VII

Zejdźmy obecnie z tego bardzo różnorakiego nasypu, jakim obwiedliśmy Pałubę. Popatrzmy prosto i bez przysługującej krytykowi wiedzy historycznoliterackiej, czym może być ta książka dzisiaj, przeczytana nie w ramach prekursorskich zapowiedzi, niespełnionych nadziei, wyznań pisarza, ale — twarzą w twarz.

W czym Pałuba przechowała pełną wartość? W swoim problemie zasadniczym, w sporze pomiędzy wmówieniami i pretensjami idealizmu a prawami rzeczywistości. W stanowisku, jakie Irzykowski w tym sporze zajmuje. Jego metoda obrony rzeczywistości przed tymi pretensjami nie jest wprawdzie metodą realistyczną, chociażby w tym wymiarze, jaki przynosi dobra znajomość życia i psychologicznego surowca przeżyć, ale nie wymagajmy od pisarza ponad jego stan. Wystarczy, jeżeli kierunek przewodu wytyczony został słusznie. Irzykowski proponuje zamianę każdego faktu rzeczywistego na fakt intelektualny, podejmuje się zatem bronić bogini rzeczywistości narzędziami pożyczonymi raczej z idealistycznej rekwizytorni, w obronie takiej często się zaplątuje, ale broni strony słusznej.

Nie mniejszą wartość zachowuje Pałuba jako załącznik do zagadnienia eksperymentu w sztuce. Jeżeli założymy, a dla wewnętrznego rozwoju sztuki założenia takiego pominąć nie wolno, że w procesie literackim, podobnie jak w procesie produkcyjnym, istnieć musi miejsce dla produktów laboratoryjnych, dla form wstępnych i eksperymentalnych, bo ileż odkryć powszechnie ważnych przynoszą nawet marginesy wszelkiej pracy laboratoryjnej — jeśli to założymy, Pałuba swoją pozycję obroni zawsze. Obroni również dzisiaj. Bo chociaż rozbicie konstrukcji powieści, chociaż psychoanalityczne zapowiedzi odłożymy na bok jako marginesy laboratoryjne już wyeksploatowane i mało aktualne, pozostaje w Pałubie dosyć innego materiału. I to materiału, który leży na głównej linii tego dzieła. Najgłębsza uczciwość i surowość w demaskowaniu przed samym sobą wszystkiego, co zaciemnia pisarzowi dokładne poznanie przedstawionych spraw i osób, pełnia wiedzy, że proces powstawania dzieła jest procesem poznawczym i moralnym jednocześnie, gdzie wszelka blaga odciśnie się skazą artystyczną, oto, co zdaje się być główną i nieprzebrzmiałą linią Pałuby. W pozornych kaprysach i grymasach tego dzieła mieści się ładunek jakiejś wymagającej ascezy literackiej.

Wreszcie — ładunek autentycznej, jakże rzadkiej w naszym piśmiennictwie, młodości. Krytycy nieraz strzelają głupstwa, ale proporcja głupstwa zawarta w twierdzeniu o Pałubie jako utworze oschłym, zimnym, bezlitosnym tak jest wygórowana, że domaga się podkreślenia raz jeszcze tego, co od początku niniejszych uwag uwydatniałem:

„przy całym swym intelektualnym wyrafinowaniu, przy całej swej »pałubicznej« niedyskrecji i ironii, z jaką podpatrywane jest życie bohatera, Pałuba owiana jest urokiem młodości. Bo tylko młodość jest jeszcze dostatecznie zdziwiona, aby podejmować z taką zawziętością sprawy tak naiwne — i przeto tak w prostocie swej klasyczne — jak bohater tej dziwnej książki868”.

Karol Irzykowski do siedemdziesiątego roku życia pozostał człowiekiem młodym i przyjacielem młodych. Przez całe życie nie otrzymał ani jednej nagrody literackiej, a jedyny hołd zbiorowy, jakiego zaznał za życia, złożyli mu przed laty dziesięciu ówcześni — dzisiaj posunęliśmy się o tych lat dziesięć — młodzi w specjalnym numerze „Pionu” (1938, nr 24/25). Nie tylko oni, ale oni przede wszystkim: nieżyjący Fryde, z żyjących: Kołoniecki, Król, Lichański, Łaszowski, Michalski, Piechal, Peiper, bo jeszcze wówczas nie był siwiuteńki, Terlecki Tymon, dzisiaj jeden z najbardziej nieprzejednanych emigrantów.

Pisząc wówczas o Pałubie, rzuciłem pół serio, pół żartem taki pomysł:

„gdyby istniała jakaś honorowa nagroda, raz na pokolenie nadawana przez młodych temu pisarzowi starszemu, który jest zawsze z młodymi, spowiednik rozumiejący i kaznodzieja chętnie słuchany — czy był w piśmiennictwie polskim pisarz tak bardzo jej godzien, jak Karol Irzykowski?”

Po śmierci niech pozostanie również z młodymi. Niechaj to pośmiertne wydanie Pałuby, którego oczekiwał i które sobie przepowiedział, pozostanie cząstką takiego hołdu należnego jego pamięci i niech to dzieło jego młodości trafi do tych, do jakich jest zaadresowane: do młodych każdego czasu. Kiedy je przyjmą i zrozumieją, nie będzie promieniować daremnie ta szkoła rzetelności pisarskiej, myślowej i moralnej, nosząca nazwę Pałuba.

Stanisława Brzozowskiego dyskusja o Fryderyku Nietzschem

Kilkakrotnie ucieka się Brzozowski w swych rozprawach do formy dialogu869. Dialog ten prawie zawsze jest u niego surowym przeciwstawieniem określonych stanowisk czy możliwości myślowych, osoby rozprawiające nie istnieją jako odrębne całości psychiczne, lecz jedynie wypowiadają pewne myśli, zwierają się z sobą na terenie czysto dialektycznym po to, by zwyciężyło stanowisko, które uznaje sam Brzozowski. Ta niedbałość o wszystko, co nie jest myślą wypowiadaną, najsilniej wyraża się we fragmencie dialogu o Miriamie, gdzie Brzozowski nawet nie nazwie przeciwników dyskusyjnych, znacząc ich tylko literami A i B. We Wstępie do filozofii znowu cały czas rozprawiają Ryszard i Emanuel. Gdy fichteański Emanuel przekonał już Ryszarda o nieograniczoności i swobodzie twórczości ludzkiej, pod koniec rozprawy nieoczekiwanie poczynają zjawiać się nowe imiona. Zabiera głos Fryderyk, po to jednak tylko, by ująć w skrócie wywody Emanuela870. Po nim Józef, znowu tylko dlatego, by ukazać, że wyniki, do jakich doszli Ryszard z Emanuelem, zawarte są w filozofii Schellinga871. Po nim dalej August, by przypomnieć, że wszystko to oznacza polską filozofię bohaterstwa wedle Mickiewicza, Słowackiego, Cieszkowskiego872. Wreszcie ostatni zjawia się Benedykt, by zaznaczyć, że o człowieka dyskutującego chodzi i że wielorakie jest jego znaczenie873. Rozmówcy ci, póki nie byli potrzebni dla dialektycznego celu, nie istnieli. Zjawiają się, gdy zjawia się nowa postać myśli, jaka przybrać musi nową postać ludzką.

Wśród tych dialogów Brzozowskiego, tak pewnym scharakteryzowaniem postaci, jak okadzeniem dyskusji w określonym miejscu, wyróżnia się rozmowa o Fryderyku Nietzschem. Tą, kto wie czy nie najpiękniejszą, ale w każdym razie z największym polotem napisaną książeczką chcę zająć się w tych uwagach. Celem będzie przeprowadzenie logicznej analizy rozprawy, toczącej się głównie między Kazimierzem, „Polakiem, który wszystkie ścieżki dialektyki zmierzył”874, a Maksymilianem, „politykiem skazanym na izolację”875, oraz wskazanie związków między tą rozprawą a całością poglądów Brzozowskiego. Znajdujemy tutaj, szczególnie w argumentacji Kazimierza, reprezentującego ówczesne stanowisko Brzozowskiego, szereg charakterystycznych dla naszego myśliciela wybiegów logicznych, pokrywania uczuciem ogniw, jakich nie daje sama analiza myślowa. Ten przebieg dowodzeń, gdzie woluntatywne twierdzenia i uczuciowe wybuchy stapiają się w jedność z czystymi analizami myślowymi, pragniemy ukazać na tym wybranym przykładzie. Wynikną z tego pewne wnioski ogólne, jakie niżej sformułujemy.

Najpierw słów parę o genetyczno-filologicznej stronie rozprawy o Nietzschem. Nieznajomość korespondencji Brzozowskiego nie pozwala dokładnie określić czasu powstania tej pracy; jej wydawca, niedawno zmarły Marian Haskler, nie posiadał żadnej korespondencji w tej sprawie876. Wydana jako VI tom serii „Literatura i sztuka” 877, książeczka ta powstała najpewniej za drugim wyjazdem pisarza do Nervi, w r. 1907.

To bowiem nadmorskie sanatorium południowe, z wznoszącym się nad nim szczytem górskim879, oznacza oczywiście Nervi, znane zresztą Brzozowskiemu z pierwszego w nim pobytu w r. 1906.