III

Jakie z tej ogólnej zasady wydobył Potocki konsekwencje praktyczne? O ile zasada pokoleń wpłynęła na ocenę dorobku poszczególnych grup pisarskich? Kiedy wreszcie ta nasada najpełniej dała się zastosować?

Trzeba bowiem pamiętać, że w wielu partiach swojej książki Potocki nie ucieka się do tej metody wykładu jako jedynej, pamiętając zapewne, że tym jednym jedynym kluczem metodycznym wszystkich zjawisk literackich nie zdoła objaśnić. Wiadomo, że nowoczesne pojęcie pokolenia narodziło się wraz ze stwierdzeniem różnic pomiędzy młodymi a starymi, wraz z nadaniem wagi ideowej o charakterze ogólnym tym właśnie różnicom, wiadomo, że podówczas najsilniej owocowało, kiedy te różnice były bardzo dobitne. W czasach najbliższych nam miało to miejsce w początkach modernizmu ogólnoeuropejskiego i wówczas to znaleźli się badacze, którym przeżycia ich własnej młodości ukazały przydatność naukową zasady pokoleń. Wyjaśnienie takie dotyczy również w całej pełni Antoniego Potockiego, rówieśnika modernistów. Już w roku 1897 pisze on artykuł o pokoleniu pozytywistów1103, dowodzący dobitnie, że poczucie więzi generacyjnej wynikało u niego z obserwacji własnej młodości literackiej.

Cel zasady pokoleń jest mimo to u Potockiego indywidualny i na tle traktowania tego zagadnienia przez innych badaczy nieoczekiwany. Wprowadza on podział na pokolenia, nie by je wyodrębniać i ostro sobie przeciwstawiać, lecz by łączyć, ukazywać współpracę, ciągłość, kontynuację. Wśród ówczesnych badaczy nie ma nikogo, kto by na tę stronę problemu równie silnie zwrócił uwagę, dopiero wprowadzona przez Wilhelma Pindera „polifonia czasu historycznego” tutaj nawiązuje.

„Czyż nie jest zdziczeniem — nawołuje Potocki — to usuwanie »starych« z obrazów współczesności? Tak dzicy swoich »starych«, gdy im zawadzają — po prostu mordują. My ich niekiedy usiłujemy zamordować milczeniem lub fałszywym świadectwem znaczenia ich dla niedorzecznej, barbarzyńskiej uciechy pokazania czegoś »zupełnie nowego«, dla stworzenia »okresu«, gdzie była może tylko zmyłka chwilowa... Pójdziemy tu zgoła innym torem: ni »rządu młodych«, ni współpracy »starych« się nie zaprzemy. Miłośnie czujem związek wszystkich pokoleń naród stwarzających, nie wstydząc się powinowactwa z nimi w boju czy uległości okazanego (I, 19)”.

Takim, jak gdzie indziej powie — „związkiem żywym dalekich pokoleń narodu” (I, 18) Potocki parę razy się posługuje celem wyjaśnienia opisywanych sytuacji literackich. Oto najpierw długowieczność pokolenia Mickiewicza (Goszczyński um. 1876, Towiański 1878, Odyniec 1885, Zaleski 1886, Domeyko 1889, Chodźko 1891, Supiński 1893) sprawia, że — „właściwie nie wyszliśmy jeszcze z epoki rówieśników romantyzmu — a już jesteśmy wśród współczesności” (I, 18), „początek wieku i schyłek jego łączy zaiste nieprzerwany ciąg bezpośredniego współpracownictwa” (I, 18).

Tego rodzaju „bezpośrednie współpracownictwo” autor szczególnie bada i roztrząsa w latach 1880–1890 na terenie powieści, jako że w tych latach „w powieści głos zabierają zapaśnicy coraz innego klanu i wieku. Obok poczynających wnuków nie zabraknie dziadów po raz ostatni wyruszających w pole — istne pospolite ruszenie” (I, 261). „Prastara” Deotyma rywalizuje w tych latach z Zapolską, Kaśka Kariatyda jest współczesna Panience z okienka. Współzawodnictwo Kaczkowskiego z Sienkiewiczem, jego „pełne starczej krzepkości” odżycie, wywołane powodzeniem Trylogii, staje się konkretnym świadectwem przetwarzania tego samego zadania przez przedstawicieli dwóch różnych generacji. Niestety, jest to jedyny przykład tego, jak zmieniają się „kierunki twórcze pojedynczych autorów — pod wpływem ożywczego działania nowych prądów. Jak gdyby fale nadbiegające z głębin przyspieszały zbyt leniwy bieg prądów poprzednich” (I, 335). Dlatego niestety, ponieważ dowodów znalazłoby się więcej, by jeden tylko, ale wprost klasyczny wymienić — refleks dekadentyzmu w powieści i noweli Orzeszkowej. U Potockiego na ten temat głucho.

Po raz drugi ta sprawiedliwość wobec współtworzących pokoleń pokierowała piórem Potockiego, kiedy kreślił obraz powieści „starych” oraz „młodych” w następnym dziesięcioleciu. Wiadomo, jak dalece sprzeczne są dwa fakty wyznaczające charakter tego dziesięciolecia: z jednej strony znużenie i pesymizm młodych, ich rozczarowanie zrzucane na głowy poprzedników, z drugiej zaś wspaniały rozkwit powieści eks-pozytywistów właśnie w latach 1890–1900. Krytykowi, który współtworzy i współczuje z pokoleniem Młodej Polski, grozi w tym położeniu, że subiektywne znużenie młodych przeniesie on na ocenę całego okresu. Także i Feldman nie ustrzegł się podobnego błędu. Tymczasem Potocki, naszkicowawszy — o czym za chwilę — przeciwieństwo ujęcia powieści poprzez dwie generacje, pozytywistyczną i młodopolską, dochodzi do jedynie słusznego wniosku:

„Jak nic wspólnego z szablonem pojęć o »schyłku«”lub »upadku« tu nie ma. W pełni blasku talentów stają tu powieści starej grupy — młodzi nie zawsze na tej staną wyżynie. Żywotność tryska pełną miarą zewsząd, choć coś na zawsze się rozkłada i zapada w kraj niepamięci u jednych, coś, choć targa się i upada, wznosi się coraz wyżej w świadomości drugich (II, 142)”.

Niestety, ta słuszna skądinąd chęć rehabilitacji prac i sztuki pokoleń mijających, słuszna szczególnie w kraju, w jakim wystarczy fałszywym „potrząsać nowości kwiatem”, by zaciemnić pamięć niedawnych poprzedników, zaprowadziła Potockiego zbyt daleko. Mianowicie — do niezgody z niewygodnymi faktami. Pokolenia istotnie współżyją ze sobą, a nieraz ze sobą współpracują — i nacisk położony na tę stronę zagadnienia nie byłby spowodował zbytniego przesunięcia proporcji, gdyby Potocki tak samo dobitnie ukazywał spory pokoleń i różnice pomiędzy nimi, niemniej ważne jak kontynuacja i współistnienie. Tymczasem Potocki sporów pokoleń wcale nie kreśli. Zdaje się, że zapomniał o sporze przeżytym we własnej młodości. Na tym zaniedbaniu najgorzej wyszły rozdziały poświęcone pozytywizmowi warszawskiemu. Ostrości sporu między pokoleniami nie dało się tutaj ukryć, został więc on gruntownie zlekceważony, pomniejszony („z klapką na muchy rzucili się na orły”, I, 137), sprowadzony do roli epizodu, z którego nie pozostało nic oprócz „fermentu prądu naukowego” (I, 141).

Zgodnie z tym dążeniem przekreślona też została rola roku 1863. Doniosłość tego przeżycia pokoleniowego, urabiającego postawę generacji, na której lata najmłodsze ono przypadło, została przez Potockiego gruntownie zakonspirowana w jego siatce dziesięcioleci. Cudzoziemiec, który by tylko z jego opracowania poznawał dzieje nowszej literatury polskiej, w ogóle by się nie domyślił skutków powstania. Stanowisko takie tym jaskrawiej występuje, jeżeli wspomnieć, że w najnowszej Historii literatury polskiej Juliana Krzyżanowskiego właśnie rok 1863 jest rokiem granicznym, łamiącym dzieło na dwie partie.

Tak więc istnienie współżycia i współdziałania pokoleń, słusznie przez Antoniego Potockiego uwydatnione, w wielu wypadkach konkretnych nie zostało przez niego do końca wyzyskane i — co gorsza — przesłoniło sprawę sporów między pokoleniami i wynikających stąd granic okresów.