SCENA I
Uczniowie w liczbie jedenastu i Judasz. Wszyscy mają płaszcze. Na lewo sceny. Przed nimi mały ogienek z drewek. Jan śpi.
PIOTR
Cudna noc była. Słońce wstanie
niedługo.
MATEUSZ
Nie wiem, czyli budzić Pana?
PIOTR
Nie. Niech śpi. Tak mi miłe jego spanie
jak kwiat woniący.
ANDRZEJ
Mnie się zawdy zdaje
gdy śpi, że wtedy duch Jego powstaje
i w niebo wraca. Uważcie, że z rana,
gdy się obudzi, w oczach Jego błyska
blask, co go ziemia w oczach nie zapala.
MATEUSZ
Jak gwiazda, co się o świcie oddala,
błękitnem światłem świeci w czystej studni.
PIOTR
do jednego z Uczniów, podrzucając mu drewka
Suchutkie drewka... Dorzuć do ogniska...
JUDASZ
do Jakóba
Niedługo się tu zaludni.
JAKÓB
z uśmiechem
Już ci pachnie z targowiska?
JUDASZ
Praca mi się w rękach spala
jakby ogień buchał z ręki!
Zda mi się, że dźwignę górę,
takim silny!
JAKÓB
Bogu dzięki,
żeś odżył tu pośród nas.
JUDASZ
żywo
Niech przeklętym będzie czas!...
na znak ręką Jakóba
Przeinaczę mą naturę,
pośród świętych będę święty!...
JAKÓB
Porówna się ze zwierzęty,
co ryczą z gniewu w pustyni,
kto przeklina.
JUDASZ
Czart to czyni
w człowieku...
zamyśla się.
JAKÓB
Co myślisz?
JUDASZ
At — —
myśl o domu...
Kręci się świat...
JAKÓB
Dom był przekleństwa i sromu.
JUDASZ
Z nienacka nadleci myśl...
JAKÓB
Precz
odegnaj.
JUDASZ
Gdybym mógł miecz
pochwycić i przeciąć węzły
co z dawnym żywotem wiążą...
Tak, jak gdyby nogi grzęzły
i ciało ku ziemi ciążą,
gdy dusza skrzydeł dostała...
JAKÓB
Potrzeba wyjść duszą z ciała,
jak Jan.
JUDASZ
Są takie godziny — —
są inne...
Kupię dziś grochu,
daktyli, czosnku po trochu,
kołaczy...
Są takie godziny...
Wczoraj, wiesz, posłał mię Pan —
spotkałem Helkiasza syny:
chcę mówić, co każe Pan —
urwał się głos...
Chwytam słowo,
zaczynam znowu — na nowo,
aby odpuszczali winy,
aby, niosąc wody dzban,
spragnionego napoili
wprzód, zanim by sami pili —
więzgnie słowo... rwie się wpół...
ginie w ustach...
JAKÓB
Ciążyć dom.
Życie dawne. Czas wyzwoli
i staniesz się jako łom
w Pańskiej ręce, abyś kuł
w opoczystem ludzkich dusz
Pańskiemu posłaniu gwoli.
Jan budzi się, siada na ziemi, gdzie spał.
JUDASZ
I Jan się obudził już.
Pośród nas on jako róża
czerwona, lub żagiew ognia.
I wonie i płonie razem.
JAKÓB
Ducha jego Pan rozognia,
wichry myśli Pan rozchmurza,
zaświat mu staje obrazem...
JAN
ujmującej, zdolnej jednak grozy powierzchowności młodzieniec
Świta...
PIOTR
Dnieje.
JAN
Kędym był...
Czy to wy?... To Galileja
ta ziem?...
JAKÓB
Śniłeś bracie?
JAN
Śnił...
Oto
śniła mi się chmur zawieja,
skłębione morze chmur...
Widziałem: orzeł z głową złotą
przelatał — w poprzecz — chmur...
Jam stał na szczycie — pode mną, w dół,
otchłań — w mgłach ginął mur
skały, co biegła w dół...
Rozwarta przepaść... Jam czuł
martwy wiew z głębi — mrożący kość...
I czułem skrzydeł orła wiew...
Naprzeciw rozdarły się mgły —
blask żółty począł róść —
jawił się lew — —
pół-lew, pół-wąż,
z lica pół-wąż, pół-mąż...
PIOTR
kiwając głową
Janowe sny...
JAN
Rzucił się w przepaść — w mgły —
szponami orła chwycił —
za pierś —
widziałem bój — —
orlą krwią jęzor sycił —
świat grzmiał... Krwi zdrój
lał się w przepaść... W noc...
Trwał bój...
Jam stał
bez ruchu, zda się w kloc
kamienny zmienion...
Orzeł padł...
Wraz z lwem...
Przepaść zagrzmiała...
W posadach drżał
świat...
Pode mną skała
zawisła.
PIOTR
Janowe sny...
JAN
Ocknąłem się... Pan jeszcze śpi?
PIOTR
Tak.
JUDASZ
Słuchałem drżący —
JAN
spojrzawszy nań mimo woli
Z lica pół-mąż, pół-wąż...
ANDRZEJ
Dzień będzie dzisiaj gorący.
PIOTR
do Jana
Sny nawiedzają cię wciąż —
trawią cię.
JAN
Głowa jest moja
jak wieża pośród chmur zwoja...
JUDASZ
do Jakóba
Sen dziwny... Straszny...
z wymusem
Ach! Jak
błogo tu — w lesie... Tam ptak
na drzewie świergoce nam...
Tam synogarlic para
leci — o tam...
przechodząc z wymusu w szczerość
Szczęście tu mieszka,
wśród nas...
Gdy zbieram do mieszka
grosze, za które was żywię:
myślę: o jak to szczęśliwie!
człowiek się o nic nie stara,
żyje pół w raju żywotem
uniesion słowem Pańskiem
i Pańską obecnością:
tonie we świetle złotem,
w świetle niebiańskiem,
gorze światłością —
Zaiste — szczęście jest z nami!...
PIOTR
Oto przekupnie z warzywami,
dzienny gwar...
Od prawej strony na plac nadchodzą przekupnie obojej płci, z koszami w rękach i toczonymi na wózkach. Rozstawiają je. Napływa ludność kupująca. Tymczasem rozedniało zupełnie.
JAKÓB
do Judasza
Pójdź na zakup.
PIOTR
Wszystkiego, co trzeba, nakup,
nie wiem gdzie Pan nas zwróci.
wskazując
Widzę tam pewnej dobroci
dynie.
Judasz bierze koszyki i zbliża się do przekupniów. Uczniowie powstają.
PIOTR
Pan śpi. Jest czas.
Pójdźmy na chwilę w ten las —
pomodlić się.
Odchodzą.