Rozdział pierwszy. Odkrycie naukowe
I. Wartość wymienna a użytkowa
„Właściwość wszystkim wspólna przedmiotom, czy to są wytwory przemysłu, czy też dary przyrody, a mianowicie, że wszystkie one jednako służą człowiekowi do utrzymania, zowie się wartością użytkową; własność znowu ta, że się nawzajem one wymieniają jest wartością wymienną. Jakim sposobem wartość użytkowa staje się wymienną? Powstania idei wartości [wymiennej] nie wyświetlili ekonomiści z należytą starannością, musimy się zatem nad tym pytaniem zatrzymać. Ponieważ spośród rzeczy, których pożądam, wiele istnieje w naturze jedynie w szczupłej ilości lub też zgoła nie występuje, muszę więc własnoręcznie wytwarzać to, czego mi braknie, a ponieważ nie mogę brać się do tylu rzeczy osobiście, zwracam się zatem ku innym ludziom, swym współpracownikom w innych gałęziach działalności, z propozycją, aby pewną część swoich wytworów wymieniali na moje produkty” (Proudhon, tom I, rozdz. II).
P. Proudhon stawia sobie za zadanie przede wszystkim wyjaśnienie podwójnej natury wartości, rozdwojenia wartości, powstania wartości wymiennej z użytkowej. Wraz z p. Proudhonem musimy zatrzymać się na tym akcie przekształcania. Zobaczmy, jak, zdaniem naszego autora, dokonuje się ten akt.
Nader znacznej ilości produktów nie spotykamy w naturze, a musi je dopiero wytworzyć przemysł. Skoro potrzeby przewyższają samorzutną produkcję ze strony przyrody, człowiek zmuszony jest do zawezwania na pomoc produkcji przemysłowej. Czym jest ta ostatnia w pojęciu p. Proudhona? Jak powstała? Pojedynczy człowiek potrzebujący mnóstwa rzeczy „nie jest w stanie tak wielu rzeczom podołać”. Ile mamy zaspokoić potrzeb, tyle musimy wytworzyć rzeczy. Nie ma bowiem produktu bez produkcji. Takie zaś mnóstwo rzeczy, jakie mamy wytworzyć, każe już z góry zakładać więcej nad jednego wytwórcę. Odkąd zaś przyjmujemy, że w produkcji uczestniczy więcej niż jeden człowiek, od tej chwili założyliśmy już istnienie całej produkcji opartej na podziale pracy. A zatem potrzeba, jak ją pojmuje p. Proudhon, każe zakładać całkowity podział pracy. Zakładając zaś podział pracy, tym samym mamy już do czynienia z wymianą, a więc i z wartością wymienną. Moglibyśmy zatem z taką samą racją z góry już założyć istnienie wartości wymiennej.
Ale p. Proudhon woli obracać się w kółku; idźmy więc jego manowcami, które wciąż będą nas sprowadzać z powrotem do punktu wyjścia.
Aby wydobyć się z takiego stanu rzeczy, gdzie każdy jako odludek na siebie pracuje, i dojść do wymiany, „zwracam się — powiada p. Proudhon — do swych współpracowników w różnorodnych gałęziach działalności”. A więc mam już współpracowników, z których każdy zajmuje się odmienną gałęzią działalności, chociaż — wciąż według założeń Proudhona — ani ja, ani inni nie wyzwoliliśmy się jeszcze z samotniczej i niezbyt społecznej sytuacji Robinsona. Współpracownicy i różne gałęzie pracy, podział pracy i wymiana, wszystko to spadło z nieba.
Streszczam: mam potrzeby oparte na podziale pracy i wymianie. P. Proudhon, przyjmując te potrzeby, tym samym przyjął już istnienie wymiany i wartości wymiennej, „których jednak powstanie” postanawia sobie „wyśledzić z większą niż inni ekonomiści starannością”.
P. Proudhon równie dobrze mógłby ten porządek rzeczy wywrócić zupełnie na opak i zgoła nie zaszkodziłby tym słuszności swych rozumowań. Dla wyjaśnienia wartości wymiennej trzeba mu wymiany. Dla wyjaśnienia z kolei wymiany potrzeba podziału pracy. Aby zaś wyjaśnić ten podział pracy, potrzebuje on potrzeb czyniących z podziału pracy konieczność. Wreszcie, by wyjaśnić te potrzeby, należy je jedynie „przyjąć jako założenie”, co wszakże zgoła jeszcze nie jest ich negacją, wbrew pierwszemu pewnikowi z Proudhonowskiego prologu: „przyjąć istnienie Boga jako założenie jest to zaprzeczyć jego istnieniu” (Prolog, str. 1).
Jak teraz postępuje p. Proudhon z podziałem pracy, który zakłada sobie jako daną wiadomą, by wyjaśnić wartość wymienną, rzecz wciąż dla niego niewiadomą? Oto „pewien człowiek” zwraca się ku innym ludziom, swym współpracownikom w różnych gałęziach działalności, z propozycją rozpoczęcia wymiany i odróżniania wartości wymiennej od użytkowej. Przystawszy na to proponowane odróżnianie, współpracownicy uwolnili p. Proudhona od wszelkich „kłopotów” prócz jednego: przy tych warunkach potrzebował jedynie zauważyć ten fakt, „zanotować i zaznaczyć powstanie idei wartości” w swym traktacie ekonomii politycznej. Jednak powinien by nam wyjaśnić „źródło” tej propozycji, powiedzieć, jakim sposobem ten samotnik, ten Robinson, nagle doszedł do tego, aby uczynić swym współpracownikom tego rodzaju propozycję, i czemuż ci współpracownicy bez żadnego wahania ją przyjęli.
Ale p. Proudhon nie wdaje się w te szczegóły genealogiczne. Czynowi wymiany nadaje pewnego rodzaju historyczne piętno, przedstawiając go jako umowę zaproponowaną przez osobę trzecią, która dążyła do ustanowienia tej wymiany.
Oto próbka „historyczno-opisowej metody” p. Proudhona, który z dumną pogardą spogląda na „historyczno-opisową metodę” A. Smitha60 i Ricarda61.
Wymiana ma swą własną historię. Jej rozwój przeszedł przez różne fazy.
Były takie czasy — np. wieki średnie — kiedy wymieniano jedynie nadwyżkę produkcji nad spożyciem.
Następnie były też takie czasy, kiedy nie tylko nadwyżkę, lecz wszystkie produkty, całe istnienie przemysłowe pochłaniał handel, kiedy więc produkcja była całkiem uzależniona od wymiany. Jak wyjaśnić tę drugą fazę wymiany, tę wartość wymienną podniesioną do drugiej potęgi?
P. Proudhon ma odpowiedź na poczekaniu: dajmy na to, że pewien człowiek „zaproponował innym ludziom, swym współpracownikom w innych gałęziach działalności” podnieść wartość wymienną do drugiej potęgi.
Wreszcie nastały czasy, kiedy wszystko, co ludzie uważali dotychczas za święte, stało się przedmiotem wymiany, handlu. Są to czasy, kiedy rzeczy, których dotychczas udzielano, lecz nie sprzedawano: cnota, miłość, przekonanie, wiedza, sumienność i inne, kiedy jednym słowem wszystko stało się przedmiotem handlu. Są to czasy powszechnej sprzedajności, ogólnego frymarczenia, albo — że użyjemy języka ekonomii — czasy, w których każda rzecz, natury fizycznej, jak też moralnej, wędruje jako wartość wymienna na rynek, aby tu zostać oszacowana stosownie do swej rzeczywistej wartości.
Jak teraz wyjaśnić tę nową, a zarazem ostatnią fazę wymiany, tę wartość wymienną podniesioną do trzeciej potęgi?
P. Proudhon nie dałby czekać na odpowiedź: przypuśćmy, że pewna osoba „innym osobom, swym współpracownikom w innych gałęziach działalności zaproponowała” z cnoty, miłości i innych uczynić wartość handlową, podnieść wartość wymienną do trzeciej potęgi.
Jak widzimy, „historyczno-opisowa metoda” p. Proudhona służy do wszystkiego, na wszystko odpowiada i wszystko wyjaśnia. Trzeba np. historycznie wyjaśnić „powstanie pewnego pojęcia ekonomicznego”, on natychmiast wprowadza on na scenę jakiegoś człowieka, który proponuje innym ludziom, „swym współpracownikom w innych gałęziach działalności”, aby dokonali tego aktu stworzenia — i już po wszystkim.
Odtąd też i my przyjmiemy „powstanie” wartości wymiennej za czyn dokonany; chodzi więc teraz tylko o wyjaśnienie stosunku wartości wymiennej do wartości użytkowej. Posłuchajmy p. Proudhona.
„Ekonomiści bardzo dobrze uwydatnili dwoisty charakter wartości, lecz nie przeanalizowali z takim samym stopniem ścisłości jej istoty sprzecznej w samej sobie — tu zaczyna się nasza krytyka... Ale nie dość wskazać w wartości wymiennej i użytkowej ten rażący kontrast, w którym jednak ekonomiści przywykli widzieć rzecz nader prostą, lecz nadto należy dowieść, że ta pozorna prostota kryje głęboką tajemnicę, której przeniknięcie jest naszym obowiązkiem... Że wyrazimy się technicznie, wartość użytkowa i wymienna pozostają w odwrotnym do siebie stosunku”.
Jeżeli trafnie pojęliśmy p. Proudhona, chce on wywieść następujące cztery punkty:
1) Wartość wymienna i użytkowa stanowią rażący kontrast, przeciwstawiają się sobie wzajemnie.
2) Wartość wymienna i użytkowa znajdują się w odwrotnym do siebie stosunku, przeczą sobie.
3) Ekonomiści nie zauważyli, nie pojęli ani tej sprzeczności, ani przeciwstawności.
4) Krytyka p. Proudhona zaczyna od końca.
Zacznijmy i my też od końca i, aby oczyścić ekonomistów od zarzutów Proudhona, posłuchajmy dwóch dość wybitnych ekonomistów.
Sismondi62 powiada: „Handel wszystko sprowadza do przeciwstawności między wartością wymienną a użytkową” (Etudes, tom 2, str. 162, wyd. brukselskie).
Lauderdale63: „W ogóle bogactwo narodowe (wartość użytkowa) zmniejsza się w miarę tego, jak prywatne majątki wzrastają wskutek podnoszenia się wartości wymiennej; ze spadkiem tej wartości zmniejszają się majątki” (Recherche sur la nature et l’origine de la richesse publique, tłumaczenie Largentila de Lavaise, Paryż 1808).
Na antagonizmie między wartością wymienną a użytkową Sismondi oparł swą główną teorię, według której dochód zmniejsza się w stosunku prostym do wzrostu produkcji.
Lauderdale z kolei zbudował swój system na podstawie odwrotnego do siebie stosunku tych obu rodzajów wartości, a jego teoria za czasów Ricarda była tak popularna, że ten mógł o niej mówić jako o rzeczy powszechnie znanej.
„Skutkiem pomieszania wartości wymiennej i bogactwa (wartości użytkowej) zrodził się pogląd, jakoby można było powiększyć bogactwo zwiększenia ilości niezbędnych do życia, pożytecznych lub przyjemnych rzeczy” (Ricardo, Principes d’economie politique, tłumaczenie franc. Constancio, z notami J. B. Saya, Paryż 1835, t. 2, rozdział o bogactwie i wartości).
Widzimy, że już przed p. Proudhonem ekonomiści „wskazali” na głęboką tajemnicę zawartą w tej sprzeczności i przeciwstawności. Zobaczmy teraz jak po ekonomistach Proudhon ze swej strony tłumaczy ową tajemnicę.
Jeżeli popyt pewnego produktu pozostaje bez zmiany, to jego wartość wymienna spada w miarę wzrostu podaży; innymi słowy: im więcej jest produktu w stosunku do zapotrzebowania, tym niższa jego wartość wymienna, czyli cena. Na odwrót: im słabsza podaż w porównaniu do popytu, tym wyżej podnosi się wartość wymienna, czyli cena produktu; innymi słowy: im rzadsze w stosunku do zapotrzebowania są oferowane produkty, tym bardziej rośnie ich cena. Wartość wymienna produktu zależy od jego obfitości lub rzadkości — lecz zawsze w stosunku do zapotrzebowania. Weźmy jakiś więcej niż rzadki przedmiot, a nawet jedyny w swym rodzaju produkt: będzie go aż za dużo, będzie niepotrzebny, jeśli nie ma na niego zapotrzebowania. Bywa też odwrotnie: kiedy weźmiemy w jakiś produkt istniejący w tysiącach sztuk, będzie go mało, jeśli nie będzie zaspokajał zapotrzebowania, tj. jeżeli będzie na niego zbyt duży popyt.
Są to, można powiedzieć, prawie powszechnie znane ogólniki, musieliśmy je jednak wypowiedzieć, aby uprzystępnić zrozumienie Proudhonowskich tajemnic.
„Chcąc zbadać tę zasadę aż do ostatecznych jej konsekwencji, z konieczności dojdziemy do tego najbardziej logicznego wniosku, że rzeczy, które są niezbędne, a ich ilość nieskończona, nie posiadają żadnej wartości; te zaś, których użyteczność równa się zeru, a są nader rzadkie, powinny mieć cenę nieskończenie wysoką”.
„Zamęt ten do ostateczności doprowadza ta okoliczność, że w gruncie rzeczy nie spotykamy się z tymi dwiema skrajnościami: z jednej strony żaden produkt ludzki nie zdoła pod względem ilości posiąść nieskończonych rozmiarów, z drugiej znowu najrzadsze nawet rzeczy muszą być choć w pewnym stopniu użyteczne, gdyż inaczej nie miałyby żadnej wartości. Wartość użytkowa i wymienna są zatem z konieczności ze sobą spojone, chociaż co do swej istoty dążą one do wzajemnego wykluczenia się” (t. I, str. 39).
Czemuż zamęt Proudhona dochodzi aż do ostateczności? Ponieważ przeoczył zapotrzebowanie; że pewna rzecz może znajdować się w obfitości lub też być rzadka tylko w porównaniu do zapotrzebowania. Usunąwszy popyt, p. Proudhon przyjmuje tym samym, że wartość wymienna równa się rzadkości, a użytkowa obfitości. Istotnie, powiadając, że rzeczy, których użyteczność równa się zeru i które są krańcowo rzadkie, mają nieskończenie wysoką cenę, mówi on po prostu, że wartość wymienna to nic innego jak tylko rzadkość. „Krańcowa rzadkość i równa zeru użyteczność” — to tylko rzadkość w postaci czystej. „Nieskończenie wysoka cena” stanowi maksimum wartości wymiennej, to wartość wymienna w postaci czystej. Oba te wyrażenia zrównuje on między sobą. Wartość wymienna i rzadkość są zatem terminami równoznacznymi. Doszedłszy do tych pozornie „ostatecznych wyników”, Proudhon w samej rzeczy do ostateczności doprowadził słowa, lecz nie treść, jaką one posiadają; bawi się raczej w retorykę niż w logikę. Gdzie spodziewa się znaleźć nowe wnioski, tam znajduje jedynie swe pierwotne założenia w całej ich nagości. Wskutek takiego samego postępowania utożsamia też wartość użytkową i czystą obfitość.
Przyrównawszy wartość wymienną do rzadkości, a wartość użytkową do obfitości, p. Proudhon ze zdziwieniem spogląda, czemuż nie znajduje wartości użytkowej w rzadkości i w wartości wymiennej, ani też wartości wymiennej w obfitości i w wartości użytkowej; a widząc, że w praktyce życiowej nie ma tych krańcowości, musi uwierzyć w jakąś tajemnicę. Istnieje dla niego jakaś nieskończenie wysoka cena, ponieważ nie ma na nią nabywców — a tych nigdy nie znajdzie, dopóki nie weźmie w rachubę zapotrzebowania.
Z jednej strony zdaje się, jakoby obfitość u p. Proudhona powstała sama z siebie. Zapomina on, że wytwarzają ją ludzie i że w ich interesie leży liczenie się z zapotrzebowaniem. W innym bowiem razie skąd doszedłby p. Proudhon do twierdzenia, że rzeczy bardzo użyteczne muszą być bardzo tanie lub nawet nic nie kosztować? Przeciwnie, powinien by wywnioskować, że aby podnieść cenę bardzo użytecznych rzeczy, czyli ich wartość wymienną, należy ograniczyć ich obfitość, ich produkcję.
Kiedy dawni właściciele winnic francuskich żądali prawa zabraniającego sadzenia nowych winnic, kiedy Holendrzy palili azjatyckie przyprawy korzenne i tępili krzewy gwoździkowe, dążyli swym postępowaniem po prostu do zmniejszenia obfitości towarów, aby podnieść ich wartość wymienną. Całe średniowiecze trzymało się tej samej metody, ograniczając prawodawstwem ilość czeladników w warsztacie jednego majstra oraz liczbę narzędzi, którymi mógł się posługiwać (patrz Anderson, Histoire du commerce).
Przedstawiwszy obfitość jako wartość użytkową, a rzadkość jako wymienną — a nie ma nic łatwiejszego jak dowieść, że obfitość i rzadkość są do siebie w stosunku odwrotnym — Proudhon utożsamia wartość użytkową z podażą, a wymienną z popytem. Aby tę antytezę uczynić jeszcze jaskrawszą, wprowadza nowe słowo, zastępując wartość wymienną przez „wartość z przeświadczenia”. Arena walki uległa zmianie — po jednej stronie mamy użyteczność (wartość użytkową, podaż), po drugiej przeświadczenie (wartość wymienną, popyt).
Jak pogodzić te wzajemnie sprzeczne czynniki? Jak doprowadzić je do porozumienia? Czyż da się znaleźć choćby jeden ich wspólny punkt?
„Zaiste — powiada p. Proudhon — mamy taki punkt: jest nim wolna wola. Cena, która powstaje z walki między podażą a popytem, między pożytkiem a przeświadczeniem, nie może być wyrazem wiecznej sprawiedliwości”.
Antytezę tę p. Proudhon snuje dalej:
„W swej postawie jako wolnego nabywcy jestem sędzią swych potrzeb, sędzią celowości przedmiotu i ceny, jaką za niego chcę dać. Z drugiej znów strony ty, jako wolny wytwórca, jesteś panem środków produkcji i możesz zmniejszyć swe koszty” (tom I, str. 42).
A ponieważ zapotrzebowanie, czyli wartość wymienna, jest tym samym co przeświadczenie, więc p. Proudhon powiada:
„Jest rzeczą dowiedzioną, że wolna wola stwarza przeciwstawność między wartością wymienną a użytkową. Jak rozwiązać tę przeciwstawność, dopóki istnieje wolna wola? I jakże poświęcić wolną wolę, nie poświęcając zarazem człowieka?” (t. I, str. 41).
Nie sposób zatem dojść do żadnego rezultatu. Mamy walkę między dwiema, że się tak wyrażę, niewspółmiernymi wielkościami, pożytkiem a przeświadczeniem, wolnym nabywcą a wolnym wytwórcą.
Przyjrzyjmy się rzeczy nieco bliżej. Podaż nie reprezentuje wyłącznie użyteczności, a popyt tylko przeświadczenia. Czyż ten, który nabywa, nie oferuje również ze swej strony pewnego wytworu lub pieniędzy, zastępujących wszelkie wytwory, i czyż zdaniem p. Proudhona nie reprezentuje on przez to pożytku, czyli wartości użytkowej?
Czyż z drugiej znowu strony, zbywający nie żąda jednocześnie pewnego wytworu lub pieniędzy, zastępujących wszelkie wytwory? Czy tym samym nie reprezentuje on przeświadczenia, wartości określonej przez przeświadczenie, czyli wartości wymiennej?
Popyt jest zarazem podażą i na odwrót. A zatem antyteza Proudhona, utożsamiająca podaż i popyt z pożytkiem i przeświadczeniem, spoczywa na czczej abstrakcji.
To, co Proudhon nazywa wartością użytkową, inni ekonomiści z taką samą słusznością zwą wartością z przeświadczenia. Niech wolno nam będzie zacytować jedynie Storcha64 (Cours d’economie politique, Paryż 1828, str. 88 i 99).
Jego zdaniem rzeczy, których potrzebę odczuwamy, nazywa się potrzebami; wartościami zaś nazywa się te rzeczy, którym przypisujemy wartość. Większość rzeczy ma wartość tylko dlatego, że zaspokajają potrzeby wytworzone drogą przeświadczenia. Jednak przeświadczenie o naszych potrzebach może ulegać zmianom, a tym samym może się także zmieniać użyteczność rzeczy, wyrażająca jedynie stosunek tych rzeczy do naszych potrzeb. Nawet przyrodzone potrzeby ulegają ciągłej zmienia. W rzeczy samej, jakaż rozmaitość np. panuje wśród przedmiotów stanowiących główne pożywienie różnych ludów!
Nie między pożytkiem a przeświadczeniem toczy się walka — wre ona między wartością sprzedażną, jakiej domaga się ten, kto coś zbywa, a wartością sprzedażną, którą proponuje ten, który pragnie to nabyć. Wartość wymienna produktu jest zawsze wypadkową tych przeciwnych sobie oszacowywań.
W ostatniej instancji podaż i popyt przedstawiają produkcję i konsumpcję, ale produkcję i konsumpcję oparte na wymianach między poszczególnymi osobnikami.
Produkt, który się oferuje, nie jest sam w sobie użyteczny. Dopiero spożywca przyznaje mu użyteczność. A nawet gdy mu już przyznano użyteczne własności, nawet wtedy nie stanowi on jedynie tego, co użyteczne. Podczas produkcji był wymieniany na różne koszty produkcji, jak surowiec, płacę roboczą itd. — a wszystko to są rzeczy mające wartość sprzedażną. W ten sposób dla wytwórcy produkt przedstawia pewną sumę wartości sprzedażnych. Oferuje on nie tylko pewien użyteczny przedmiot, lecz nadto, i to głównie wartość wymienną.
Co się tyczy popytu, jest on o tyle istotny, o ile ma do dyspozycji środki wymiany. A środki te są same produktami, wartościami wymiennymi.
W podaży i popycie znajdujemy z jednej strony produkt, na który poniesiono pewne koszty wartości sprzedażnych, oraz chęć sprzedania go, z drugiej strony — środki, które też kosztowały pewne wartości sprzedażne, i chęć kupna.
P. Proudhon wolnemu wytwórcy przeciwstawia wolnego nabywcę. Obydwu przypisuje metafizyczne własności. Może też z tego powodu powiedzieć: „Jest rzeczą dowiedzioną, że wolna to wola człowieka stwarza przeciwstawność między wartością wymienną a wartością użytkową”.
Dopóki wytwórca w społeczeństwie opartym na podziale pracy i jednostkowej wymianie coś produkuje — a takie jest założenie p. Proudhona — musi sprzedawać. Proudhon czyni wytwórcę panem środków produkcji, ale zgodzi się z nami, że posiadanie tych środków nie zależy od wolnej woli. Co więcej, te środki produkcji przeważnie są produktami, które uzyskuje z zewnątrz, a ponadto w nowoczesnej produkcji nie ma nawet takiej wolności, aby wytwarzać tyle, ile mu się spodoba — obecny rozwój sił wytwórczych zmusza go do produkowania w określonej, takiej czy innej, skali.
Nie bardziej od wytwórcy wolny jest spożywca. Jego przeświadczenie zależy od jego środków i potrzeb. A jedno i drugie wyznacza jego pozycja społeczna, zależąca znowu od całego ustroju społecznego. Robotnik kupujący ziemniaki i utrzymanka kupująca koronki jednakowo kierują się swoim przeświadczeniem; ale niejednakowość ich przeświadczeń wynika z odmienności ich pozycji — a ta jest wytworem ustroju społecznego.
Czy cały system potrzeb opiera się na przeświadczeniu, czy też na całości produkcji? Najczęściej potrzeby rodzi produkcja, czyli oparta na produkcji całość stosunków. Handel światowy obraca się prawie wyłącznie wokół potrzeb nie indywidualnej konsumpcji, lecz produkcji. Wybierzmy odmiennego rodzaju przykład: czy potrzeba notariuszy rejentów nie każe zakładać określonego prawa cywilnego, a to ostatnie znowu czyż nie jest wyrazem określonego stadium rozwoju własności, tj. produkcji?
Nie dość jeszcze p. Proudhonowi, że ze stosunku podaży do popytu wykluczył omawiane przez nas czynniki. Doprowadza abstrakcję do ostateczności, zlewając ogół wytwórców w jedną osobę, w jednego wytwórcę, a ogół spożywców w jednego spożywcę i twierdząc, że walka się toczy między tymi dwiema chimerycznymi65 postaciami. Ale w realnym świecie rzeczy podążają innym torem. Konkurencja wśród samych dostarczających towary, jak też wśród samych nabywców stanowi konieczny składnik walki między sprzedawcami a kupującymi, walki ustanawiającej wartość wymienną.
Wykluczywszy koszty produkcji i konkurencji, p. Proudhon mógł już dowolnie doprowadzić formułę podaży i popytu do absurdu:
„Podaż i popyt — powiada — nie są niczym innym, tylko dwiema konwencjonalnymi formami służącymi do tego, aby przeciwstawić sobie wartość wymienną a użytkową i wywołać ich obieg. Są to dwa bieguny elektryczne, których połączenie ma wywołać zjawisko powinowactwa zwane wymianą” (t. I, str. 47 i 50).
Z taką samą racją można by powiedzieć, że wymiana jest jedynie „konwencjonalną formą”, aby spożywcę sprowadzić do przedmiotu spożycia. Również można by powiedzieć, że wszystkie stosunki ekonomiczne są jedynie „konwencjonalnymi formami” w celu ułatwienia bezpośredniego spożycia. Podaż i popyt są to stosunki właściwe pewnej określonej produkcji — nie mniej i nie więcej niż jednostkowe wymiany.
W czym więc zawiera się cała dialektyka p. Proudhona?
W zastąpieniu wartości użytkowej i wartości wymiennej, podaży i popytu pojęciami abstrakcyjnymi i sprzecznymi, takimi jak rzadkość i obfitość, użytek i opinia, jeden wytwórca i jeden konsument, obaj rycerze wolnej woli.
I do czego w ten sposób dojść?
Do zachowania sobie możności wprowadzenia później jednego z elementów, dotąd pomijanego, kosztów produkcji, jako syntezy wartości użytkowej i wartości wymiennej. W taki sposób w jego oczach koszty produkcji tworzą wartość syntetyczną, czyli wartość ukonstytuowaną.
II. Wartość ukonstytuowana, czyli wartość syntetyczna
„Wartość jest kamieniem węgielnym ekonomii politycznej”. Wartość „ukonstytuowana” jest kamieniem węgielnym systemu sprzeczności ekonomicznych.
Cóż to więc jest ta „wartość ukonstytuowana”, która stanowi całe odkrycie p. Proudhona w ekonomii politycznej?
Skoro raz przyjmie się użyteczność (jako element wartości), praca staje się źródłem wartości. Miarą pracy jest czas. Wartość względną produktów określa się przez ilość czasu pracy potrzebnego na ich wyprodukowanie. Cena jest wyrażeniem za pomocą pieniędzy wartości względnej produktu. Na koniec wartość ukonstytuowana pewnego produktu jest po prostu wartością ukonstytuowaną przez czas pracy zawarty w tym produkcie.
Jak Adam Smith odkrył podział pracy, tak p. Proudhon utrzymuje, że odkrył wartość ukonstytuowaną. W rzeczywistości nie jest to „coś niesłychanego”, ale też trzeba przyznać, że nie ma nic niesłychanego w jakimkolwiek odkryciu w ekonomii. P. Proudhon, który czuje całą ważność swego odkrycia, stara się jednak zmniejszyć swoją zasługę, „aby uspokoić czytelnika co do swych pretensji do oryginalności i zyskać sobie umysły, które przez swoją trwożliwość nie są skłonne do przyjęcia nowych idei”. Lecz w miarę jak rozpatruje, co każdy z jego poprzedników uczynił dla zrozumienia wartości, zmuszony jest przyznać głośno, że największa część, lwia część zasługi jemu się należy.
„Syntetyczna idea wartości była ogólnikowo pojmowana przez Adama Smitha... Lecz idea ta była u niego całkiem intuicyjna, a społeczeństwo nie zmienia swych przyzwyczajeń na wiarę intuicji, uznaje ono tylko autorytet faktów. Trzeba było, żeby sprzeczność wyraziła się w sposób bardziej wydatny, bardziej wybitny: J. B. Say66 był jej głównym wyrazicielem” (I, 66).
Oto cała historia odkrycia wartości ukonstytuowanej: A. Smith miał ogólnikowe pojęcie; u J. B. Saya sprzeczność, p. Proudhonowi przypada prawda konstytuująca i „ukonstytuowana”. I nie pozwólmy się zbić z tropu: wszyscy inni ekonomiści od Saya do Proudhona kręcili się tylko po ubitej ścieżce sprzeczności. „Jest to nie do uwierzenia, żeby tylu rozsądnych ludzi od lat czterdziestu rzucało się przeciw tak prostej idei. Ale nie, porównuje się wartości, nie mając dla nich żadnego wspólnego punktu porównawczego ani jednostki miary — oto co ekonomiści XIX wieku zdecydowali się utrzymywać przeciw wszystkim, zamiast przyjąć rewolucyjną teorię równości. Co powie o tym potomność?” (t. I, str. 68).
Potomność, tak gwałtownie wezwana, zacznie od powątpiewania co do chronologii. Musi ona zadać sobie pytanie: Czyż Ricardo i jego szkoła nie należą do ekonomistów XIX wieku? System Ricarda, stawiający zasadę, że „wartość względna towarów zależy wyłącznie od czasu niezbędnego do ich wytworzenia”, datuje się od 1817. Ricardo stoi na czele całej szkoły panującej w Anglii od czasów Restauracji67. Doktryna Ricarda wyraźnie, nieubłaganie reprezentuje całą burżuazję angielską, będącą znowu typem nowoczesnej burżuazji w ogóle. „Co o tym powie potomność?” Nie powie, że Proudhon nie znał Ricarda, gdyż długo i szeroko o nim rozprawia, wciąż do niego powraca i ostatecznie powiada, że cały jego system jest „śmieciem”. Jeżeli potomność kiedykolwiek wtrąci się w tę sprawę, wówczas być może powie, że Proudhon, obawiając się obruszyć anglofobię swych czytelników, wolał wystąpić sam w roli odpowiedzialnego wydawcy idei Ricarda. Ale cokolwiek się zdarzy, w każdym razie naiwne jej się wyda, że Proudhon jako „rewolucyjną teorię przyszłości” wykłada to, co, jak naukowo dowiódł Ricardo, stanowi teorię obecnego społeczeństwa mieszczańskiego, i że przyjmuje on za rozwiązanie antynomii68 między wartością wymienną a użytkową to, co od dawna już Ricardo ze swą szkołą przedstawili jako naukową formułę jednej strony antynomii, wartości wymiennej. Ale raz na zawsze dajmy spokój potomności i urządźmy konfrontację Proudhona z jego poprzednikiem, Ricardem. Następujące ustępy z tego pisarza streszczają jego teorię wartości:
„Użyteczność nie jest zgoła miarą wartości wymiennej, chociaż jest dla niej absolutnie konieczna” (Principes de l’economie politique, t. I, str. 3).
„Gdy raz już rzeczom przyznano użyteczność, wtedy ich wartość wymienna powstaje z dwóch źródeł: z ich rzadkości i niezbędnej do ich zdobycia ilości pracy. Istnieją rzeczy, których wartość zależy jedynie od ich rzadkości. Ponieważ żadna praca nie jest w stanie przysporzyć ich ilości, zatem ich wartość nie może spaść z powodu ich większej obfitości. Tutaj zaliczyć należy posągi, cenne obrazy itd. Wartość ta zależy jedynie od zamożności, smaku i kaprysu ludzi, żądnych ich nabycia” (t. I, str. 4 i 5 passim).
„Stanowią one jednakże bardzo nieznaczną liczbę spośród codziennie wymienianych towarów. Ponieważ największa ilość pożądanych przedmiotów jest tworem przemysłu, więc skoro tylko zgodzimy się na niezbędny tutaj wydatek pracy, możemy ją nie tylko w jednym, lecz w wielu krajach powiększyć prawie w nieograniczonym stopniu” (t. I, str. 5).
„Jeżeli zatem mówimy o towarach, o ich wartości wymiennej i o zasadach regulujących ich względną cenę, mamy zawsze na uwadze tylko te towary, których ilość daje się dowolnie pomnażać ludzką pracą, do których produkcji zachęca konkurencja i których wytwarzanie nie napotyka żadnych ograniczeń” (t. I, str. 3).
Ricardo cytuje A. Smitha, który, jego zdaniem, „z wielką dokładnością określił pierwotne źródło wartości wymiennej” (Smith, t. I, rozdz. V), i dodaje:
„Że to (tj. czas pracy) stanowi w rzeczywistości podstawę wartości wymiennej wszystkich rzeczy, wyjąwszy te, których nie można dowolnie przysparzać ludzką pracą — jest najważniejszym twierdzeniem ekonomii politycznej: znikąd bowiem nie wypłynęło tyle błędów, nie powstało tyle różnych sądów w tej nauce, jak z powierzchownego i niedokładnego wyłożenia znaczenia słowa »wartość«” (t. I, str. 8).
„Jeżeli zawarta w pewnym przedmiocie ilość pracy określa jego wartość wymienną, to stąd wynika, że każdy wzrost wydatku pracy musi zwiększać wartość przedmiotu, na który poszedł ten wydatek, a każde zmniejszenie pracy obniża cenę” (t. I, str. 9).
Następnie Ricardo czyni zarzuty A. Smithowi.
1) że „dla wartości stosuje miarę inną niż praca — raz wartość zboża, to znowu ilość pracy, jaką za pewną rzecz jesteśmy w stanie nabyć” (t. I, str. 9 i 10).
2) że „przyjął zasadę bez zastrzeżeń, a jednak ograniczył jej zastosowanie jedynie do pierwotnego i prymitywnego ustroju społecznego, który poprzedzał nagromadzenie kapitałów i prywatną własność gruntów” (t. I, str. 21).
Ricardo stara się dostarczyć dowodów, że własność ziemska (gruntowa), tj. renta, nie może zmieniać względnej wartości towarów i że gromadzenie kapitałów wpływa tylko chwilowo i w sposób oscylacyjny na wartości względne, określone przez porównawczą ilość pracy wydatkowanej na ich produkcję. Aby tego dowieść, rozwija swoją teorię renty gruntowej, analizuje kapitał i w ostatniej instancji dochodzi do wniosku, że jest to jedynie nagromadzona praca. Następnie snuje on całą teorię płacy roboczej i zysku i dowodzi, że płaca i zysk rosną lub spadają w odwrotnym do siebie stosunku, co nie wpływa zgoła na względną wartość produktu. Przy czym nie przeocza on tego wpływu, jaki na względną wartość produktu wywierać mogą nagromadzenie kapitałów i jego różna natura (kapitał stały i obrotowy), jak też wysokość płacy. Są to nawet główne kwestie, którymi Ricardo się zajmuje.
„Wszelkie zaoszczędzenie pracy — powiada —- natychmiast zmniejsza względną wartość69 towaru, czy to będzie zaoszczędzenie pracy potrzebnej do wytworzenia przedmiotu, czy też potrzebnej do wytworzenia kapitału wydatkowanego przy tej produkcji” (t. I, str. 48). „Dopóki dzień roboczy jednemu będzie dostarczał tę samą masę ryb, drugiemu zaś odpowiednią ilość zwierzyny, dopóty normalna wysokość względnych cen wymiany pozostanie ta sama, bez względu na zmiany, które mogą zajść w płacy roboczej i w zysku, i na wszelkie nagromadzenie kapitałów” (t. I str. 32).
„Rozpatrywaliśmy pracę jako podstawę wartości rzeczy, a potrzebną do ich wytworzenia ilość pracy jako miarę określającą ilość towarów, które należy przy wymianie dać za inne; nie chcemy wszakże zaprzeczać temu, aby w każdorazowej cenie towarów nie zdarzały się przypadkowe i przejściowe odchylenia od tej ich pierwotnej ceny naturalnej” (t. I, str. 105). „O cenie towarów w ostatniej instancji stanowią koszty produkcji, a nie, jak często twierdzono, stosunek podaży do popytu” (t. II, str. 253).
Lord Lauderdale tłumaczył zmiany w wartości wymiennej prawem podaży i popytu, czyli rzadkości i obfitości w stosunku do zapotrzebowania. Jego zdaniem wartość pewnej rzeczy może się zwiększać, gdy jej ilość się zmniejsza lub zapotrzebowanie wzrasta; może zaś się zmniejszać w miarę wzrostu jej ilości lub zmniejszenia się zapotrzebowania. Tak więc wartość pewnego przedmiotu może się zmieniać z powodu aż ośmiu odmiennych przyczyn, mianowicie czterech czynników związanych z nim samym oraz czterech innych, wiążących się z pieniędzmi lub wszelkim innym towarem służącym za miernik wartości. Ricardo to obala, jak następuje:
„Towary, na które ma monopol jednostka lub społeczeństwo, zmieniają swą wartość według prawa przedstawionego przez lorda Lauderdale; spadają w cenie ze wzrostem podaży i rosną z popytem; ich cena nie stoi w żadnym koniecznym związku z wartością naturalną. Co się zaś tyczy rzeczy, które podlegają konkurencji ze strony sprzedawców i których ilość w pewnych granicach można pomnażać, cena ich ostatecznie zależy nie od popytu i zaopatrzenia w nie rynku, lecz od zmniejszania się lub wzrastania kosztów produkcji” (t. II, str. 159).
Niecha czytelnik sam porówna tak jasny, ścisły język Ricarda z retorycznymi wysiłkami, jakie czyni p. Proudhon w celu dojścia do tego, że wartość wymienną określa czas pracy.
Ricardo ukazuje nam rzeczywisty ruch produkcji mieszczańskiej, ustanawiający wartość. P. Proudhon abstrahuje od tego rzeczywistego ruchu i poci się nad wynalezieniem nowych procesów i nad urządzeniem świata według pozornie nowej formułki, będącej jednak tylko teoretycznym wyrazem istniejącego i tak jasno wyłożonego przez Ricarda rzeczywistego ruchu. Ricardo za punkt wyjścia bierze obecne społeczeństwo, aby nam wykazać, jak ustanawia ono wartość; p. Proudhon z kolei za taki punkt bierze ukonstytuowaną wartość, aby przy pomocy tej wartości budować nowy świat społeczny. Według p. Proudhona, wartość ustanowiona (ukonstytuowana) powinna zatoczyć koło i zamienić się w ustanawiającą względem świata, całkowicie już ukonstytuowanego według powyższej modły. Określenie wartości przez czas pracy stanowi, zdaniem Ricarda, prawo wartości wymiennej, zdaniem zaś p. Proudhona jest ono syntezą, spójnią wartości wymiennej i użytkowej. Ricardowska teoria wartości jest naukowym wykładem obecnego życia ekonomicznego, Proudhonowska teoria wartości jest utopijną interpretacją teorii Ricarda. Ricardo dowodzi prawdziwości swej formuły, wyprowadzając ją z ogółu zjawisk ekonomicznych i w ten sposób wyjaśniając wszelkie zjawiska, nawet te, które na pierwszy rzut oka pozornie przeczą jego twierdzeniu, jak to rentę, nagromadzenie kapitałów i stosunek płacy do zysków. Właśnie to czyni jego doktrynę systemem naukowym; p. Proudhon, który tę Ricardowską formułę na nowo odkrył za pomocą czysto dowolnych hipotez, zmuszony jest następnie szukać odosobnionych faktów ekonomicznych, torturować je i fałszować, aby przestawić je jako przykłady, jako już istniejące zastosowania, jako zarodki urzeczywistnienia się jego odświeżającej idei (patrz nasz §3, Zastosowanie wartości ukonstytuowanej).
Przejdźmy teraz do wniosków, jakie wyciąga p. Proudhon ze swej ukonstytuowanej (przez czas pracy) wartości.
— Dana ilość pracy ma tę samą wartość, co produkt, który wytwarzamy tą ilością pracy.
— Każdy dzień pracy jest wart tyle samo, co każdy inny, tj. przy tej samej ilości praca jednego robotnika jest tyle samo warta, co każdego innego — nie ma żadnej jakościowej różnicy. Przy tej samej ilości pracy wytwór jednego człowieka wymienia się na wytwór każdego innego. Wszyscy ludzie są tu pracownikami najemnymi, jednakowo płatnymi za jednakowy czas pracy. Wymiana rządzi zasada pełnej równości.
Czy te wnioski są naturalnymi i koniecznymi wynikami wartości „ukonstytuowanej”, tj. określonej przez czas pracy?
Jeżeli względna wartość pewnego towaru określa się ilością pracy niezbędną do jego wytworzenia, to stąd koniecznie wynika, że względna wartość pracy, tj. płaca robocza, określa się również czasem pracy koniecznym do jej wytworzenia. Płaca, tj. względna wartość, czyli cena pracy jest zatem określana przez czas pracy konieczny do wytworzenia wszystkiego tego, co robotnik potrzebuje, aby wyżyć. „Zmniejszcie koszty produkcji kapeluszy, a ich cena ostatecznie spadnie do swej naturalnej ceny, bez względu na podwojenie czy potrojenie zapotrzebowania. Zmniejszcie koszty utrzymania ludzi obniżeniem naturalnej ceny niezbędnych do życia pokarmów i odzieży, a ujrzycie, że płaca spadnie nawet wtedy, jeżeli zapotrzebowanie na robotników znacznie wzrośnie” (Ricardo, t. II, str. 253).
Oczywiście, że mowa Ricarda jest w najwyższym stopniu cyniczna. Przyrównać koszty produkcji kapeluszy do kosztów utrzymania ludzi — jest to samo, co zamienić ludzi w kapelusze. Ale proszę się nie zżymać na ten cynizm. Leży on w rzeczach, a nie w słowach wyrażających te rzeczy. Pisarze francuscy, jak pp. Droz, Blanqui, Rossi i inni sprawiają sobie tę niewinną przyjemność, że zaznaczają swą wyższość nad pisarzami angielskimi zachowywaniem „humanitarnego” języka; jeżeli zarzucają Ricardowi i jego szkole cyniczne wysławianie się, to tylko dlatego, że razi ich, że odsłania stosunki ekonomiczne w całej ich nagości, zdradza tajemnice burżuazji.
Streśćmy: praca, o ile jest towarem, mierzy się jako taki czasem pracy niezbędnym do wytworzenia tej pracy-towaru. Czego zaś potrzeba do wytworzenia tej pracy-towaru? Dokładnie takiego czasu pracy, jakiego potrzeba na wytworzenie przedmiotów niezbędnych dla nieprzerwanego podtrzymania pracy, tj. by utrzymać robotnika przy życiu i zapewnić mu możliwość rozpładzania swojej rasy. Naturalną cenę pracy stanowi nic innego jak minimum płacy roboczej70. Jeżeli rynkowa cena płacy roboczej wzrasta ponad jej cenę naturalną, dzieje się tak dlatego, że przedstawione przez Proudhona jako zasada prawo wartości znajduje sobie przeciwwagę w zmiennym stosunku popytu i podaży. Jednak minimalna płaca robocza pozostaje punktem środkowym, ku któremu ciążą rynkowe ceny płacy.
Tak więc wartość mierzona czasem pracy z konieczności stanowi formułkę obecnego niewolnictwa robotników, zamiast być, jak to twierdzi p. Proudhon, „rewolucyjną teorią” wyzwolenia proletariatu.
Popatrzmy teraz, w ilu to razach czas pracy praca jako miernik wartości nie daje się pogodzić z obecnym antagonizmem klasowym i z nierównym podziałem owoców pracy między bezpośredniego producenta (robotnika) a właściciela produktu.
Weźmy jakiś produkt, np. płótno. Ten produkt, jako taki, zawiera w sobie pewną określoną ilość pracy, która pozostanie stała bez względu na sytuację tych, którzy uczestniczyli w jego wytworzeniu.
Weźmy inny produkt, który by wymagał tej samej ilości pracy co płótno, np. sukno.
Jeżeli wymienia się te produkty jeden na drugi, zachodzi wymiana równych ilości pracy. Kiedy wymieniamy takie równe ilości czasu pracy, zgoła jeszcze nie zmieniamy wzajemnej sytuacji wytwórców, ani też w niczym nie zmieniamy wzajemnego stosunku robotników do fabrykantów. Twierdzić, jakoby taka wymiana produktów mierzonych czasem pracy powodowała równą zapłatę dla wszystkich producentów, to zakładać, że przed wymianą istniała równość uczestniczenia w produkcie. Kiedy dokona się wymiana sukna na płótno, wytwórcy sukna otrzymają taki udział z płótna, jaki na nich poprzednio przypadał w suknie.
Iluzje p. Proudhona sięgają tak daleko, że uważa za wynik to, co najwyżej godzi się uważać za nieuzasadnione założenie.
Idźmy dalej.
Czy czas pracy jako miara wartości każe przynajmniej przypuszczać, że dni robocze mają równą wartość, tj. że dzień roboczy jednego robotnika jest tyle samo wart, co dzień innego? Bynajmniej.
Dajmy na to, że dzień roboczy robotnika jubilerskiego równa się trzem dniom roboczym tkacza, wtedy każda zmiana w wartości klejnotów w stosunku do tkanin, o ile nie jest wywołana przez chwilowe wahania podaży i popytu, wynikać będzie ze zmniejszenia się lub zwiększenia czasu pracy zużytego na wytworzenie jednego lub drugiego rodzaju produktów. Przypuśćmy, że trzy dni robocze trzech różnych robotników mają się do siebie jak 1:2:3; wtedy każda zmiana we względnej wartości ich produktów będzie zmianą w tym samym stosunku 1:2:3. W ten sposób, mimo niejednakowej wartości różnych dni pracy, możemy wartość mierzyć czasem pracy, chociaż, by móc zastosować taką miarę, musimy mieć skalę porównawczą dla różnych dni pracy; tej skali dostarcza konkurencja.
Czy twój dzień roboczy jest wart tyle, co mój? Tę kwestię rozstrzyga konkurencja.
Zdaniem pewnego ekonomisty amerykańskiego konkurencja określa, ile dni pracy prostej zawiera się w jednym dniu pracy złożonej. Czy to sprowadzenie dni roboczych pracy złożonej do dni pracy prostej nie zakłada już z góry, że za miarę wartości przyjmujemy pracę prostą? Skoro za miarę wartości bierzemy ilość pracy samą w sobie, bez względu na jakość, to tym samym zakładamy, że praca prosta stała się kamieniem węgielnym przemysłu. Co każe przypuszczać, że wskutek podporządkowania człowieka maszynie lub drobiazgowego podziału pracy prace różne zostały zrównane, że człowiek niknie wobec pracy, że wahadło zegarowe stało się ścisłym miernikiem względnej wydajności pracy dwóch robotników, jak jest nim dla prędkości dwóch lokomotyw. Nie możemy nadal mówić, że godzina pracy jednego człowieka równa jest godzinie każdego innego, lecz raczej, że jeden człowiek przez godzinę tyleż wart, ile przez ten sam czas inny człowiek. Czas jest wszystkim, sam zaś człowiek niczym — co najwyżej pozostał jeszcze ucieleśnionym czasem. O jakości nie może być więcej mowy. O wszystkim decyduje jedynie ilość: godzina za godzinę, dzień za dzień; ale to ujednostajnienie pracy zgoła nie jest dziełem wiecznej sprawiedliwości p. Proudhona. Jest ono po prostu tworem nowożytnego przemysłu.
W zautomatyzowanym warsztacie praca jednego robotnika prawie ani na jotę nie różni się od pracy drugiego; robotnicy mogą się różnić między sobą tylko czasem, jaki zużywają przy pracy. Niemniej ta różnica ilościowa staje się z pewnego punktu widzenia jakościową, mianowicie o ile czas zużywany na pracę z jednej strony zależy warunków od czysto materialnych, jak budowa fizyczna, wiek, płeć, z drugiej zaś strony od cech moralnych czysto ujemnych, jak cierpliwość, niewrażliwość, pilność. Wreszcie jeżeli w pracy robotników natrafiamy na różnicę jakościową, jest ona co najwyżej najgorszego jakościowo gatunku, zbyt daleką od tego, aby stać się szczególną specjalnością. Taki ostatecznie jest stan rzeczy w nowoczesnym przemyśle. I do tej to równości, urzeczywistnionej wśród świata maszyn, stosuje p. Proudhon swój strychulec71 „zrównania”, które powszechnie ma się urzeczywistnić dopiero „w czasie przyszłym”.
Wszystkie „sprowadzające równość” następstwa, które p. Proudhon wyprowadza z teorii Ricarda, opierają się na zasadniczym błędzie. Mianowicie, plącze on ze sobą wartość towarów mierzoną zużytym czasem pracy z wartością towarów mierzoną „wartością pracy”. Gdyby oba te sposoby mierzenia wartości towarów wyrażały jedno i to samo, wtedy bez różnicy można by powiedzieć: wartość pewnego towaru mierzy się utrwaloną w nim ilością pracy, lub też: ilością pracy, jaką za niego można kupić; lub wreszcie: ilością pracy, za jaką można go nabyć. Ale rzecz ma się zupełnie inaczej. Wartość pracy nie bardziej może służyć za miarę wartości, jak wartość wszelkiego innego towaru. Kilka przykładów wystarczy dla uzmysłowienia powyższych słów.
Gdyby szefel72 zboża zamiast jednego kosztował dwa dni pracy, miałby wartość podwójną w stosunku do pierwotnej; jednak nie zdołałby przez to uruchomić podwójnej ilości robotników, gdyż nie zawiera w sobie więcej niż dawniej substancji pożywnych. Wartość zatem zboża mierzona zużytym na jego produkcję wydatkiem pracy podwoiła się; jednakże mierzona czy to tą ilością pracy, jaką za nią możemy nabyć, czy to tą, jaka ją może nabyć, zgoła się nie podwoiła. Z drugiej strony, jeżeli ta sama praca wytwarzałaby dwa razy tyle odzieży co poprzednio, wtedy wartość odzieży spadłaby o połowę; niemniej ta podwójna ilość odzieży nie spowodowałaby tym samym, żeby mogła rozporządzać jedynie połowiczną ilością pracy, ani też ta sama praca nie mogłaby rozporządzać jedynie połowiczną ilością odzieży; albowiem połowa odzieży będzie świadczyła robotnikom te same usługi co przedtem.
Mierzenie wartości środków spożywczych wartością pracy przeczy ekonomicznym faktom. Jest to kręcić się w błędnym kółku, to określać wartość względną przez jakąś inną wartość względną, która znowu z kolei powinna dopiero zostać określona.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że p. Proudhon miesza ze sobą obie te miary: mierzenie czasem pracy niezbędnym do wytworzenia pewnego towaru oraz mierzenie wartością pracy. „Praca każdego człowieka — powiada — zdolna jest kupić tę wartość, którą w sobie zawiera” (wyd. I, str. 81). A więc jego zdaniem pewna zawarta w danym produkcie ilość pracy jest tyle samo warta, co wynagrodzenie robotnika, czyli wartość pracy. Ten sam wniosek pozwala mu utożsamić koszty produkcji i płacę.
„Co to jest płaca? Jest to cena produkcji zboża itd., jest to całkowita cena każdej rzeczy”. Idźmy dalej. „Płaca robocza jest to proporcjonalność składników stanowiących bogactwo” (str. 110). Co to jest płaca? Wartość pracy.
A. Smith za miarę wartości bierze raz czas pracy potrzebny do wytworzenia pewnego towaru, a innym razem wartość pracy. Ricardo odkrył ten błąd, dokładnie wykazując różnicę pomiędzy oboma tymi rodzajami mierzenia. Proudhon przewyższa jeszcze Adama Smitha w błędzie, gdyż utożsamia dwie rzeczy, które Smith tylko stawiał obok siebie. By znaleźć poprawny stosunek, w jakim robotnicy powinni uczestniczyć w wytworze, czyli innymi słowy, by określić względną wartość pracy, p. Proudhon poszukuje miary dla względnej wartości towarów. By określić względną wartość towarów, nie znajduje nic lepszego od podania sumy produktów wytworzonych przez pewną ilość pracy, jako równoznacznika tej ilości pracy — co każe mniemać, że całe społeczeństwo składa się jedynie z robotników, otrzymujących w zarobku swój własny produkt. Następnie przyjmuje jako fakt niewątpliwy, że dni robocze różnych robotników mają tę samą wartość, jednym słowem poszukuje on miary dla względnej wartości towarów w tym celu, aby w rezultacie otrzymać jednakowe wynagrodzenie robotników, a równość zarobków zakłada z góry jako już istniejący fakt, aby móc poszukiwać względnej wartości towarów. Jaka zaiste godna podziwu dialektyka.
„Say i jego zwolennicy zauważyli, że ponieważ praca sama podlega oszacowywaniu, jednym słowem jest takim samym, jak wszelki inny, towarem, zatem skoro przyjmie się ją za zasadę i najważniejszy czynnik wartości, wpada się w błędne koło. Ekonomiści ci, za przeproszeniem, dali tym dowód niesłychanego niedbalstwa. Powiadają o pracy, że posiada ona wartość nie jako właściwy towar, lecz ze względu na te wartości, które ich zdaniem praca w sobie potencjalnie zawiera. Wartość pracy to wyrażenie użyte w sposób przenośny; jest to tego samego rodzaju fikcja jak produkcyjność kapitału. Praca produkuje, kapitał ma wartość. Używając pewnego rodzaju elipsy73 powiadamy: wartość pracy... Praca zupełnie jak wolność... ze swej istoty jest nieokreślona i niejasna, jest czymś, co jednak stosownie do przedmiotu przyjmuje pewną określoną formę, tj. co w wytworze staje się rzeczywistością”.
„Ale po co się nad tym zatrzymywać? Skoro ekonomista (czytaj p. Proudhon) miesza nazwy rzeczy, vera rerum vocabula74, tym samym przyznaje się, chociaż tego nie mówi, do bezsilności i składa broń” (Proudhon, t. I, str. 188).
Widzieliśmy, w jaki sposób p. Proudhon z wartości pracy czyni „najważniejszy czynnik sprawczy” wartości produktów, mianowicie, że dla niego płaca robocza, jak zazwyczaj nazywa się „wartość pracy”, stanowi „całkowitą wartość każdej rzeczy”. Oto dlaczego sprawia mu kłopot zarzut Saya. W towarze-pracy, będącej nieubłaganą realnością, widzi on jedynie gramatyczną elipsę. Odpowiednio do tego całe obecne społeczeństwo, oparte na towarowym charakterze pracy, opiera się odtąd na pewnego rodzaju swobodzie poetyckiej, na obrazowym wysłowieniu. Jeżeli społeczeństwo chce „wytępić wszystkie dolegliwości”, pod uciskiem których się ugina, niechaj wytępi źle brzmiące wyrażenia, niech przekształci mowę; w tym celu wystarczy tylko zwrócić się o pomoc do Akademii i zażądać nowego wydania słownika. Po wszystkim, cośmy widzieli, z łatwością pojmiemy, dlaczego p. Proudhon w swym dziele z dziedziny ekonomii politycznej musi tak długo prowadzić rozprawy nad etymologią i innymi częściami gramatyki. W taki sam sposób uczenie rozprawia on nad starodawnym wyprowadzaniem słowa servus75 od servare76. Te filologiczne rozprawy mają głębokie znaczenie, stanowią istotną część argumentacji p. Proudhona.
Praca, o ile się ją sprzedaje i kupuje, jest towarem jak wszelki inny i z tego powodu posiada wartość wymienną. Jednak jak wartość zboża, czyli zboże jako towar, nie służy zgoła za pokarm, tak samo wartość pracy, czyli praca jako towar, niczego nie wytwarza.
Praca warta jest mniej lub więcej zależnie od tego, czy środki spożywcze są tańsze czy droższe, a popyt i podaż siły roboczej mają takie czy inne rozmiary, itd.
Praca nie jest czymś „nieokreślonym”, lecz zawsze pewną określoną pracą, a nigdy pracą w ogóle, którą się kupuje i sprzedaje. Jest to nie tylko praca, której właściwości określa przedmiot, lecz sam przedmiot określa się przez specyficzne własności pracy.
O ile pracę kupuje się i sprzedaje, o tyle jest ona towarem. Po co się ją kupuje? „Ze względu na wartości, które ich zdaniem praca w sobie potencjalnie zawiera”. Lecz jeżeli powiemy, że pewna rzecz jest towarem, wtedy nie chodzi już o cel, w jakim ją nabyto, tj. o pożytek, który z niej otrzymujemy, o użytek, jaki z niej zrobimy. Jest ona towarem, gdyż jest przedmiotem handlu. Wszystkie wykręty p. Proudhona sprowadzają się do następującego: pracę się nabywa, lecz nie jako przedmiot bezpośredniego spożycia. Nie; kupuje się ją jako środek produkcji, jak to się czyni z maszyną. Praca jako towar posiada wartość, lecz nie produkuje.
P. Proudhon z taką samą samą racją mógłby powiedzieć, że nie ma zgoła żadnych towarów, ponieważ każdy towar kupuje się tylko w celu jakiegoś użytku, nigdy zaś jako towar sam dla siebie.
Proudhon, wartość towarów mierząc pracą, w sposób nieokreślony przeczuwa, że niepodobna używać tego samego miernika do pracy, o ile posiada ona wartość, o ile jest towarem-pracą. Przeczuwa, że tym samym minimalną płacę roboczą wynosi do godności naturalnej i normalnej ceny pracy bezpośredniej, że zatem uświęca obecny ustrój społeczny. A aby więc uniknąć tej fatalnej konsekwencji, robi obrót i zapewnia, że praca nie jest towarem, że nie może mieć wartości. Zapomina, że sam przyjął wartość pracy za miarę; przeocza, że cały jego system spoczywa na towarze-pracy, na pracy, którą się handluje, sprzedaje i kupuje, którą się wymienia na produkty itd.; wreszcie na pracy będącej dla robotnika bezpośrednim źródłem dochodu — o wszystkim zapomina.
By ratować swój system, decyduje się poświęcić jego podstawę.
„Et propter vitam rivendi perdere causas”.77
Znajdujemy się teraz wobec nowego wyjaśnienia „ukonstytuowanej wartości”.
„Wartość jest to stosunek proporcjonalności między produktami stanowiącymi bogactwo”.
Przede wszystkim zauważymy, że proste słowo „wartość względna” lub „wymienna” zawiera w sobie pojęcie pewnego stosunku, w jakim wymieniają się nawzajem towary. Jeżeli stosunkowi temu nadamy nazwę „stosunku proporcjonalności”, to we względnej wartości nie zmieniliśmy nic prócz nazwy. Ani podniesienie, ani też obniżenie wartości pewnego towaru nie pozbawia go jeszcze własności znajdywania się w jakimś „stosunku proporcjonalności” do innych produktów stanowiących bogactwo.
Po co więc to nowe określenie, nie przedstawiające zgoła żadnej nowej idei?
„Stosunek proporcjonalności” nasuwa myśl o wielu innych stosunkach ekonomicznych: o proporcjonalności produkcji, o istotnej proporcji między popytem a podażą itd. O tym wszystkim p. Proudhon myślał, formułując tę dydaktyczną parafrazę wartości wymiennej.
Ponieważ względna wartość produktów określa się ilością pracy zużytą odpowiednio na wytworzenie każdego z nich, zatem stosunek proporcjonalności, w zastosowaniu do tego szczególnego przypadku, oznacza odpowiednią ilość produktów, które można wytworzyć w określonym czasie i wskutek tego wzajemnie wymienialnych.
Spojrzyjmy, jaki użytek z tego stosunku proporcjonalności robi p. Proudhon.
Cały świat wie, że w przypadku zrównania się popytu i podaży wartość względna pewnego produktu określa się ściśle zawartą w nim ilością pracy, tj. że ta względna wartość wyraża stosunek proporcjonalności w takim właśnie znaczeniu, jak to już nadmieniliśmy.
P. Proudhon przewraca wszystko do góry nogami. Zacznijcie, powiada, mierzyć wartość względną produktu tkwiącą w nim ilością pracy, a wtedy popyt i podaż będą się równoważyły. Produkcja będzie odpowiadała spożyciu, produkt zawsze będzie wymienialny, a jego bieżąca cena rynkowa wyrażać będzie dokładnie jego prawdziwą wartość. Zamiast powiedzieć, jak każdy, że podczas pięknej pogody wielu ludzi spaceruje, p. Proudhon radzi swym ludziom iść na spacer, aby móc ich zapewniać, że pogoda jest dobra.
To, co p. Proudhon przedstawia jako wynik z wartości wymiennej, określanej a priori przez czas pracy, mogłoby zostać usprawiedliwione tylko z pomocą następującego prawa:
Produkty będą na przyszłość wymieniane w dokładnym stosunku do czasu pracy potrzebnej do ich wytworzenia. Bez względu na stosunek podaży do popytu wymiana towarów ma się odbywać tak, jak gdyby wytwarzane one były odpowiednio do zapotrzebowania. Niech Proudhon sformułuje i przeprowadzi takie prawo — a my się zgodzimy. Ale jeżeli przeciwnie, chce on dowieść swej teorii nie jako prawodawca, lecz jako ekonomista, wtedy powinien by wykazać, że niezbędny do wytworzenia towaru czas dokładnie podaje stopień jego użyteczności, a nadto wskazuje jego stosunek proporcjonalności do popytu, a tym samym do ogółu społecznego bogactwa. W takim przypadku, gdy produkt sprzedaje się po cenie równej kosztom produkcji, popyt i podaż się wyrównają, gdyż koszty produkcji są uważane za wyraz prawdziwego stosunku między podażą a popytem.
Doprawdy, p. Proudhon poszukuje dowodu, że niezbędny do wytworzenia pewnego towaru czas pracy wyraża zarazem też jego prawdziwy stosunek do potrzeb, tak że przedmioty, których produkcja pochłania najmniej czasu, są użyteczne w najbardziej bezpośredni sposób, i tak krok za krokiem dalej. Już goły fakt produkcji przedmiotów zbytku dowodzi, zdaniem tej doktryny, że społeczeństwo ma zbywający czas, który pozwala mu na zadowalanie potrzeb zbytku.
Dowodów na to twierdzenie wyszukuje p. Proudhon w spostrzeżeniu, że wytworzenie najużyteczniejszych przedmiotów kosztuje najmniej czasu, że społeczeństwo zaczyna zawsze od najłatwiejszych gałęzi przemysłu i stopniowo „zabiera się do produkcji przedmiotów kosztujących więcej pracy i odpowiadających potrzebom wyższym”.
Proudhon zapożycza od p. Dunoyera78 przykłady pierwotnego przemysłu — zbierania, pasterstwa, polowania, rybołówstwa — tego przemysłu, który stanowi najprostszą i najmniej kosztowną produkcję i od którego człowiek zaczął „pierwszy dzień swego wtórego stworzenia” (wyd. I, str. 78). Pierwszy zaś dzień jego pierwszego stworzenia opowiedziany jest w Genesis79, przedstawiającej Boga jako pierwszego przemysłowca na świecie.
Rzeczy mają się jednak zupełnie inaczej, niż sądzi p. Proudhon. Od zarania cywilizacji produkcja zaczyna się opierać na antagonizmie grup, stanów, klas, jednym słowem na antagonizmie między pracą nagromadzoną a bezpośrednią. Bez antagonizmów nie ma postępu — oto prawo, które po dziś dzień przyświecało cywilizacji. Po dziś dzień siły wytwórcze rozwijały się dzięki takiemu panowaniu antagonizmów klasowych. Twierdzić obecnie, że ludzie dlatego mogli oddawać się wytwarzaniu produktów wyższego rzędu, bardziej skomplikowanym rzemiosłom, ponieważ wszystkie potrzeby wszystkich robotników były zaspokojone — jest to zupełnie zaprzeczać antagonizmom klasowym i pojmować na opak cały rozwój historyczny. To tak, jak gdybyśmy chcieli zapewniać, że za cesarzy rzymskich hodowano mureny80 w sztucznych stawach, więc cała ludność rzymska mogła karmić się obficie; tymczasem przeciwnie: lud rzymski nie miał za co kupić chleba, zaś arystokracja rzymska miała aż tylu niewolników, że karmiła nimi mureny.
Cena środków spożywczych prawie ciągle wzrastała, chociaż cena przedmiotów zbytku i wyrobów rzemiosła wciąż spadała. Weźmy np. tylko rolnictwo: przedmioty najkonieczniejsze, jak mięso, zboże itd. rosną w cenie, tymczasem tkaniny bawełniane, cukier, kawa i inne spadają w zaskakującym stopniu. A nawet wśród właściwych artykułów spożywczych przedmioty zbytku, jak szparagi, kalafiory i inne są stosunkowo tańsze od środków spożywczych pierwszej potrzeby. W naszych czasach łatwiej wytwarzać rzeczy niepotrzebne niż niezbędne. Wreszcie, w różnych epokach historycznych wzajemne stosunki cen są nie tylko różne, lecz przeciwstawne. Przez całe średniowiecze produkty rolne były stosunkowo tańsze od produktów rzemiosła; w czasach nowożytnych spostrzegamy stosunek odwrotny. Czy to oznacza, że użyteczność produktów rolnych od średniowiecza się zmniejszyła?
Używanie produktów zależy od stosunków społecznych, w których znajdują się spożywcy, te zaś opierają się na antagonizmach klasowych.
Tkaniny bawełniane, ziemniaki i wódka są przedmiotami najpowszechniej używanymi. Ziemniaki zrodziły skrofuły81; tkaniny bawełniane w wielkiej mierze wyrugowały sukno i płótno, mimo że wełna i len w wielu przypadkach są o wiele pożyteczniejsze, choćby pod względem higienicznym. Wreszcie wódka wzięła górę nad piwem i winem, chociaż jako substancja odżywcza powszechnie uchodzi za truciznę. Przez całe stulecia rządy bezskutecznie walczyły przeciw temu europejskiemu opium: ekonomia zwyciężyła i podyktowała swe prawa spożyciu.
Dlaczego jednak tkaniny bawełniane, ziemniaki i wódka stanowią oś, wokół której obraca się społeczeństwo mieszczańskie? Ponieważ do ich wytworzenia potrzeba najmniej pracy i wskutek tego mają najniższą cenę. Dlaczego minimum ceny decyduje o maksimum spożycia? Czy może z powodu bezwzględnej użyteczności tych przedmiotów, z powodu właściwej im użyteczności, z powodu tego, że w najlepszy sposób zaspokajają potrzeby robotnika jako człowieka, a nie człowieka jako robotnika? Bynajmniej — lecz dlatego, że społeczeństwie w opartym na nędzy właśnie produkty najnędzniejsze z konieczności mają ten przywilej, że służą na użytek największej liczbie ludzi.
Twierdzić, że ponieważ najtańsze przedmioty są najwięcej używane, więc muszą być zarazem najużyteczniejsze, jest to twierdzić, że tak rozpowszechnione z powodu nieznacznych kosztów produkcji użycie wódki jest najwymowniejszym dowodem jej użyteczności, jest to wmawiać w proletariusza, że ziemniak jest dla niego zdrowszy niż mięso, jest to uświęcać obecny porządek rzeczy, jest to wreszcie, nie zrozumiawszy społeczeństwa, wychwalać go pod niebiosy.
W przyszłym społeczeństwie, gdzie zaniknie walka klasowa, a tym samym nie będzie żadnych klas, użycie nie będzie zależało od minimalnego czasu produkcji, lecz czas poświęcany na produkcję różnych przedmiotów będzie wyznaczany przez ich społeczną użyteczność.
Wróćmy jednak do p. Proudhona; skoro czas pracy niezbędny do wyprodukowania pewnego przedmiotu nie jest wyrazem stopnia jego użyteczności, więc określana przez ten czas wartość wymienna tego przedmiotu zgoła niczego nie stanowi o rzeczywistym stosunku popytu do podaży, tj. stosunku proporcjonalności w tym znaczeniu, jakie p. Proudhon w tej chwili łączy z tym słowem.
Sprzedaż jakiegoś towaru po cenie jego kosztów bynajmniej nie ustanawia „stosunku proporcjonalności” podaży do popytu lub ilości tego produktu w stosunku do ogółu produkcji; czynią to raczej wahania podaży i popytu, pouczające wytwórców, jaką ilość towarów powinni wytwarzać, by w wymianie otrzymać przynajmniej zwrot kosztów produkcji; ponieważ zaś te wahania ani na chwilę nie ustają, zachodzi więc w różnych gałęziach przemysłu nieustanny ruch lokowania i wycofywania kapitałów.
„Tylko według takich wahań lokuje się kapitały w niezbędnym, a nie większym stosunku w produkcję różnych pożądanych towarów. Wskutek wzrostu lub spadku cen zyski podnoszą się lub spadają w stosunku do ich ogólnego poziomu, a w ten sposób kapitały są przyciągane lub zniechęcane ku pewnej szczególnej produkcji, która doświadczyła takiego czy innego wahania... Jeżeli spojrzymy na rynki wielkich miast, zobaczymy z jaką regularnością zaopatrywane są w dostatecznej ilości wszelkimi rodzajami towarów krajowych i zagranicznych, niezależnie od rozmaitych zmian zapotrzebowania pod wpływem mody i smaku lub zmian ludności — a mimo to nieczęsto zdarza się stagnacja z powodu nadmiernego dowozu lub drożyzna z powodu niedostatecznego dowozu; musimy przyznać, że zasada, która użycza kapitału różnym gałęziom przemysłu w proporcjach dokładnie odpowiadających potrzebom, działa potężniej, niż się zazwyczaj przypuszcza” (Ricardo, t. I, str. 105–108).
Jeżeli p. Proudhon przyznaje, że miarą wartości produktów jest czas pracy, to jednocześnie musi się zgodzić na ten ruch wahadłowy, który sam jeden z czasu pracy robi miarę wartości. Nie ma żadnego gotowego, ustanowionego stosunku proporcjonalności, jest tylko ruch, który go ustanawia.
Widzieliśmy, w jakim znaczeniu możemy mówić o „proporcjonalności” jako wyniku określania wartości przez czas pracy. Zobaczymy teraz, jak to mierzenie czasem, zwane przez p. Proudhona „prawem proporcjonalności”, zmienia się w prawo nieproporcjonalności.
Każdy nowy wynalazek umożliwiający wytworzenie w godzinę tego, na co wcześniej potrzeba było dwóch godzin, obniża wartość wszystkich tego samego rodzaju produktów znajdujących się na rynku. Konkurencja zmusza wytwórcę do sprzedawania produktu pracy dwugodzinnej po tej samej cenie, co jednogodzinnej. Konkurencja wprowadza w życie prawo, według którego względna wartość produktu określa się niezbędnym do jego wytworzenia czasem pracy. W ten sposób fakt, że czas pracy służy za miernik wartości wymiennej, staje się prawem ciągłego spadku ceny pracy. Co więcej: ten spadek wartości rozszerza się nie tylko na dostarczane na rynek towary, ale też na narzędzia produkcji i całe warsztaty. Ten fakt zaznacza już Ricardo: „Wskutek ciągłego wzrostu wytwórczości zmniejsza się wartość różnych już poprzednio wytworzonych rzeczy” (t. I, str. 58). Sismondi idzie jeszcze dalej. W tej „wartości ukonstytuowanej” przez czas pracy widzi źródło wszystkich dzisiejszych sprzeczności między handlem a przemysłem. „Wartość wymienna — powiada — ostatecznie określa się ilością pracy niezbędną dla wytworzenia oszacowywanej rzeczy; lecz nie tą, którą kosztowało jej wytworzenie, ale tą, którą będzie ono kosztowało w przyszłości, być może wskutek ulepszenia środków pomocniczych; chociaż tę ilość trudno policzyć, zawsze wiernie określa ją konkurencja... Na tej podstawie opiera się kalkulacja żądanej ceny ze strony nabywców i oferowanej ceny ze strony sprzedawców. Pierwszy prawdopodobnie będzie zapewniać, że przedmiot kosztował go dziesięć dni roboczych; lecz jeżeli drugi się przekona, że w przyszłości można będzie go wytworzyć w osiem dni, a konkurencja dostarcza obu stronom dowodu na to, wtedy wartość spadnie na osiem dni i ustali się taka cena rynkowa. Oczywiście obie strony są przeświadczone, że przedmiot jest użyteczny, że jest pożądany, że bez tego pożądania nie byłoby sprzedaży; lecz ustanowienie ceny zgoła nie zależy od tej użyteczności” (Etudes etc., t. I, str. 267, wyd. brukselskie).
Ważną jest rzeczą nie zapominać, że wartość określa się nie czasem, w ciągu którego wyprodukowano przedmiot, lecz minimalnym czasem potrzebnym produkcję, a to minimum jest stwierdzane przez konkurencję. Przyjmijmy na chwilę, że konkurencja ustała, a więc że nie mamy żadnego środka stwierdzenia minimum pracy niezbędnej dla wyprodukowania pewnego towaru. Co by stąd wynikło? Moglibyśmy wtedy na produkcję pewnego przedmiotu zużyć sześć godzin pracy, żeby przy wymianie mieć prawo, zgodnie z p. Proudhonem, żądać wymianie sześć razy tyle co ten, który na produkcję tego przedmiotu zużył tylko jedną godzinę.
Zamiast „stosunku proporcjonalności” mamy teraz stosunek nieproporcjonalności, jeżeli w ogóle zechcemy wdawać się w stosunki, czy to złe, czy też dobre.
Ciągły spadek wartości pracy stanowi jedną tylko stronę, jeden wynik oceniania wartości towarów czasem pracy. W tym sposobie szacowania znajdują dla siebie wytłumaczenie nadmierna zwyżka cen, nadprodukcja i inne zjawiska przemysłowej anarchii.
Ale czy czas pracy, służąc jako miernik wartości, wytwarza choćby tę stosunkową rozmaitość towarów, którą się tyle zachwyca p. Proudhon?
Przeciwnie: właśnie wskutek tego monopol w całej swej monotonii zagarnia pod swą władzę cały świat produktów, zupełnie tak samo, jak — rzecz to namacalna i znana całemu światu — tenże monopol owłada światem środków produkcji. Jedynie niektóre gałęzie produkcji, jak wyrobów bawełnianych, są zdolne do bardzo szybkiego postępu. Koniecznym wynikiem takiego postępu jest np. ciągły spadek cen wyrobów bawełnianych; lecz w miarę spadku ceny bawełny musi rosnąć względna cena płótna. Jakie tego skutki? Bawełna wypiera płótno. W ten sposób płótno zostało wypchnięte z całej prawie Ameryki Północnej. Zamiast odnośnej rozmaitości produktów mamy państwo bawełny.
Cóż więc pozostaje z owego „stosunku proporcjonalności”? Jedynie życzenie poczciwca, który by chciał, aby towary były wytwarzane w takim stosunku, żeby można je było sprzedawać po uczciwej cenie. Po wszystkie czasy to niewinne życzenie wypowiadali dobrzy obywatele i ekonomiści-filantropi.
Oddajmy głos choćby staremu Boisguillebertowi82:
„Cena towarów powinna być — powiada — zawsze proporcjonalnie normowana, gdyż tylko takie wzajemne porozumienie się umożliwia ich współistnienie, w którym co chwila mogą się wzajemnie wytwarzać (mamy więc znów ciągłą wymienialność p. Proudhona)... Ponieważ bogactwo nie jest niczym innym, tylko tą ciągłą wymianą między człowiekiem a człowiekiem, rzemiosłem a rzemiosłem, zatem byłoby to rażącym zaślepieniem, gdybyśmy źródła nędzy szukali gdzie indziej niż w zamęcie powodowanym w handlu przez naruszanie proporcjonalności cen”. (Dissertation sur la nature des richesses, wydanie Daire).
Posłuchajmy nowoczesnego ekonomisty:
„Wielkim prawem, które musi być stosowane do produkcji, jest prawo proporcjonalności (the law of proportion), które samo jedno jest w stanie utrzymać ciągłość wartości... Ekwiwalent musi być zapewniony... Wszystkie ludy we wszystkich epokach starały się urzeczywistnić do pewnego stopnia to prawo proporcjonalności przy pomocy licznych ustaw handlowych i ograniczeń; lecz właściwe naturze ludzkiej samolubstwo doprowadziło do zburzenia całego tego systemu regulacji. Proporcjonalnie normowana produkcja (proportionate production) to urzeczywistnienie rzetelnej wiedzy ekonomicznej” (W. Atkinson, Principles of Political Economy, Londyn 1840, str. 170–195).
Fuit Troja!83 Ten rzeczywisty stosunek między podażą a popytem, który znowu zaczyna stanowić przedmiot tylu westchnień, przestał od dawien dawna istnieć. Zestarzał się on, a nawet więcej: był możliwy wówczas, póki środki produkcji były ograniczone, a wymiana miała miejsce w nader wąskich granicach. Wraz z powstaniem wielkiego przemysłu ten słuszny stosunek musiał runąć, a produkcja z konieczności musi obracać się w kole kolejno rozkwitu i podupadania, kryzysu, stagnacji, i znowu nowego rozkwitu itd.
Ci, którzy, jak Sismondi, chcą powrócić do słusznej proporcjonalności produkcji, a przy tym utrzymać obecne podstawy społeczeństwa, są wstecznikami, gdyż chcąc być konsekwentni, muszą dążyć do przywrócenia wszystkich innych warunków produkcji z czasów dawniejszych.
Co utrzymywało produkcję w odpowiednich lub prawie odpowiednich proporcjach? Zapotrzebowanie, nadające wtedy ton podaży i ją poprzedzające; produkcja podążała krok w krok za spożyciem. Lecz wielki przemysł, zmuszony przez same narzędzia, którymi rozporządza, do produkcji coraz na szerszą skalę, nie może czekać na zapotrzebowanie. Produkcja poprzedza konsumpcję, podaż wzbudza popyt.
W obecnym społeczeństwie, w przemyśle opartym na indywidualnej wymianie, anarchia produkcji, ta rodzicielka tylu nieszczęść, stanowi zarazem źródło wszelkiego postępu.
A zatem z jedno dwojga:
Albo chcecie słusznej proporcjonalności z ubiegłych stuleci wraz ze środkami wytwórczymi naszych czasów, a wtedy jesteście wstecznikami i utopistami.
Albo też żądacie postępu bez anarchii; wtedy, by utrzymać obecne siły wytwórcze, trzeba się wyrzec indywidualnej wymiany.
Wymiana indywidualna da się pogodzić jedynie z drobnym przemysłem minionych stuleci i z właściwą im „słuszną proporcjonalnością”, albo też z wielkim przemysłem, lecz wtedy za nią postępuje cała przepaść nędzy i anarchii.
A więc w ostatecznym rezultacie: określanie wartości czasem pracy, tj. formuła, którą p. Proudhon przedstawia nam jako rzecz, która powinna odrodzić całą przyszłość, jest jedynie naukowym wyrażeniem ekonomicznych stosunków obecnego społeczeństwa, jak to już przed p. Proudhonem dobitnie i jasno dowiódł Ricardo.
Ale może zastosowanie „równościowe” tej formuły należy do p. Proudhona? Może on pierwszy wpadł na myśl reformowania przez to społeczeństwa, że zamienił wszystkich ludzi w bezpośrednich robotników wymieniających równe ilości pracy? Czy ma prawo komunistom — tym ludziom pozbawionym znajomości ekonomii, tym „ciężko głupim” istotom, tym „niebiańskim marzycielom” — czynić zarzut, że nie wpadli przed nim na to „rozwiązanie kwestii proletariatu”?
Kto choć cokolwiek jest obeznany z rozwojem ekonomii politycznej w Anglii, ten wie, że prawie wszyscy socjaliści tamtejsi w różnych czasach proponowali równościowe zastosowanie teorii Ricarda. Możemy przytoczyć p. Proudhonowi Political Economy Hodgskina (1822); Wiliama Thomsona An Inquiry into the Principles of the Distribution of Wealth, most Conductive to Human Happiness (1827); T. R. Edmondsa Practical, Moral and Political Economy (1828) itd., itd. i jeszcze cztery stronice „itd.”. Ograniczymy się jedynie do zacytowania jednego komunisty angielskiego, p. Braya84. Przytoczymy najwybitniejsze ustępy z jego wybitnego dzieła, Labours Wrongs and Labour’s Remedy, Leeds 1839, i zatrzymamy się nad tym nieco dłużej, gdyż po pierwsze p. Bray mało jest znany we Francji, zaś po drugie, ponieważ, jak sądzimy, znaleźliśmy tu klucz do przeszłych, teraźniejszych i przyszłych prac p. Proudhona.
Jedynym środkiem dojścia do prawdy jest wyjaśnić sobie zasadnicze pojęcia. Zajrzyjmy do źródła, skąd wyłoniły się rządy. Po gruntownym zbadaniu kwestii znajdziemy, że każda forma rządu, każda niesprawiedliwość społeczna i polityczna pochodzi z obecnie panującego systemu społecznego, z instytucji własności, jaka dzisiaj istnieje, i że aby raz na zawsze położyć kres dzisiejszej niesprawiedliwości i nędzy, należy z gruntu zburzyć obecny ustrój społeczny. Atakując ekonomistów na ich własnym terytorium i ich własnym orężem, przeszkadzamy bezmyślnej paplaninie doktrynerów i zwolenników podziału, zawsze chętnych do popisywania się. Ekonomiści nie zdołają zaprzeczyć wnioskom, do których dojdziemy tą metodą, chyba że odrzucą lub zanegują ogólnie uznane pewniki i zasady, na których opierają swoją własną argumentację” (str. 17 i 41). „Jedynie praca stwarza wartość... każdy człowiek ma niezaprzeczalne prawo do tego wszystkiego, co zdołał stworzyć swą uczciwą pracą. Przywłaszczając sobie w ten sposób owoce swej pracy, nie popełnia żadnej niesprawiedliwości względem innych, gdyż nikomu nie odbiera prawa tak samo postępować... Wszelkie pojęcia niższości i wyższości, pana i sługi, stąd wynikają, że zaniedbano najelementarniejsze zasady i że wskutek tego powstała nierówność posiadania. Dopóki będzie istniała taka nierówność, dopóty nie będzie można wykorzenić tych pojęć ani znieść opierających się na nich instytucji. Do dziś dnia łudzimy się próżną nadzieją, że takiemu nienaturalnemu stanowi rzeczy jak obecny pomożemy przez usunięcie istniejącej nierówności, lecz pozostawiając nietkniętą jej przyczynę; ale wkrótce wykażemy, że rząd to nie przyczyna, lecz skutek, że nie stwarza, lecz jest tworzony — jednym słowem, że jest on wynikiem nierówności posiadania i że ta nierówność jest nierozerwalnie złączona z obecnym systemem społecznym” (str. 33, 36, 37).
„System równości nie tylko pociąga za sobą największe korzyści, lecz ponadto jest najsprawiedliwszy. Każdy człowiek jest ogniwem, i to niezbędnym ogniwem w łańcuchu skutków, który swój początek bierze od idei, by zakończyć się, na przykład, na wytworzeniu sztuki sukna. Z tego, że nasze upodobania do różnych zajęć nie są jednakowe, nie możemy jeszcze wnosić, że praca jednego powinna być lepiej opłacana aniżeli drugiego. Wynalazca, oprócz sprawiedliwego wynagrodzenia w pieniądzach, pobierać jeszcze będzie hołd naszego uwielbienia, które jedynie geniusz może od nas otrzymywać...”
„Zgodnie z samą naturą pracy i wymiany sprawiedliwość wymaga, aby wszyscy wymieniający otrzymywali z niej korzyści nie tylko wzajemne, ale i równe. Są tylko dwie rzeczy, które ludzie mogą między sobą wymieniać: praca i produkt pracy. Gdyby wymiana odbywała się według sprawiedliwości, wtedy wartość wszystkich przedmiotów określałaby się przez całkowite koszty ich produkcji i równe wartości zawsze wymieniałyby się na równe. Gdyby np. kapelusznik potrzebował jednego dnia na wyprodukowanie kapelusza, a szewc tyleż czasu na parę butów (zakładając, że użyty surowiec ma w obu przypadkach jednakową wartość), następnie zaś wymieniliby te przedmioty, wtedy korzyść przez nich uzyskana byłaby wzajemna i równa. Korzyści wypływające stąd dla jednej strony nie byłyby stratą dla drugiej, gdyż obie strony włożyły tę samą ilość pracy, a zużyty materiał również ma jednakową wartość. Lecz jeżeliby kapelusznik otrzymał dwie pary butów za jeden kapelusz — wciąż przy powyższych założeniach — to jasne jest, że wymiana byłaby niesprawiedliwa. Kapelusznik poszkodowałby szewca o jeden dzień pracy i gdyby tak postępował przy wszelkich swych wymianach, wtedy za wytwór półrocznej pracy otrzymałby całoroczny wytwór drugiej osoby”.
„Dotychczas trzymaliśmy się wciąż tego w najwyższym stopniu niesprawiedliwego systemu wymiany: robotnicy oddawali kapitalistom pracę całego roku w zamian za wartość półroczną — i stąd, nie zaś z rzekomej nierówności fizycznych i umysłowych sił jednostek, powstała nierówność majątków i nierówność władzy. Nierówność w wymianie, rozmaitość cen przy kupnie i sprzedaży może istnieć tylko pod tym warunkiem, że kapitaliści pozostaną na zawsze kapitalistami, a robotnicy robotnikami, jedni klasą tyranów, drudzy klasą niewolników... Ta transakcja zatem jasno wykazuje, że kapitaliści i właściciele dają robotnikowi za tygodniową pracę tylko część bogactwa, którą od niego otrzymali ciągu tygodnia, tj. że za coś nie dają mu nic. Transakcja kapitalistów z robotnikami to istna komedia: faktycznie w tysiącach wypadków jest ona jedynie bezwstydną, chociaż legalną kradzieżą” (Bray, str. 45, 48, 49, 50).
„Zysk przedsiębiorcy dopóty będzie stratą dla robotnika, dopóki wymiana między stronami nie będzie równa; a wymiana dopóty nie będzie równa, dopóki społeczeństwo dzielić się będzie na kapitalistów i wytwórców, przy czym ci ostatni żyją ze swej pracy, pierwsi zaś tuczą się z zysków tej pracy”.
„Oczywiście — powiada dalej p. Bray — że na próżno wprowadzalibyście taką czy inną formę rządów... deklamowali na temat o moralności i bratniej miłości... wzajemność nie da się pogodzić z nierównością wymiany. Nierówność wymiany to źródło nierówności majątkowej, jest zamaskowanym, pożerającym nas wrogiem” (str. 51 i 52).
„Rozmyślanie nad celem i zadaniem społeczeństwa upoważnia mnie do wniosku, że nie tylko wszyscy ludzie powinni pracować, by mieć co wymieniać, lecz że równe wartości powinny być wymieniane na równe. Co więcej: ponieważ korzyści jednego nie powinny być stratą dla drugiego, wartość zatem powinna być określana kosztami produkcji. Tymczasem widzieliśmy, że w obecnym ustroju społecznym zysk bogaczy i kapitalistów zawsze idzie w parze ze stratą dla robotnika, że ten rezultat musi niechybnie następować i że biedak pod wszelką formą rządu oddany jest na łaskę i niełaskę kapitalisty, dopóki istnieć będzie nierówność wymiany, oraz że równość wymiany może zostać zapewniona jedynie w takim ustroju, który przyjmie powszechność pracy... Równość wymiany sprawiłaby, że bogactwo stopniowo przeszłoby z rąk obecnych kapitalistów w ręce klas pracujących” (str. 54 i 55).
„Dopóki istnieć będzie ten system nierówności wymiany, wytwórcy będą nadal w takiej nędzy, tak ciemni, tak przeciążeni pracą, jak obecnie, nawet gdyby zniesiono wszelkie podatki... Jedynie całkowite przeistoczenie systemu, wprowadzenie równości pracy i wymiany może zaradzić takiemu porządkowi rzeczy i zapewnić ludziom istotną równość praw. Wytwórcy muszą tylko zdobyć się na jeden wysiłek — a dla własnego ocalenia powinni podjąć wszelki wysiłek — a ich kajdany zostaną raz na zawsze skruszone... Równość polityczna jako cel to błąd, jest ona błędem nawet jako środek”.
„Przy równości wymiany korzyść jednego nie jest wynikiem straty drugiego, wszelka bowiem wymiana jest wtedy jedynie prostym przeniesieniem pracy i bogactwa, nie wymaga żadnej ofiary. W ustroju opartym na równości wymiany wytwórca może dojść do bogactwa przez swą oszczędność, lecz jego bogactwo będzie tylko nagromadzonym wytworem jego własnej pracy. Będzie mógł wymieniać swoje bogactwo lub komukolwiek je podarować, lecz będzie rzeczą niemożliwą, by przez dłuższy czas pozostawał bogaczem, przestawszy pracować. Wskutek równości wymiany bogactwo utraci swą dzisiejszą właściwość odnawiania się i pomnażania, że tak powiemy, samo przez się. Powstałego ze spożycia ubytku nie będzie w stanie uzupełnić, gdyż skoro nie będzie stwarzane na nowo przez pracę, wtedy, raz spożyte, pozostanie na zawsze stracone. To, co zwiemy dziś zyskiem i procentami, nie może istnieć w systemie równej wymiany. Wytwórca i ten, kto zajmuje się podziałem produktów, będą jednakowo wynagradzani, a suma ich pracy posłuży do określenia wartości każdego przedmiotu wytworzonego i przekazanego do spożywcy...”
„Zasada równości wymiany musi więc z konieczności powołać do życia powszechność pracy” (str. 76, 88, 89, 92, 109).
Odparłszy zarzuty ekonomistów przeciw komunizmowi, p. Bray powiada dalej:
„Jeżeli potrzeba koniecznie zmiany charakterów, aby urzeczywistnić ustrój społeczny oparty na wspólnocie w jego doskonałej postaci, jeżeli, z drugiej strony, obecny ustrój nie przedstawia ani możliwości, ani warunków do przeprowadzenia tej zmiany charakterów i do przygotowania ludzi do lepszego i przez nas wszystkich pożądanemu porządku — to jest oczywiste, że rzeczy musiałyby z konieczności pozostać takie, jak obecnie, chyba że się wynajdzie i wykorzysta pewien przygotowawczy proces rozwoju — pewien proces mający w sobie coś zarówno z ustroju dzisiejszego, jak i coś przyszłego (systemu wspólnoty) — pewien rodzaj stadium przejściowego, na drogę którego społeczeństwo może wstąpić mimo swych wszystkich wad i szaleństw, by je potem opuścić, gdy stanie się bogate w te własności i zdolności, które są warunkiem systemu wspólnoty” (str. 136).
„Cały ten proces wymaga jedynie współpracy w jej najprostszej postaci... Koszty produkcji będą określać wartość produktów we wszelkich okolicznościach, a równe wartości zawsze będą wymieniane na równe. Jeżeli z dwóch osób jedna pracowała pół tygodnia, a druga cały tydzień, to jedna otrzyma dwa razy tyle wynagrodzenia, co druga; ale ta nadwyżka płacy nie będzie ze szkodą dla drugiej: strata, którą jedna poniosła, zgoła nie staje się zyskiem drugiej. Każdy będzie wymieniać swoją indywidualną pracę na rzeczy tej samej wartości, co jego praca, a zysk, otrzymany przez jakąś osobę lub jakiś przemysł, bynajmniej nie będzie stanowił straty innej osoby lub jakiejś innej gałęzi przemysłu. Praca każdej jednostki byłaby jedynym miernikiem jej strat lub zysków”.
„...Ogólne i miejscowe biura (boards of trade) będą określać ilość różnych przedmiotów konsumpcji oraz względną wartość każdego z nich w porównaniu z innymi (liczbę robotników niezbędnych w różnych gałęziach pracy), jednym słowem wszystko, co dotyczy społecznej produkcji i podziału. Czynności tych można będzie dokonywać z tą samą łatwością i w tak samo krótkim czasie dla całego narodu, jak obecnie dla prywatnego towarzystwa... Jednostki będą się łączyły w rodziny, rodziny w gminy, jak to ma miejsce obecnie. Podział ludności na miejską i wiejską nie zostanie zniesiony od razu, chociaż jest on bardzo szkodliwy. W tym zrzeszeniu każda jednostka, jak obecnie, będzie posiadała swobodę nagromadzania, ile jej się spodoba, oraz używania tego, co zbierze, według swej chęci i upodobania... Nasze społeczeństwo, że tak powiemy, stanie się wielkim towarzystwem akcyjnym, złożonym z nader znacznej liczby małych stowarzyszeń akcyjnych, zgodnie pracujących, wytwarzających i wymieniających swe produkty na zasadzie zupełnej równości... Nasz nowy system towarzystw akcyjnych, stanowiący jedynie ustępstwo na rzecz teraźniejszego społeczeństwa, aby dojść do komunizmu, jest w ten sposób urządzony, że indywidualna własność wytworów będzie istniała obok kolektywnej własności sił wytwórczych. System ten składa los każdej jednostki w jej własne ręce i zapewnia jej równy udział we wszystkich korzyściach, jakie daje przyroda i postęp techniczny. Wskutek tego może być zastosowany do obecnego społeczeństwa, by je przygotować do dalszych zmian” (str. 158, 160, 162, 168, 194, 199).
Pozostaje nam odpowiedzieć tylko kilka słów p. Brayowi, który niezależnie od nas wyrugował p. Proudhona, z tą różnicą, że p. Bray zgoła nie ma zamiaru wypowiadać ostatniego słowa ludzkości, a proponuje jedynie wnioski, jakie uważa za odpowiednie dla epoki przejściowej między naszym teraźniejszym ustrojem a przyszłym.
Godzina pracy Piotra wymienia się na godzinę pracy Pawła — oto zasadniczy pewnik p. Braya.
Dajmy na to, że Piotr ma dwanaście godzin pracy, a Paweł jedynie sześć. Wówczas mogą dokonać wymiany jedynie sześciu godzin za sześć godzin. Piotrowi pozostanie więc jeszcze sześć godzin. Co z nimi zrobi?
Albo nic nie zrobi, tj. będzie miał sześć godzin straconych, albo będzie przez inne sześć godzin próżnować, by przywrócić równowagę, lub też, i to będzie ostatnim środkiem ratunku, podaruje te sześć godzin, z którymi nie wie, co począć, Pawłowi przy wymianie.
Cóż na tym zyskał Piotr w porównaniu z Pawłem? Sześć godzin pracy? Nie. Zyskał tylko kilka godzin spoczynku, bo zmuszony jest sześć godzin siedzieć z założonymi rękami. I aby to nowe prawo do próżnowania było przez nowy ustrój nie tylko tolerowane, lecz i cenione, społeczeństwo musi w próżnowaniu widzieć szczęście i na pracę patrzeć jako na brzemię, od którego należy się za wszelką cenę wyswobodzić. I gdyby przynajmniej — że znów powrócimy do naszego przykładu — te godziny spoczynku, które Piotr zarobił na Pawle, stanowiły istotną korzyść! Ależ gdzie tam. Paweł, który zaczął od tego, że pracował tylko sześć godzin, ostatecznie, pracując regularnie i prawidłowo, osiąga ten sam rezultat, co Piotr, który zaczął od nadmiernej pracy. Każdy będzie chciał być Pawłem i wszyscy będą się ubiegać o palmę próżniactwa.
Do czegóż więc doprowadziła wymiana równych ilości pracy? Do nadprodukcji, zniżki cen, nadmiernej pracy, po której następuje stagnacja, wreszcie do stosunków ekonomicznych właściwych obecnemu ustrojowi, tylko bez konkurencji ze strony pracy.
Lecz nie, mylimy się. Pozostaje jeszcze jeden środek na ocalenie nowego społeczeństwa, społeczeństwa Piotrów i Pawłów. Niech Piotr sam spożyje wytwór sześciu godzin pracy, które pozostają. Lecz z chwilą, gdy nie będzie potrzebował wymieniać tego, co wytworzył, nie będzie też potrzebował wytwarzać w celu wymiany, a wówczas runie całe założenie społeczeństwa opartego na wymianie i podziale pracy. Równość wymiany zostanie ocalona przez zaprzestanie wszelkiej wymiany; Paweł i Piotr znajdą się w położeniu Robinsona.
Jeżeli zatem przyjmiemy, że wszyscy członkowie społeczeństwa są samodzielnymi wytwórcami, to wymiana równych godzin pracy będzie możliwa jedynie pod warunkiem, że będziemy się z góry umawiać co do liczby godzin przeznaczanych na produkcję materialną. Jednak taka umowa przeczy indywidualnej wymianie.
Do tego samego wniosku dojdziemy, jeżeli za punkt wyjścia brać będziemy nie rozdzielanie wytworzonych produktów, lecz sam akt produkcji. W wielkim przemyśle Piotr nie może dowolnie sam sobie ustalać swojego czasu pracy, ponieważ praca Piotra jest niczym bez współdziałania wszystkich Pawłów i Piotrów tworzących wspólnie jeden warsztat. To właśnie wyjaśnia ten zawzięty opór, który stawiali fabrykanci angielscy ustawie o dziesięciogodzinnym dniu pracy. Wiedzieli aż za dobrze, że zmniejszenie czasu pracy kobiet i dzieci o dwie godziny koniecznie pociągnie za sobą zmniejszenie czasu pracy dorosłych. Leży to w samej naturze wielkiego przemysłu, że czas pracy musi być równy dla wszystkich. To, co dzisiaj powoduje kapitał i konkurencja robotników pomiędzy sobą, to jutro, z zaniknięciem stosunku kapitału do pracy, stanie się wynikiem umowy opartej o stosunek sumy sił wytwórczych do sumy istniejących potrzeb.
Lecz taka umowa to wydanie wyroku skazującego na indywidualną wymianę — a tym samym znowu doszliśmy do naszego pierwszego rezultatu.
W zasadzie nie ma wymiany produktów, jest wymiana prac współdziałających przy wytwarzaniu produktu. Sposób wymiany sił wytwórczych określa sposób wymiany produktów. Ogólnie biorąc, sposób wymiany produktów odpowiada formie produkcji; skoro zmienimy drugie, zmieni się też pierwsze. Dlatego też w dziejach społeczeństw widzimy, że wymiana produktów odpowiada sposobom ich wytwarzania. Tak np. indywidualna wymiana odpowiada określonemu sposobowi produkcji, odpowiadającemu znowu określonej fazie antagonizmów klasowych; nie mamy więc indywidualnej wymiany, jeżeli nie istnieją antagonizmy klasowe. Ale sumienia poczciwców nie chcą zauważyć tego widocznego faktu. Dopóki się stoi na stanowisku burżuazji, niepodobna w tych antagonizmach widzieć nic innego, jak tylko harmonijny porządek i wieczną sprawiedliwość, niepozwalające nikomu zwiększać swej wartości kosztem innych. Dla burżua indywidualna wymiana może istnieć bez antagonizmu klasowego. Są to dla niego dwie zupełnie różne i niezależne od siebie rzeczy. Indywidualna wymiana, jak ją sobie wyobraża burżua, zgoła nie odpowiada rzeczywistej wymianie indywidualnej.
P. Bray z iluzji poczciwców czyni ideał, który chciałby urzeczywistnić; zdaje mu się, iż przez oczyszczenie indywidualnej wymiany, uwolnienie jej od sprzecznych pierwiastków, jakie się w niej znajdują, znajdzie pewien stosunek równościowy, który należałoby zaszczepić społeczeństwu.
P. Bray nie domyśla się, że ten równościowy stosunek, ten ideał udoskonalający, jaki chce wcielić w życie, nie jest niczym innym, jak tylko odbiciem obecnego świata, i że wskutek tego nie sposób reformować społeczeństwa na podstawach będących jedynie upiększonym widmem tego samego społeczeństwa. W miarę jak to widmo przyjmuje określone kształty, widać, że bynajmniej nie jest wyśnionym marzeniem, lecz dokładnym obrazem obecnych stosunków.85
III. Zastosowanie prawa proporcjonalności wartości
a) Pieniądze
„Srebro i złoto — to pierwsze towary, których wartość została ukonstytuowana”.
A więc złoto i srebro stanowią pierwsze przypadki zastosowania „wartości ukonstytuowanej” przez p. Proudhona. I ponieważ p. Proudhon ustanawia wartość produktów, określając ją wcielonym w nie wydatkiem pracy, więc potrzebował jedynie dowieść, że zmiany w wartości złota i srebra zawsze znajdują swe wyjaśnienie w zmianie czasu pracy potrzebnej do ich wyprodukowania. P. Proudhonowi jednak nie przeszło to nawet przez myśl. O złocie i srebrze mówi nie jako o towarach, lecz jako o pieniądzu.
Cała jego logika — o ile może być mowa o niej u Proudhona — zasadza się na tym, że właściwość srebra i złota do służenia za pieniądz przypisuje wszystkim towarom, które mają tę własność, że ocenia się je według czasu pracy. Bez wątpienia takie postępowanie wykazuje więcej naiwności niż złej woli.
Użyteczny produkt, oszacowany czasem pracy niezbędnym do jego wyprodukowania, jest zawsze wymienialny. Za dowód tego — powiada p. Proudhon — mogą służyć złoto i srebro, znajdujące się w pożądanych przeze mnie warunkach „wymienialności”. A zatem srebro i złoto to wartość, która doszła do swego stanu ukonstytuowania, stanowią wcielenie idei p. Proudhona. Nie sposób być szczęśliwszym w wyborze swych przykładów. Srebro i złoto oprócz tej własności, że są towarami, których wartość określa się, jak wszelkich innych towarów, czasem pracy, posiadają jeszcze tę własność, że stanowią uniwersalny środek wymiany — pieniądz.
Skoro przedstawia on złoto i srebro jako zastosowanie „wartości ukonstytuowanej” przez czas pracy, to nic łatwiejszego niż dowieść, że każdy towar, którego wartość zostanie ukonstytuowana przez czas pracy, będzie zawsze wymienialny, że będzie pieniądzem.
Przez głowę p. Proudhona przemyka nader proste pytanie: dlaczego złoto i srebro mają ten przywilej, że są typową „wartością ukonstytuowaną”?
„Szczególna funkcja, którą zwyczaj nadał metalom szlachetnym, mianowicie, że służą one za pośrednika w wymianie, jest czysto konwencjonalna; rolę tę jest w stanie spełniać każdy inny towar, może w mniej wygodny sposób, lecz z tą samą solidnością; ekonomiści to przyznają i można przytoczyć liczne tego przykłady. Jakie jest źródło tego pierwszeństwa powszechnie przypisywanego metalom, by służyły jako pieniądz, i jak objaśnić tę specjalizację w funkcji pieniędzy, nie posiadającą żadnej analogii w ekonomii politycznej?... Czy można jeszcze odtworzyć te powiązania, od których wyjątkiem zdaje się być pieniądz, a tym samym sprowadzić go do jego właściwej zasady?”
Już stawiając pytanie tymi słowami, p. Proudhon z góry przyjmuje pieniądz. Pierwszym pytaniem, które powinien był sobie zadać, powinno być, dlaczego w wymianie takiej, jak obecna, trzeba było zindywidualizować, że się tak wyrażę, wartość wymienną przez stworzenie szczególnego środka wymiany. Pieniądz to nie żadna rzecz, lecz pewien stosunek społeczny. Czemuż stosunek pieniądza jest stosunkiem produkcji, jak wszelki inny stosunek ekonomiczny, np. jak podział pracy itd.? Gdyby p. Proudhon zdał sobie jasno sprawę z tego stosunku, wtedy nie spoglądałby na pieniądze jako na wyjątek, jako na ogniwo wyrwane z nieznanego lub wymagającego dopiero odnalezienia związku.
Zrozumiałby, że przeciwnie, że ten stosunek to tylko jedno ogniwo w całym szeregu stosunków ekonomicznych, jako takie ściśle z nimi powiązane, i że ten stosunek zupełnie w takim samym stopniu odpowiada określonemu sposobowi produkcji, jak wymiana indywidualna. Lecz cóż on robi zamiast tego? Zaczyna od oderwania pieniędzy od całości obecnego systemu produkcji, by następnie uczynić je pierwszym ogniwem jakiegoś urojonego, jeszcze nie odnalezionego szeregu.
Skoro raz uzna się konieczność szczególnego środka wymiany, czyli konieczność pieniędzy, wtedy nie chodzi już o wyjaśnienie, dlaczego ta szczególna funkcja przede wszystkim przypadła w udziale złotu lub srebru. Jest to pytanie drugorzędnej wagi, nieznajdujące zgoła swego wyjaśnienia w związku stosunków produkcji, lecz w specyficznych fizycznych własnościach złota i srebra. Jeżeli więc przy tej sposobności ekonomiści „wyszli ze szranków swej wiedzy, jeżeli uprawiali fizykę, mechanikę, historię itd.” (str. 69), jak to im zarzuca p. Proudhon, uczynili jedynie to, co musieli. Kwestia ta zgoła nie wchodzi w zakres ekonomii politycznej.
„Czego nie zauważył żaden ekonomista — powiada p. Proudhon — to tej przyczyny ekonomicznej, której metale szlachetne zawdzięczają swe uprzywilejowane stanowisko”.
P. Proudhon spostrzegł, pojął i przekazał potomności tę przyczynę ekonomiczną, której nikt — i racjonalnie — nie zauważył ani pojął.
„Nikt nie zauważył tego, że srebro i złoto są pierwszymi towarami, których wartość została ukonstytuowana. W okresie patriarchalnym złotem i srebrem handlowano i wymieniano je jeszcze w sztabach, lecz już wykazywały tendencję do uzyskiwania przewagi i wyraźnego pierwszeństwa przed innymi. Stopniowo władcy brali je w posiadanie i wyciskali na nich swój znak, a z tej sankcji powstały pieniądze, czyli towar par excellence86, który mimo wszelkich wahań rynku zachowuje określoną wartość proporcjonalną i który przyjmują we wszystkich transakcjach... Szczególna pozycja, jaką zajmują złoto i srebro jest, powtarzam to raz jeszcze, wynikiem tego, że wskutek swych własności metalicznych, trudności wytwarzania, a zwłaszcza dzięki interwencji powagi państwowej, od pierwszych chwil zyskały one jako towary stałość i tożsamość”.
Twierdzić, że ze wszystkich towarów złoto i srebro są pierwszymi, których wartość została ukonstytuowana, jest to — na zasadzie wszystkiego powyższego — twierdzić, że srebro i złoto pierwsze stały się pieniędzmi. Oto wielkie objawienie p. Proudhona, oto prawda, której przed nim nikt jeszcze nie odkrył.
Jeżeli p. Proudhon chce przez to powiedzieć, że złoto i srebro są towarami, których czas produkcji poznano wcześniej niż wszystkich innych, to byłoby tylko jednym z tych przypuszczeń, którymi tak chętnie obdarza swych czytelników. Gdybyśmy chcielibyśmy się trzymać tej patriarchalnej erudycji, powiedzielibyśmy p. Proudhonowi, że przede wszystkim poznano ten czas pracy, który był potrzebny do wytworzenia najniezbędniejszych przedmiotów, jak np. żelazo itd. Darujemy mu już klasyczny łuk Adama Smitha.
Ale jak po tym wszystkim p. Proudhon może cokolwiek mówić o konstytuowaniu się jakiejś wartości, skoro żadna wartość nigdy nie ustanawia się sama przez się? Wartość produktu ustanawia się nie przez czas roboczy niezbędny jedynie do jej wytworzenia, lecz w stosunku do mnóstwa wszystkich pozostałych produktów, które mogą być wytworzone w tym samym czasie. Ukonstytuowanie się zatem wartości złota i srebra zakłada wcześniejsze ukonstytuowanie się wartości mnóstwa innych produktów.
A więc to nie towar stał się, pod postacią złota i srebra, „ukonstytuowaną wartością”, lecz przeciwnie, to „ukonstytuowana wartość” p. Proudhona stała się pieniądzem w postaci złota i srebra.
Poszukajmy teraz racji ekonomicznych, które zdaniem p. Proudhona nadały złotu i srebru to pierwszeństwo, że dzięki ukonstytuowaniu swej wartości zostały szybciej niż wszelkie inne produkty podniesione do godności pieniędzy.
Oto te uzasadnienia: „widoczna dążność do przewagi”, „wybitne pierwszeństwo” już „w okresie patriarchalnym”, jak również wiele innych omówień tego prostego faktu, zwiększających jedynie gmatwaninę przez zaciemnienie faktu wskutek pomnożenia przypadków, przytaczanych przez p. Proudhona w celu wyjaśnienia tego faktu. Jednak p. Proudhon nie wyczerpał jeszcze wszystkich racji ekonomicznych. Oto jeszcze jedna potężnej, nieodpartej siły:
„Pieniądze powstają przez sankcję władców: władcy obejmują w posiadanie złoto i srebro i wyciskają na nich swój znak”.
A zatem samowola władców stanowi dla p. Proudhona najwyższą rację w ekonomii politycznej!
W rzeczy samej, trzeba być pozbawionym wszelkiej znajomości historii, aby nie wiedzieć, że we wszystkich czasach władcy musieli uginać się przed stosunkami ekonomicznymi, że nigdy nie dyktowali im praw. Prawodawstwo, zarówno polityczne, jak cywilne, stanowi jedynie wyraz, ujęcie w słowa woli stosunków ekonomicznych.
Czyż władca zawładnął złotem i srebrem by przez wyciśnięcie swego znaku uczynić je powszechnym środkiem wymiany, czy też na odwrót, te powszechne środki wymiany zawładnęły właśnie władcą i zmusiły go do wyciśnięcia swego znaku i do udzielenia im w ten sposób sankcji politycznej?
Stempel, który kładziono i kładzie się na złocie, zgoła nie wyraża jego wartości, lecz jego wagę; stałość i tożsamość, o której powiada p. Proudhon, stosuje się jedynie do czystości próby; próba ta pokazuje, ile szlachetnego metalu znajduje się w ostemplowanej monecie. „Jedyna wartość wewnętrzna marki87 srebra — mówi Voltaire88 ze swym znanym zdrowym rozsądkiem — to marka srebra, pół funta srebra wagi ośmiu uncji. Waga i próba stanowią całą tę wartość” (Voltaire, Systeme de Law). Niemniej pytanie: ile warta jest uncja srebra lub złota, nadal czeka na odpowiedź. Gdyby kaszmir ze sklepów towarowych „Grand Colbert” nosił znak fabryczny: „czysta wełna”, to znak ten nie wskazywałby jeszcze wartości kaszmiru. Wciąż jeszcze musielibyśmy się dowiedzieć, ile jest warta wełna. „Filip I, król francuski — powiada p. Proudhon — do liwra89 złota Karola Wielkiego domieszał jedną trzecią stopu, gdyż wyobraził sobie, że ponieważ tylko on ma prawo bicia monety, więc może postępować tak jak każdy kupiec mający monopol na swe produkty. Czym faktycznie było to fałszowanie pieniędzy, z powodu którego takie zarzuty czynią Filipowi i jego następcom? Z punktu widzenia praktyki handlowej było to rozumowanie całkiem usprawiedliwione, lecz z punktu nauki ekonomicznej — zupełnie błędne; mianowicie, że skoro podaż i popyt regulują wartość, zatem sztucznie stworzoną rzadkością albo też zmonopolizowaniem wytwarzania można podnieść ocenę, a więc i wartość rzeczy, i że to tak samo odnosi się do złota, srebra, jak i do zboża, wina, oleju i tytoniu. W rzeczywistości jednak, gdy tylko oszustwo Filipa stało się znane, jego pieniądze spadły do swej rzeczywistej wartości i stracił przez to tyle, na ile chciał zyskać kosztem swych poddanych. Ten sam los spotkał wszystkie następne tego rodzaju próby” (I, str. 70–71).
Przede wszystkim wielokrotnie się okazało, że książę, fałszując monetę, sam jest na tym stratny. Ile zyskuje on przy pierwszej emisji, tyle też traci, kiedy fałszowana moneta znowu do niego powraca pod postacią podatków itd. Ale Filip i jego następcy umieli się mniej lub więcej zabezpieczyć przeciw tej stracie; albowiem zaledwie puścili w obieg sfałszowaną monetę, natychmiast rozkazywali przetopić wszystkie kursujące pieniądze stosownie do ich dawnej skali.
Wreszcie, gdyby Filip I naprawdę tak rozumował jak p. Proudhon, rozumowałby źle nawet z „handlowego punktu widzenia”. Zarówno Filip I, jak i p. Proudhon wykazują niewiele zmysłu kupieckiego, mniemając, że można zmienić wartość złota zupełnie tak samo wartość wszelkiego innego towaru tylko dlatego, że ich wartość określa się stosunkiem podaży do popytu.
Gdyby król Filip rozkazał, by jeden korzec90 zboża na przyszłość nazywał się dwoma korcami, byłby wtedy oszustem; oszukałby wszystkich rentierów, wszystkich ludzi, którzy mieli otrzymać sto korcy; sprawiłby, że wszyscy ci ludzie zamiast stu korcy otrzymaliby pięćdziesiąt. Przypuśćmy, że król jest dłużny sto korcy; zapłaciłby teraz tylko pięćdziesiąt. Jednak w handlu sto korcy nigdy nie miałoby większej wartości niż dawniej pięćdziesiąt. Przez zmianę nazw nie zmieniamy jeszcze treści rzeczy. Żądana ani oferowana ilość zboża nie zmniejszy się ani nie wzrośnie przez samą zmianę nazwy. Ponieważ mimo tej zmiany nazwy stosunek podaży i popytu pozostanie ten sam, więc cena zboża nie ulegnie żadnej zmianie. Mówiąc o popycie i podaży towarów, zgoła nie mówimy o popycie i podaży nazw rzeczy. Filip I nie robił złota ani srebra, jak mówi p. Proudhon; on robił tylko nazwy monet. Jeżeli ktoś zamiast kaszmiru hinduskiego sprzedaje francuski, oszuka być może jednego lub dwóch kupców, lecz gdy tylko oszustwo zostanie wykryte, natychmiast rzekome hinduskie kaszmiry spadną w cenie do poziomu francuskich. Nadając złotu i srebru fałszywą etykietę, Filip I dopóty mógł innym mydlić oczy, póki oszustwo nie zostało wykryte. Jak każdy inny sklepikarz oszukiwał klientów przez fałszywe oznaczenie towarów, lecz może to trwać tylko do pewnego czasu. Prędzej czy później musiał doświadczyć nieubłaganych praw wymiany. Czy tego chciał dowieść p. Proudhon? Nie. Jego zdaniem, pieniądz otrzymuje swą wartość od władcy, a nie od wymiany. Czegóż on w rzeczywistości dowiódł? Że wymiana ma większą władzę niż władca. Władca rozkazał, by marka stała się na przyszłość dwiema markami, tymczasem wymiana wciąż dowodzi, że te dwie marki są warte tyle, co poprzednio jedna.
Ale z powodu tego wszystkiego kwestia określania wartości ilością pracy nie postąpiła ani na krok naprzód. Nadal jeszcze trzeba rozstrzygnąć, czy te dwie marki, które obecnie stanowią znowu jedną dawną markę, określa się kosztem ich produkcji, czy też prawem podaży i popytu.
P. Proudhon powiada w dalszym toku: „Wypada jeszcze nadmienić, że gdyby zamiast fałszowania pieniędzy władza królewska miała moc podwojenia ich masy, wtedy wartość wymienna złota i srebra spadłaby o połowę, zawsze na zasadzie proporcjonalności i równowagi”.
Gdyby ten wspólny p. Proudhonowi i innym ekonomistom pogląd był słuszny, przemawiałby on na korzyść ich doktryny o podaży i popycie, lecz bynajmniej nie na korzyść proporcjonalności p. Proudhona. Albowiem bez względu na czas pracy zawarty w podwójnej masie złota i srebra, ich wartość spadłaby o połowę, skoro popyt pozostałby taki sam, a podaż by się podwoiła. Czy też może tym razem „prawo proporcjonalności” zlałoby się przypadkowo z tak pogardzanym prawem podaży i popytu? Ta słuszna proporcjonalność p. Proudhona jest zaiste tak elastyczna, zezwala na tyle modyfikacji, kombinacji i zmian, że raz jeden może się zlać w jedno z stosunkiem popytu do podaży.
Twierdzić, że „każdy towar jest wymienialny, jeśli nie faktycznie, to przynajmniej prawnie”, a w twierdzeniu tym opierać się na roli złota i srebra — to zupełnie nie rozumieć tej roli. Złoto i srebro tylko dlatego są prawnie zawsze wymienialne, gdyż faktycznie są wymienialne; a są faktycznie wymienialne dlatego, że obecna organizacja produkcji wymaga pewnego powszechnego środka wymiany. Prawo jest tylko oficjalnym uznaniem faktu.
Widzieliśmy, że p. Proudhon wybrał pieniądze jako przykład ukonstytuowanej już wartości jedynie dlatego, by móc przy tej okazji przemycić całą swą teorię wymienialności, tj. żeby dowieść, że każdy towar szacowany według kosztów swej produkcji musi stać się pieniądzem. Wszystko to byłoby bardzo piękne, gdyby nie jedna mała niedogodność, mianowicie, że właśnie złoto i srebro w swym charakterze monety są jedynymi towarami, których się nie ocenia według kosztów produkcji; a jest do tego stopnia prawdziwe, że można je zastępować w obiegu przez papier. Dopóki zostaje zachowana pewna proporcja między potrzebami obiegu a ilością wypuszczonych w obieg pieniędzy, czy to będą pieniądze papierowe, czy też złote, miedziane lub platynowe monety, dopóty nie może być ma mowy o utrzymaniu jakiejś proporcji między wartością wewnętrzną (kosztami produkcji) a wartością nominalną pieniędzy. Nie ulega wątpliwości, że w handlu międzynarodowym pieniądz, jak wszelki inny towar, określa się czasem pracy. Jednakże złoto i srebro w handlu międzynarodowym stanowią środki wymiany jako produkty, a nie jako pieniądz, tj. tracą one ten charakter „stałości i tożsamości” i „sankcję władzy”, które w oczach p. Proudhona stanowią ich specyficzny charakter. Ricardo tak dobrze zrozumiał tę prawdę, że choć oparł cały swój system na wartości określanej czasem pracy i orzekł, że „złoto i srebro, jak wszelki inny towar, posiadają wartość tylko w stosunku do ilości pracy niezbędnej do ich produkcji i dostarczenia na rynek” — przecież dodaje, że wartość pieniędzy określa się nie przez zawarty w ich substancji materialnej czas pracy, lecz przez prawo podaży i popytu. „Jakkolwiek pieniądz papierowy nie posiada żadnej wewnętrznej wartości, mimo to jednak, gdy ogranicza się jego ilość, jego wartość wymienna może stać się równa wartości takiej samej sumy nominalnej pieniędzy metalowych lub też sztab oszacowanych w monecie. Zupełnie w ten sam sposób, wskutek tej samej zasady, tj. wskutek ograniczenia ilości pieniędzy, monety niepełnowartościowe mogą kursować w takiej wartości, jaką by miały, gdyby posiadały nakazaną prawem wagę i czystość, a więc nie według tej wewnętrznej wartości, jaką posiada zawarty w nich czysty kruszec. Dlatego też w dziejach pieniędzy angielskich widzimy, że nasz pieniądz metalowy nigdy nie tracił na wartości w tym samym stosunku, w jakim spadała w nim waga czystego kruszcu. Przyczyna tego tkwi w tym, że jego ilość nigdy nie zwiększała się tym samym stosunku, w którym spadała jego wartość” (Ricardo, loc. cit.).
J. B. Say do tego ustępu robi następującą uwagę: „O ile mi się zdaje, ten przykład powinien wystarczyć do przekonania autora, że podstawę wartości stanowi nie ilość pracy niezbędna do wytworzenia jakiegoś towaru, lecz odczuwana potrzeba posiadania go, w połączeniu z jego rzadkością”.
Tak więc pieniądze, które dla Ricarda przestają być wartością określoną czasem pracy, które z tego powodu J. B. Say przytacza, żeby przekonać Ricarda, że również i inne wartości nie mogą być określane czasem pracy — tak więc pieniądze, będące dla J. B. Saya przykładem wartości określanej wyłącznie przez podaż i popyt, dla p. Proudhona stanowią najdoskonalszy przykład... wartości ukonstytuowanej czasem pracy.
A zatem, by dojść do końca, jeżeli pieniądze nie są wartością ukonstytuowaną czasem pracy, więc tym bardziej nie mogą mieć nic wspólnego ze słuszną „proporcjonalnością” p. Proudhona. Złoto i srebro są zawsze wymienialne, ponieważ mają tę szczególną funkcję, że służą za powszechny środek wymiany, lecz bynajmniej nie dlatego, że istnieją w ilości proporcjonalnej do ogółu dóbr; lub też, by lepiej się wyrazić, są one zawsze proporcjonalne, bowiem spośród wszystkich towarów tylko one służą za pieniądz, za uniwersalny środek wymiany, bez względu na stosunek, w jakim ich ilość ma się do ogółu dóbr. „Kursujących pieniędzy nigdy nie może być zanadto, by miały być w nadmiarze; albowiem gdy obniżacie ich wartość, to w tym samym stosunku zwiększacie ich ilość; zwiększając zaś ich ilość, zmniejszacie ich wartość” (Ricardo).
„Cóż to za gmatwanina, ta ekonomia polityczna!” — wykrzykuje p. Proudhon.
„Przeklęte te pieniądze!” — zabawnie woła komunista (ustami p. Proudhona). Z taką samą racją moglibyśmy wykrzyknąć: „Przeklęta pszenica! przeklęte winnice! przeklęte barany!”, albowiem „jak srebro i złoto, tak też i wszelka wartość handlowa musi zostać ściśle określona”.
Idea obdarzania winnic i baranów własnościami pieniędzy zgoła nie jest nowością. We Francji należy ona do stulecia Ludwika XIV. W owej epoce, w której pieniądz zaczynał okazywać swą wszechpotęgę, skarżono się na spadek wartości wszystkich innych towarów i z upragnieniem wyczekiwano chwili, kiedy wszelka „wartość handlowa” mogłaby zostać ściśle określona, stać się pieniądzem. Już u Boisguilleberta, jednego z najdawniejszych ekonomistów francuskich, znajdujemy następujące zdanie: „Wtedy wskutek niezmiernego dopływu współzawodników, a więc dzięki sprowadzaniu towarów do ich właściwej wartości, pieniądze znowu zostaną zawarte w swych naturalnych granicach”. (Economistes financiers du dix-huitieme siecle, str. 442, wydanie Daire’a). Jak widzimy, pierwsze iluzje burżuazji są też jej ostatnimi.
b) Nadwyżka pracy
„W rozprawach z dziedziny ekonomii politycznej znajdujemy następujące bezmyślne twierdzenie: gdyby cena wszystkich przedmiotów podwoiła się... Tak jak gdyby cena wszystkich rzeczy nie była stosunkiem rzeczy i jak gdyby można było podwoić pewien stosunek, pewne prawo” (Proudhon, t. I, str. 81).
Ekonomiści popadli w ten błąd, gdyż nie pojęli rzeczywistego zastosowania „prawa proporcjonalności” i „wartości ukonstytuowanej”.
Niestety jednak w samym nawet dziele p. Proudhona (t. I, str. 110) znajdujemy tę bezsensowną hipotezę, że „gdyby płaca powszechnie wzrosła, to wzrosłaby również cena wszystkich przedmiotów”. Co więcej, jeśli napotkamy omawiane zdanie w traktatach o ekonomii politycznej, znajdziemy tam zarazem jego wyjaśnienie: „Kiedy się mówi, że cena wszystkich towarów wzrasta lub spada, to zawsze wyłącza się z tego jeden lub drugi towar; wyłączanym towarem bywa na ogół praca lub pieniądz” (Encyclopaedia Metropolitana or Universal Dictionary of Knowledge, t. IV, artykuł „Political Economy” Seniora, Londyn 1836. Patrz też co do tego J. St. Milla: Essays on some unsettled questions of political economy, Londyn 1844, i Tooke’a: An history of prices, Londyn 1838).
Przejdźmy obecnie do drugiego zastosowania „ukonstytuowanej wartości” i innych proporcjonalności, których jedyną wadę stanowi to, że mało są one proporcjonalne, i zobaczmy, czy p. Proudhon nie ma tu czasem więcej szczęścia niż przy przemianie baranów w pieniądz.
„Jest pewnikiem ogólnie przyjętym przez ekonomistów, że każda praca musi pozostawiać pewną nadwyżkę. To twierdzenie uważam za bezwzględnie i powszechnie prawdziwe; stanowi ono uzupełnienie prawa proporcjonalności, które możemy rozpatrywać jako kwintesencję całej wiedzy ekonomicznej. Niech mi jednak ekonomiści wybaczą, ale zasada, że każda praca powinna pozostawiać pewną nadwyżkę, jest w ich teorii pozbawiona sensu i nie może być dowiedziona” (Proudhon).
By dowieść, że wszelka praca musi dawać pewną nadwyżkę, p. Proudhon stara się spersonifikować społeczeństwo, czyni z niego jedną osobę-społeczeństwo; społeczeństwo zgoła nie złożone z osób, gdyż ma ono swoje szczególne prawa, niemające nic wspólnego z osobami, z których składa się społeczeństwo; społeczeństwo, które posiada swój „własny rozum”, niebędący rozumem zwykłego śmiertelnika, lecz rozumem odmiennym od zwykłego rozumu. P. Proudhon wyrzuca ekonomistom, że nie pojęli osobowości tej zbiorowej istoty. Z niezmierną przyjemnością przytoczymy mu następujące zdanie pewnego amerykańskiego ekonomisty, zarzucającego innym ekonomistom wadę wprost przeciwną: „Istocie moralnej (the moral entity), bytowi gramatycznemu (the grammatical being) zwanemu społeczeństwem przypisano własności istniejące jedynie w wyobraźni tych ludzi, którzy ze słowa uczynili rzecz... To wywołało wiele trudności i opłakanych błędów w dziedzinie ekonomii politycznej” (Th. Cooper, Lectures on the Elements of Political Economy, Columbia 1826).
„Ta zasada nadwyżki pracy jest prawdą w stosunku do jednostek tylko dlatego, gdyż pochodzi od społeczeństwa, które w ten sposób pozwala im korzystać z dobrodziejstw swych własnych praw”.
Czy p. Proudhon chce przez to powiedzieć tylko tyle, że produkcja jednostki w społeczeństwie przewyższa produkcję jednostki izolowanej? Czy ma on na myśli tę nadwyżkę produkcji jednostek współdziałających nad produkcją jednostek niewspółdziałających? Jeżeli tak, to możemy mu zacytować setkę ekonomistów, którzy wypowiedzieli tę prostą prawdę, nie uciekając się do tej tajemniczości, jaką się osłania p. Proudhon. Tak np. Sadler powiada:
„Wspólna praca daje rezultaty, jakich nigdy nie może dać praca indywidualna. W miarę więc jak ludzkość rośnie w liczbę, produkty zjednoczonej pracy będą znacznie przewyższać tę sumę, która powstałaby z prostego dodawania ilości pracy wykonanej przez pojedyncze osoby... Zarówno w przemyśle, jak i na polu naukowym jeden człowiek może obecnie zrobić więcej w jeden dzień niż samotna jednostka przez całe swe życie. Pewnik matematyczny, że całość równa się sumie swych części, jest fałszywy w zastosowaniu do naszego przedmiotu. Odnośnie do pracy, tej podstawy ludzkiego bytu, można powiedzieć, iż produkt zrzeszonych wysiłków o wiele przewyższa wszystko to, co mogłyby zdziałać odosobnione wysiłki oddzielnych jednostek” (Th. Sadler, The law of population, Londyn 1830).
Powróćmy do p. Proudhona. Nadwyżka pracy — powiada on — znajduje swe wyjaśnienie w osobie-społeczeństwie. Życiem tej osoby rządzą prawa przeczące tym prawom, które rządzą działaniami człowieka jako jednostki; chce on to wykazać za pomocą „faktów”:
„Wynalezienie jakiejś nowej metody działania w gospodarce nigdy nie może przynieść wynalazcy takich samych korzyści, jakie przynosi społeczeństwu... Zauważono, że przedsiębiorstwa kolei żelaznych stanowią dla przedsiębiorców mniejsze źródło dochodu niż dla państwa... Przeciętna cena transportu towarów wozami konnymi wynosi 18 centymów91 od tony na kilometr, łącznie z załadunkiem i wyładunkiem. Wyliczono, że przy takiej cenie zwykłe przedsiębiorstwo kolejowe nie przyniosłoby nawet 10% czystego zysku — rezultat mniej więcej ten sam, co w zwykłym przedsiębiorstwie przewozu wozami. Ale przypuśćmy, że prędkość transportu koleją ma się do prędkości przewozu wozami jak 4 do 1. Wtedy, ponieważ w społeczeństwie czas również jest wartością, to wobec jednakowych cen przewozowych kolej będzie 400 procent zyskowniejsza od transportu wozowego. Tymczasem ten olbrzymi zysk, bardzo realny dla społeczeństwa, zgoła nie realizuje się w takim samym stopniu dla przedsiębiorców kolejowych, nieotrzymujących nawet 10 procent, choć przynoszą oni społeczeństwu korzyść 400 procent. Przypuśćmy, by rzecz stała się jeszcze wyraźniejsza, że kolej żelazna ustala swoją taryfę na 25 centymów, podczas gdy przewóz wozami pozostaje na 18 centymach; wtedy kolej straci wszystkie zamówienia. Wysyłający i odbierający, jednym słowem wszyscy powrócą do dawnych sposobów przewozu; lokomotywa zostanie porzucona, publiczny 400-procentowy zysk zostaje poświęcony na ołtarzu 35-procentowej straty prywatnej. Przyczynę tego łatwo pojąć: zysk wynikający z prędkości przewozu koleją jest czysto społeczny, a każda jednostka uczestniczy w nim w bardzo małym stopniu (nie zapominajmy, że w tej chwili chodzi nam tylko o przewóz towarów), podczas gdy strata dotyka spożywcę bezpośrednio i osobiście. Jeżeli społeczeństwo składa się z miliona osób, wtedy społeczny zysk równy 400 dla jednostki przedstawia jedynie zysk równy 4/10000, podczas gdy 33-procentowa strata dla każdego spożywcy każe przypuszczać deficyt społeczny w wysokości 33 milionów” (Proudhon, I, str. 100, 101).
Uszłoby jeszcze, że p. Proudhon poczwórną prędkość wyraża za pomocą 400 procent pierwotnej; lecz zestawiać ze sobą procenty prędkości i procenty zysku i ustalać proporcję pomiędzy dwoma stosunkami, które choć każdy oddzielnie można policzyć w procentach, lecz ze sobą są niewspółmierne — znaczy to ustanawiać proporcję między samymi procentami, zupełnie nie tykając się samych rzeczy.
Procenty są zawsze tylko procentami, 10 procent i 400 procent są współmierne, mają się do siebie jak 10 do 400; stąd wnioskuje p. Proudhon, że 10-procentowy zysk ma wartość 40 razy mniejszą niż poczwórna prędkość. By zachować pozory, powiada, że dla społeczeństwa czas jest wartością. Błąd ten stąd wynika, że p. Proudhon niejasno przypomina sobie, że istnieje jakiś stosunek między wartością a czasem pracy, więc czym prędzej przyrównuje czas pracy do czasu przewozu, tj. utożsamia palaczy, maszynistów itp., których czas pracy to rzeczywiście czas transportu, z całym społeczeństwem. Natychmiast więc prędkość stała się kapitałem i w ten sposób słusznie może powiedzieć: „400-procentowy zysk zostaje poświęcony na ołtarzu 33-procentowej straty”. Ustanowiwszy to zadziwiające twierdzenie jako matematyk, wyjaśnia je następnie jako ekonomista.
„Jeżeli społeczeństwo składa się z miliona osób, wtedy społeczny zysk równy 400 dla jednostki przedstawia jedynie zysk równy 4/10000”. Zgoda; ale tu chodzi nie o 400, lecz o 400 procent, a zysk 400 procent to dla jednostki właśnie 400 procent — ani mniej, ani więcej. Bez względu na wielkość kapitału dywidendę zawsze policzy się w stosunku 400-procentowym. A cóż robi p. Proudhon? Przyjmuje procenty za kapitał i, obawiając się chyba, że jego pogmatwanie sprawy nie jest jeszcze dość „zrozumiałe”, jasne, powiada dalej:
„33-procentowa strata dla każdego spożywcy każe przypuszczać społeczny deficyt w wysokości 33 milionów”. 33-procentowa strata dla każdego spożywcy pozostaje 33-procentową stratą także i dla miliona spożywców. Jakże p. Proudhon może mówić, iż przy 33-procentowej stracie deficyt społeczny wynosić będzie 33 miliony, skoro zgoła nie zna ani kapitału społecznego, ani nawet kapitału choćby jednej z zainteresowanych osób? P. Proudhonowi nie dość było tego, że poplątał kapitał z procentami; przechodzi sam siebie i utożsamia włożony w przedsiębiorstwo kapitał z liczbą zainteresowanych.
By jeszcze bardziej uzmysłowić kwestię, przypuśćmy jakiś określony kapitał; 400-procentowy zysk społeczny, rozdzielony na milion uczestników, z których każdy wniósł po 1 franku, daje po 4 franki zysku na głowę, a nie 4/10000, jak podaje p. Proudhon. Podobnie 33-procentowa strata każdego z uczestników daje deficyt społeczny 330 000 franków, a nie 33 000 000 (
).
Zapatrzony w swą teorię społeczeństwa-osoby, p. Proudhon zapomina podzielić przez 100. Otrzymujemy więc 330 000 franków straty, lecz 4 franki zysku na głowę stanowią 4 000 000 zysku dla społeczeństwa. A zatem na czysto społeczeństwo otrzymuje 3 670 000 franków. Ten ścisły rachunek wykazuje coś wprost odwrotnego niż to, czego chciał dowieść p. Proudhon. Mianowicie zysk i strata społeczeństwa bynajmniej nie stoją w odwrotnym stosunku do zysków i strat jednostek.
Poprawiwszy ten niewielki błąd w rachunku, jeszcze raz rozpatrzmy wyniki, do których powinniśmy dojść, gdybyśmy przyjęli dla kolei żelaznych taki stosunek prędkości i kapitału, jaki podaje p. Proudhon. Przypuśćmy, że przewóz cztery razy szybszy kosztuje cztery razy więcej; wtedy taki przewóz nie przynosiłby mniej zysku niż przewóz wozami, który jest cztery razy wolniejszy, a jego koszty cztery razy mniejsze. A więc skoro za przewóz wozem pobiera się 18 centymów, wówczas kolej żelazna mogłaby brać 72 centymów. Taki byłby „matematycznie ścisły” wynik z założeń p. Proudhona — wciąż pod warunkiem, że nie popełni się jego błędów w rachunku. Lecz niespodzianie oświeca on nas, że gdyby kolej żelazna zamiast 72 brała tylko 25 centymów, wtedy straciłaby wszystkie zamówienia. Stanowczo trzeba wrócić do dawnych porządków. Gdybyśmy mogli dać p. Proudhonowi pewną radę, zalecilibyśmy mu, by w swym „Programme de l’association progressive”92 nie zapomniał o podzieleniu przez sto. Niestety jednak, nie możemy mieć tej błogiej nadziei, gdyż p. Proudhon tak jest zachwycony swym „postępowym rachunkiem”, odpowiadającym jego „postępowemu zrzeszeniu”, że wykrzykuje z uniesieniem: „Już w drugim rozdziale, przy rozwiązywaniu antynomii wartości, wykazałem, że zysk z każdego użytecznego odkrycia jest bez porównania mniejszy dla wynalazcy niż dla społeczeństwa; dowiodłem tego z matematyczną ścisłością!”
Powróćmy do fikcji społeczeństwa-osoby, mającej wyłącznie na celu dowieść, że nowy wynalazek, pozwalający wytwarzać przy pomocy tego samego wydatku pracy większą ilość towarów, obniża rynkową wartość produktu. Społeczeństwo korzysta więc na tym nie dlatego, że otrzymuje więcej wartości wymiennych, ale ponieważ za tę samą wartość dostaje więcej towarów. Co się zaś tyczy wynalazcy, to pod wpływem konkurencji jego zyski powoli spadają do ogólnego poziomu zysków. Czy p. Proudhon dowiódł tego, tak jak to sobie założył? Zgoła nie. Nie przeszkadza mu to jednak zarzucać ekonomistom, że tego nie dowiedli. Aby wykazać mu, że się myli, zacytujemy tylko Ricarda i Lauderdale’a; Ricarda — głównego przedstawiciela szkoły określającej wartość czasem pracy; Lauderdale’a — jednego z głównych obrońców określania wartości przez podaż i popyt. Obaj przedstawili to samo twierdzenie.
„Zwiększając nieustannie łatwość produkcji, nieustannie obniżamy wartość niektórych z dawniej produkowanych rzeczy, chociaż w ten sposób powiększamy nie tylko bogactwo narodowe, lecz także możność produkowania na przyszłość... Gdy tylko za pomocą maszyn lub dzięki naszej wiedzy przyrodniczej zmuszamy siły natury do wykonywania pracy dotychczas wykonywanej przez człowieka, wskutek tego spada wartość wymienna wytworu tej pracy. Jeżeli potrzeba było dziesięciu ludzi do obracania młyna, a odkryto, że wiatr lub woda może zastąpić tę pracę dziesięciu ludzi, wtedy mąka, rezultat pracy przy młynie, od tej chwili zacznie tracić na wartości proporcjonalnie do zaoszczędzonej pracy, a społeczeństwo wzbogaci się o całą wartość rzeczy, które zdoła wytworzyć praca tych dziesięciu ludzi, gdyż zasób przeznaczony na utrzymanie robotników nie ulegnie wskutek tego najmniejszemu zmniejszeniu” (Ricardo).
Lauderdale ze swej strony powiada:
„Zysk z kapitałów pochodzi stąd, że biorą one na siebie pewną część pracy, którą człowiek musiałby wykonać własnymi rękami. Nieznaczny zysk, jaki na ogół otrzymują właściciele maszyn w porównaniu do ceny zastąpionej przez maszyny pracy wywoła być może powątpiewanie w tej mierze. Na przykład pompa parowa przez jeden dzień wylewa z kopalni węgla więcej wody niż mogłoby na swych barkach wynieść trzystu ludzi, nawet tworząc łańcuch, nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że zastępuje ona pracę daleko mniejszym kosztem. To samo stosuje się do wszelkich maszyn. Dotychczasową pracę ludzką, którą zastępują, muszą wykonywać po niższej cenie... Przyjmijmy, że wynalazca pewnej maszyny, wykonującej pracę za czterech ludzi, otrzymał na nią patent; ponieważ przywilej wyłączności uniemożliwia wszelką konkurencję z wyjątkiem tej, która wynika z pracy rąk roboczych, oczywiste jest, że podczas całego trwania przywileju płaca tych robotników stanowić będzie miernik ceny, jaką żąda wynalazca za swe produkty; tzn. by zapewnić sobie zamówienia, będzie żądał nieco mniej, niż wynosi płaca za tę pracę, którą zastąpiła maszyna. Lecz gdy tylko przywilej wygaśnie, zostaną zbudowane inne maszyny tego samego rodzaju i zaczną rywalizować z jego maszynami. Wtedy swą cenę będzie on ustanawiał według ogólnych zasad, w zależności od obfitości maszyn. Zysk z wyłożonego funduszu... chociaż jest wynikiem zastąpionej pracy, ostatecznie normuje się nie według wartości tej pracy, lecz jak i w innych przypadkach, według konkurencji między właścicielami kapitału, a jego poziom określa się zawsze przez stosunek ilości zaofiarowanych na ten cel kapitałów do ich zapotrzebowania”.
Ostatecznie, dopóki zyski będą większe niż w innych gałęziach przemysłu, kapitały będą napływać do tej nowej gałęzi, aż stopa zysków spadnie w niej do ogólnego poziomu.
Widzieliśmy, że przykład z drogami żelaznymi zupełnie się nie nadaje, by rzucić jakiekolwiek światło na fikcję społeczeństwa-osoby. Tym niemniej p. Proudhon odważnie mówi dalej: „Wyjaśniwszy te punkty, nic łatwiejszego jak wyjaśnić, dlaczego każdemu wytwórcy praca powinna pozostawiać pewną nadwyżkę”.
Następujący potem ustęp należy do starożytności klasycznej. Jest to poetycka opowieść, mająca na celu odpoczynek czytelnika po wysiłkach, które wywołać mogła uprzednia ścisłość dowodzeń matematycznych. P. Proudhon swemu społeczeństwa-osobie nadaje miano Prometeusza, a jego czyny wysławia następującymi słowy:
„Prometeusz, dziecię przyrody, budzi się do życia w błogim bezwładzie. Bierze się do pracy i zaraz pierwszego dnia, pierwszego dnia swego powtórnego stworzenia, wytwór Prometeusza, czyli jego bogactwo, dobrobyt równa się dziesięciu. Na drugi dzień Prometeusz dzieli swą pracę i wytwór jego staje się równy stu. Trzeciego dnia i w dniach następnych Prometeusz wynajduje maszyny, odkrywa nowe własności ciał, nowe siły natury... Na każdym kroku jego przemysłowej działalności zwiększa się liczba jego produkcji i zwiastuje mu nowy przyrost szczęścia. A ponieważ spożywać dla niego jest to wytwarzać, zatem rzecz jasna, że każdy dzień spożycia, zużywając jedynie wytwór dnia wczorajszego, pozostawia na dzień następny pewną nadwyżkę produkcji”.
Ten Prometeusz Proudhonowski jest szczególną istotą, zarówno słabą w logice, jak też w ekonomii politycznej. Dopóki tylko poucza nas o tym, że podział pracy, zastosowanie maszyn, eksploatacja sił przyrody i nauk technicznych zwiększają wytwórczość ludzką i dostarczają pewnej nadwyżki w porównaniu z wynikiem samotnej pracy, ten nowy Prometeusz w jednej jedynej rzeczy tylko pobłądził — mianowicie, że za późno przyszedł. Lecz kiedy zaczyna rozumować o produkcji i konsumpcji, wtedy doprawdy staje się śmieszny. Spożywanie to dla niego to samo, co wytwarzanie; spożywa dzisiaj to, co wczoraj wytworzył — w ten sposób ciągle ma jeden dzień w zapasie. Ten dzień stanowi jego „nadwyżkę pracy”. Ale by spożywać dopiero następnego dnia wytwory poprzedniego, musiał podczas swego pierwszego dnia, który nie miał poprzedzającego, pracować za dwa dni, by zyskać jeden dzień zapasu. W jakiż więc sposób tego pierwszego dnia, kiedy nie istniał jeszcze ani podział pracy, ani maszyny, ani znajomość innych sił przyrody prócz ognia, Prometeusz osiągnął tę nadwyżkę? Jak widzimy, sprawa ani na krok nie postąpiła naprzód przez to, żeśmy ją sprowadzili aż „do pierwszego dnia powtórnego stworzenia”. Taki sposób wyjaśniania rzeczy przypomina zarazem judaizm i klasyczną Helladę, jest jednocześnie pełen mistycyzmu i alegorii i daje p. Proudhonowi pełne prawa, by obwieścić: „teoretycznie i faktami dowiodłem zasady, że wszelka praca powinna dawać pewną nadwyżkę”.
Tymi faktami są sławne postępowe obliczenia, a teorią — mit o Prometeuszu.
„Jednakże — powiada p. Proudhon w dalszym ciągu — zasada ta, tak niewątpliwa jak twierdzenie arytmetyczne, daleka jest od tego, by urzeczywistnić się dla wszystkich. Podczas gdy wskutek postępu przemysłu zbiorowego dzień indywidualnej pracy staje się coraz bardziej produktywny, a zatem w konsekwencji przy tej samej płacy roboczej robotnik powinien by z dniem każdym stawać się bogatszy, w społeczeństwie istnieją przecież warstwy, które się wzbogacają, i inne, które ubożeją” (Proudhon, I, str. 80).
W roku 1770 ludność Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii wynosiła 15 milionów, z czego na ludność produkującą przypadało 3 miliony. Wydajność technicznych sił wytwórczych odpowiadała prawie 12 milionom dodatkowej ludności, tak że suma wynosiła 15 milionów sił wytwórczych. W ten sposób stosunek sił wytwórczych do ludności miał się jak jak 1 do 1, a wydajność techniczna do wydajności ręcznej pracy ludzkiej jak 4 do 1.
W roku 1840 ludność nie przekraczała 30 milionów, ludność wytwarzająca równała się 6 milionów, a tymczasem techniczna siła wytwórcza podniosła się do 650 milionów, czyli miała się do ogółu ludności jak 21 do 1, a do wydajności pracy ludzkiej jak 108 do 1.
A zatem w społeczeństwie angielskim w ciągu 70 lat dzień roboczy zyskał przyrost 2700 procent wytwórczości, tj. w roku 1840 wyprodukowano 27 razy więcej niż w roku 1770. Zdaniem p. Proudhona należałoby postawić następujące pytanie: dlaczego robotnik angielski w roku 1840 nie był 27 razy bogatszy niż w roku 1770? By postawić takiego rodzaju pytanie, trzeba przede wszystkim już z góry przyjąć, że Anglicy mogliby wytworzyć te bogactwa bez warunków historycznych, w których one zostały wytworzone, jako to: bez nagromadzenia prywatnych kapitałów, nowożytnego podziału pracy, zastosowania maszyn, anarchicznej konkurencji, pracy najemnej — jednym słowem, bez wszystkiego, co opiera się na antagonizmie klasowym. Ale to właśnie były konieczne warunki, w których rozwinęły się siły wytwórcze i zaistniała nadwyżka pracy. By osiągnąć ten rozwój sił wytwórczych i tę nadwyżkę pracy, konieczne było istnienie klas, które na tym korzystały, i innych, które na tym traciły.
Czymże więc jest ten wskrzeszony przez p. Proudhona Prometeusz? Jest to społeczeństwo, są to stosunki społeczne oparte na antagonizmie klasowym. Stosunki te to nie stosunki jednostki do jednostki, lecz robotnika do kapitalisty, dzierżawcy do właściciela ziemskiego itd. Zniweczcie te stosunki, a zniweczycie całe społeczeństwo. Prometeusz okaże się jedynie widmem bez rąk i nóg, tj. bez maszyn i podziału pracy, jednym słowem, nie będzie posiadał nic z tego, co pierwotnie przypisał mu p. Proudhon, by mu umożliwić osiągnięcie tej nadwyżki pracy.
Gdyby więc w teorii, jak to czyni p. Proudhon, można było wyjaśnić formułę nadwyżki pracy z punktu widzenia równości, bez uwzględniania obecnych warunków produkcji, wtedy i w praktyce wystarczyłoby zaprowadzić po prostu równy podział wszystkich istniejących obecnie bogactw pomiędzy robotników, nic zupełnie nie zmieniając w dzisiejszych warunkach produkcji. Podział taki z pewnością nie zapewniłby indywidualnym uczestnikom zbyt wielkiego dobrobytu.
Ale p. Proudhon nie jest tak pesymistyczny, jak można by mniemać. Ponieważ proporcjonalność stanowi dla niego alfę i omegę, musi zatem w swym Prometeuszu, tj. w obecnym społeczeństwie, dopatrywać się początku urzeczywistniania się swej ulubionej idei:
„Lecz postęp bogactwa, tj. proporcjonalność wartości, wszędzie stanowi panujące prawo, a jeżeli ekonomiści wobec zarzutów partii socjalistycznej wskazują na postępujący wzrost bogactwa narodowego i poprawianie się warunków nawet klas najnieszczęśliwszych, to w ten sposób nieświadomie głoszą wielką prawdę będącą wyrokiem na ich własne teorie” (Proudhon, I, str. 80).
Czymże jest w istocie rzeczy mienie społeczne, bogactwo narodowe? Bogactwem burżuazji, a nie każdego poszczególnego burżua. Zgoda; lecz ekonomiści wykazali jedynie, jak w obecnych stosunkach produkcyjnych bogactwo burżuazji rozwinęło się i jak musi się jeszcze zwiększać. Co się zaś tyczy klasy robotniczej, jest to jeszcze wielka kwestia, czy jej położenie polepszyło się wskutek zwiększenia się bogactwa rzekomo publicznego. Kiedy ekonomiści na poparcie swego optymizmu przytaczają przykład robotników angielskiego przemysłu bawełnianego, to uwzględniają ich położenie tylko w rzadkich okresach przemysłowego rozkwitu. Te okresy rozkwitu mają się do epok kryzysów i stagnacji „w słusznej proporcjonalności” jak 3 do 10. Albo też, mówiąc o polepszeniu losu, ekonomiści mieli może na myśli te miliony robotników, którzy musieli zginąć w Indiach Wschodnich93, by półtora milionowi robotników zatrudnionych w tej samej gałęzi przemysłu w Anglii zapewnić trzy lata dobrobytu na każde dziesięć lat.
Co się zaś tyczy chwilowego współudziału we wzroście bogactwa narodowego, jest to inna kwestia. Fakt tego chwilowego współudziału znajduje swe wyjaśnienie w teorii ekonomistów. Lecz nie jest to „wyrok”, jak chce p. Proudhon, a poparcie. Jeżeli trzeba na coś wydać wyrok, to przede wszystkim na system p. Proudhona, który, jak to wykazaliśmy, sprowadziłby płacę robotników do minimum i to pomimo zwiększenia się bogactwa. Tylko dzięki temu, że sprowadził on ją do minimum, mógł zastosować słuszną proporcjonalność wartości, „wartości ukonstytuowanej” przez czas pracy. Właśnie dlatego, że wskutek konkurencji płaca waha się powyżej lub poniżej ceny środków spożywczych niezbędnych do utrzymania robotnika, może on do pewnego stopnia skorzystać z rozwoju bogactwa społecznego, a może też umrzeć z nędzy. Oto cała teoria ekonomistów, którzy nie mają w tej sprawie żadnych złudzeń.
Po długich dygresjach na temat kolei żelaznych, Prometeusza, wreszcie nowego społeczeństwa, mającego się opierać na „wartości ukonstytuowanej”, p. Proudhon zbiera siły i pod wpływem wzruszenia wykrzykuje ojcowskim tonem:
„Zaklinam ekonomistów, by w głębi swego serca, z dala od mącących wszystko uprzedzeń i bez względu na urzędy, które zajmują lub do których dążą, na interesy, którym służą, na głosy, które chcą pozyskać, na odznaczenia, schlebiające ich próżności, zapytali samych siebie i na to sobie odpowiedzieli, czy zasadę, że każda praca musi dawać pewną nadwyżkę, do dziś dnia pojmowali w ten sposób, z całym tym łańcuchem przesłanek i wniosków, któreśmy tu ukazali”.