WIDZENIE
Wchodzi Annasz, Kaifasz, dziesięciu z Rady i urzędnik arcykapłanów. Zasiadają półkolem na głazach, arcykapłani w środku. Urzędnik staje obok Kaifasza z pergaminem w ręku. Judasz powstaje w hallucynacji, czyni kilka kroków i staje przed arcykapłanami. Cała ta scena trzymana być ma matowo.
Rozjaśnia się, lecz niezupełnie.
KAIFASZ
Ktoś jest?
JUDASZ
Judaszem mnie zwą
z Keriothu, dzień od Hebronu —
KAIFASZ
Czego chcesz?
JUDASZ
Zdrady.
KAIFASZ
Jego?
JUDASZ
Zgonu.
KAIFASZ
Mów!
JUDASZ
Przychodzę k’wam,
aby się stały ostateczne rzeczy...
Ja znam — —
Syn Człowieczy,
który jest Synem Bożym, będzie
wydan.
Jam jest narzędzie.
Jam uczeń Jego.
KAIFASZ
Jezusa z Nazarethu?
JUDASZ
Tak.
KAIFASZ
Ktoś jest, jak rak
wyciągający szczypce? A zuchwale.
Przed Radą jesteś!
JUDASZ
Większa jest zbrodnia ma, niż wy.
KAIFASZ
Wiesz: kto my?
W jakiej chwale?
Pokłon nam!
JUDASZ
Wam?
Ja Boga mam
w rękach...
rozstawia palce
tu — — —
Cóż wy?
Jam jest, który wali zrąb
co stawił Bóg — —
ćmy
spadające na trup!...
Wy — popiół będzie z was,
choćbyście trwali świat — —
robactwa kłąb —
Syn Boga jest mój łup.
Przychodzę zabić ciało...
Czas
przyszedł...
Lat
tysiące... Chwałą
napełnion...
nagle
On znał!
Potargał mnie i psom mnie dał!
On przeklął!...
On tknął
palcem czoło — przychodzę zabić ciało —
Bóg żywie — ciało zginie...
KAIFASZ
Zabijasz, co jest ziemi?
JUDASZ
Tyś powiedział.
KAIFASZ
Zemsta cię gna?
JUDASZ
On wiedział.
To życie — kał:
któż je dał
ulepił ręcy swemi
w glinie?...
I przyszedł czas... i przyszedł dzień...
zaświtał blask... zajaśniał dzień...
com czuł...
zakrywa twarz
odsłaniając twarz
Arcykapłani
i wy, przytomni!
Jeden był Słońca Wschód!...
Com czuł — — gdy w lasu cień
podobna łani — — —
u Boga się upomni
krew...
TRZYNASTU
Biada!...
JUDASZ
Dwa cienie przewalą świat — —
orzeł i lew — —
Abel tu padł — —
wstał Kain — —
Krew
znowu rzucona...
po chwili
Ruń zielona.
Niebieskie zioła i różane.
Od słońca wody wysrebrzane.
Od słońca obłok złotem jasny.
Kielichy kwiatów i pąkowie.
Wszędy chleb, wszędy napój własny.
Wszędy dom. Wszędy jest wezgłowie...
Słowo po słowie tak upada,
jak między wróblów ziarno prosa,
jak otrząs wiśni gdy się czyni,
jak manna spadła na pustyni —
i otwierają się niebiosa
gdzie Boga widzą oczy ludzi...
A cóż ze snu takiego budzi?...
po chwili
Ile jest w świecie ścieżek, dróg,
chodników, zewsząd przez wsze kraje
pielgrzymi idą, idzie tłum,
przez wieki, wieków wieki...
Wszyscy przeciwko mnie
z rękoma
wyciągniętemi...
wstaje
krzyż nad mną — — jak orzeł...
krzyczy przeraźliwie
Bóg
na krzyżu!...
pada na twarz, po chwili powstając
Jam
przyszedł wydać. Wiadoma
mnie rzecz. Nie we dnie,
w noc...
On przed wiekami
wiedział... w niebie... Dajcie mi straż. Powiodę!
ANNASZ
Jakąć nagrodę
dać?
JUDASZ
Nagrodę?
Starcze! Tyś proch przede mną! Cóż od ciebie?
ANNASZ
Dajcie srebrników mu trzydzieści!
JUDASZ
wyciągając rękę
Dajcie! Aby był większy stos!
Na hańbę?
chwyta włos na głowie
Starcze, widzisz włos?
Jeszcze ten jeden włos — — —
na nim się mieści
nagroda za mękę Boską...
Ściemnia się. Rada zapada się w cień. Judasz stoi chwilę nieruchomy, potem woła głośno.
O niezwładana trosko,
od której włos nie siwieje,
ale odpryska od głowy!...
EBAL
uchylając okno domu Judasza.
Co to jest? Co się dzieje?
Kto krzyczy?
JUDASZ
Ebal!
EBAL
No, nowy
gospodarz —
poznając Judasza
To ty? A po co?
JUDASZ
Ukradł!
EBAL
A tyś oddał dług?
JUDASZ
Gdzie dzieci?!
EBAL
drwiąco, wysuwając równocześnie koniec kija
Poszły pod stóg.
Judasz jakby się chciał rzucić ku Ebalowi, gdy ukazują się Sella, Ada i Mawiael z tobołkami na plecach. Nie widzą Judasza.
ADA
Dokądże pójdziem?
SELLA
Przed siebie,
po prośbie.
MAWIAEL
Przez ojca tego!
Niech go czart żywcem pogrzebie!
JUDASZ
nie posuwając się
Dzieci!
Dzieci Judasza zatrzymują się. Chwila milczenia.
MAWIAEL
Ojciec?!
ADA
Wygnali nas!
SELLA
Ty?!
EBAL
Precz! Pachołki domu strzegą!
Kijami was odegrzmocą!
JUDASZ
Dzieci!
Ani Judasz, ani dzieci nie robią ku sobie kroku.
MAWIAEL
Odszedłeś!
SELLA
Zapłacić
przychodzisz dług?
EBAL
Są i psy!
MAWIAEL
Musieliśmy dom utracić
przez ciebie!
JUDASZ
A tyś uderzył
ojca w czoło! Gdzie trzy srebrniki?!
SELLA
Przyszedłeś się kłócić z nami?
Ukazują się sąsiedzi wychodzący do rannej pracy koło domu.
SĄSIAD I
Patrz! Judasz! Kto by uwierzył?!
SĄSIAD II
Już kłótnia!
SĄSIADKA I
Dziada z dziadami!
SĄSIADKA II
Patrzcie, jaki Judasz dziki —
jakiś inny, niźli był —
SELLA
Przez ciebie cierpimy nędzę!
JUDASZ
Przez was czartu dałem duszę!
SELLA
Czartaś, boś rodzice bił!
JUDASZ
A ty?!
SĄSIADKA I
Żrą się, jak te jędze!
SĄSIADKA II
Ledwie się spotkali.
SĄSIAD I
Ale!
JUDASZ
Przez was piekło się otwarło!
Przez was się w męczarni duszę!
SELLA
Przez ciebie iść nędzy w gardło!
Przez ciebie się wstydem spalę!
ADA
głupowato powtarza
Przez ciebie!
JUDASZ
Przez was!
MAWIAEL
Przez ciebie!
SĄSIAD I
Patrz, jako się dziady kłócą.
SĄSIADKA I
Patrzeć, rychło li się rzucą
z pięściami na się?
SĄSIADKA II
Zgorszenie!
Ojciec z dziećmi! Drzeć się tak
poprzed ludzi!
SĄSIAD I
Miast o chlebie
myśleć teraz, kiedy brak —
SĄSIADKA II
A żeby tak za kamienie
nie czekając —
SĄSIADKA I
Przegnać licho!
Niech nie gorszy!
SELLA I MAWIAEL
Gdzieś był?! Gdzie?
EBAL
ukazuje się z okna.
Nie będziecie wy raz cicho?!
Psy spuszczę!
Wchodzą Jan i Jakób Zebedeuszowi.
JUDASZ
z rozpaczą załamując ręce
Znaleźli mnie!
Jakby chciał uciec, jednak zostaje w miejscu.
JAKÓB
Patrz, bracie, idąc przed siebie,
zaszliśmy przed zdrajcy dom —
spostrzega Judasza
Tu on?!
GŁOS Z GÓRY
Judaszu! Judaszu!
Daleki grzmot.
GŁOSY POMIESZANE
Grom!
Zagrzmiało!
Czyście słyszeli?
W grzmieniu głos!
Mnie się wydało,
ktoś wołał!
JAN
podniesionym głosem
Ucho słyszało!
Żar błysnął z pośród topieli!
JAKÓB
do Judasza
Bracie!
JUDASZ
zwieszając głowę, złowrogo
Jam nie twój brat...
JAKÓB
Coś uczynił?!...
Wszyscy skupiają się.
Zaprzedałeś krew niewinną!
Rozdziera szatę.
SĄSIEDZI
Biada!
JAKÓB
Wziąłeś trzydzieści srebrników!
JUDASZ
Zwróciłem...
SĄSIEDZI
On zaprzedał krew niewinną!...
JAKÓB
Wstałeś, jako Kain nowy!
Wąż cię swą śliną oślinił,
który w Raju wzbudził grzech!
SĄSIEDZI
Co on takiego uczynił?
JAKÓB
Zaprzedał niewinną krew!
SĄSIEDZI
Biada!...
Grzmot.
JAN
Ludzie! Chylcie głowy!
Żebrzcie, by od waszych strzech
odstąpił gniew Pański, ściany
domów waszych nie pokruszył!
Bo się wzruszył Pański gniew!
Bo rozewrą się niebiosy
i ujrzycie bok krwią zlany
i ujrzycie krwawe włosy,
i ujrzycie z włosów krew!
Żebrzcie, bo się Bóg poruszył
wskazuje Judasza
przeciw temu!! Bóg się jawi!
Drżyjcie! Bo wał wstaje w morzach,
piętrzą się głębie żywiołu,
góra się na górę stawi,
aby zagrzmiały pospołu:
oto, który przedał krew!!!
JUDASZ
dygocąc
Jam zwrócił...
SĄSIEDZI
nie rozumiejąc, ze zgrozą
On przedał krew...
JAN
do Judasza
Przecz przed Szatanaś położył
Ciało Boga?!
JUDASZ
On mnie stworzył...
SĄSIEDZI
Co uczynił? Jak uczynił?
JAN
Niemy kamień będzie winił!
Nieme drzewa będą sędzie!
Niema trawa krzyczeć będzie:
przeklęty!!
JAKÓB
On za trzydzieści
srebrników zaprzedał Boga!
SĄSIEDZI
Biada!...
JAKÓB
Z nim ciemność i trwoga!
Jan i Jakób wychodzą.
JUDASZ
z rozpaczą
Zwróciłem...
ADA
głupowato
Toś wziął
i zwrócił, a Ebal w domu?
MAWIAEL
A w domu się Ebal mieści,
a on zwrócił?! oddał komu?!
ADA
głupowato
A wiatr taki zimny dął
przez noc całą tam pod stogiem...
SĄSIEDZI
połowa
Biada!... On frymarczył Bogiem!...
SĄSIEDZI
druga połowa
Zgroza!... Za kamienie brać!...
SĄSIADKA I
wskazując za Janem i Jakóbem
Może Aniołowie byli?
SELLA
A tyś wziął i oddał komu?!
Gdy my tak —
zaciska pięście i zbliża się ku Judaszowi. Mawiael i Ada za nią.
Ha, psie parszywy!
Gdy my tu —
JUDASZ
nie cofając się, głucho
Będziecie bili?
SĄSIEDZI
Dosyć! Dosyć! Raz mu dać!
Bił swą żonę! Bił swą mać!
Boga za srebrniki zdał!
Jeszcze ściągnie Boży gniew
na domy nasze i niwy!
Aniołowie go przeklęli!
Kamionować!!
Straszliwe grzmoty z przerażającym błyskiem. Powicher skręca i obala drzewa.
GŁOSY
Biada!... Byśmy nie zginęli!...
Pioruny!... Ulewa drzew!...
Sąsiedzi uciekają do domów. Dzieci Judasza za nimi. Judasz pozostaje nieruchomy. Powicher przelata i ucisza się.
NIEZNANY
pojawiając się.
Żyjesz —
JUDASZ
głucho
Żyję —
NIEZNANY
Czemu? Wiesz?
JUDASZ
j. w.
Bym na niebie wisiał wszerz
jak tęcza —
NIEZNANY
Byś dokończył —
JUDASZ
j. w.
Com rozpoczął —
NIEZNANY
Przed stworzeniem —
JUDASZ
Widział Bóg —
NIEZNANY
W żywocieś się matki począł —
JUDASZ
z bolesną rezygnacją
Abym w ziemi spocząć mógł...
po chwili
O matko...
NIEZNANY
Daremny jęk —
JUDASZ
O matko!...
NIEZNANY
Pustynia krzyczy —
JUDASZ
z rozpaczą
O matko! matko! matko!...
Ściemnia się. Nieznany znika. Rozjaśnia się.
z czułością
Twarz twoja — —
twe włosy — — twe oczy — — twe ręce —
spod śmiertelnego zawoja — —
twe oczy — —
otom twój syn...
widzisz mnie?
Och, twe spojrzenie!...
w uniesieniu
O większa, niż w niebie, słodyczy!
z rozpaczą wyrzutów sumienia
O męka — — o męka w męce...
po chwili
Matko, patrz — oto kamienie,
któremi miał twój syn
kamionowany być...
po chwili
Ty znasz mych win
bezmierny ciężar...
po chwili
Twe łzy,
twe nieprzespane noce,
twoje serdeczne płacze,
twoje rozpacze...
Twoje sieroce
godziny życia... Twe czoło
zdeptane — —
wzdryga się
nogą syna — —
twe łzy — — —
Bóg nie powiedział: przebaczę...
z wybuchem
Ty, matko, poniewierana,
bita — —
ty, któraś kryła twarz połą
szaty, gdy ręka cię syna — —
by twarz zakryta — —
by twarz! — — —
Godzina
straszna — — pamięci...
po chwili
Gdy wszystkie ręce
przeciwko mnie — — gdy krzyż
nad mną, jak orzeł — matko! i ty?!...
przeciw mnie?!...
słania się
głucho
Matko: zwierzęce
dałaś mi serce, krwawsze niż
tygrysa...
przecz?...
po chwili
Twe łzy,
cóż łzy twe?
w wyczerpaniu ducha
Czym kupił za nie
szczęście i miłowanie?...
Z za domu Judasza wychodzi stara kobieta z sierpem, schyla się i poczyna żąć trawę.
JUDASZ
Co to?!
Matko!...
To ty?! To ty?!...
jakby w obłędzie
Mamo — widzisz motyla?
Jak śliczny — o,
na kwiecie... skrzydła rozchyla,
poleciał...
Mamo, o,
widzisz, jaki on duży — —
jak dłonie dwie — —
jak się ślicznie lśnią
skrzydła — — mknie — —
jak kwiat do gwiazd w podróży...
Co będziesz żęła? Trawę?
Dla krowy?
Szkoda trawy,
biegną w niej takie żwawe
robaczki — o — — —
takie rade...
nagle
Matko — — jak blade
twe lica!... Nie żnij trawy —
pot z niej wystąpił krwawy — —
krew z trawy!!... krople jak groch!!...
chwyta się za głowę
Czy słyszysz mnie?!
Przestań żąć trawę!!
Nie?!
Zbliża się gwałtownie i podnosi rękę jak do uderzenia. Nagle zakręca się i pada u stóp widma, które żnie dalej.
Och! Och! Och!
powstając, po chwili
Proch — —
nic więcej...
Nie ma krwi...
Matko — — przebacz mi — —
ty wiesz — — ty...
ty wiesz — — —
Bóg tak chciał — —
przeklął — —
i życie dał...
po chwili pod nagłą myślą
Spójrz na mnie — — widzisz twarz?
Mą twarz?
Tyś ją dała — —
sierp w ręku masz:
zedrzej!... Rękami
zedrzej — — plami...
Gdym w paschę był
w Jerozolimie młodym chłopcem,
gdziem się pokazał, zaraz szmer:
złodziej... Jakąem wściekłość krył,
a i ból jaki!... W oku obcem
myśl taką budzić — na pierwszy zer...
Złodziej!... tym szeptem w twarz mi pluto!..
zrywając się z dzikim krzykiem
Matko! Obliczem wyzuto
z śród żywych mnie!!
z furią
To ty!!... Tyś dała je!!...
Widmo przestaje żąć, podnosi się i patrzy na Judasza. Moment wahania. Wydaje się, jakby widmo chciało wyciągnąć ku niemu ręce i postąpić ku niemu, jakby czekało, aby on się zbliżył. On jednak stoi nieruchomy. Ściemnia się. Widmo niknie. Rozjaśnia się.
Znikła!... Ha!...
z wysileniem
Uszła — —
przede mną — —
uciekła — — drugi raz — —
raz pierwszy w ciszę podziemną,
pod grobu głaz — —
raz drugi — —
Skończone.
Był cień...
Uszła — — jam — — jam — —
po chwili podnosząc powoli palec ku niebu.
W nieskończoności
znikła — to było widmo — — szloch
i nic...
Tam kiedyś matek dwóch
zadrżą wnętrzności
naprzeciw się — tam — w niewysłowionej boleści — —
dwóch matek — — —
a przecież oddałem trzydzieści
srebrnych, nie wziąłem nic!
Słychać śmiech i w oddali grzmot piorunu.
Judasz z przerażeniem
Czyj śmiech?!
GŁOS NIEZNANEGO
Wygnałeś matkę swoją!...
Odeszła!
JUDASZ
chwytając się za głowę.
O! O! O!...
W hallucynacji Judasza pojawia się gromada dzieci, potem orszak kobiet młodych i starych, potem orszak mężów i starców, na końcu Uczniowie. Jan Ewangelista trzyma ogromny czarny krzyż przed sobą. Wchodzą z różnych stron i prawie otaczają Judasza stojącego pod drzewem. Wszyscy mają prawice wyciągnięte ku Judaszowi, piętnujące.
JUDASZ
w największej trwodze
Panie!!...
po chwili z rękoma do tłumu
Przyszli!!...
po chwili na wsze strony
I czegóż chcecie?
Po co idziecie?
Zwróciłem tych trzydzieści...
Żem wydał Pana,
że krew rozlana — —
lecz patrzcie w głąb boleści...
Mojego serca
straszny szyderca
kawały przed psy miotał!
przetom przezdradził — —
przetom prowadził — —
przetom ten Dom zdruzgotał...
Czego wy chcecie?...
Po co idziecie?...
Krzyż mnie pod ziemię wgniata!...
Okropni sędzie!...
I sąd wasz będzie
do końca, do końca świata!!...
Tłum cofa się i wychodzi.
JUDASZ
sam
Jestem...
Nie jestem proch... O straszliwość...
Pusto... Jasność świetlana
dnia...
Świata żywość
pełna, a pusta tak — — jak szczyty gór — —
Ni Boga, ni Szatana...
O klątwa!!
chwyta sznur, którym jest przepasany
Jedno: sznur
i ja...
I przecz?!
Grzmot.
I znowu gromy?
Cały mi świat
przez wieków grad
na oczach jest widomy —
jam Wieczność...
W jasności wstępuje na pagórek po prawej stronie sceny Nieznany w purpurowym płaszczu z płomiennym trójzębem w ręce.
NIEZNANY
Piekło...
JUDASZ
przeniknięty do szpiku kości
Wieczność kary...
NIEZNANY
Idźcie przeklęci w ogień wieczny,
tam będzie płacz i zgrzytanie zębów...
JUDASZ
Ha!... Piekła żary — —
NIEZNANY
Miecz obosieczny
płomienia w ręku Anioła
u Raju zrębów.
JUDASZ
Piekło — — — u Raju zrębów...
powtarzając
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci:
czyja się dusza pada, psowa,
czyja się dusza zsuwa w cień,
czyjej się duszy chwycił grzyb,
wziąwszy chleb w koszyk, nieco ryb,
do Galilei niechaj spieszy,
bo w Galilei wielkie dni...
wybucha płaczem spazmatycznym.
Och! Och! Och!
NIEZNANY
Słowa, słowa,
słowa — dym...
JUDASZ
Wieczność kary — —
wieczność męki — — —
nikt nie pocieszy — —
nie przebaczy — —
NIEZNANY
Wieczność męki,
wieczność kary,
wieczność rozpaczy.
JUDASZ
I nigdy wyzwolenia?!
I nigdy przebaczenia?!
NIEZNANY
Nikt nie przebaczy.
Grzmot.
JUDASZ
porywając się
Więc nie!!
GŁOS Z GÓRY
Judaszu! Judaszu!
JUDASZ
Nie szukaj mnie!
Jam nie Adam, co drżał!
Przeklęty byłem tu, niech będę tam
potępiony!!...
Przeciągłe grzmoty.
Zczeźnij na miał
ziemio! Ruń gwiazdo i słońce!
Z niebiosów bram
wyjdź ogniu i z piekła krat!!
Klnę rodzące
i niemowlęta!!
Zioła, zwierzęta,
zasiew i plon
i wszystek ludzki świat!
Niech zginie, co stworzył On!!...
Przeklinam!!
NIEZNANY
Spełniło się...
zstępuje za pagórek.
JUDASZ
z podniesionemi obu pięściami ku niebu.
Słyszysz?!
Nagle zatacza się, jakby jakaś moc ugodziła weń.
Co?
Co to?! Z niebiosów?! Ręka?!
Ku mnie?! Nad głową mą?!
Ku mnie — — w czoło — — w pierś — — a!!
Palec wytknięty! Palec — we mnie!
Ach! We mnie!!...
O jak mię nęka!
Wieki już trwa!!
Wieki już tak... Ha, skryć się — — —
Daremnie! Daremnie! Daremnie!
Ziemię na wskroś przebije!!
A!! wyję
jak pies...
O to okropne
ten palec tam — — ten palec nad mą głową...
Jak wąż zdeptany: wić się...
O to okropne! okropne! okropne!
Tak nieruchomo wytknięty — — z mocą,
na której wisi świat...
Włosy się pocą
krwią — — — jak Jemu...
Rwą się
wnętrzności... Nie znikniesz?!...
Puste słowo — —
to Wieczność...
Ha!! Zapadam się — — przepadam — —
widziałem w pąsie
Czarta — — czy siebie samego — —
Płomienie żegą — — —
Z Raju — jak Adam — —
W Piekło — jak Kain...
Zrywa z siebie sznur i zarzuca na gałąź.
Zasłona spada.