II

Ja nie jestem Heraklesem601

ani Ola Dejanirą602,

wrogi moje nie centaury.

Lecz koszuli ja Nessosa

już się nie pozbędę nigdy.

Ona wlewa w żyły ołów,

limf rysunek, nerwów deseń

ona trawi w wolnym ogniu.

Ona tkankę miażdży żywą,

kość rozkrusza, mózg zaciska.

Żeby wyżąć z krwawym potem

słowa słowa słowa.

(Trochę mitologii)

Słowa. Słowa. Słowa. Czyżby? Kiedy Apokalipsa św. Jana przedstawia siedmiu aniołów stojących przed oczyma bożymi i uderzających w trąby — czyni to w takich wersetach: „1. I pierwszy Anioł zatrąbił, i stał się grad i ogień zmieszane z krwią, i zrzucone jest na ziemię, i trzecia część ziemi zgorzała, i trzecia część drzew zgorzała, i wszelka trawa zielona zgorzała. 2. I wtóry Anioł zatrąbił, a jakoby wielka góra ogniem pałająca wrzucona jest w morze, i stała się krwią trzecia część morza. 3. I pozdychała trzecia część stworzenia tego, co miało duszę w morzu, i trzecia część okrętów zginęła. 4. I zatrąbił Anioł trzeci — —”

Nie inni aniołowie apokaliptyczni rozlegają się nieustannie w świecie moralnym kreowanym przez ten dokument. Twórczość Aleksandra Wata jest więcej niż katastroficzna, a więc taka, że wieściłaby ona, co ma nadejść dopiero i nadejść nieuchronnie. Jest apokaliptyczna, powzięta już po katastrofie, po spełnionej już w ramach tego świata moralnego i spełniającej się nadal apokalipsie. Jej wymiary ogłaszają wszechobecni w niej aniołowie starości, nocy, trwogi i cierpienia. I ten wreszcie anioł nader nowoczesny, którego nie znał jeszcze wieszczek-ewangelista z wyspy Patmos603: anioł istnienia i egzystencji w ogóle.

Dla podobnej tonacji moralno-eschatologicznej można by wskazać pewne skojarzenia. Mogłyby one prowadzić do przedwojennego nurtu katastroficznego, jak do kontaktów z podobnymi zjawiskami w ostatnio powstającej poezji. Napisałem to w trybie przypuszczającym, nie twierdzącym. Bo te dalekie skojarzenia niczego nie wyjaśniają we własnej argumentacji filozoficznej Wata i jej pochodzeniu.

W całości swojej wywodzi się ona z własnej biografii autora, z osobistego doświadczenia i cierpienia, z lat, kiedy milczało wprawdzie pióro, lecz — wzbierało sumienie. Aż za jego głosem ruszyło wszystko. Wspomnienia najdawniejszego dzieciństwa. Urojenia i fikcje. Sny i kompleksy. Lektury, jakże rozliczne lektury. Trwogi rzeczywiste i nieodwołalnie zakotwiczone w świadomości. Podobne im cierpienia. Trwogi urojone i wypielęgnowane.

Wszystko ruszyło. Tak na rzece podświadomości, jak na rzece własnej egzystencji i jej nieodwracalnej biologii, jak na rzece historii. Wszystko, podobnie jak płynie po ciężkich mrozach kra — sycząc i krając. Bez kształtu i bez pięknego układu. W stanie miazgi drażniącej swoim niedopracowaniem artystycznym, nadmiarem słowa i wersetu, zgrzytami w łańcuchu obrazów. Wszystko, od paleontologii i paleobotaniki podświadomości aż po apokaliptyczną, przyszłą paleontologię cywilizacyjną.

Najpierw przyśnił się młynek do kawy.

Najpospolitszy. Taki sobie staroświecki. Ciemnokawowy w kolorze.

(Dzieckiem lubiłem odmykać klapkę, zajrzeć i natychmiast za-

trzasnąć. Z trwogą, z drżeniem! Aż zęby dzwoniły ze strachu! Było

mi tak, jakobym ja tam był w środku kruszony! Zawsze wiedzia-

łem, że muszę źle skończyć! )

Najpierw zatem był młynek do kawy.

A może to się tylko tak zdawało, bo w chwilę potem stał już tam młyn z wiatrakiem.

A stał ten młyn na morzu, na linii horyzontu, na samym jej środku.

Cztery skrzydła obracały się z trzaskiem. Pewno kogoś kruszyły.

(Potępiony)

widzę:

w śmietniskach Chwały Fabrycznej

prefiguracje poronne

prototypy tyranozaurów przyszłości —

wszystkie w marszu. Przodem

plutony egzekucyjne. Zmotoryzowanych Polipów. Dalej

dywizje Elektronowych Mątw.

Gdy poprzedzony kapelą janczarów-transystorów

jawi się On sam, dyktator lądów, wód i przestworzy

wspaniały Kat Cybernetyczny z odkażonym sznurem.

I rozpocznie swoje zbożne dzieło.

(Hymn)

Kiedy spozierać na podobne przepływanie snów, kompleksów i przerażeń, na towarzyszącą mu miazgę kompozycyjną — niewiele w tym można zrazu odczytać, jedynie skręty nieustannej dysharmonii. O co innego wypada bowiem zapytać: czy nad tymi rzekami podświadomości, historii, biologii, wznoszą się mosty? I czy wytrzymają napór?