z prawami natury. A więc te stosunki są prawami naturalnymi, niezależnymi od wpływu czasu. Są to prawa wieczne, które muszą zawsze rządzić społeczeństwem. A więc historia istniała, ale obecnie już jej nie ma. Historia istniała, ponieważ istniały instytucje feudalne, a w nich znajdujemy stosunki produkcji zupełnie różne od tych, które widzimy w społeczeństwie burżuazyjnym, a które ekonomiści chcą uważać jako naturalne, a zatem wieczne.

Feudalizm miał również swój proletariat — poddaństwo, w którym tkwiły wszystkie zarodki burżuazji. Produkcja feudalna miała również dwa sprzeczne pierwiastki, które podobnie mianują złą i dobrą stroną feudalizmu, nie biorąc pod uwagę, że zawsze zła strona brała górę nad dobrą. Zła strona wywołuje ruch, wytwarza historię, pociągając za sobą walkę. Gdyby w epoce panowania feudalizmu ekonomiści, zachwyceni cnotami rycerskimi, harmonią między prawami i obowiązkami, patriarchalnym życiem miast, pomyślnym stanem przemysłu domowego po wsiach, rozwojem wytwórczości zorganizowanej w korporacje, bractwa i cechy, jednym słowem, zachwyceni wszystkim, co tworzy piękną stronę feudalizmu, gdyby postawili sobie za zadanie usunąć wszystko, co przyciemnia ten obraz: poddaństwo, przywileje, anarchię, cóż by się wtedy stało? Zniweczono by wszystkie czynniki powodujące walkę i przytłumiono by w zarodku rozwój burżuazji. Postawiono by sobie niedorzeczne żądanie usunięcia historii.

Kiedy burżuazja zwyciężyła, nie było dłużej mowy ani o złej, ani o dobrej stronie feudalizmu. Siły produkcyjne, które się rozwinęły pod wpływem burżuazji za czasów feudalizmu, przeszły w jej posiadanie. Wszystkie dawne stosunki ekonomiczne i odpowiadające im stosunki społeczne, forma polityczna, która była oficjalnym wyrazem dawnego społeczeństwa, wszystko to zostało obalone.

A więc, ażeby poprawnie ocenić produkcję feudalną, trzeba ją rozpatrywać jako sposób produkcji opartej na antagonizmie. Trzeba wykazać, jak tworzyło się bogactwo wśród tego antagonizmu, jak siły produkcyjne rozwijały się jednocześnie z antagonizmem klasowym, jak jedna z tych klas, będąca złą stroną, wadą społeczeństwa, ciągle wzrastała, aż w pełni dojrzały warunki materialne jej emancypacji. Czyż nie jest to dosyć powiedzieć, że sposób produkcji, stosunki, w jakich się rozwijają siły produkcyjne, nie stanowią wcale praw wiecznych, ale odpowiadają określonemu rozwojowi ludzi i ich sił produkcyjnych, i że zmiana powstała w siłach produkcyjnych ludzi, sprowadza z konieczności zmianę w stosunkach produkcji. Ponieważ najważniejsze jest nie dać się pozbawić owoców cywilizacji, zdobytych sił produkcyjnych, trzeba zatem znieść tradycyjne formy, w których one zostały wytworzone. Od tej chwili klasa rewolucyjna staje się zachowawczą.

Burżuazja rozpoczyna swoje istnienie wraz z proletariatem, który ze swej strony jest resztką proletariatu z czasów feudalnych. W ciągu swego rozwoju historycznego burżuazja rozwija w sobie charakter antagonistyczny, który z początku jest mniej lub więcej zamaskowany i istnieje w stanie utajonym. W miarę jak burżuazja się rozwija, rozwija się w jej łonie nowy proletariat, proletariat współczesny, rozwija się walka między klasą proletariatu a klasą burżuazyjną, walka, która zanim zostanie przez obie strony odczuta, spostrzeżona, oceniona, zrozumiana, przyznana i głośno wypowiedziana, początkowo przejawia się tylko w częściowych i chwilowych zatargach, w burzących starciach. Z drugiej strony, jeżeli wszyscy członkowie burżuazji mają wspólne interesy o tyle, o ile tworzą oddzielną klasę w stosunku do innej klasy, to interesy ich są sprzeczne i wrogie w ich wzajemnych stosunkach. Ta sprzeczność interesów wypływa z warunków ekonomicznych ich życia burżuazyjnego. Z każdym dniem staje się widoczniejsze, że stosunki produkcji, w których się znajduje burżuazja, nie mają charakteru jednolitego, pojedynczego, ale posiadają charakter dwoisty; że w tych samych stosunkach, w których wytwarza się bogactwo, wytwarza się także i nędza; że w tych samych stosunkach, w których rozwijają się siły produkcyjne, rozwija się i potęguje siła ucisku; że te stosunki wytwarzają bogactwo burżuazyjne, tj. bogactwo klasy burżuazji, jedynie niszcząc bezustannie bogactwo poszczególnych członków tej klasy i tworząc wciąż rosnący proletariat.

Im bardziej wychodzi na jaw ten antagonistyczny charakter, tym bardziej ekonomiści — naukowi przedstawiciele produkcji burżuazyjnej — są w niezgodzie z swoją własną teorią; tworzą się rozmaite szkoły.

Mamy ekonomistów fatalistów, którzy w swoich teoriach są równie obojętni na to, co nazywają wadami burżuazyjnej produkcji, jak sama burżuazja jest w praktyce obojętna w stosunku do cierpień proletariuszy, pomagających jej zdobywać bogactwa.

W tej szkole fatalistycznej są klasycy i romantycy. Klasycy, jak Adam Smith i Ricardo, są przedstawicielami burżuazji, która walcząc jeszcze z resztkami feudalnego społeczeństwa, pracuje nad oczyszczeniem stosunków ekonomicznych ze śladów feudalizmu, nad powiększeniem sił produkcyjnych i nad nadaniem nowej żywotności handlowi i przemysłowi. Biorący udział w tej walce proletariat, pogrążony w gorączkowej pracy, doznaje tylko cierpień chwilowych, przelotnych i sam je za takie uważa. Ekonomiści, jak Adam Smith i Ricardo, którzy są historykami tej epoki, stawiają sobie za zadanie wykazać, jak się zdobywa bogactwo w stosunkach produkcji burżuazyjnej, sformułować te stosunki w postaci kategorii i praw oraz wykazać, o ile te kategorie, te prawa są wyższe jeśli chodzi o wytwarzanie bogactw od kategorii i praw społeczeństwa feudalnego. Nędza jest w ich oczach tylko owymi bólami, jakie towarzyszą każdemu porodowi, tak w naturze, jak i w przemyśle.

Romantycy należą do naszej epoki, kiedy burżuazja znajduje się w zupełnej sprzeczności z proletariatem, kiedy nędza rozwija się z taką potęgą jak bogactwo. Ekonomiści przybierają wtedy minę rozczarowanych fatalistów, którzy z wysokości swego stanowiska rzucają wyniosłe, pełne pogardy spojrzenia na ludzi-maszyny, wytwarzających bogactwa. Powtarzają oni wszystkie wywody swoich poprzedników, ale obojętność, która u tamtych była naiwnością, u nich staje się kokieterią.

Następnie idzie szkoła humanitarna, która bierze sobie do serca złe strony dzisiejszych stosunków produkcji. Stara się ona dla uspokojenia własnego sumienia łagodzić, o ile się da, rzeczywiste kontrasty, opłakuje szczerze nędzę proletariatu, szaloną konkurencję burżuazji pomiędzy sobą, doradza robotnikom, aby byli wstrzemięźliwi, pilnie pracowali i mieli mniej dzieci; zaleca burżuazji więcej umiarkowania w zapale produkowania. Cała teoria tej szkoły polega na nieskończonych rozróżnieniach między teorią a praktyką, zasadami a rezultatami, ideą a zastosowaniem, zawartością a formą, istotą a rzeczywistością, prawem a faktem, dobrą a złą stroną.

Szkoła filantropijna jest ulepszoną szkołą humanitarną. Zaprzecza ona konieczności antagonizmu, ze wszystkich ludzi chce zrobić kapitalistów, chce urzeczywistnić teorię o tyle, o ile się ona różni od praktyki i o ile nie zawiera w sobie antagonizmu. Rozumie się samo przez się, że w teorii łatwo jest abstrahować od sprzeczności, jakie się spotyka w rzeczywistości na każdym kroku. Taka teoria stawałaby się wyidealizowaną rzeczywistością. Filantropi chcą zatem zachować kategorie wyrażające stosunki burżuazyjne, ale bez antagonizmu, który stanowi ich istotę i jest od nich nieodłączny. Zdaje im się, że walczą na serio z praktyką burżuazyjną, tymczasem są więcej burżuazyjni niż inni.

Podobnie jak ekonomiści są naukowymi przedstawicielami klasy burżuazyjnej, tak socjaliści i komuniści są teoretykami proletariatu. Dopóki proletariat nie rozwinął się jeszcze na tyle, aby utworzyć klasę, a zatem i sama walka proletariatu z burżuazją nie ma charakteru politycznego, dopóki siły produkcyjne w łonie samej burżuazji nie są jeszcze dość rozwinięte, ażeby można było dostrzec warunki materialne potrzebne do wyzwolenia proletariatu i utworzenia nowego społeczeństwa — dopóty ci teoretycy są tylko utopistami, którzy aby pomóc uciśnionym klasom, wymyślają systemy i dążą do stworzenia nauki odradzającej. Ale w miarę jak historia postępuje i walka proletariatu zarysowuje się wyraźniej, nie potrzebują wyszukiwać teorii w swoim umyśle, powinni tylko zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje przed ich oczyma, i stać się wyrazicielami rzeczywistości. Dopóki szukają nauki i tworzą tylko systemy, dopóki są w zaraniu walki, dopóty widzą w nędzy tylko nędzę, przeoczając jej stronę rewolucyjną, burzącą, która wywróci porządek starego społeczeństwa. Od tej chwili nauka wytworzona przez ruch historyczny i jednocząca się z nim z całą świadomością tego ruchu przestaje być doktrynerska, a staje się rewolucyjna.

Powróćmy do p. Proudhona.

Każdy stosunek ekonomiczny ma stronę dodatnią i ujemną; jest to jedyny punkt, w którym p. Proudhon nie przeczy samemu sobie. Widzi, że dodatnią stronę podkreślają ekonomiści, ujemną potępiają socjaliści. Od ekonomistów zapożycza potrzebę wiecznych stosunków, od socjalistów — iluzję dostrzegania w nędzy tylko nędzy. Zgadza się z jednymi i z drugimi, przy czym chce się oprzeć na autorytecie nauki. Nauka według niego sprowadza się do mizernych wymiarów formuły naukowej. Jest on człowiekiem poszukującym formuł. W ten sposób pochlebia sobie p. Proudhon, że dokonał krytyki i ekonomii politycznej, i komunizmu, tymczasem stoi niżej od obydwu.

Niżej od ekonomistów, ponieważ jako filozof mający pod ręką magiczną formułkę, czuł się zwolniony od wchodzenia w szczegóły czysto ekonomiczne; niżej od socjalistów, ponieważ nie ma ani dosyć odwagi, ani dosyć przenikliwości, aby się wznieść — choćby tylko spekulatywnie — ponad widnokrąg burżuazyjny.

Chce być syntezą, a jest złożonym błędem.

Chce jak człowiek nauki wznieść się ponad burżuazję i proletariat, a jest tylko drobnomieszczaninem, bezustannie miotanym w tę i z powrotem między kapitałem a pracą, ekonomią polityczną a komunizmem.

II. Podział pracy a maszyny

Podział pracy według p. Prudhona jest wiecznym prawem, kategorią prostą i oderwaną. Musi mu więc wystarczyć abstrakcja, idea, słowo, aby wytłumaczyć podział pracy w różnych epokach historii. Kasty, cechy, manufaktury, wielki przemysł powinny mieć wyjaśnienie w jednym słowie: dzielić. Pojmijcie najpierw dobrze znaczenie dzielenia, a nie będziecie mieli potrzeby badania licznych wpływów, które w każdej epoce nadają podziałowi pracy pewien określony charakter.

Nie ulega wątpliwości, że zanadto upraszczałoby się rzeczy, gdyby je sprowadzano do kategorii p. Proudhona. Historia nie postępuje tak kategorycznie. Potrzeba było całych trzech wieków w Niemczech, aby ustanowić pierwszy wielki podział pracy, mianowicie oddzielić miasta od wsi. Wraz ze zmianą tego tylko stosunku, miasta do wsi, zmieniało się całe społeczeństwo. Rozpatrując tylko tę jedną stronę podziału pracy, mamy starożytne republiki albo feudalizm chrześcijański, starożytną Anglię z jej baronami albo nowoczesną Anglię z władcami bawełny (cotton-lords). W XIV i XV wieku, kiedy nie było jeszcze kolonii, kiedy Ameryka dla Europy jeszcze nie istniała, a Azja jedynie za pośrednictwem Konstantynopola, kiedy Morze Śródziemne było centrem ruchu handlowego, podział pracy miał zupełnie inny charakter, przedstawiał się zupełnie inaczej niż w wieku XVII, kiedy to Hiszpania, Portugalia, Holandia, Anglia, Francja pozakładały kolonie we wszystkich częściach świata. Rozległość rynku, jego fizjonomia nadają podziałowi pracy w różnych epokach taki wygląd, taki charakter, jakie trudno by było wyprowadzić z jednego tylko słowa „dzielić”, z idei, z kategorii.

„Wszyscy ekonomiści — powiada p. Proudhon — od czasu A. Smitha zwracali uwagę na korzyści i niedogodności prawa podziału, ale kładli daleko większy nacisk na pierwsze niż na drugie, ponieważ to lepiej odpowiadało ich optymizmowi, a przy tym żaden z nich nie zadał sobie pytania, jakie mogą być ujemne strony jakiegoś prawa... Jakim sposobem jedna i ta sama zasada, przeprowadzana ściśle we wszystkich swoich konsekwencjach, prowadzi do wprost przeciwnych rezultatów? Ani jeden ekonomista, ani przed Smithem, ani po im, nie dostrzegł tego, że jest tu zadanie do rozwiązania. Say dochodzi do tego, że uznaje, iż w podziale pracy ta sama przyczyna, która wytwarza dobro, powoduje jednocześnie i zło”.

A. Smith widział bystrzej, niż to myśli p. Proudhon. Widział bardzo dobrze, że „w rzeczywistości różnica zdolności naturalnych między indywiduami jest mniejsza, niż to się nam wydaje. Te tak różne zdolności, które odróżniają ludzi w dojrzalszym wieku, rozmaitych profesji, są nie tyle przyczyną, ile skutkiem podziału pracy”. W zasadzie tragarz różni się mniej od filozofa niż brytan od charta. Tę przepaść między jednym a drugim wytworzył właśnie podział pracy.

Wszystko to nie przeszkadza p. Proudhonowi powiedzieć w innym miejscu, że Adam Smith nawet nie podejrzewał, żeby podział pracy pociągał za sobą jakieś niekorzyści. Nie przeszkadza mu to wcale utrzymywać, że J. B. Say pierwszy poznał, „iż w podziale pracy ta sama przyczyna, która wytwarza dobro, powoduje jednocześnie i zło”.

Posłuchajmy teraz Lemonteya102. Suum cuique103.

„Pan J. B. Say uczynił mi ten zaszczyt, iż w swojej wybornej rozprawie o ekonomii politycznej przyjął zasadę, którą ja wykazałem we fragmencie o wpływie moralnym podziału pracy. Zbyt lekki tytuł mojej książki104 nie pozwolił mu zapewne powołać się na mnie. Tylko temu mogę przypisać milczenie pisarza zbyt bogatego w swe własne zasoby, aby się nie miał przyznać do tak drobnej pożyczki” (Lemontey, Oeuvres completes, tom I, str. 245, Paryż 1840).

Oddajmy mu sprawiedliwość. Lemontey przedstawił dosadnie szkodliwe skutki podziału pracy, tak jak się one obecnie ukształtowały, a p. Proudhon nie znalazł nic do dodania. Ale ponieważ z winy p. Proudhona zajęliśmy się tą kwestią pierwszeństwa, powiedzmy mimochodem, że na długo przed p. Lemonteyem, a na 17 lat przed Adamem Smithem, uczniem A. Fergusona105, ten ostatni przedstawił jasno kwestię w rozdziale, który poświęca specjalnie podziałowi pracy.

„Można byłoby nawet wątpić, czy uzdolnienie ogólne narodu wzrasta proporcjonalnie do postępu techniki. W wielu gałęziach techniki osiąga się cel nawet wtedy, kiedy są pozbawione pomocy rozumu i uczucia, a ignorancja jest matką przemysłu tak dobrze, jak i przesądu. Myśl i wyobraźnia łatwo wpadają w błąd, ale przyzwyczajenie do poruszania nogą lub ręką nie zależy ani od jednej, ani od drugiej. Można by zatem powiedzieć, że udoskonalenie się rzemiosł polega na możności obejścia się bez rozumu, tak by warsztat bez udziału myśli można było uważać za maszynę, której składowymi częściami są ludzie. Generał może być bardzo biegły w sztuce wojskowej, podczas kiedy cała zasługa żołnierza ogranicza się do wykonania kilku ruchów nogą lub ręką. Jeden może uzyskać to, co drugi utracił... W okresie, w którym wszystko jest rozdzielone, sztuka myślenia może sama przez się stanowić oddzielne rzemiosło” (A. Ferguson, Essai sur l’histoire de la société civile, Paryż 1783).

Kończąc więc tę dysputę literacką, zaprzeczamy stanowczo, aby „wszyscy ekonomiści mieli kłaść większy nacisk na zalety niż na usterki podziału pracy”. Dosyć będzie wymienić tu Sismondiego.

Tak więc, co się tyczy korzyści z podziału pracy, p. Proudhonowi nie pozostało nic innego, jak sparafrazować, mniej lub więcej pompatycznie, wszystkim znane ogólniki.

Zobaczmy teraz, jak wyprowadza on z podziału pracy — wziętego jako ogólne prawo, jako kategoria, jako myśl — złe strony, jakie się z nim łączą. Jak się to dzieje, że ta kategoria, to prawo pociąga za sobą nierówny rozkład pracy, ze szkodą dla równościowego systemu p. Proudhona?

„W tę uroczystą chwilę podziału pracy burzliwy wiatr zrywa się nad ludzkością. Postęp nie spełnia się dla wszystkich w jednakowy sposób; zaczyna od tego, że opanowuje małą liczbę uprzywilejowanych. To właśnie to pierwszeństwo dawane przez postęp pewnym osobom, które kazało tak długo wierzyć w naturalną i opatrznościową nierówność warunków, zrodziło kasty i ukształtowało hierarchicznie wszystkie społeczeństwa” (Proudhon, t. I, str. 97).

Podział pracy wytworzył kasty. Ponieważ kasty są wadami podziału pracy, zatem to podział pracy zrodził te wady. Quod erat demonstrandum106. Pójdźmy dalej i spytajmy, co doprowadziło podział pracy do utworzenia kast, hierarchii i uprzywilejowanych? P. Proudhon powie nam: postęp. A co stworzyło postęp? Ograniczenie. Ograniczenie dla p. Proudhona jest to stronniczość postępu względem pewnych osób.

Po filozofii idzie historia. Nie jest to już historia opisowa, ani też historia dialektyczna, jest to historia porównawcza. P. Proudhon przeprowadza porównanie między robotnikiem drukarskim dzisiejszym a średniowiecznym, między robotnikiem z olbrzymich odlewni w Creusot a wiejskim kowalem, między pisarzem współczesnym a średniowiecznym — i przechyla szalę na stronę tych, którzy mniej lub więcej należą do takiego podziału pracy, jaki stworzyło lub przekazało średniowiecze. Przeciwstawia on podział pracy z jednej epoki historycznej podziałowi pracy z drugiej epoki historycznej. Czy to miał wykazać p. Proudhon? Nie. Miał nam pokazać usterki podziału pracy w ogóle, podziału pracy jako kategorii. Po co zresztą nastawać na tę część pracy p. Proudhona, kiedy zobaczymy później, iż sam odwołuje formalnie te rzekome dowodzenia?

„Pierwszym następstwem rozcząstkowanej pracy — ciągnie dalej p. Proudhon — zaraz po zdeprawowaniu duszy, jest przedłużenie dnia roboczego, który rośnie w stosunku odwrotnym do sumy inteligencji włożonej w pracę... Ale ponieważ dzień roboczy może trwać najwyżej szesnaście do osiemnastu godzin, z chwilą więc kiedy nie będzie można zyskiwać na czasie, będzie się zyskiwać na cenie i płaca robocza spadnie... Jedno jest pewne i tylko na to wypada nam zwrócić uwagę, że sumienie powszechne nie mierzy jedna miarą pracy majstra i wyrobnika. Zachodzi więc konieczność obniżenia płacy za dzień roboczy, tak że robotnik, już dotknięty w swej godności przez wykonywanie poniżającej czynności, w ślad za tym odczuwa na swych fizycznych potrzebach niedostateczność płacy” (t. I, str. 97–98).

Nie będziemy się zatrzymywać nad logiczną wartością tych sylogizmów107, które Kant108 nazwałby chybiającymi celu paralogizmami109.

Oto ich istota:

Podział pracy sprowadza robotnika do wykonywania poniżającej czynności; tej poniżającej czynności odpowiada zdeprawowanie duszy; zdeprawowaniu duszy odpowiada ciągłe zmniejszanie się płacy roboczej. Aby dowieść, że obniżka płacy roboczej jest odpowiednia dla zdeprawowanej duszy, p. Proudhon utrzymuje, dla uspokojenia sumienia, że tego żąda sumienie powszechne. Czy dusza p. Proudhona też zalicza się do sumienia powszechnego?

Maszyny są dla p. Proudhona „logiczną antytezą podziału pracy”, a za pomocą swej dialektyki zaczyna on przekształcać maszyny w warsztaty.

Przyjąwszy jako założenie nowoczesny warsztat, aby z podziału pracy wyprowadzić nędzę, p. Proudhon bierze za założenie zrodzoną przez podział pracy nędzę, aby dojść do warsztatu i by móc go przedstawić jako dialektyczne zaprzeczenie tej nędzy. Uderzywszy robotnika moralnie przez poniżającą czynność, a fizycznie przez niedostateczną płacę, postawiwszy robotnika w zależności od majstra i obniżywszy jego pracę do mechanicznej pracy wyrobnika — wraca znów do warsztatu i do maszyn, aby obwiniać je, że poniżają robotnika, „dając mu pana”, i dopełnia miarę jego poniżenia, każąc mu „z rzemieślnika stać się wyrobnikiem”. Piękna dialektyka! I gdyby przynajmniej na niej się zatrzymał; ale nie, trzeba mu nowej historii podziału pracy, już nie do wyprowadzenia z niej sprzeczności, ale żeby przerobić warsztat na swój sposób. Aby dopiąć swego celu, zapomina o wszystkim, co mówił dotąd o podziale pracy.

Praca organizuje się i dzieli stosownie do narzędzi, jakimi rozporządza. Młynek ręczny wymaga innego podziału pracy niż młyn parowy. Zaczynać więc od podziału pracy w ogólności, aby następnie dojść do pewnego szczególnego narzędzia produkcji, do maszyn, jest to drwić sobie z historii.

Maszyny nie są kategorią ekonomiczną, tak jak nią nie jest wół, który ciągnie wóz. Maszyny są tylko siłą wytwórczą. Warsztat nowoczesny, który opiera się na zastosowaniu maszyn, jest społecznym stosunkiem produkcji, kategorią ekonomiczną.

Zobaczmy teraz, jak się te rzeczy układają w znakomitej wyobraźni p. Proudhona.

„W społeczeństwie bezustanne pojawianie się maszyn jest antytezą, odwrotną formułą pracy: jest to protest przemysłowego geniusza przeciw rozcząstkowanej i zabójczej dla robotnika pracy. Czym jest rzeczywiście maszyna? Sposobem połączenia rozmaitych cząstek pracy, które podział pracy rozłączył. Każdą maszynę można określić jako zjednoczenie rozmaitych czynności... Zatem przez maszyny spełni się przywrócenie robotnika... Maszyny, występując w ekonomii politycznej jako sprzeczne z podziałem pracy, reprezentują syntezę, która w ludzkim rozumie przeciwstawia się analizie... Podział pracy rozłączył rozmaite jej części, pozwalając każdemu oddawać się specjalności, która najbardziej mu odpowiada: warsztat grupuje robotników odpowiednio do stosunku każdej części do całości... wprowadza do pracy zasadę władzy... Ale na tym nie koniec jeszcze: maszyna albo warsztat po zdegradowaniu robotnika przez nadanie mu pana, dopełnia jego poniżenia, sprowadzając go ze stopnia rzemieślnika na stopień prostego wyrobnika. Okres, w którym teraz żyjemy, okres maszyn, odznacza się pewną szczególną cechą, mianowicie pracą najemną... Praca najemna jest późniejsza od podziału pracy i wymiany”.

Zrobimy jedną małą uwagę pod adresem p. Proudhona. Rozłączenie rozmaitych części pracy, pozwalające każdemu oddawać się najbardziej odpowiadającej mu pracy, rozłączenie, które p. Proudhon datuje od początku świata, istnieje dopiero w nowoczesnym przemyśle pod rządami konkurencji.

P. Proudhon daje nam następnie dość „interesującą genealogię”, aby wykazać jak warsztat zrodził się z podziału pracy, a praca najemna z warsztatu.

1) Zakłada on człowieka, który „zauważył, że dzieląc produkcję na jej różne części i dając każdą z nich do wykonania osobnemu robotnikowi”, pomnożyłoby się siły produkcji.

2) Człowiek ten, „rozwijając dalej swą ideę, powiada sobie, że tworząc stałą grupę robotników wybranych do specjalnego przedmiotu, który on sobie założył, otrzyma lepsze wykończenie produktu” itd., itd.

3) Człowiek ten czyni propozycję innym ludziom, aby dać im pojąć swoją ideę i jej dalsze rozwinięcie.

4) Człowiek ten na początku przemysłu umawia się jak równy z równym ze swymi towarzyszami, którzy stają się następnie jego robotnikami.

5) „Widać, oczywiście, że ta pierwotna równość musiała prędko zniknąć wobec uprzywilejowanego położenia pana i zależności robotnika najemnego”.

Oto kolejna próbka historycznej i opisowej metody p. Proudhona.

Zbadajmy teraz z punktu widzenia historycznego i ekonomicznego, czy rzeczywiście warsztat lub maszyna wprowadziły zasadę władzy do społeczeństwa później, niż pojawił się podział pracy; czy zrehabilitowała ona robotnika, poddając go jednocześnie władzy; czy maszyna jest ponownym połączeniem podzielonej pracy, syntezą pracy w przeciwstawieniu do jej analizy.

Społeczeństwo jako całość ma tę wspólną cechę z wnętrzem fabryki, że ma także swój podział pracy. Jeżeli weźmiemy za wzór podział pracy w nowoczesnej fabryce, aby zastosować go do całego społeczeństwa, to społeczeństwem najlepiej zorganizowanym do wytwarzania bogactw byłoby niezaprzeczenie takie, na którego czele stałby tylko jeden przedsiębiorca, rozdzielający pracę pomiędzy różnych członków wspólnoty według z góry ustanowionych zasad. Ale tak się nie dzieje. Podczas kiedy wewnątrz nowoczesnej fabryki podział pracy jest szczegółowo uregulowany władzą przedsiębiorcy, społeczeństwo nowożytne nie ma innej reguły, innej władzy rozdzielającej pracę jak tylko wolna konkurencja.

W ustroju patriarchalnym, w ustroju kastowym, w ustroju feudalnym i korporacyjnym istniał podział pracy w całym społeczeństwie według pewnych stałych prawideł. Czy prawidła te były ustanowione przez prawodawcę? Nie. Zrodzone pierwotnie przez materialne warunki produkcji, nabrały znaczenia praw o wiele później. W ten sposób te rozmaite formy podziału pracy stały się podstawami ustroju społecznego. Co się tyczy podziału pracy w warsztacie, był on bardzo mało rozwinięty we wszystkich wyżej wspomnianych formach społeczeństwa.

Można nawet przyjąć jako ogólne prawidło, że im mniejszy udział bierze władza w podziale pracy wewnątrz społeczeństwa, tym bardziej rozwija się podział pracy wewnątrz warsztatu i bardziej jest w nim poddany władzy jednej osoby. Tak więc odnośnie do podziału pracy władza w warsztacie i władza w społeczeństwie są względem siebie w stosunku odwrotnym.

Zobaczmy teraz, czym jest warsztat, w którym zajęcia są bardzo rozdzielone, gdzie zadanie każdego robotnika jest sprowadzone do bardzo prostej czynności i gdzie władza, kapitał kieruje i zarządza robotami. Jak powstał ten warsztat? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy zbadać, w jaki sposób rozwinął się przemysł manufakturowy. Mam na myśli ten przemysł, który nie jest jeszcze nowoczesnym przemysłem z jego maszynami, ale który już nie jest ani przemysłem rzemieślników średniowiecza, ani przemysłem domowym. Pominiemy drobne szczegóły, zaznaczymy tylko kilka głównych punktów, aby pokazać, że historii nie da się tworzyć za pomocą formuł.

Jednym z najniezbędniejszych warunków powstania manufaktury było nagromadzenie kapitałów, ułatwione odkryciem Ameryki i przywiezieniem stamtąd szlachetnych metali.

Dowiedziono w sposób dostateczny, że zwiększenie środków wymiany pociągnęło za sobą z jednej strony spadek płacy i renty gruntowej, a z drugiej wzrost zysków w przemyśle. Innymi słowy: o ile upadły klasa właścicieli ziemskich i klasa robotników, panów feudalnych i ludu, o tyle podniosła się klasa kapitalistów, burżuazja.

Były jeszcze inne okoliczności, które jednocześnie dopomagały rozwojowi manufaktur: powiększenie ilości towarów będących w obiegu, od czasu kiedy handel przez Przylądek Dobrej Nadziei przeniknął do Indii Wschodnich, następnie system kolonialny oraz rozwój handlu morskiego.

Inny punkt, jeszcze niedostatecznie oceniony w historii manufaktury, to rozpuszczenie licznych świt panów feudalnych, świt, których podrzędniejsi członkowie zostawali włóczęgami, zanim wstąpili do warsztatów. Utworzenie warsztatu jest poprzedzone prawie powszechnym włóczęgostwem w XV i XVI wieku. Warsztat znalazł również potężną podporę w licznych zastępach chłopów, którzy — nieustannie wypędzani ze wsi wskutek przekształcania pól w łąki i postępu rolnictwa, potrzebującego coraz mniej rąk do uprawy ziemi — przez całe wieki zapełniali miasta.

Wzrost rynku, nagromadzenie kapitałów, zmiany, jakie zaszły w położeniu społecznym klas, masa ludzi pozbawiona źródeł dochodu — oto historyczne warunki powstania manufaktury. A więc nie „przyjacielskie umowy” między równymi — jak utrzymuje p. Proudhon — zebrały ludzi w warsztacie. A nawet i nie z łona dawnych cechów manufaktura wzięła swój początek. Na czele nowoczesnego warsztatu stanął kupiec, a nie dawny mistrz cechu. Prawie wszędzie toczyła się zacięta walka między manufakturą a rzemiosłem.

Nagromadzenie i koncentracja narzędzi i robotników poprzedziły rozwój podziału pracy wewnątrz warsztatu. Manufaktura polegała znacznie bardziej na skupieniu wielu robotników i rozmaitych rzemiosł w jednym miejscu, w jednej sali, pod przewodnictwem jednego kapitału, aniżeli na rozdzieleniu zajęć i zastosowaniu oddzielnego, specjalnego robotnika do każdej bardzo prostej czynności.

Pożyteczność manufaktury polegała o wiele mniej na podziale pracy, we właściwym znaczeniu tego słowa, niż na tej okoliczności, że pracowano na większą skalę, że zaoszczędzano wielu niepotrzebnych wydatków itd. Przy końcu XVI i na początku XVIII wieku manufaktura holenderska prawie nie znała podziału pracy.

Rozwój podziału pracy zakłada skupienie robotników w jednym warsztacie. Nie ma ani jednego przykładu, ani w XVI, ani w XVII wieku, żeby różne gałęzie jednego rzemiosła były wykonywane na tyle oddzielnie, żeby połączone w jednym miejscu mogły dać obecny warsztat-fabrykę. Ale skoro raz nastąpiło połączenie ludzi i narzędzi, podział pracy taki, jaki istniał w cechach, odzwierciedlił się z konieczności w wewnętrznym ustroju warsztatu.

Dla p. Proudhona, który gdy nawet widzi rzeczy, to widzi je na odwrót, podział pracy, w sensie Adama Smitha, poprzedza warsztat, który jest warunkiem istnienia tego podziału.

Maszyny we właściwym znaczeniu tego słowa datują się od końca XVIII wieku. Niedorzeczne jest widzieć w maszynach antytezę podziału pracy, syntezę ustanawiającą jedność w rozkawałkowanej pracy.

Maszyna jest połączeniem narzędzi pracy, a wcale nie kombinacją prac dla samego robotnika. „Kiedy wskutek podziału pracy każda oddzielna czynność została sprowadzona do posługiwania się jednym prostym narzędziem, połączenie wszystkich tych narzędzi wprawianych w ruch za pomocą jednego motoru stanowi — maszynę” (Babbage, Traite sur l’économie des machines etc., Paris 1833). Narzędzia proste, nagromadzenie narzędzi, narzędzia złożone, wprawianie w ruch narzędzia złożonego przez jeden motor ręczny, przez człowieka, wprawianie tych narzędzi w ruch przez siły przyrody, maszyna, system maszyn mających jeden motor, system maszyn mających motor automatyczny — oto rozwój maszyn.

Koncentracja narzędzi produkcji i podział pracy są tak nierozłączne jedno od drugiego jak w rządzie politycznym koncentracja władz publicznych i podział interesów prywatnych. Anglia z jej koncentracją ziemi, tego narzędzia pracy rolniczej, ma również podział pracy rolniczej i stosuje maszyny do uprawy ziemi. Francja, która ma podział narzędzi i gruntu, system drobnych działek, nie ma ogólnie rzecz biorąc podziału pracy rolniczej ani nie stosuje maszyn do uprawy.

Dla p. Proudhona koncentracja narzędzi pracy jest zaprzeczeniem podziału pracy. W rzeczywistości znowu widzimy coś przeciwnego. W miarę jak się rozwija koncentracja narzędzi, rozwija się także podział pracy i vice versa. Oto dlaczego po każdym wielkim wynalazku w mechanice następuje większy podział pracy, a każdy wzrost podziału pracy sprowadza ze swej strony nowe wynalazki w mechanice.

Nie potrzebujemy przypominać, że wielki postęp w podziale pracy rozpoczął się w Anglii po wynalezieniu maszyn. Tkacze i przędzarze byli w większości takimi samymi wieśniakami, jakich spotyka się jeszcze i obecnie w zacofanych krajach. Wynalazek maszyn dokonał oddzielenia manufaktury od przemysłu rolnego. Tkacz i przędzarz, złączeni przedtem w jednej rodzinie, zostali rozłączeni przez maszynę. Dzięki maszynie przędzarz może mieszkać w Anglii w tym samym czasie, kiedy tkacz przebywa w Indiach Wschodnich. Przed wynalezieniem maszyn przemysł każdego kraju opierał się głównie na surowcach dostarczanych przez jego własne grunty: w Anglii była to wełna, w Niemczech len, we Francji jedwab i len, w Indiach Wschodnich i Lewancie bawełna itd. Dzięki zastosowaniu maszyn i pary podział pracy mógł dojść do takich rozmiarów, że wielki przemysł, oderwany od gruntu narodowego, zależy jedynie od rynku światowego, wymiany międzynarodowej, międzynarodowego podziału pracy. Wreszcie, maszyna wywiera taki wpływ na podział pracy, że kiedy przy wyrabianiu jakiegoś przedmiotu można częściowo zastosować narzędzia mechaniczne, to fabrykacja dzieli się na dwa niezależne od siebie działy.

Czyż trzeba mówić o celu opatrznościowym i filantropijnym, jaki odkrywa p. Proudhon w wynalezieniu i pierwotnym zastosowaniu maszyn?

Kiedy w Anglii rynek się tak rozwinął, że ręczna praca nie mogła wystarczyć, zjawiła się potrzeba maszyn. Pomyślano wtedy o zastosowaniu mechaniki teoretycznej, rozwiniętej już w XVIII wieku.

Warsztat automatyczny rozpoczął swój występ szeregiem działań niemających nic wspólnego z filantropią. Dzieci zapędzano do pracy batem, zrobiono z nich przedmiot targu, zawierano umowy z przytułkami dla sierot. Zniesiono wszystkie prawa dotyczące terminowania pracowników, ponieważ — posługując się językiem p. Proudhona — nie potrzebowano już robotników syntetycznych. Na koniec od 1825 roku prawie wszystkie nowe wynalazki były rezultatem kolizji między robotnikiem a przedsiębiorcą, który wszelkimi sposobami starał się obniżyć wartość fachowego wykształcenia robotnika. Po każdym ważniejszym nowym strajku pojawiała się nowa maszyna. Robotnik w zastosowaniu maszyn widział tak niewiele rehabilitacji, odrodzenia się — jak mówi Proudhon — że w XVIII wieku przez długi czas opierał się rodzącemu się panowaniu siły automatycznej.

„Wyatt110 — mówi doktor Ure111 — odkrył palce przędzalniane112 na długi czas przed Arkwrightem113. Główna trudność nie polegała na wynalezieniu automatycznego mechanizmu... Trudność polegała przede wszystkim na dyscyplinie potrzebnej, aby skłonić ludzi do zrzeczenia się ich przyzwyczajeń nieregularności w pracy i aby utożsamić ich z niezmierną regularnością wielkiego automatu. Wynalezienie i wprowadzenie w życie kodeksu dyscypliny w warsztacie, kodeksu dostosowanego do potrzeb i szybkości systemu automatycznego — oto przedsięwzięcie godne Herkulesa. Oto szlachetne dzieło Arkwrighta”.

W ten więc sposób przez wprowadzenie maszyn podział pracy wewnątrz społeczeństwa wzrósł, zadanie robotnika w warsztacie uprościło się, kapitał się skoncentrował, człowiek jeszcze bardziej się rozdrobnił.

P. Proudhon, kiedy chce się stać ekonomistą i opuścić na chwilę „rozwój serii idei w rozumie”, idzie wtedy czerpać swoją erudycję z dzieła A. Smitha, dzieła współczesnego początkom wprowadzania warsztatu automatycznego. W rzeczy samej, co za różnica między podziałem pracy istniejącym za czasów Adama Smitha a tym, jaki widzimy w obecnej fabryce automatycznej? Aby to dobrze zrozumieć, wystarczy przytoczyć kilka ustępów z Filozofii manufaktur doktora Ure.

„Kiedy A. Smith pisał swoje nieśmiertelne dzieło o podstawach ekonomii politycznej, system automatyczny w przemyśle był zaledwie znany. Podział pracy wydawał mu się słusznie wielką zasadą udoskonalenia manufaktury. Wykazał on, że w fabryce szpilek jeden robotnik, doskonaląc się przez praktykę w wykonywaniu jednej części, staje się wprawniejszy i tańszy. Widział, że w każdej gałęzi manufaktury zgodnie z tą zasadą pewne czynności, jak np. krajanie miedzianego drutu na równe części, wykonuje się łatwiej, inne znów, jak np. robienie i przymocowywanie łebków od szpilek, są stosunkowo trudniejsze; stąd wnioskował, że do każdej z tych czynności można dostosować robotnika, którego płaca odpowiadałaby zręczności. To dostosowanie stanowi istotę podziału pracy. Ale co mogło służyć za pożyteczny przykład za czasów doktora Smitha, może dziś czytelnika tylko w błąd wprowadzać co do rzeczywistej zasady manufaktury. W istocie bowiem rozdzielenie albo raczej dostosowywanie prac do różnych zdolności indywidualnych nie wchodzi zupełnie do planu czynności fabryki automatycznej; przeciwnie, wszędzie gdzie pewna czynność wymaga więcej zręczności i pewnej ręki, zręcznego, ale skłonnego do różnych nieregularności robotnika zastępuje się specjalnym mechanizmem, którego automatyczne działanie jest tak regularne, że nawet dziecko może nad nim czuwać.

Zasadą więc systemu automatycznego jest zastąpienie pracy ręcznej pracą mechaniczną i zastąpienie podziału pracy między robotnikami rozczłonkowaniem procesu produkcji na jego zasadnicze części składowe. W systemie pracy ręcznej ludzka praca była zwykle najkosztowniejszym czynnikiem produktu; ale w systemie automatycznym utalentowani rzemieślnicy są stopniowo zastępowani przez prostych nadzorców maszyn.

Natura ludzka ma tę własność, że im zręczniejszy jest robotnik, tym bardziej staje się samowolny i trudniej nim kierować, a stąd tym mniej się nadaje do systemu mechanicznego, którego całość może ucierpieć od jego kapryśnych uchybień.

Dlatego główne zadanie dla nowoczesnego fabrykanta polega na tym, aby przez połączenie nauki ze swym kapitałem sprowadził zadania swoich robotników do zachowania czujności i zręczności, przymiotów, które szybko doskonali się w młodości, gdy skupiać się tylko na jakiejś jednej rzeczy.

Przy systemie stopniowania pracy trzeba terminować kilka lat, zanim ręka i oko staną się dość wprawne, aby wykonywać pewne trudniejsze czynności mechaniczne; ale przy systemie, który rozkłada proces wytwarzania na części składowe i który poddaje wszystkie te części działaniu automatycznej maszyny, można powierzyć te części do wykonania człowiekowi ze zwykłymi zdolnościami, poddawszy go tylko przedtem krótkiej próbie; można nawet w razie naglącej potrzeby przerzucać go od jednej maszyny do drugiej, zgodnie z wolą dyrektora zakładu. Takie zmiany znajdują się w jawnej sprzeczności ze starą rutyną, która dzieli pracę i każe jednemu robotnikowi wyrabiać łebki od szpilek, a drugiemu zaostrzać ich końce — praca, której nudna jednostajność denerwuje robotników, Ale przy zasadzie zrównania, czyli przy systemie automatycznym robotnik wykorzystuje swe zdolności, wykonując zawsze przyjemną pracę itd. Ponieważ jego zajęciem jest tylko czuwanie nad prawidłowo ustawionym mechanizmem, może się więc nauczyć go w krótkim czasie; a gdy go przerzucają od jednej maszyny do drugiej, ma urozmaicenie w pracy i rozwija swe myśli rozmyślaniem nad ogólnymi kombinacjami, które wynikają z jego własnej pracy i pracy jego towarzyszy. Tak więc to tłumienie zdolności, ta ciasnota myśli, to krępowanie rozwoju, przypisywane — nie bez racji — podziałowi pracy, w zwykłych okolicznościach nie mogą mieć miejsca przy systemie równego rozdzielania prac.

Stałym celem, do którego zdąża każde udoskonalenie mechaniczne, jest zmniejszenie udziału pracy ludzkiej lub obniżenie płacy przez zastąpienie pracy dorosłego robotnika pracą kobiet i dzieci, a pracy zręcznego rzemieślnika pracą prostego wyrobnika. To dążenie do używania w fabrykach wyłącznie dzieci z bystrym wzrokiem i giętkimi palcami zamiast doświadczonych robotników, wykazuje, że scholastyczny114 dogmat podziału pracy według różnych stopni zręczności został wreszcie odrzucony przez naszych oświeconych fabrykantów” (Andre Ure, Philosophie des manufactures ou Economie industrielle, t. I, rozdz. 1).

Podział pracy wewnątrz nowoczesnego społeczeństwa charakteryzuje się tym, że wytwarza specjalności, fachowców, a wraz z tym fachowe zidiocenie.

„Jesteśmy zachwyceni — powiada Lemontey — widząc u starożytnych, że jedna i ta sama osoba bywa zarazem wybitnym filozofem, poetą, mówcą, historykiem, kapłanem, administratorem, dowódcą wojskowym. Nasz umysł cofa się z przerażeniem przed tak rozległą działalnością. Każdy zamurowuje się w ciasnym kole. Nie wiem, czy przez to rozkawałkowanie pole się powiększy, ale wiem, że człowiek karłowacieje”.

Podział pracy w warsztacie automatycznym charakteryzuje się tym, że praca straciła całkowicie podział na specjalności. Ale z chwilą, kiedy rozwój specjalizacji ustaje, daje się odczuć potrzeba uniwersalności, rozwoju ogólnego jednostki. Warsztat automatyczny usuwa specjalistów i fachowy idiotyzm.

P. Proudhon, nie zrozumiawszy nawet tej jedynej rewolucyjnej strony automatycznego warsztatu, robi krok wstecz i proponuje robotnikowi, aby wyrabiał nie tylko dwunastą część szpilki, ale stopniowo wszystkie dwanaście części. Robotnik doszedłby w ten sposób do rozumienia i świadomości szpilki. Oto, czym to jest praca syntetyczna p. Proudhona. Nikt też nie zaprzeczy, że zrobić jeden krok naprzód i jeden wstecz jest to wykonać ruch syntetyczny.

Ostatecznie p. Proudhon nie wzniósł się ponad ideał drobnomieszczanina. Ażeby urzeczywistnić ten ideał, nie przychodzi mu na myśl nic lepszego, jak przywrócić nas do stanu średniowiecznego czeladnika lub co najwyżej majstra-rzemieślnika. Wystarczy — powiada on w którymś miejscu swego dzieła — wykonać tylko jedno arcydzieło, poczuć się raz tylko człowiekiem. Czy nie będzie to, co do formy i treści, majstersztyk115, wymagany przez średniowieczne cechy?

III. Konkurencja i monopol

P. Proudhon zaczyna od obrony wiecznej konieczności konkurencji przeciw tym, którzy chcą ją zastąpić współzawodnictwem.116

Nie ma „współzawodnictwa bezcelowego”, a ponieważ „przedmiot każdej namiętności jest nieodzownie analogiczny do samej namiętności, jako to: kobieta dla kochanka, władza dla ambitnego, złoto dla skąpca, wieniec dla poety, tak przedmiotem współzawodnictwa przemysłowego musi być koniecznie zysk. Współzawodnictwo nie jest niczym innym jak samą konkurencją”.

Konkurencja jest współzawodnictwem o zysk. Czy współzawodnictwo przemysłowe musi być jest koniecznie współzawodnictwem o zysk, to jest konkurencją? P. Proudhon dowodzi tego tylko tym, że tak twierdzi. Widzieliśmy, że u niego twierdzić znaczy dowieść, tak jak przypuszczać znaczy przeczyć.

Jeżeli przedmiotem bezpośrednim dla kochanka jest kobieta, to przedmiotem bezpośrednim przemysłowego współzawodnictwa jest produkt, a nie zysk.

Konkurencja nie jest współzawodnictwem przemysłowym, jest ona współzawodnictwem handlowym. W naszych czasach współzawodnictwo przemysłowe istnieje tylko w celu handlowym. Są nawet fazy w życiu ekonomicznym narodów nowoczesnych, kiedy wszystkich ogarnia rodzaj gorączki zysku bez produkowania. Ta gorączka spekulacji, powracająca periodycznie, odsłania prawdziwy charakter konkurencji, która stara się uniknąć konieczności współzawodnictwa przemysłowego.

Gdyby powiedziano rzemieślnikowi z XIV wieku, że zostaną zniesione przywileje i cała feudalna organizacja przemysłu i że mają być zastąpione współzawodnictwem przemysłowym zwanym konkurencją, powiedziałby nam, że przywileje różnych korporacji, cechów i bractw są zorganizowaną konkurencją. P. Proudhon wcale się rozumniej nie wyraża, twierdząc, że „współzawodnictwo nie jest niczym innym jak samą konkurencją”.

„Nakażcie przepisem, że od 1 stycznia 1847 roku wszyscy będą mieli zapewnioną pracę i płacę, a natychmiast w przemyśle po silnym natężeniu zastąpi ogólny zastój” (t. I, str. 189).

Zamiast założenia, twierdzenia i przeczenia mamy teraz przepis, jaki p. Proudhon wydaje umyślnie, aby dowieść konieczności konkurencji, jej wiekuistości jako kategorii itd.

Jeśli sobie wyobrażamy, że do pozbycia się konkurencji wystarczą przepisy, to się jej nigdy nie pozbędziemy. I gdyby zaproponowano zniesienie konkurencji z zachowaniem płacy roboczej, przyjęcie takiego wniosku byłoby nonsensem z królewskiego rozkazu. Ale narody nie rozwijają się na rozkaz królewski. Przed wydaniem takich przepisów muszą przynajmniej z gruntu zmienić swoje warunki istnienia przemysłowego i politycznego, a zatem cały swój sposób bytu.

P. Proudhon odpowie ze swą niewzruszoną pewnością, że jest to hipoteza „przemiany naszej natury bez precedensów historycznych” i że miałby prawo „wykluczyć nas ze sporu”, nie wiemy tylko, na mocy jakiego przepisu.

P. Proudhon nie wie, że historia jest ciągłą przemianą natury ludzkiej.

„Trzymajmy się faktów. Rewolucję francuską zrobiono o tyle dla uzyskania wolności przemysłowej, co i dla wolności politycznej; a więc chociaż Francja w 1789 roku nie przewidziała wszystkich konsekwencji zasady, której wprowadzenia w życie się domagała, powiedzmy to otwarcie, nie omyliła się jednak ani w swych pragnieniach, ani w swoich oczekiwaniach. Ktokolwiek próbowałby temu przeczyć, straciłby w moich oczach prawo do krytyki: nigdy nie będę dysputować z przeciwnikiem, który by dopuścił w zasadzie samorzutną omyłkę 25 milionów ludzi... Dlaczego więc, gdyby konkurencja nie była zasadą ekonomii społecznej, wyrokiem przeznaczenia, potrzebą duszy ludzkiej, dlaczego zamiast znosić korporacje, cechy i bractwa nie pomyślano raczej o naprawieniu wszystkiego?”

Ponieważ Francuzi w XVIII wieku znieśli bractwa, korporacje i cechy zamiast je przekształcić, to Francuzi w XIX wieku powinni przekształcić konkurencję zamiast ją znosić. Ponieważ konkurencja powstała we Francji w XVIII wieku jako konsekwencja historycznych potrzeb, to konkurencja ta nie powinna być zniweczona w XIX wieku z powodu innych historycznych potrzeb. P. Proudhon, nie rozumiejąc tego, że ustanowienie konkurencji wiązało się z rzeczywistym rozwojem ludzi XVIII wieku, czyni konkurencję potrzebą duszy ludzkiej in partibus infidelium117. Cóż by on zrobił z „wielkiego Colberta” dla XVII wieku?

Po rewolucji następuje stan rzeczy, jaki mamy obecnie. P. Proudhon i z niego czerpie fakty, aby wykazać wieczność konkurencji, dowodząc, że wszystkie gałęzie przemysłu, w których ta kategoria nie rozwinęła się jeszcze dostatecznie, na przykład rolnictwo, są na niższym stopniu, w stanie zacofania.

Mówić, że są gałęzie przemysłu, które się jeszcze nie znajdują na wysokości konkurencji, że są inne, które nie doścignęły jeszcze poziomu burżuazyjnej produkcji, jest to czcza gadanina, która zupełnie nie dowodzi wieczności konkurencji.

Cała logika p. Proudhona streszcza się w tym: konkurencja jest to stosunek społeczny, w którym obecnie rozwijamy nasze siły wytwórcze. Nie dba on o rozwinięcie logiczne tego twierdzenia, lecz nadaje mu kształty, często wysoce rozwinięte, utrzymując, że konkurencja jest przemysłowym współzawodnictwem, swobodą na dzisiejszy sposób, odpowiedzialnością w pracy, konstytuowaniem wartości, warunkiem wprowadzenia równości, zasadą ekonomii społecznej, wyrokiem przeznaczenia, potrzebą duszy ludzkiej, natchnieniem wiecznej sprawiedliwości, wolnością w podziale, podziałem w wolności, kategorią ekonomiczną.

„Konkurencja i asocjacja opierają się jedna na drugiej. Dalekie od wykluczania się, nawet się nie rozchodzą. Kto mówi »konkurencja«, ten zakłada już wspólny cel. Konkurencja nie jest więc egoizmem, a najopłakańszym błędem socjalizmu jest to, że widzi w niej element destrukcyjny”.

Kto mówi o konkurencji, ten mówi o wspólnym celu, a to dowodzi z jednej strony, że konkurencja jest asocjacją, a z drugiej, że konkurencja nie jest egoizmem. A gdy ktoś mówi o egoizmie, czyż nie mówi o wspólnym celu? Każdy egoizm działa w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Zakłada on zatem społeczeństwo, to jest wspólne cele społeczne, wspólne potrzeby, wspólne środki produkcji itd. itd. Czyżby to tylko przypadek, że konkurencja i asocjacja, o której mówią socjaliści, nawet nie są ze sobą rozbieżne?

Socjaliści wiedzą bardzo dobrze, że społeczeństwo dzisiejsze oparte jest na konkurencji. Jakże by mogli zarzucać konkurencji, że burzy dzisiejsze społeczeństwo, które oni chcą sami zburzyć? I jak mogliby zarzucać konkurencji, że burzy przyszłe społeczeństwo, w którym oni, przeciwnie, widzą zniesienie konkurencji?

P. Proudhon mówi dalej, że konkurencja jest przeciwstawieniem monopolu i że skutkiem tego nie może być przeciwstawieniem asocjacji.

Feudalizm był od początku przeciwny monarchii patriarchalnej; ale nie był przeciwny konkurencji, która jeszcze wtedy nie istniała. Czy z tego wynika, że konkurencja nie przeciwstawia się feudalizmowi?

Społeczeństwo, asocjacja — to w rzeczywistości nazwy, które można nadawać wszystkim społeczeństwom, zarówno feudalnemu, jak i burżuazyjnemu, które jest asocjacją opartą na konkurencji. Czyż mogą więc być socjaliści, którzy by wierzyli, że samym słowem „asocjacja” mogą znieść konkurencję? I czyż sam p. Proudhon mógłby bronić konkurencji przeciwko socjalizmowi, oznaczając konkurencję samym tylko słowem „asocjacja”?

Wszystko to, cośmy powyżej powiedzieli, stanowi piękną stronę konkurencji, takiej jak ją rozumie p. Proudhon. Przejdźmy teraz do brzydkiej strony, do strony ujemnej konkurencji, do jej wad, do tego, co ona ma w sobie brzydkiego, przewrotnego, do jej szkodliwych właściwości.

Obraz nakreślony nam przez p. Proudhona ma w sobie coś ponurego.

Konkurencja rodzi nędzę, podżega do wojny domowej, „zmienia strefy naturalne”, miesza ze sobą narody, znosi rodzinę, deprawuje sumienie publiczne, „obala pojęcia równości i sprawiedliwości”, moralności, a co gorsza, znosi uczciwy i wolny handel, a w zamian nie daje nawet wartości syntetycznej, ceny stałej i uczciwej. Rozczarowuje ona wszystkich, nawet ekonomistów. Dochodzi do tego, że niszczy sama siebie.

Po tym wszystkim, co p. Proudhon mówił o niej złego, czyż może być dla jego zasad i iluzji, dla stosunków społeczeństwa burżuazyjnego żywioł bardziej burzący, dezorganizujący niż konkurencja?

Zauważmy dobrze, że konkurencja staje się czynnikiem coraz bardziej niszczącym dla stosunków burżuazyjnych, w miarę tego jak pobudza do gorączkowego tworzenia nowych sił produkcyjnych, tj. warunków materialnych nowego społeczeństwa. Pod tym względem przynajmniej zła strona konkurencji miałaby swoją dobrą stronę.

„Konkurencja, jako pozycja lub faza ekonomiczna, rozpatrywana od strony swojego pochodzenia jest koniecznym rezultatem... teorii zmniejszania ogólnych kosztów produkcji”.

Dla p. Proudhona krążenie krwi musi być następstwem teorii Harveya118.

„Monopol jest nieuniknionym kresem konkurencji, która go rodzi nieustannym zaprzeczaniem samej siebie.

Rodowód monopolu jest jego usprawiedliwieniem. Monopol jest naturalnym przeciwstawieniem konkurencji; ale odkąd konkurencja staje się konieczna, zawiera w sobie ideę monopolu, ponieważ monopol jest naturalnym siedliskiem każdej z konkurujących jednostek”.

Cieszymy się z p. Proudhonem, że może przynajmniej choć raz dobrze zastosować swoją formułę tezy i antytezy. Każdemu wiadomo, że monopol nowoczesny został zrodzony przez konkurencję.

Co się tyczy treści, p. Proudhon snuje poetyckie obrazy. Konkurencja tworzyła „z każdego podpodziału pracy rodzaj odrębnego państwa, w którym każdy osobnik utrzymywał swą siłę i niezależność”. Monopol jest „siedliskiem każdej konkurującej jednostki”. Państwo warte przynajmniej siedliska.

P. Proudhon mówi o tylko monopolu nowoczesnym, zrodzonym przez konkurencję. Ale każdemu wiadomo, że konkurencję zrodził monopol feudalny. Pierwotnie zatem konkurencja była przeciwieństwem monopolu, a nie monopol przeciwieństwem konkurencji. A więc nowoczesny monopol nie jest prostą antytezą; przeciwnie, jest on prawdziwą syntezą.

Teza: Monopol feudalny, poprzedzający konkurencję.

Antyteza: Konkurencja.

Synteza: Monopol nowoczesny, który jest zaprzeczeniem monopolu feudalnego, o ile zakłada panowanie konkurencji, i który jest zaprzeczeniem konkurencji, o ile jest monopolem.

Więc monopol nowoczesny, monopol burżuazyjny jest monopolem syntetycznym, zaprzeczeniem zaprzeczenia, jednością sprzeczności. Jest to monopol w stanie czystym, normalnym, racjonalnym. P. Proudhon jest w sprzeczności ze swą własną filozofią, skoro uważa monopol burżuazyjny za monopol w stanie pierwotnym, prostym, sprzecznym, spazmatycznym. P. Rossi119, którego p. Proudhon przytacza kilka razy w kwestii monopolu, zdaje się lepiej pojmować syntetyczny charakter monopolu burżuazyjnego. W swoim Cours d’economie politique rozróżnia monopole sztuczne i naturalne. Monopole feudalne, mówi on, są sztuczne, tj. arbitralne; monopole burżuazyjne są naturalne, tj. racjonalne.

Monopol jest dobrą rzeczą, rezonuje p. Proudhon, ponieważ jest to kategoria ekonomiczna, emanacja „nieosobowego rozumu ludzkości”. Konkurencja jest również dobrą rzeczą, ponieważ i ona także jest kategorią ekonomiczną. Ale co nie jest dobre, to konkretna forma monopolu i konkurencji. A jeszcze gorsze jest to, że konkurencja i monopol nawzajem się pożerają. Co robić? Szukać syntezy tych dwóch wiecznych myśli, wyrwać ją z łona Boga, gdzie spoczywa od niepamiętnych czasów.

W życiu praktycznym znajdujemy nie tylko konkurencję, monopol i ich wzajemny antagonizm, ale także ich syntezę, która nie jest formułą, lecz ruchem. Monopol wytwarza konkurencję, konkurencja wytwarza monopol. Monopoliści współzawodniczą między sobą, współzawodniczący stają się monopolistami. Jeśli monopoliści ograniczają konkurencję pomiędzy sobą przez częściowe asocjacje, konkurencja wzrasta między robotnikami; a im bardziej wzrasta masa proletariuszy w stosunku do monopolistów pewnego narodu, tym zacieklejsza staje się konkurencja między monopolistami różnych narodów. Syntezą tego jest więc to, że monopol może się utrzymać tylko przy ciągłej walce konkurencyjnej.

Ażeby dialektycznie uzasadnić przejście do podatków, które następują po monopolu, p. Proudhon mówi nam o geniuszu społecznym, który, przeszedłszy nieustraszenie swoją drogę zygzakami, „idąc krokiem pewnym, bez żalu i wahania, doszedłszy do załomu monopolu, rzuca poza siebie wzrok melancholijny, a po głębokim namyśle opodatkowuje wszystkie przedmioty produkcji i stwarza całą organizację administracyjną, aby wszystkie stanowiska zostały oddane proletariatowi i opłacane przez ludzi monopolu”.

Co powiedzieć o tym geniuszu, który na czczo spaceruje? I co powiedzieć o tej przechadzce, która ma za cel zniszczyć burżuazję podatkami, podczas kiedy podatki właśnie dostarczają burżuazji środków do utrzymania się jako klasie panującej?

Aby dać niejakie pojęcie o sposobie, w jaki p. Proudhon traktuje szczegóły ekonomiczne, wystarczy powiedzieć, że według niego podatek konsumpcyjny ustanowiono z myślą o równości i niesieniu pomocy proletariatowi.

Podatek konsumpcyjny rozwinął się na dobre dopiero od czasu zwycięstwa burżuazji. W rękach kapitału przemysłowego, to jest bogactwa umiarkowanego i oszczędnego, które się utrzymuje, odtwarza i powiększa przez bezpośredni wyzysk pracy, podatek konsumpcyjny był środkiem wyzyskiwania lekkomyślnego, wesołego, rozrzutnego bogactwa wielkich panów, zajmujących się tylko spożywaniem. Jakub Steuart120 bardzo dobrze przedstawił pierwotny cel podatku konsumpcyjnego w swoich Inquiry into the principles of political economy, które ogłosił na dziesięć lat przed Adamem Smithem.

„W prawdziwej monarchii — powiada — władcy zdają się z zazdrością patrzeć na wzrost bogactw i dlatego nakładają podatki na tych, którzy bogacą — podatki na produkcję. Przy rządzie konstytucyjnym podatki spadają zwykle na tych, którzy biednieją — podatki konsumpcyjne. Tak więc monarchowie nakładają podatki na przemysł... na przykład podatek pogłówny i od majątku (taille) są proporcjonalne do przypuszczalnego bogactwa płacących ten podatek. Każdy jest opodatkowany według zysku, jaki przypuszczalnie otrzymuje. Rządy konstytucyjne zwykle nakładają podatki konsumpcyjne. Każdy jest opodatkowany w stosunku do swoich wydatków”.

Co do logicznego następstwa podatków, bilansu handlowego i kredytu — w rozumie p. Proudhona — zauważymy tylko, że burżuazja angielska, doszedłszy pod Wilhelmem Orańskim121 do władzy politycznej, stworzyła natychmiast nowy system podatków, kredyt publiczny i system ceł ochronnych, gdy tylko była w stanie swobodnie rozwijać warunki swego istnienia.

Ten przegląd wystarczy, aby dać czytelnikowi prawdziwe pojęcie o elukubracjach122 p. Proudhona o policji albo o podatkach, o kredycie, o bilansie handlowym, o komunizmie i o ludności. Nie wierzymy, aby nawet najpobłażliwsza krytyka mogła poważnie rozpatrywać te rozdziały.

IV. Własność gruntowa albo renta

W każdej epoce historycznej własność się rozwijała inaczej i w szeregu zupełnie odmiennych stosunków społecznych. Określić więc własność burżuazyjną nie jest to nic innego jak przedstawić wszystkie stosunki społeczne produkcji burżuazyjnej.

P. Proudhon, który pozornie niby mówi o własności w ogóle, rozpatruje tylko własność ziemską, rentę gruntową.

„Pochodzenie renty, tak jak i własności jest, można by powiedzieć, poza ekonomią: kryje się w pojęciach psychologicznych i moralnych, które mają bardzo odległy związek z wytwarzaniem bogactw” (t. II, str. 265).

W ten sposób p. Proudhon uznał się za niezdolnego do zrozumienia ekonomicznego pochodzenia renty i własności. Przyznaje, że ta niezdolność zmusza go do uciekania się do pojęć psychologicznych i moralnych, które, chociaż mają bardzo odległy związek z wytwarzaniem bogactw, mają jednak bardzo bliski związek z ciasnotą jego poglądów historycznych. P. Proudhon twierdzi, że pochodzenie własności ma w sobie coś mistycznego i tajemniczego. Otóż gdy widzi się tajemnicę w pochodzeniu własności, to jest przekształca w tajemnicę stosunek samej produkcji do podziału narzędzi produkcji, czyż nie jest to, mówiąc językiem p. Proudhona, zrzeczenie się wszelkiej pretensji do nauki ekonomicznej?

P. Proudhon „ogranicza się do przypomnienia, że w siódmej epoce rozwoju ekonomicznego — w epoce kredytu — kiedy fikcja zastąpiła rzeczywistość, a działalności ludzkiej zagrażało rozpłynięcie się w pustce, stało się konieczne silniej związać człowieka z naturą; otóż renta była ceną tego nowego kontraktu” (t. II, str. 265).

Człowiek o czterdziestu talarach123 przeczuł, że zjawi się p. Proudhon: „Wolno Panu, panie Stwórco, każdy jest panem w swoim świecie; ale nie wmówi Pan we mnie nigdy, że ten, w którym żyjemy, jest ze szkła”124. W Pańskim świecie, gdzie kredyt był środkiem do rozpłynięcia się w pustce, bardzo to być może, że własność stała się potrzebna, aby związać człowieka z naturą. W świecie rzeczywistej produkcji, gdzie własność ziemska zawsze poprzedza kredyt, horror vacui125 p. Proudhona nie mógł istnieć.

Skoro przyjęto istnienie renty, jakiekolwiek zresztą byłoby jej pochodzenie, to staje się ona przedmiotem uzgodnień i umowy między dzierżawcą a właścicielem ziemskim. Jakiż jest wynik tych uzgodnień, innymi słowy: jaka jest przeciętna wysokość renty? Oto, co mówi p. Proudhon:

„Teoria Ricarda odpowiada na to pytanie. Gdy społeczeństwo zaczynało się formować, gdy człowiek, nowicjusz na ziemi, miał przed sobą niezmierzone obszary lasów i ziemi, a przemysł zaczynał dopiero powstawać, renta wówczas jeszcze nie istniała. Ziemia, jeszcze nie obrobiona, była rzeczą mającą użyteczność, ale nie była wartością wymienną; była wspólna, ale nie społeczna. Z czasem rozmnożenie się rodzin i postęp rolnictwa spowodowały, że nauczono się cenić ziemię. Praca nadała gruntowi wartość i stąd powstała renta. Pole dające więcej plonów przy jednakowej ilości pracy było bardziej cenione; stąd też dążeniem właścicieli było zawsze zagarnąć całość produktów z gruntu, potrąciwszy płacę farmera, tj. koszty produkcji. W ten sposób własność idzie w ślad za pracą, aby zagarnąć z produktu to wszystko, co przewyższa rzeczywiste koszty. Ponieważ właściciel wypełnia mistyczny obowiązek i jest przedstawicielem ogółu względem poddanego (colonus), to poddany według planów Opatrzności jest tylko odpowiedzialnym robotnikiem, który powinien zdawać rachunek przed społeczeństwem ze wszystkiego, co zbierze ponad należną z prawa płacę. W swej istocie i przez swe przeznaczenie renta jest narzędziem sprawiedliwości dzielącej produkty, jednym z tysiąca środków, którymi posługuje się geniusz ekonomiczny, aby osiągnąć równość. Jest to olbrzymi kataster126, sporządzony z przeciwnych punktów widzenia przez właścicieli i farmerów, bez możliwości kolizji, w wyższym celu; jego ostatecznym rezultatem powinno być zrównanie przemysłowców i rolników pod względem władania ziemią. Potrzeba było tej magicznej siły własności, aby wydrzeć poddanemu nadwyżkę produktu, której nie mógł nie uważać za swoją, a siebie za jej wyłącznego twórcę. Renta albo, lepiej powiedziawszy, własność złamała egoizm rolniczy i stworzyła solidarność, której żadna moc, żaden podział ziemi nie mógłby zrodzić... Obecnie, gdy własność wywarła swój wpływ moralny, pozostaje jeszcze dokonać podziału renty”.

Cała ta nawałnica słów sprowadza się do następującej rzeczy: Ricardo mówi, że nadwyżka ceny produktów rolnych nad kosztami ich produkcji wraz z zyskiem i zwykłym procentem od kapitału jest miarą renty. P. Proudhon lepiej sobie poczyna. Każe zjawić się właścicielowi jako Deus ex machina127, który wydziera poddanemu całą nadwyżkę produktów ponad koszty produkcji. Posługuje się interwencją właściciela, aby wyjaśnić własność, a interwencją rentiera, aby wyjaśnić rentę. Odpowiada na pytanie, stawiając to samo pytanie i powiększając je jeszcze o jedną sylabę.

Zauważmy jeszcze, że oznaczając rentę różnicą urodzajności ziemi, p. Proudhon daje nowe jej pochodzenie, ponieważ ziemia, zanim była oceniana według rozmaitych stopni urodzajności, „nie była” — według niego — „wartością wymienną, ale była wspólna”. Cóż się stało z tą fikcją renty, która się zrodziła z potrzeby sprowadzenia do ziemi człowieka, który miał się zgubić w nieskończoności próżni?

Pozbawmy teraz doktrynę Ricarda opatrznościowych, alegorycznych i mistycznych frazesów, w które starał się ją owinąć p. Proudhon.

Renta, według Ricarda, jest własnością gruntową w ustroju burżuazyjnym, to jest własnością feudalną, która podpadła pod warunki produkcji burżuazyjnej.

Widzieliśmy, że według doktryny Ricarda cena wszystkich przedmiotów jest ostatecznie oznaczana przez koszty produkcji włącznie z zyskiem przemysłowca, innymi słowy, przez zużyty czas roboczy. W manufakturze cena produktu otrzymanego za pomocą najmniejszej ilości pracy reguluje cenę wszystkich innych towarów tego samego rodzaju, zakładając, że można mnożyć do nieskończoności najtańsze i najwydatniejsze narzędzia produkcji i że jedynie wolna konkurencja ustanawia cenę rynkową, to jest wspólną cenę dla wszystkich produktów tego samego rodzaju.

W przemyśle rolniczym dzieje się przeciwnie; tu cena produktu otrzymanego przez największą ilość pracy ustanawia cenę wszystkich produktów tego samego rodzaju. Przede wszystkim nie można tu jak w manufakturze pomnażać dowolnie narzędzi produkcji o tym samym stopniu produkcyjności, to jest gruntów z jednakowym stopniem urodzajności. Następnie, w miarę tego jak ludność wzrasta, dochodzi się do uprawy ziemi gorszego gatunku lub do robienia nowych nakładów kapitału na tenże sam grunt, nakładów stosunkowo mniej produkcyjnych niż pierwsze. W jednym i drugim wypadku zużywa się większą ilość pracy, aby otrzymać stosunkowo mniej produktu. Ponieważ potrzeby ludności zrodziły konieczność tej dodatkowej pracy, to produkt ziemi uprawianej większym kosztem znajduje dla siebie zbyt na równi z produktem ziemi uprawianej mniejszym kosztem. Konkurencja wyrównuje ceny rynku, a więc produkt lepszego gruntu będzie się sprzedawać po takiej samej cenie jak produkt gorszego gruntu. I ta nadwyżka ceny produktów lepszego gruntu nad kosztami ich produkcji stanowi rentę. Gdyby można było mieć zawsze do rozporządzenia grunty o tym samym stopniu urodzajności, gdyby można było, jak w manufakturze, uciekać się zawsze do maszyn tańszych i bardziej wydajnych, albo gdyby następne wkłady kapitału przynosiły tyle co i pierwsze, wtedy cena produktów rolnych byłaby określana według ceny tych produktów, które zostały wytworzone za pomocą najlepszych narzędzi produkcji, jak to widzieliśmy przy cenie produktów manufaktury. Ale wtedy renta by zniknęła.

Aby doktryna Ricarda była ogólnie prawdziwa, trzeba, aby kapitały można było swobodnie stosować do rozmaitych gałęzi przemysłu; aby silnie rozwinięta konkurencja między kapitalistami doprowadziła do jednakowych zysków; aby farmer był tylko kapitalistą przemysłowym, który żąda za włożenie swego kapitału w gorsze grunty zysku równego zyskowi, jaki by osiągnął, włożywszy swój kapitał w jakąkolwiek manufakturę; aby uprawa rolna była prowadzona w systemie wielkoprzemysłowym; na koniec, aby właściciel ziemi miał na widoku jedynie dochód pieniężny.

Może się zdarzyć, jak w Irlandii, że renta jeszcze nie istnieje, choć system farm doszedł tam do wysokiego stopnia rozwoju. Renta, będąc nadwyżką nie tylko nad płacą roboczą, ale i nad zyskiem przemysłowym, nie mogłaby istnieć tam, gdzie dochód właściciela powstaje tylko z nieopłaconej pracy robotnika.

Zatem renta nie zamienia farmera w prostego robotnika i nie „wydziera poddanemu nadwyżki produktu, której on nie może nie uważać za swoją”, ale właścicielowi ziemskiemu — zamiast niewolnika, poddanego, chłopa czynszowego, pracownika najemnego — przeciwstawia kapitalistę przemysłowego. Własność ziemska, raz doszedłszy do fazy renty, może dawać jako dochód, jak i dawniej, tylko nadwyżkę ponad ogólne koszty produkcji, z tą jednak różnicą, że teraz ogólne koszty produkcji stanowi nie tylko płaca robocza, ale i zysk kapitalisty. A więc to właścicielowi ziemskiemu wydarła renta część jego dochodu. Toteż upłynął długi czas, zanim feudalnego farmera zastąpił przemysłowy kapitalista. W Niemczech, na przykład, ta przemiana zaczęła się dopiero w ostatnich trzydziestu latach XVIII wieku. Tylko w Anglii ten stosunek między kapitalistą przemysłowcem a właścicielem ziemskim rozwinął się w pełni.

Dopóki byli tylko chłopi-poddani p. Proudhona, dopóty nie było renty. Odkąd powstaje renta, poddany przestaje być dzierżawcą, a staje się robotnikiem, poddanym dzierżawcy. Obniżenie robotnika do roli prostego wyrobnika, parobka, najemnika, pracującego dla kapitalisty przemysłowca; interwencja kapitalisty przemysłowca, eksploatującego ziemię jak każdą inną fabrykę; przemiana właściciela ziemskiego z drobnego władcy w zwykłego lichwiarza — oto różne stosunki wyrażane przez rentę.

Renta, tak jak ją pojmuje Ricardo, jest to patriarchalne rolnictwo przekształcone w przemysł handlowy, przemysłowy kapitał zastosowany do ziemi, burżuazja miejska przeniesiona na wieś. Renta zamiast wiązać człowieka z naturą połączyła eksploatację ziemi z konkurencją. Własność ziemska, raz ustanowiona jako renta, jest rezultatem konkurencji, ponieważ odtąd zależy od ceny rynkowej produktów rolnych. Jako renta własność ziemska staje się własnością ruchomą i przedmiotem handlu. Renta staje się możliwa dopiero od chwili, kiedy rozwój przemysłu miejskiego i powstała z niego organizacja społeczna zmuszają właściciela ziemskiego, by dążył tylko do zysku z handlu, do dochodu pieniężnego ze swoich produktów rolnych i widział w swej własności ziemskiej tylko maszynę do robienia pieniędzy. Renta tak doskonale odłączyła właściciela ziemskiego od gruntu, od natury, że nie ma on nawet potrzeby znać swych majątków, jak to widzimy w Anglii. Co się tyczy farmera, kapitalisty i robotnika wiejskiego, to nie więcej są oni przywiązani do ziemi, którą uprawiają, jak przedsiębiorca i robotnik fabryczny do bawełny lub wełny, którą przerabia; czują przywiązanie tylko do ceny swego wytworu, do dochodu pieniężnego. Stąd biorą się jeremiady128 reakcyjnych partii, które wszystkimi siłami pragną powrotu feudalizmu, dobrych patriarchalnych czasów, prostoty obyczajów i wielkich cnót naszych przodków. Poddanie ziemi pod prawa, które rządzą innymi gałęziami przemysłu, jest i będzie zawsze przedmiotem wielkich żalów ze strony zainteresowanych. Można więc powiedzieć, że renta stała się tym motorem, który pchnął idyllę na drogę historycznego ruchu.

Ricardo, przyjąwszy burżuazyjną produkcję jako konieczną dla ustanowienia renty, tym niemniej stosuje rentę do własności ziemskiej wszystkich epok i wszystkich krajów. Są to błędy wspólne wszystkim ekonomistom, którzy przedstawiają stosunki produkcji burżuazyjnej jako wieczne kategorie.

Od opatrznościowego celu renty, którym jest dla p. Proudhona przekształcenie się poddanego w odpowiedzialnego robotnika, przechodzi on do podziału renty według zasady równości.

Renta, jak widzieliśmy, powstaje wskutek jednakowej ceny produktów z gruntów niejednakowej urodzajności, w ten sposób, że jeden hektolitr zboża, którego koszt wyniósł 10 franków, sprzedaje się za 20 franków, jeżeli koszty produkcji na gruncie niższego gatunku wynoszą 20 franków.

O ile potrzeba zmusza do kupowania wszystkich produktów rolnych dostarczanych na rynek, o tyle cena rynkowa określa się według kosztów produkcji najdroższych produktów. To zrównanie ceny, wypływające z konkurencji, a nie z różnicy urodzajności gruntów, daje dla właściciela najlepszego gruntu rentę 10 franków od każdego hektolitra, jaki sprzeda jego farmer.

Przypuśćmy na chwilę, że cena zboża określa się przez czas roboczy potrzebny do jego wyprodukowania, a natychmiast hektolitr zboża otrzymany z najlepszego gruntu sprzedawać się będzie po 10 franków, podczas gdy hektolitr zboża otrzymanego z gorszego gruntu sprzedawać się będzie po 20 franków. Przyjąwszy to, będziemy mieli średnią cenę rynkową 15 franków, podczas kiedy według prawa konkurencji cena wynosi 20 franków. Gdyby średnia cena wynosiła 15 franków, nie byłoby żadnego podziału, ani na zasadzie równości, ani innego, ponieważ nie byłoby renty. Renta istnieje tylko przez to, że hektolitr zboża, który kosztuje wytwórcę 10 franków, sprzedaje się za 20 franków. P. Proudhon zakłada równość ceny rynkowej przy nierównych kosztach produkcji, aby dojść do równościowego podziału produktu nierówności.

Pojmujemy dlaczego tacy ekonomiści jak Mill, Cherbulliez, Hilditsch i inni żądali, aby renta była przekazywana państwu w celu zniesienia podatków. Było to jawne wyrażenie nienawiści, jaką czuje kapitalista przemysłowy do właściciela ziemskiego, który wydaje mu się kimś bezużytecznym, zbędnym w całości produkcji burżuazyjnej.

Ale kazać sobie płacić za hektolitr zboża po 20 franków, aby potem urządzać ogólne dzielenie 10 franków pobranych za dużo od spożywców, to rzeczywiście wystarcza, aby geniusz społeczny poszedł melancholijnie zygzakiem i rozbił sobie głowę o jakiś załom.

Pod piórem p. Proudhona renta staje się „olbrzymim katastrem sporządzanym przez właścicieli i farmerów z przeciwnych punktów widzenia... w celu wyższym, którego ostatecznym rezultatem powinno być zrównanie władania ziemią między uprawiającymi ziemię a przemysłowcami”.

Aby jakikolwiek kataster utworzony przez rentę miał wartość praktyczną, trzeba do tego warunków dzisiejszego społeczeństwa.

Wykazaliśmy, że czynsz dzierżawny, który farmer płaci właścicielowi, wyraża dość ściśle rentę tylko w krajach najbardziej rozwiniętych pod względem przemysłu i handlu. Przy tym ten czynsz zawiera w sobie często jeszcze i procent, płacony właścicielowi od kapitału włożonego w ziemię. Położenie gruntu, sąsiedztwo miast i wiele innych okoliczności wpływa na czynsz dzierżawny i zmienia rentę. Te powody wystarczyłyby, aby dowieść niedokładności katastru opartego na rencie.

Z drugiej strony, renta nie mogłaby służyć za stałą wskazówkę stopnia wydajności gruntu, ponieważ nowoczesne zastosowanie chemii coraz to zmienia naturę gruntu, a wiadomości geologiczne zaczynają właśnie w naszych czasach zmieniać dawny sposób oceniania względnej urodzajności; dopiero od mniej więcej dwudziestu lat zaczęto uprawiać rozległe grunty wschodnich hrabstw Anglii, grunty dotąd nieuprawne z powodu nieumiejętności właściwego oszacowania stosunku czarnoziemu i składu podglebia.

Tak więc historia nie tylko że nie daje nam w rencie gotowego już katastru, lecz zmienia całkowicie i wywraca katastry już utworzone.

Na koniec urodzajność nie jest przymiotem tak naturalnym, jakby się to mogło zdawać; wiąże się ona ściśle z danymi stosunkami społecznymi. Jakaś ziemia może być bardzo urodzajna dla zboża, a jednak cena rynkowa może zmusić rolnika do przekształcenia jej w sztuczną łąkę i uczynienia jej przez to nieurodzajną.

P. Proudhon wymyślił swój kataster, który nie wart jest nawet zwyczajnego katastru, po to jedynie, aby ucieleśnić wyrównujący, opatrznościowy cel renty.

„Renta — ciągnie dalej p. Proudhon — jest procentem od kapitału, który nigdy nie ginie, od ziemi. A ponieważ ten kapitał, co się tyczy materii, nie może ulegać powiększeniu, a tylko nieograniczonemu ulepszaniu co do używania go, zdarza się więc, że podczas kiedy procent, czyli zysk z wypożyczania (mutuum) skutkiem obfitości kapitałów dąży do ciągłego zmniejszania się, renta dąży do ciągłego wzrostu skutkiem udoskonalenia przemysłu, które pociąga za sobą ulepszenie uprawy ziemi... Taka jest w swojej istocie renta” (t. II, str. 265).

Tym razem p. Proudhon widzi w rencie wszystkie własności procentu, tylko że ten procent pochodzi od kapitału szczególnej natury. Ten kapitał to ziemia, kapitał wieczny „nie może ulegać powiększeniu, a tylko nieograniczonemu ulepszaniu co do używania go”. W rozwoju cywilizacji procent ciągle dąży do spadku, podczas gdy renta ciągle dąży do podniesienia się. Procent spada z powodu obfitości kapitałów; renta wzrasta wraz z nowymi ulepszeniami w przemyśle, pociągającymi za sobą coraz lepsze metody uprawy ziemi.

Takie jest w swej istocie mniemanie p. Proudhona.

Zbadajmy najpierw, do jakiego stopnia słuszne jest twierdzenie, że renta jest procentem od kapitału.

Dla właściciela ziemskiego renta przedstawia procent od kapitału, który dał za ziemię, albo który by wziął przy jej sprzedaży. Ale kupując lub sprzedając ziemię, sprzedaje lub kupuje tylko rentę. Cena, którą daje, aby nabyć rentę, regulowana jest ogólną stopą procentową i nie ma nic wspólnego z naturą samej renty. Procent od kapitałów ulokowanych w gruntach jest na ogół niższy niż procent od kapitałów ulokowanych w przemyśle lub handlu. Zatem dla kogoś, kto nie odróżnia procentu, który ziemia przynosi właścicielowi, od samej renty, procent od kapitału ulokowanego w ziemi zmniejsza się jeszcze bardziej niż procent od innych kapitałów. Ale tu nie chodzi o cenę kupna lub sprzedaży renty, nie o wartość rynkową renty, rentę skapitalizowaną, chodzi tu o samą rentę.

Czynsz dzierżawny, jaki płaci farmer, może zawierać w sobie oprócz właściwej renty jeszcze procent od kapitału włożonego w ziemię. Wtedy właściciel otrzymuje tę część czynszu nie jako właściciel, ale jako kapitalista; nie jest to jednakże renta właściwa, o jakiej mamy mówić.

Dopóki ziemia nie jest eksploatowana jako środek produkcji, dopóty nie jest kapitałem. Ziemię-kapitał można powiększać jak wszystkie inne środki produkcji. Nie dodaje się do niej materii — używając języka p. Proudhona — ale pomnaża się ziemie, które służą jako środki produkcji. Trzeba tylko w grunty już przekształcone w środek produkcji robić nowe wkłady, a powiększy się ziemia-kapitał, choć nie dodamy materii, czyli obszaru ziemi. Ziemia-materia p. Proudhona jest to ziemia w jej granicach. Co do wiecznej trwałości, jaką przypisuje ziemi, to nie mamy nic przeciwko temu, aby miała ona tę właściwość jako materia. Ale ziemia-kapitał nie jest bardziej wieczna niż jakikolwiek inny kapitał.

Złoto i srebro, które dają procent, są tak samo trwałe i wieczne jak ziemia. Jeśli cena złota i srebra spada, podczas kiedy cena ziemi się wzrasta, nie pochodzi to bez wątpienia z jej mniej lub więcej wiecznej natury.

Ziemia-kapitał jest kapitałem stałym, ale kapitał stały zużywa się równie dobrze jak kapitały obrotowe. Ulepszenia gruntu wymagają ponawiania i podtrzymywania; trwają tylko pewien czas i to jest wspólne wszystkim innym ulepszeniom, jakimi się posługujemy przy przemianie materii w środek produkcji. Gdyby ziemia-kapitał była wieczna, niektóre ziemie wyglądałyby inaczej niż dzisiaj i oglądalibyśmy rzymską Kampanię, Sycylię, Palestynę w całym blasku ich dawnego kwitnącego stanu.

Bywają przypadki, kiedy ziemia-kapitał mogłaby zniknąć nawet wtedy, kiedy ulepszenia gruntu pozostają.

Po pierwsze, zdarza się to za każdym razem, kiedy właściwa renta ginie wskutek konkurencji nowych urodzajniejszych gruntów; po drugie, ulepszenia, które mogły być cenne w pewnej epoce, tracą na wartości z chwilą, kiedy się rozpowszechniły przez rozwój agronomii.

Przedstawicielem ziemi-kapitału nie jest właściciel ziemski, ale farmer. Dochód, który ziemia daje jako kapitał, jest to procent i zysk przemysłowy, a nie renta. Są ziemie, które przynoszą procent i zysk, a wcale nie przynoszą renty.

W rezultacie ziemia, o ile daje procent, jest ziemią-kapitałem, a jako ziemia-kapitał nie daje renty, nie ustanawia własności gruntowej. Renta wynika ze stosunków społecznych, w których odbywa się eksploatacja ziemi. Nie może być ona rezultatem mniej lub więcej stałej, mniej lub więcej trwałej natury ziemi. Renta pochodzi ze stosunków społecznych, a nie z gruntu.

Według p. Proudhona „ulepszanie uprawy ziemi” — skutek „udoskonaleń przemysłu” — jest przyczyną ciągłego wzrostu renty. Przeciwnie, ulepszanie to sprowadza jej okresowe spadki.

Na czym polega w ogóle każde ulepszenie, czy to w rolnictwie, czy to w przemyśle? Na tym, że nakładem tej samej ilości pracy produkuje się więcej lub że produkuje się tyle samo albo nawet więcej nakładem mniejszej ilości pracy. Dzięki ulepszeniom farmer nie potrzebuje używać większej ilości pracy, by otrzymać stosunkowo mniejszą ilość produktu. Nie potrzebuje uciekać się do gruntów niższego gatunku, a wkłady robione stopniowo w tę ziemię pozostają jednakowo produkcyjne. Zatem te ulepszenia zamiast przyczyniać się do ciągłego podnoszenia się renty — jak to utrzymuje p. Proudhon — przeciwnie, są czasowymi przeszkodami, które nie pozwalają jej rosnąć.

Angielscy właściciele ziemscy XVII wieku tak dobrze rozumieli tę prawdę, że sprzeciwiali się postępowi rolnictwa, obawiając się zmniejszenia swych dochodów (Patrz Petty129, angielski ekonomista z czasów Karola II).

V. Strajki i koalicje robotnicze

„Żadna podwyżka płac roboczych nie może mieć innego skutku jak tylko wzrost ceny zboża, wina itd., czyli w konsekwencji drożyznę. Czym jest bowiem płaca robocza? Jest to koszt produkcji zboża itd., jest to całkowita cena każdej rzeczy. Idźmy jeszcze dalej. Płaca jest to stosunek elementów, z których składa się bogactwo i które są codziennie reprodukcyjnie spożywane przez masę robotniczą. Otóż podwoić płacę roboczą... znaczy to dać każdemu producentowi część większą od jego produktu, co jest samo w sobie sprzecznością; jeżeli podwyżka ma miejsce tylko w małej części przemysłu, to wywoła ogólny zamęt w wymianie, jednym słowem drożyznę...

Utrzymuję, że jest niemożliwe, aby strajki z następującą po nich podwyżką płacy roboczej nie wywołały ogólnej zwyżki cen; to jest tak pewne jak dwa razy dwa jest cztery” (Proudhon, t. I, str. 110 i 111).

Przeczymy wszystkim tym zapewnieniom z wyjątkiem tego, że dwa razy dwa jest cztery.

Przede wszystkim nie ma ogólnej zwyżki cen. Jeżeli cena wszystkich rzeczy podwaja się jednocześnie z płacą roboczą, to nie ma żadnej zmiany cen, jest tylko zmiana wyrażeń.

Następnie, ogólna podwyżka płacy roboczej nie może doprowadzić do mniej lub więcej ogólnego podrożenia towarów. Istotnie, gdyby wszystkie gałęzie przemysłu używały tej samej liczby robotników w stosunku do kapitału stałego lub narzędzi, jakimi się posługują, to ogólna podwyżka płacy doprowadziłaby do ogólnego spadku zysków i cena bieżąca towarów nie uległaby żadnej zmianie.

Ale ponieważ stosunek pracy ręcznej do stałego kapitału nie jest jednakowy w rozmaitych gałęziach przemysłu, więc wszystkie te gałęzie przemysłu, które używają stosunkowo większego kapitału stałego, a mniej robotników, będą prędzej czy później zmuszone obniżyć cenę swoich towarów. W przeciwnym wypadku, kiedy cena ich towarów nie spadnie, ich zysk podniesie się ponad przeciętną skalę zysków. Maszyny nie pobierają płacy. Zatem powszechna podwyżka płac mniej dotknie te gałęzie przemysłu, które używają w porównaniu z innymi więcej maszyn niż robotników. Ale ponieważ konkurencja zawsze dąży do zrównania poziomu zysków, zatem zyski, które wznoszą się ponad średni poziom, mogą być tylko przejściowe. Mimo więc pewnych wahań ogólna podwyżka płac sprowadzi nie ogólne podrożenie — jak utrzymuje p. Proudhon — ale częściową zniżkę, tj. obniżenie ceny bieżącej tych towarów, które wytwarza się głównie za pomocą maszyn.

Zwyżka i zniżka zysku i płacy roboczej wyrażają tylko stosunek, w jakim kapitaliści i robotnicy uczestniczą w produkcie dnia roboczego, nie wpływają w większości przypadków na cenę produktu. A to, że „strajki z następującą po nich podwyżką płacy wywołują ogólną zwyżkę cen, a nawet drożyznę” — są to idee, które mogą się wyląc tylko w mózgu zapoznanego poety.

W Anglii strajki były z reguły powodem do wynajdowania i stosowania nowych maszyn. Maszyny, można powiedzieć, były bronią, jakiej używali kapitaliści, aby tłumić bunt wykwalifikowanych robotników. Self-acting mule130, największy wynalazek nowożytnego przemysłu, usunął z pola walki zbuntowanych przędzarzy. Gdyby koalicje i strajki miały tylko ten skutek, że pociągały za sobą skierowane przeciw nim wysiłki geniusza mechaniki, już wywierałyby one ogromny wpływ na rozwój przemysłu.

„Czytam — ciągnie dalej p. Proudhon — w artykule ogłoszonym przez p. Leona Faucher we wrześniu 1845131 — że od pewnego czasu robotnicy angielscy odwykli od koalicji, co jest bez wątpienia postępem, którego im można powinszować; to podniesienie się moralności robotników pochodzi głównie z ich ekonomicznego wykształcenia. »To nie od przemysłowców — wołał na meetingu w Boltonie jeden z przędzarzy — zależy płaca robocza«. W czasach zastoju fabrykanci dzierżą bicz, w jaki ich uzbraja konieczność, i chcąc nie chcąc, muszą bić. Zasadą regulującą jest stosunek podaży i popytu, a przemysłowcy tej władzy nie mają. Doskonale — wykrzykuje p. Proudhon — oto są dobrze wytresowani robotnicy, robotnicy wzorowi, itd., itd. Tej nędzy brakowało jeszcze Anglii: nie przekroczy ona Kanału”(t. I, str. 261 i 262).

Ze wszystkich miast Anglii w Boltonie radykalizm jest najbardziej rozwinięty. Robotnicy Boltonu są znani jako najzawziętsi rewolucjoniści. Podczas wielkiej agitacji, jaka miała miejsce w Anglii przeciw prawom zbożowym, fabrykanci angielscy nie czuli się dość silni, by mogli sami podołać walce z właścicielami ziemskimi, nie wysuwając naprzód robotników. Ale ponieważ interesy robotników i fabrykantów nie były mniej sprzeczne niż interesy fabrykantów i właścicieli ziemskich, było zatem naturalne, że fabrykanci musieli usuwać się na drugi plan na meetingach robotniczych. Cóż zrobili fabrykanci? Aby ocalić pozory, organizowali meetingi złożone w większości z majstrów, z małej liczby oddanych im robotników oraz z właściwych przyjaciół handlu. Kiedy następnie prawdziwi robotnicy próbowali, np. w Boltonie i w Manchesterze, brać w nich udział, aby zaprotestować przeciwko tym sztucznym demonstracjom, zabroniono im wstępu, mówiąc, że to był ticket-meeting, to znaczy taki, na który mają prawo wejścia tylko osoby zaopatrzone w karty wstępu. Jednak ogłoszenia rozlepione na murach oznajmiały o meetingach publicznych. Ilekroć odbywał się jeden z tych meetingów, dzienniki fabrykantów dawały pompatyczne, szczegółowe sprawozdania z wygłaszanych tam mów. Rozumie się, że były to mowy samych majstrów. Dzienniki londyńskie przytaczały je dosłownie. P. Proudhon ma nieszczęście brać majstrów za zwykłych robotników i surowo zabrania im przekroczyć Kanał.

Jeżeli w latach 1844 i 1845 strajki mniej się rzucały w oczy niż przedtem, to dlatego, że były to pierwsze dwa pomyślne lata dla angielskiego przemysłu od 1837 roku. Tym niemniej żaden z trade-unions (związków zawodowych) nie został rozwiązany.

Posłuchajmy teraz majstrów z Boltonu. Według nich fabrykanci nie są panami płacy robotniczej, ponieważ nie są panami ceny produktu; a nie są panami ceny produktu, ponieważ nie są panami rynku światowego. Z tej przyczyny dali do zrozumienia, że nie należy robić koalicji, aby wymusić na fabrykantach podwyżkę płacy roboczej. P. Proudhon przeciwnie, zakazuje im koalicji z obawy, aby po koalicji nie nastąpiło podwyższenie płacy, które by pociągnęło za sobą ogólną drożyznę. Nie potrzebujemy mówić, że co do jednego punktu panuje serdeczna zgoda między majstrami a p. Proudhonem, a mianowicie, że podwyżce płac towarzyszy podwyżka cen produktów.

Lecz czy obawa drożyzny jest prawdziwą przyczyną urazy p. Proudhona? Nie. On się gniewa na majstrów z Boltonu, ponieważ określają wartość przez podaż i popyt i nie troszczą się wcale o wartość ukonstytuowaną, o wartość, która była w stanie ukonstytuowania, o ukonstytuowanie wartości, łącznie ze stałą wymienialnością i wszystkimi innymi proporcjonalnościami stosunków i stosunkami proporcjonalności ofiarowanymi przez Opatrzność.

„Strajk robotników jest bezprawiem; nie tylko kodeks karny tak powiada, ale system ekonomiczny, konieczność ustanowionego porządku... Można tolerować, żeby każdy robotnik miał wolną wolę rozporządzania swoją osobą i rękami, ale społeczeństwo nie może pozwolić, aby robotnicy za pomocą koalicji gwałcili monopol” (t. I, str. 235 i 237).

P. Proudhon chce nam przedstawić pewien artykuł kodeksu karnego jako konieczny i ogólny rezultat stosunków produkcji burżuazyjnej.

W Anglii koalicje są dozwolone aktem parlamentu i to właśnie system ekonomiczny zmusił parlament do wydania tego pozwolenia jako prawa. W 1825 roku, kiedy za ministerstwa Huskissona parlament był zmuszony zmienić prawodawstwo, aby je lepiej pogodzić ze stanem rzeczy wynikającym z wolnej konkurencji, trzeba było z konieczności znieść wszystkie prawa, które zabraniały robotnikom koalicji. Im więcej rozwijają się współczesny przemysł i konkurencja, tym więcej jest czynników wywołujących i wspierających koalicje, a gdy tylko koalicje stają się faktem ekonomicznym, zyskującym z dnia na dzień na znaczeniu, muszą stać się faktem prawnym.

Zatem artykuł kodeksu karnego dowodzi co najwyżej, że nowoczesny przemysł i konkurencja nie były należycie rozwinięte za czasów Zgromadzenia Konstytucyjnego132 i za czasów Cesarstwa133.

Ekonomiści i socjaliści134 zgadzają się ze sobą na jednym punkcie, tj. co do potępienia koalicji. Tylko inaczej motywują akt potępienia.

Ekonomiści mówią do robotników: Nie twórzcie koalicji. Tworząc koalicje, tamujecie prawidłowy rozwój przemysłu, przeszkadzacie fabrykantom wykonywać zamówienia, zakłócacie handel i przyspieszacie wprowadzenie maszyn, które sprawiają, że część waszej pracy staje się niepotrzebna, i zmuszają was do zgody na jeszcze niższą płacę. Zresztą daremne wasze wysiłki. Waszą płacę będzie zawsze określał stosunek popytu do podaży rąk roboczych, a próby buntowania się przeciw wiecznym prawom ekonomii politycznej są równie śmieszne jak niebezpieczne.

Socjaliści mówią do robotników: Nie twórzcie koalicji, bo co ostatecznie na tym wygracie? Podwyżkę płacy? Ekonomiści wam dowiodą z całą dokładnością, że te kilka groszy, które w razie powodzenia moglibyście na jakiś czas zyskać, wywołują następnie trwałą zniżkę płac. Zręczni rachmistrze dowiodą wam, że potrzebowalibyście lat całych, aby podwyżka płacy zwróciła wam koszty poniesione na organizację i utrzymanie koalicji. A my jako socjaliści, my wam powiemy, że niezależnie od tej kwestii pieniężnej pozostaniecie tak samo robotnikami jak przedtem, a wasi przełożeni zawsze waszymi przełożonymi. Zatem żadnych koalicji, żadnej polityki! Bo czyż tworzyć koalicje to nie jest politykować?

Ekonomiści chcą, aby robotnicy pogodzili się z takim społeczeństwem, jakie ono jest w obecnym czasie i jakie nakreślili i zatwierdzili w swoich podręcznikach.

Socjaliści radzą robotnikom pozostawić w spokoju stare społeczeństwo, aby łatwiej im było wejść do nowego społeczeństwa, które oni im przygotowali z taką troskliwością.

Pomimo jednych i drugich, mimo podręczników i utopii, koalicje nie przestawały ani na chwilę rozwijać się i rosnąć w siły wraz z rozwojem i wzrostem nowoczesnego przemysłu. Obecnie stopień, do jakiego doszła koalicja w danym kraju, oznacza dokładnie stopień, jaki ten kraj zajmuje w hierarchii rynku światowego. Anglia, gdzie przemysł osiągnął najwyższy stopień rozwoju, posiada najobszerniejsze i najlepiej zorganizowane koalicje.

W Anglii nie poprzestano na koalicjach cząstkowych, które miały na celu tylko czasowe strajki i które wraz z nimi znikały. Utworzono koalicje stałe, trades-unions, które służą robotnikom za szańce obronne w walce z przedsiębiorcami. W chwili obecnej wszystkie te trades-unions miejscowe łączą się z sobą w „National Association of United Trades”, którego komitet centralny zasiada w Londynie i które liczy już 80 000 członków. Urządzanie strajków, koalicji, trades-unions odbywało się jednocześnie z prowadzeniem walk politycznych przez robotników, którzy tworzą teraz wielką partię polityczną pod nazwą czartystów135.

Pierwsze próby łączenia robotników między sobą zawsze przybierają postać koalicji.

Wielki przemysł gromadzi w jednym miejscu masę obcych sobie ludzi. Konkurencja rozdziela ich ze względu na odmienne interesy. Ale utrzymanie dotychczasowych płac, ten wspólny interes, przeciwny do interesu fabrykantów, łączy ich w jednej myśli oporu — w koalicję. Zatem koalicja ma zawsze podwójny cel, a mianowicie zaniechać konkurencji pomiędzy sobą, aby móc przeciwstawić wspólną konkurencję kapitaliście. Jeżeli pierwszym celem oporu było utrzymanie płac, to w miarę tego, jak kapitaliści ze swojej strony łączyli się w jednej myśli represji wobec robotników, koalicje, z początku odosobnione, formowały się w grupy, a wobec zawsze zjednoczonego kapitału utrzymanie ich zjednoczenia staje się dla nich ważniejsze od utrzymania płac. To jest do tego stopnia prawdą, że ekonomiści angielscy są wręcz zdumieni, widząc, jak robotnicy poświęcają znaczną część swej płacy na rzecz swoich zrzeszeń, które zdaniem tych ekonomistów były zakładane wyłącznie w celu obrony płacy roboczej. W tej walce — prawdziwej wojnie domowej — łączą się i rozwijają wszystkie żywioły niezbędne do przyszłej walki. Raz doszedłszy do tego punktu, zrzeszenie przybiera charakter polityczny.

Warunki ekonomiczne zamieniły najpierw masy ludności w robotników. Panowanie kapitału stworzyło dla tych mas wspólne warunki bytu, wspólne interesy. Zatem te masy stanowią już klasę wobec kapitału, ale nieświadomą jeszcze samej siebie. W walce, której kilka faz zaznaczyliśmy powyżej, masy łączą się i tworzą klasę świadomą siebie. Interesy, których bronią, stają się interesami klasowymi. Ale walka klasy z klasą jest walką polityczną.

W burżuazji rozróżniamy dwie fazy: fazę, podczas której konstytuowała się ona w klasę pod panowaniem feudalizmu i monarchii absolutnej, oraz fazę, kiedy już ukonstytuowana jako klasa obaliła feudalizm i monarchię, aby dawne społeczeństwo przekształcić w społeczeństwo burżuazyjne. Pierwsza z tych faz była dłuższa i wymagała największych wysiłków. Rozpoczęła się także od częściowych koalicji przeciw panom feudalnym.

Przeprowadzono wiele poszukiwań, aby prześledzić rozmaite fazy historyczne, przez jakie przeszła burżuazja, od komuny miejskiej począwszy, a skończywszy na ukonstytuowaniu się jako klasy.

Ale kiedy chodzi o zdanie sobie dokładnie sprawy ze strajków, koalicji i innych form, w jakich proletariat dokonuje na naszych oczach swojego organizowania się jako klasy, jednych opanowuje prawdziwy strach, drudzy okazują transcendentalną pogardę.

Klasa uciskana jest warunkiem bytu każdego społeczeństwa opartego na antagonizmie klasowym. Wyzwolenie klasy uciśnionej pociąga koniecznie za sobą nowy ustrój społeczny. Aby klasa uciśniona mogła się wyzwolić, trzeba, by osiągnięte siły wytwórcze i istniejące stosunki społeczne nie mogły nadal egzystować obok siebie. Ze wszystkich narzędzi produkcji największą siłą wytwórczą jest sama klasa rewolucyjna. Zorganizowanie się żywiołów rewolucyjnych jako klasy zakłada istnienie wszystkich sił produkcyjnych, jakie mogły się zrodzić w łonie dawnego społeczeństwa.

Czy to znaczy, że po upadku dawnego społeczeństwa nastąpi panowanie nowej klasy wyrażające się w nowej władzy politycznej? Nie.

Warunkiem wyzwolenia klasy pracującej jest zniesienie wszelkich klas, tak jak warunkiem oswobodzenia stanu trzeciego, stanu burżuazyjnego, było zniesienie wszystkich stanów136.

Klasa pracująca w ciągu swego rozwoju zastąpi dawne społeczeństwo burżuazyjne zrzeszeniem, które zniesie klasy i ich antagonizmy, i nie będzie więcej władzy politycznej, ponieważ władza polityczna jest właśnie oficjalnym wyrazem antagonizmu w społeczeństwie burżuazyjnym.

Tymczasem antagonizm między proletariatem i burżuazją jest walką klas, walką, która osiągnąwszy swój najwyższy wyraz, stanie się całkowitą rewolucją. Czyż można się zresztą dziwić, że społeczeństwo oparte na sprzeczności interesów klasowych dochodzi do brutalnej sprzeczności, do fizycznej walki jako ostatecznego rozwiązania?

Nie mówcie, że ruch społeczny wyklucza ruch polityczny. Nie ma ruchu politycznego, który by nie był zarazem ruchem społecznym.

Tylko przy takim stanie rzeczy, gdzie nie będzie więcej klas i antagonizmu klasowego, ewolucje społeczne przestaną być rewolucjami politycznymi. Do tych czasów, w przeddzień każdej ogólnej przebudowy społeczeństwa, ostatnim słowem nauki społecznej będzie zawsze:

WALKA ALBO ŚMIERĆ; KRWAWA WALKA ALBO NICOŚĆ. TAK NIEUBŁAGANIE TA SPRAWA STOI.

George Sand.

Marks contra Michajłowski137