Rozdział czwarty

Nadeszła zima ostra, wilgotna, niemal bez śniegu. Niebo ciągle zasnuwały chmury i panowała czarna noc, pozbawiona rzeźwego wiewu. Na ulicach gaz świecił się niemal przez cały dzień, a mimo to ludzie potrącali we mgle o siebie. Głucho i grobowo tętniły w gęstym powietrzu wszystkie dźwięki: dzwony kościelne, janczary59 koni dorożkarskich, głosy ludzi i tętent kopyt. Mijały tygodnie, a pogoda nie zmieniała się wcale.

Mieszkałem stale w gospodzie dla przyjezdnych, gdzie mimo nędznego wyglądu znalazłem przytułek. Pieniądze wyszły mi od dawna, a mimo to zachowywałem się, jakbym tu miał prawa jakieś i był u siebie. Gospodyni nie upominała się jeszcze, ale dręczyła mnie myśl, że nie mam czym zapłacić. Tak minęły trzy tygodnie.

Od wielu już dni próbowałem pisać, ale mi nie szło, tak że nie dokonałem niczego poważnego. Mimo większej niż kiedykolwiek pilności i pracy, podejmowanej w różnych porach dnia, nie mogłem podołać, szczęście odwróciło się ode mnie.

Mieszkałem w najlepszym pokoju gospody na pierwszym piętrze, usiłowałem pisać i nikt mi nie przeszkadzał. Trapiony chęcią zapłacenia za mieszkanie i uiszczenia innych należności nie ustawałem. Zwłaszcza jeden artykuł budził we mnie dużo nadziei. Był to opis pożaru w księgarni, a ta alegoryczna i głęboka myśl miała być zapłatą dla „Komandora”. Chciałem go przekonać, że wspomógł człowieka z talentem. Nie wątpiłem, że tak się stanie, trzeba było tylko czekać na natchnienie. Mogło się zjawić przecież lada chwila. Nic nie stało na przeszkodzie. Codziennie dostawałem od gospodyni trochę jedzenia, rano i wieczorem po kilka kromek chleba z masłem, a moja nerwowość znikła prawie doszczętnie. Nie potrzebowałem już przy pisaniu owijać rąk szmatami, mogłem patrzeć z piętra na ulicę bez zawrotu głowy. Powodziło mi się na ogół znacznie lepiej, toteż byłem zdumiony, czemu nie mogę skończyć alegorii. Nie pojmowałem, czemu tak jest.

Na koniec pewnego dnia dowiedziałem się, jak dalece zesłabłem i jak niedołężnie i leniwie funkcjonuje mój mózg. Tego dnia gospodyni przyniosła mi rachunek, prosząc, bym go przejrzał. Musiało coś być nie w porządku — powiedziała — gdyż nie zgadzał się z jej książką, nie mogła jednak znaleźć błędu.

Siadłem przy stole, a gospodyni naprzeciw mnie i patrzyła uważnie. Zliczyłem dwadzieścia pozycji od góry i od dołu, a sumy zgadzały się ze sobą. Spojrzałem na kobietę czekającą orzeczenia i zauważyłem, choć nie patrzyłem długo ani bystro, że była przy nadziei.

— Suma jest poprawna... — powiedziałem.

— Nie, proszę zbadać poszczególne pozycje... — odparła. — Nie może wynosić tyle, jestem pewna.

Zacząłem badać pozycje: dwa chleby po dwadzieścia pięć, szkiełko do lampy — osiemnaście, mydło — dwadzieścia, masło — trzydzieści dwa... Nie trzeba było nader bystrego umysłu, by przerachować ten kramarski wykaz bez żadnych zawikłań, ale chociaż czyniłem, co mogłem, nie potrafiłem znaleźć omyłki. Po kilku minutach zaczęło mi wszystko tańczyć w głowie, pomieszałem „winien” i „ma” i wreszcie utknąłem na pozycji: trzy i pięć szesnastek funta sera po szesnaście. Mózg mój odmówił zupełnie służby, patrzyłem głupawo na ów ser i nie wiedziałem, co robić. Powiedziałem tedy:

— Tu jest napisane pięć szesnastek funta sera. Na miły Bóg, czy ktoś widział coś takiego? O, proszę, niechże pani sama zobaczy!

— Tak — powiedziała gospodyni — tak się zazwyczaj pisze! Pięć szesnastek, czyli pięć łutów60.

— Aha! Rozumiem teraz! — zawołałem, chociaż naprawdę nie rozumiałem nic a nic.

Zabrałem się ponownie do rachunku, który przed kilku miesiącami byłbym zliczył w minucie. Pociłem się, myślałem ze wszystkich sił nad tą tajemniczą liczbą, mrugałem oczyma, jakbym głęboko rozmyślał, ale w końcu zrezygnowałem. Tych pięć łutów dobiło mnie, czułem, że mi coś pęka w czole.

By jednak wywołać wrażenie, że pracuję dalej, ruszałem wargami, głośno powtarzałem liczby oraz przesuwałem ołówkiem, jakbym się zbliżał do rozwiązania. Gospodyni czekała, aż w końcu powiedziałem:

— Przeszedłem wszystko od początku do końca i widzę, że nie ma żadnej pomyłki.

— Nie ma? — spytała. — Naprawdę nie ma? — ale czułem, że mi nie dowierza. W tonie jej słów zauważyłem coś jakby lekceważenie czy oschłość niebywałą przedtem. Powiedziała, że widać nie nawykłem liczyć szesnastkami, i dodała, że musi znaleźć kogoś znającego się na liczeniu, bo rachunek jest fałszywy. Nie chciała mnie zawstydzać, ale raczej mówiła z namysłem i powagą. Doszedłszy do drzwi, powiedziała:

— Przepraszam, żem panu zajęła czas!

Poszła.

Zaraz jednak otwarły się drzwi i weszła znowu. Nie mogła dojść nawet do końca korytarza, nim zawróciła.

— Zapomniałam... Proszę mi nie brać tego za złe, ale należy mi się coś od pana. Wczoraj minęły trzy tygodnie od czasu pańskiego przybycia. Niełatwa to rzecz utrzymać tak liczną rodzinę, toteż niestety nie mogę nikomu dawać mieszkania na kredyt...

Przerwałem jej, mówiąc, że piszę artykuł, o którym przedtem już opowiadałem, a gdy go tylko skończę, otrzyma pieniądze.

— Ale pan nigdy nie skończy!

— Tak pani sądzi? O nie! Natchnienie może przyjść jutro albo nawet dzisiaj jeszcze. Nie jest wykluczone, że się zjawi w nocy, a wówczas wszystko będzie gotowe za kwadrans. Widzi pani, robota moja różni się od pracy innych ludzi. Nie mogę siąść i odrobić codziennie pewnej ilości wierszy. Muszę wyczekiwać chwili, a nikt nie wie, kiedy się zjawi natchnienie... nikt tego nie wie...

Gospodyni wyszła, ale zaufanie jej było silnie podkopane.

Zostawszy sam, skoczyłem z krzesła i zacząłem sobie wyrywać z rozpaczy włosy. Nie było dla mnie ratunku! Mój mózg zbankrutował! Czyż stałem się idiotą, który nie potrafi wyliczyć ceny kawałka sera? Nie... nie... mam rozum, skoro sam sobie zadaję tego rodzaju pytanie. Wszakże podczas rachowania spostrzegłem też najwyraźniej, że moja gospodyni jest w ciąży. Nie wiedziałem o tym poprzednio, nikt mi nie powiedział, ale zaobserwowałem wszystko najdokładniej sam podczas fatalnego boju z szesnastkami. Jakże sobie przeto wyjaśnić to wszystko?

Przystąpiłem do okna wychodzącego na Wognmandsgade. Na nędznej ulicy bawiło się kilkoro nędznie odzianych dzieci. Rzucały do siebie pustą flaszką i wrzeszczały. Powoli toczył się wóz meblowy. Była to zapewne jakaś wypędzona rodzina, bo czas normalnej przeprowadzki dawno minął. Przyszło mi to zaraz do głowy. Na wozie leżała pościel i meble: zżarte przez robactwo łóżka, komody, czerwone trójnogie stołki, maty, start żelastwo i blacha. Na wierzchu siedziała dziewczynka, dziecko niemal jeszcze, z zasmarkanym nosem i trzymała się posiniałymi rękami, by nie spaść. Siedziała na kupie obrzydliwych, mokrych materaców i spoglądała na malców rzucających flaszką...

Wszystko widziałem i rozumiałem bez żadnego trudu. Patrząc w ulicę, posłyszałem śpiew mej gospodyni w kuchni, przylegającej do mego pokoju.

Znałem melodię i nastawiłem ucha, czy nie śpiewa fałszywie. Uświadomiłem sobie, że idiota nie mógłby tego wszystkiego zaobserwować. Byłem, Bogu dzięki, rozsądny jak każdy inny człowiek.

Nagle zauważyłem, że dwaj mali chłopcy z ulicy zaczynają się bić. Poznałem jednego, był to bowiem syn mej gospodyni. Chcąc ich usłyszeć otwarłem okno i zaraz zebrała się kupka dzieci, spoglądających tęskliwie w moją stronę. Czy sądziły, że im coś rzucę? Suchy kwiat, kość, niedopałek cygara czy w ogóle coś, co by można włożyć do ust lub użyć do zabawy? Twarze ich były sine z zimna, a spojrzenia błagalne. Tymczasem dwaj zapaśnicy wiedli spór, wyrzucając z dziecięcych ust słowa podobne oślizłym, paskudnym potworom, klęli się nawzajem, używając wyrażeń ulicznic, słów pochwyconych w spelunkach marynarskich w porcie, a obaj tak byli zajęci, że nie zauważyli gospodyni, która wybiegła zobaczyć, co się stało.

— Tak! — oświadczył synalek. — Złapał mnie za gardło i mało nie zadusił! — Zwracając się do młodego złoczyńcy, patrzącego nań szyderczo, wpadł w złość i wrzasnął: — Niech cię diabli porwą, ścierwo sobacze! Taki wszawy bękart łapie człowieka za gardło... Pokażę ja ci, jak Boga kocham!...

Zaś matka, ciężarna kobieta, wypełniająca brzuchem całą niemal wąską uliczkę, rzekła na to do dziesięcioletniego dziecka, chwytając je za ramię:

— Cicho bądź! Stul pysk! Słyszę, że zaczynasz kląć. Masz jadaczkę tak wprawną, jakbyś przez lata chował się w burdelu... Marsz mi do domu!

— Nie pójdę!

— Marsz, powiadam!

— Ani mi się śni!

Stojąc przy oknie widziałem, jak gniew matki wzbierał, i ta wstrętna scena skłoniła mnie do tego, że zawołałem na chłopca, by przyszedł do mnie na chwilę. Wołałem dwa razy po to jeno, by zakończyć sprawę, a matka za drugim głośnym zawołaniem obejrzała się na mnie zdumiona. Ale zaraz odzyskała równowagę, zrobiła bezczelną minę i zwracając się do syna, powiedziała głośno, bym usłyszał:

— Pfe! Wstydź się! Obcy ludzie widzą, jaki jesteś zły!

Nie uszło mej baczności nic, najdrobniejszy nawet szczegół. Śledziłem wszystko czujnie, wchłaniałem każdą okoliczność i rozmyślałem o nich po kolei. Rozum mój funkcjonował tedy zupełnie należycie.

— Słuchaj no — powiedziałem nagle do siebie — dość już długo łazisz, trapiąc się swym głupim rozumem, dość tych błazeństw! Czyż może być wariatem ten, kto obserwuje wszystko i dostrzega tak dobrze jak ty? Śmiać mi się chce z ciebie, jesteś komiczny chłop! Koniec końcem wiedz, że nieraz najmędrszy zasypie się61 w nader prostej sprawie. Ale to po prostu przypadek. Toteż śmiech mnie zbiera, gdy pomyślę o tym kramarskim rachunku, tych marnych pięciu szesnastych sera, i to sera biedaków, z pieprzem i goździkami... Ach, taki durny ser największego mądralę wprawiłby w zakłopotanie... — Tak gadałem do siebie i drwiłem na potęgę z biednego sera. — Inaczej byłoby, gdyby mi dano coś przyzwoitego do jedzenia... na przykład... pięć szesnastek deserowego masła!

Śmiałem się kurczowo z własnych dowcipów, poweselałem i nabrałem pewności, że wszystko będzie w porządku.

Moja wesołość rosła wraz z gadaniną i wędrowaniem po pokoju. Rechotałem coraz głośniej i zaraz okazało się dowodnie, iż umysł mój potrzebował tej jednej chwili swobody i odpoczynku po troskach, by zaraz odzyskać swą sprężystość i zdolność do pracy.

Siadłem do mej alegorii i pisanie poszło mi wybornie... Komponowałem, jak dawno się nie zdarzyło, wprawdzie nie prędko, ale to, com stworzył, sam musiałem uznać za doskonałe.

Doszedłem do ważnego punktu w alegorii o pożarze w księgarni. Wydał mi się sprawą najważniejszą z całości. To nie paliły się książki, ale mózgi ludzkie. Umyśliłem rzecz ująć głęboko i urządzić z tymi płonącymi mózgami istną noc św. Bartłomieja62. Nagle otwarto porywczo drzwi i zjawiła się gospodyni. Bez namysłu podeszła na środek pokoju.

Wydałem chrypliwy okrzyk, jakby spadł na mnie cios.

— Co? — spytała. — Pan coś zdaje się powiedział! Przybył gość i musimy mu oddać ten pokój. Może się pan dzisiaj przespać u nas na dole. Dostanie pan nawet osobne łóżko! — Tak powiedziała i zanim jeszcze zdobyłem się na odpowiedź, zaczęła zbierać i mieszać moje papiery.

Znikł cały wesoły nastrój. Rozgniewany, zrozpaczony wstałem i w milczeniu patrzyłem, jak gospodaruje. W końcu podała mi papiery.

Nie było rady, musiałem opuścić pokój, a w dodatku przepadł tak cenny moment! Już na schodach spotkałem nowego gościa. Był to człowiek młody, z wielkimi kotwicami wytatuowanymi niebiesko na wierzchach dłoni, a za nim szedł posługacz z wielką skrzynią okrętową na plecach. Przybysz był widocznie marynarzem, a więc przejezdnym na jedną noc tylko, nie mógł tedy długo zagrażać memu pokojowi. Może już jutro po jego odjeździe schwycę znów szczęśliwą chwilę. Do końca dzieła brakło najwyżej pięciu minut natchnienia. Trzeba się było pogodzić z losem.

Nie widziałem dotąd mieszkania moich gospodarzy, to jest jednej, jedynej stancji, gdzie dzień i noc przebywał mąż, żona, ojciec żony i czworo dzieci. Posługaczka spała w kuchni. Z wielką odrazą zapukałem do drzwi. Nikt nie odpowiedział, ale z wnętrza dolatywały głosy.

Gdym wszedł, gospodarz nie rzekł słowa, nie oddał mi pozdrowienia, spojrzał jeno obojętnie, jakbym go nic nie obchodził. Grał w karty z pewnym człowiekiem, przezwanym „Szybką”, którego widziałem już w porcie. Niemowlę leżało na łóżku, gaworząc ze sobą, a ojciec gospodyni siedział na pryczy z głową opartą na rękach, pochylony, tak jakby go bolały piersi lub brzuch. Był niemal siwy i w tej skurczonej pozycji przypominał zaczajone zwierzę, co siedzi, strzygąc uszami.

— Niestety, muszę prosić o nocleg na dziś... — powiedziałem do gospodarza.

— Czy tak mówiła moja żona? — spytał.

— Tak jest, kto inny dostał mój pokój.

Nic nie rzekł i grał dalej.

Siedział tak dzień za dniem, grając z każdym, kto przybył, o nic, byle tylko zabić czas i czymś zatrudnić ręce. Poza tym nie robił nic, a ruszał się tyle jeno, by przeciągnąć leniwe członki.

Za to żona biegała tam i z powrotem po schodach, krzątała się po wszystkich kątach, była wszędzie obecna i czyniła wysiłki, by zwabić przyjezdnych. Była nawet w porozumieniu z robotnikami i posługaczami portowymi, płacąc pewne honorarium za każdego sprowadzonego gościa, a ponadto nocując ich, gdy chcieli. Właśnie dziś „Szybka” nastręczył jej lokatora.

Zjawiło się dwoje dzieci, dwie dziewczynki chude, piegowate, o twarzach ulicznic i w nędznej odzieży. Niedługo potem przyszła też gospodyni.

Spytałem, gdzie mnie pomieści na noc, a ona odparła, że mogę spać w izbie razem ze wszystkimi albo, jeśli wolę, w przedpokoju na ławie. Mówiąc to, krzątała się po izbie, grzebała w różnych rzeczach, porządkowała je, a na mnie nie patrzyła wcale.

Opadłem z sił wobec takiej odpowiedzi, stałem przy drzwiach skurczony, pragnąc zajmować jak najmniej miejsca, i udawałem nawet, że jestem zadowolony z tej zamiany na jedną noc. Umyślnie przybrałem wesołą minę, by nie drażnić gospodyni i nie zostać wypędzonym na ulicę. Powiedziałem tylko: — Jakoś to będzie! — i zamilkłem.

Ona chodziła dalej po stancji.

— Zresztą jak już mówiłam — dodała po chwili — nie jestem tak bogata, by dawać na kredyt mieszkanie i jadło!

— Oczywiście, droga pani! — odpowiedziałem. — Idzie tu o parę jeno dni, gdy skończę swą pracę, dodam pani najchętniej ponad należytość jeszcze całych pięć koron.

Zauważyłem jednak dobrze, że nie wierzy w mój artykuł, sprawiło mi to przykrość, ale nie mogłem unosić się dumą, wiedząc, co mnie czeka w razie opuszczenia mieszkania.

*

Minęło kilka dni.

Mieszkałem dalej z całą rodziną, gdyż w przedpokoju bez pieca było zbyt zimno. Sypiałem we wspólnej izbie na podłodze. Młody marynarz nie zabierał się do opuszczenia mego pokoju. Pewnego dnia w południe gospodyni powiedziała, że zapłacił z góry za cały miesiąc. Przed odjazdem miał zamiar zdać egzamin na sternika i uczył się doń właśnie w mieście. Usłyszawszy to, rozumiałem, że pokój przepadł.

Wyszedłem do przedpokoju i usiadłszy, zacząłem mimo zimna pisać, gdyż było tu cicho i mogło mi się powieść. Porzuciłem już alegorię, gdyż przyszedł mi doskonały pomysł jednoaktowej sztuki „Znak krzyża” z czasów średniowiecznych. Bardzo plastycznie ująłem główną bohaterkę, wspaniałą fanatyczną kobietę, która oddawała się w kościele nie przez słabość, nie z żądzy, ale z nienawiści do Boga, i to u stóp ołtarza, biorąc mszał pod głowę i drwiąc zuchwale z nieba.

Postać ta zajmowała mnie coraz bardziej i na koniec miałem ją jak żywą przed sobą. Ciało miała okaleczałe i wstrętne, była wysoka, chuda, smagła, a nogi jej, gdy szła, wyraźnie rysowały się pod spódnicą. Pociągał mnie potężnie jej bezwstyd i grzech wyrozumowany i niemający granic. Opętała mnie po prostu ta poczwarna istota i wypełniła cały mój mózg. Pisałem przez całe dwie godziny.

Miałem już sporą ilość, może z dwanaście gotowych stronic. Praca szła jednak opornie, z długimi przerwami, tak że musiałem raz po raz drzeć całe arkusze. Zmęczony, skostniały z zimna wstałem, by przejść się po mieście. W dodatku krzyk dziecka nie pozwalał mi pisać w ciągu ostatniej pół godziny. Wyszedłem na Drammensvej i włóczyłem się już aż do wieczora, rozmyślając nad dramatem. Nim wróciłem, wydarzyła mi się następująca przygoda.

Stałem przed wystawą trzewików w ulicy Karola Jana, niedaleko placu Kolejowego i patrzyłem w okno. Nie myślałem wcale o tym, że właśnie potrzeba mi trzewików, ale przebywałem myślami zgoła gdzie indziej. Poza mną chodzili ludzie, ale nie słyszałem, co mówią. Nagle ktoś powiedział głośno:

— Dobry wieczór!

Był to znajomy o przezwisku „Mamzel”.

— Dobry wieczór! — odparłem na pół przytomny. Przez dobrą chwilę nie mogłem go poznać

— No, jakże się panu powodzi? — spytał.

— Bardzo dobrze... jak zwykle!

— Więc pan jest nadal u Christiego?

— Christiego?

— Wszakże pan sam mówił, że jest pan buchalterem u wielkiego przemysłowca, Christiego!

— O nie, to się skończyło. Nie mogłem się z nim zgodzić. Rozeszliśmy się.

— Z jakiegoż powodu?

— Napisałem raz coś fałszywie...

— Sfałszował pan?

Jak to? On myślał, żem sfałszował księgi handlowe! Obrażony nie odrzekłem nic, a znajomy jął mnie pocieszać:

— To nic! To się może przydarzyć najporządniejszemu człowiekowi! — Był pewny, żem sfałszował.

— Cóż się to może przydarzyć najporządniejszemu... ha? — spytałem. — Niech no pan słucha... Sądzi pan tedy, że byłbym zdolny do takiej nikczemności?...

— Wszakże pan sam to mówił...

Podniosłem dumnie głowę, odwróciłem się od niego i spojrzałem w ulicę. Zauważyłem czerwoną suknię. Jakaś dama szła przy boku mężczyzny w moją stronę. Gdyby nie znajomy i jego obraźliwe przypuszczenie, byłbym się nie obejrzał i czerwona suknia minęłaby mnie niepostrzeżenie. Cóż mnie to w gruncie rzeczy obchodziło? Mogła sobie mieć tę suknię nawet dama dworu, Naglowa.

Znajomy mówił, starając się naprawić swój błąd, ja zaś nie słuchałem, zapatrzony w zbliżającą się czerwoną sukienkę. Byłem wzburzony, czułem lekkie ukłucie w piersiach i nie otwierając ust, szepnąłem w myśli: „Ylajali!”.

Znajomy obrócił się także, spostrzegł parę i pozdrowił przechodzących oczyma. Ja nie pozdrowiłem ich wcale... a może zrobiłem to zupełnie mechanicznie. Czerwona suknia przesunęła się dalej ulicą Karola Jana i znikła.

— Któż to z nią szedł? — spytał znajomy.

— „Książę”, czyż go pan nie poznał? Lekarz tak zwany. Czy pan zna ową damę?

— Trochę. A pan jej nie zna?

— Nie! — odrzekłem.

— Czemuż skłonił się pan tak nisko?

— Czyż możliwe? Kłaniałem się?

— Oczywiście! — zawołał znajomy. — Dziwna rzecz! Przez cały czas nie odwracała od pana oczu.

— Skąd pan ją zna? — spytałem.

Nie znał jej właściwie. Rzecz miała miejsce pewnego wieczoru w jesieni. Wyszli we trzech z „Grandu” w wesołym usposobieniu, spotkali ją późną godziną w pobliżu Kammermeyera i zagadnęli. Zrazu zachowywała się opornie. Ale jeden z nich, dziarski, na wszystko gotowy młodzik, spytał wprost, czy pozwoli się odprowadzić do domu, zaręczając, że jak jest napisane, włos jej z głowy nie spadnie. Chciał się tylko przekonać, czy bezpiecznie zajdzie do domu, gdyż inaczej nie mógłby spać przez całą noc. Mówił o różnych rzeczach, szli razem, przedstawił się jako fotograf Waldemar Altertag i w końcu doprowadził ją swoją junakierią63 i obojętnością na chłodne jej zachowanie do uśmiechu. Pozwoliła się odprowadzić.

— I cóż się dalej stało? — spytałem, powstrzymując oddech.

— Co dalej? Ach, niech pan nie pyta — odparł — wszakże to porządna dama!

Milczeliśmy obaj przez chwilę, potem on rzekł zadumany:

— Hm... więc to „Książę”? Tak wygląda? Wobec znajomości z tego rodzaju człowiekiem nie mógłbym jednak ręczyć za nią...

Milczałem. Oczywiście, coś tam było pomiędzy nią a „Księciem”... mniejsza z tym zresztą... cóż mnie to obchodzi. Życzyłem jej oraz jej wdziękom wszystkiego najlepszego i usiłowałem znaleźć pociechę w tym, że zacząłem przypisywać jej rzeczy najgorsze. Ściągałem ją po prostu w błoto. Martwiło mnie to, że pono64 zdjąłem przed tą parą kapelusz. Czemużem to uczynił? Nie było się nawet o co ubiegać, piękna nie była wcale, zwiędła w sposób widoczny. Może w istocie patrzyła jeno na mnie. Być może wzbudziła się w niej skrucha i to mnie uradowało, ale nie stanowiło jeszcze powodu, by padać przed nią na kolana i kłaniać się jak głupiec, zwłaszcza że w ostatnich czasach zbrzydła tak bardzo. Niechże „Książę” ma ją sobie... smacznego! Przyjdzie niedługo dzień, kiedy dumnie przejdę obok niej, nie spojrzawszy nawet. Uczynię to, choćby nawet miała czerwoną suknię i patrzyła na mnie znacząco. He... he... tak się może stać i będzie to mój triumf! Znałem siebie przecież i byłem pewny, że w ciągu tygodnia mogę skończyć dramat, a wówczas pokonam niezawodnie tę damę... wraz z wszystkimi jej wdziękami... tak... tak... z wszystkimi wdziękami!

— Do widzenia! — powiedziałem krótko znajomemu.

Ale zatrzymał mnie jeszcze pytaniem:

— Co pan robi po całych dniach?

— Co robię? Piszę! Cóż innego miałbym robić? Z tego żyję przecież. W tej chwili tworzę wielki dramat pod tytułem „Znak krzyża”, z wieków średnich.

— Do kroćset tysięcy! — zawołał szczerze. — Jeśli się panu powiedzie, to wówczas...

— Czemuż się nie ma powieść? — odpowiedziałem. — Posłyszy pan coś o tym za tydzień!

Pożegnałem go i poszedłem.

W domu zwróciłem się zaraz do gospodyni z prośbą o lampę. Zależało mi bardzo, jak mówiłem, na tej lampie, gdyż nie chciałem się kłaść spać, mając zamiar pracować aż do rana. Prosiłem bardzo skromnie, gdyż spostrzegłem, że na mój widok zrobiła bardzo niezadowoloną minę. Powiedziałem jej, że jest to niezwykły dramat, który niewątpliwie zostanie wystawiony w którymś z teatrów, a brak kilku scen zaledwie. Ponowiłem potem prośbę o tę wielką przysługę...

Ale gospodyni nie miała lampy. Dumała przez chwilę, nie mogąc sobie przypomnieć o lampie, powiedziała w końcu, że jeśli chcę czekać do północy, to mogę wziąć lampę kuchenną, a wreszcie spytała, czemu sobie nie kupię świecy.

Zmilczałem. Nie miałem dziesięciu öre na świecę, a ona wiedziała o tym dobrze. Oczywiście, znowu wszystko musiało runąć. Posługaczka siedziała teraz we wspólnej izbie, a lampy w kuchni nie zapalano wcale. Rozważyłem to wszystko, nic nie mówiąc.

Nagle dziewczyna powiedziała do mnie:

— Niedawno wrócił pan, zdaje się, z zamku? Czy pan tam był na obiedzie? — Roześmiała się z własnego dowcipu.

Siadłem, dobyłem papiery i postanowiłem spróbować pracować mimo wszystko. Patrzyłem ciągle w podłogę, by niczym nie rozrywać myśli, i pisałem na kolanach. Ale nie szło mi. Weszły córki gospodyni i zaczęły hałaśliwie bawić się z kotem, dziwnie chorym, niemal całkiem bezwłosym stworzeniem. Dmuchały mu w oczy, tak że wypływały z nich łzy i spływały mu po nosie.

Gospodarz wraz z kilku znajomymi siedział przy stole i grał w karty. Gospodyni szyła pracowicie jak zawsze. Wiedziała dobrze, że w tym chaosie nie mogę pisać, nie troszczyła się jednak o mnie, a nawet uśmiechnęła się, słysząc wzmiankę służącej o mym rzekomym obiedzie na zamku.

Wszyscy zachowywali się wobec mnie wrogo. Zostałem uznany za natręta, doznawszy hańby wyrugowania przez innego z pokoju. Drwiła ze mnie nawet służąca, ciemnooka ulicznica o czole zarosłym włosami i płaskiej piersi, wypytując, gdzie jadłem, gdyż nigdy nie widziała, bym szedł do „Grandu”. Znała oczywiście me smutne położenie i radowało ją, że może mi to dać do poznania.

Wszystkie te fakty uświadomiłem sobie naraz, tak że nie mogłem w ogóle ruszyć z dalszym ciągiem dialogu. Czyniłem daremne wysiłki, ale zaczęło mi dziwnie szumieć w głowie, tak że musiałem zrezygnować. Schowałem papiery do kieszeni i podniosłem oczy.

Dziewczyna siedziała tuż przede mną, widziałem jej pochylony grzbiet i dziecięce jeszcze, nierozrosłe ramiona. Nie wiadomo, dlaczego mnie napastowała. Cóż by jej szkodziło, gdybym jadał w zamku? Przed kilku dniami wyśmiewała mnie, ponieważ potknąłem się na schodach i rozdarłem surdut o gwóźdź. Wczoraj podjęła odrzucone kartki rękopisu, czytała wszystkim w izbie, przedrzeźniała i drwiła ze mnie. Nie zrobiłem jej nic złego i nigdy, o ile wiem, nie korzystałem z jej usług. Przeciwnie, sam sobie słałem na noc na podłodze, by jej oszczędzić trudu. Drwiła z tego, że mi wypadają włosy. Znajdowała je rano w miednicy i śmiała się złośliwie. Moje trzewiki były w smutnym stanie, zwłaszcza ucierpiał jeden, zmiażdżony kołem wozu piekarza. Drwiła i z tego również. „Niech Bóg ma w opiece pana i pańskie trzewiki! — mówiła. — O, jakie ogromne, jak psia buda!” W istocie, były strasznie wydeptane i niekształtne, ale czyż mogłem sobie w tej chwili kupić inne?

Rozmyślałem nad tym wszystkim i dziwiłem się jawnej złośliwości dziewczyny, a tymczasem córki gospodyni zaczęły drażnić starca siedzącego na łóżku. Skakały dokoła niego zaabsorbowane całkiem tą zabawą. Każda miała w ręku źdźbło słomy i kłuła chorego w uszy. Przez chwilę siedziałem, nie wtrącając się w to. Starzec nie czynił nic dla swej obrony, spoglądał tylko z wściekłością na dręczycielki i potrząsał głową, ile razy źdźbło utkwiło mu w uchu.

Drażniło mnie to coraz bardziej i nie mogłem odwrócić oczu. Ojciec patrzył znad kart, uśmiechał się do córek i zwracał uwagę graczy na ich zabawę. Czemuż starzec się nie ruszał, czemu nie odpędził dzieci rękami? Ruszyłem w stronę łóżka.

— Daj pan spokój! Dajże pan spokój! On sparaliżowany! — zawołał gospodarz.

Wróciłem na swoje miejsce bez słowa po prostu ze strachu, by nie podrażnić gospodarza interwencją. Czyż mogłem ryzykować mieszkanie i kromki chleba z masłem przez wtrącanie się w te sprawy rodzinne? Nie warto popełniać głupstw z powodu półmartwego starca! Siedziałem, mając uczucie, że jestem wspaniale twardy, jak głaz.

Dziewczęta nie przestawały dręczyć swej ofiary. Gniewało je, że starzec rusza głową, i kłuły go również po oczach i nosie. Patrzył na nie z wściekłością, a nie mógł ruszyć ręką. Nagle uniósł się trochę i plunął jednej z nich w twarz. Uniósł się ponownie i plunął w drugą, ale nie trafił. Na to zerwał się gospodarz, rzucił karty i przyskoczył do łóżka czerwony z gniewu.

— Stary wieprzu! Jak śmiesz pluć dzieciom w oczy! — krzyknął.

— Na miłość boską! — zawołałem, nie mogąc wytrzymać. — Przecież one strasznie go dręczą!...

Bojąc się wyrzucenia na bruk, wyrzekłem to niezbyt głośno, drżałem przy tym na całym ciele.

Gospodarz zwrócił się do mnie.

— A to co? — spytał. — Cóż, u diabła, masz pan tu do gadania? Stulże pysk i czyń, co ja mówię, będzie to dla pana najzdrowiej!

Teraz rozległ się głos gospodyni i cały dom zahuczał wyzwiskami.

— Zdaje mi się, jak Bóg miły, żeście wszyscy razem powariowali! — zawołała. — Jeśli wam miły dach nad głową, to siedźcież obaj cicho! Zapowiadam, to nie żarty! Ha... nie dość, że się hołocie daje jedzenie i mieszkanie, człowiek musi znosić jeszcze pyskowanie, bezczelność i cały sąd ostateczny?! Milczeć, powiadam! Cicho mi być zaraz! Stulcie gęby, dzieci, i obetrzyjcie nosy, bo inaczej sama to zrobię! Nie widziałam dotąd takich ludzi! Przyłazi to z ulicy bez öre na maść od wszy, rozbija się po nocy i robi kram w domu. Dość tego, powiadam! Może się wynosić natychmiast każdy, kto tu nie ma prawa być! Chcę mieć spokój we własnym mieszkaniu, wiedzcie to nareszcie!

Nie rzekłem słowa, siadłem tylko przy drzwiach i słuchałem zgiełku. Krzyczeli wszyscy, nawet dzieci, zaś służąca objaśniała, jak się wszystko zaczęło.

Nie doszłoby do tego, gdybym ja był milczał; wszystko minęłoby na pewno, gdybym się jeno nie był wtrącił. Cóż miałem w ogóle mówić? Wszakże była zima i zbliżała się w dodatku noc. Czyż to pora bić pięścią w stół i wybierać się na ulicę? — Nie! — powiedziałem sobie. — Nie róbże głupstw! — Siedziałem cicho i nie wychodziłem, chociaż mnie niemal wyrzucano. Z wielkim uporem gapiłem się na ścianę, gdzie wisiał oleodruk65 wyobrażający Chrystusa, i pomijałem milczeniem wybuchy gospodyni.

— Jeśli się pani chce mnie pozbyć — powiedział jeden z graczy — to nic nie stoi na przeszkodzie.

Wstał, a zaraz wstał też drugi.

— Nie ciebie się chcę pozbyć! — odparła. — I nie ciebie także. Już ja powiem, gdy przyjdzie co do czego, kogo mam na myśli. Tak, powiem... Pokaże się, kto to taki...

Mówiła z przerwami, miotała we mnie ciosy jeden po drugim, przeciągając je jak należy, bym lepiej zrozumiał, że o mnie właśnie idzie. — Spokojnie! Spokojnie! — mówiłem sobie. — Nie kazała mi jeszcze iść precz, nie powiedziała tego wyraźnie, nie użyła właściwych słów, nie trzeba się unosić niewczesną dumą ani pychą... Cicho, sza!... — Ach, cóż za dziwne zielone włosy ma ten Chrystus na obrazie. Całkiem podobne do trawy... można by powiedzieć z wielką ścisłością, że wyglądają jak gęsta, zielona trawa. Jest to nader trafne spostrzeżenie... tak... tak... ogromnie gęsta trawa...

Błysło mi szybko kilka skojarzeń ideowych. Zaczęło się od trawy, potem wspomniałem słowa Pisma, że wszelakie życie jest jako trawa, która zostanie zapalona... Dalej zauważyłem, że w dzień Sądu Ostatecznego wszystko spłonie, następnie zboczyłem ku trzęsieniu ziemi w Lizbonie, w końcu zaś zamajaczyło mi coś, jakby hiszpańska spluwaczka66 z mosiądzu i hebanowa obsadka do piór, widziana u Ylajali. Ach, wszystko to było tak znikome! Zupełnie jak ta trawa, która zostanie podpalona! Skończy się czterema deskami i bielizną dla umrzyków... od panny Andersen ulica Wałowa, po prawej stronie...

Wszystko to wywróciło jednak zaraz koziołka w krytycznym momencie, w którym gospodyni postanowiła wygnać mnie precz.

— Nie słyszy! — zawołała. — Ma się pan wynosić, powiadam! Ten człowiek zwariował, przysięgam na Boga! Słyszy pan? Masz się wynosić, i to natychmiast!

Spojrzałem na drzwi, ale nie po to, by wyjść, przeciwnie, owładnęła mną zuchwała myśl. Gdyby był w drzwiach klucz, przekręciłbym go i zamknął się wraz z wszystkimi, byle nie być zmuszony odchodzić. Uczułem histeryczny lęk przed znalezieniem się na ulicy. Ale klucz nie tkwił w zamku, wstałem tedy... nie było rady.

Naraz gospodarz zabrał głos i sprzeciwił się żonie. Stanąłem zdziwiony. Ten sam człowiek, który mnie przed chwilą zwymyślał, stawał teraz w mej obronie. Powiedział:

— Nie wolno ci wyganiać ludzi na noc. Za to jest kara!

Nie byłem pewny, czy groziła za to kara, może zresztą było tak. Gospodyni podumała, uspokoiła się i przestała do mnie mówić. Położyła nawet przede mną dwie kromki chleba z masłem na kolację, ale nie przyjąłem ich z czystej wdzięczności dla gospodarza, oświadczywszy, że jadłem w mieście.

Gdym się udał na nocleg do przedpokoju, przyszła do mnie gospodyni, stanęła w progu, wystawiła swoje ogromne brzuszysko i powiedziała głośno:

— Wiedz pan jednak, że śpisz tu ostatnią noc! Proszę pamiętać!

— Tak, tak... — odparłem.

Na pewno, myślałem, znajdę sobie jutro jakieś schronisko, gdy się jeno wezmę do rzeczy serio. Na razie byłem bardzo rad, że nie muszę iść.

*

Spałem do piątej czy szóstej. Nie było jeszcze całkiem jasno, ale zaraz wstałem. Z powodu zimna spałem w ubraniu, byłem więc całkiem gotów do drogi. Napiłem się wody, otworzyłem cicho drzwi i wyszedłem prędko z obawy spotkania gospodyni.

Jedyną żywą istotą na ulicy był policjant, pełniący służbę nocną, po chwili kilku ludzi zaczęło gasić latarnie gazowe. Włóczyłem się bez celu, znalazłem się w ulicy Katedralnej i ruszyłem w dół, ku twierdzy. Przemarzły, zaspany, z obolałymi kolanami i grzbietem, znużony daleką wędrówką, a nade wszystko bardzo głodny siadłem na ławce i zdrzemnąłem się na dobrą chwilę. Przez trzy tygodnie żyłem wyłącznie chlebem z masłem, który rano i wieczorem dawała mi gospodyni, a teraz minęła właśnie doba od ostatniego posiłku. Gryzło mnie w żołądku, musiałem koniecznie znaleźć jakąś radę. Powziąwszy to postanowienie, zasnąłem ponownie na ławce.

Ktoś tuż obok głośno przemówił i to mnie zbudziło. Otrząsnąwszy się, spostrzegłem, że jest już jasny dzień, że wszyscy na nogach, wstałem przeto i poszedłem. Słońce świeciło przez rzadkie chmury, niebo było białe i lśniące, toteż rozradowany pogodą po tylu ciemnych tygodniach zapomniałem o troskach i pocieszyłem się myślą, że nieraz było mi dużo gorzej. Uderzyłem się po piersiach i zanuciłem jakąś piosenkę. Ale głos mój brzmiał tak ochryple, taki był zmieniony, że mnie to do łez rozczuliło. Także wspaniały dzień i białe, promieniujące światłość niebo podziałały na mnie silnie i omal nie wybuchnąłem głośnym szlochem.

— Co panu jest? — spytał jakiś mężczyzna.

Nie odpowiedziałem, odszedłem tylko, kryjąc twarz przed ludźmi.

Dotarłem do spichrzów portowych. Pod brzegiem stała duża barka z rosyjską flagą i wyładowywała węgiel. Z boku widniała jej nazwa: „Kopegoro”. Przez jakiś czas obserwowałem z zaciekawieniem, co się działo na pokładzie tego cudzoziemskiego statku. Pozostało już widocznie niewiele ładunku, bo linia zanurzenia wystawała mimo zwykłego balastu jakieś dziewięć stóp67 ponad wodę, a pomost dudnił głucho pod ciężkimi butami robotników znoszących węgiel.

Słońce, światło, słony powiew morza, wesoły ruch wokoło orzeźwiły mnie na nowo i wprawiły krew w szybszy obieg. Nagle przyszło mi na myśl, że mógłbym może napisać tu kilka scen mego dramatu, i dobyłem papiery.

Chciałem sformułować replikę mnicha, przepojoną na wskroś nietolerancją, ale mi się nie powiodło. Pominąwszy mnicha, zacząłem komponować mowę sędziego, skierowaną do kobiety, która zhańbiła dom boży. Napisawszy pół kartki, ustałem. W mych słowach nie było właściwego ducha. Ruch panujący tutaj, przyśpiewki, łoskot bloków i nieustanny brzęk łańcuchów, wszystko to nie godziło się z otępiałym, zmurszałym średniowieczem, obejmującym całość akcji ponurym nastrojem. Zebrałem papiery i wstałem.

Mimo to ruszyłem z pracą naprzód i miałem pewność, że ją dokończę, byle mi coś nie przeszkodziło znowu. Gdzież znaleźć spokojny kącik? Rozważałem to, stojąc pośrodku ulicy, i nie mogłem wyszukać w całym mieście odpowiedniego miejsca, by bodaj przez krótki czas móc pracować. Nie było innej rady jak wracać do „pokojów dla przyjezdnych”. Wiłem się wprost na tę myśl, powtarzałem sobie, że nie wypada, ale mimo to szedłem przed siebie, zbliżając się ciągle do zabronionego miejsca. Zaiste, była to nikczemność, przyznawałem szczerze, był to wielki bezwstyd, szkaradny, ale cóż miałem zrobić? Nie czułem cienia zarozumiałości, mogłem zaręczyć, że jestem najmniej zarozumiałym człowiekiem swego czasu. I szedłem dalej.

Zatrzymałem się u bramy niepewny, co czynić. Niech się dzieje, co chce... musiałem się wziąć na odwagę. Zresztą szło o drobnostkę, o kilka może jeno godzin... potem zaś niech mnie Bóg broni, bym miał w tym domu szukać przytułku. Wszedłem na podwórze. Idąc po wyboistych kamieniach, byłem jeszcze niezdecydowany i omal nie zawróciłem od samych drzwi. Zaciąłem zęby. Precz z fałszywą dumą! W najgorszym razie mogłem się wymówić tym, że przybyłem, by się pożegnać przyzwoicie i ułożyć sprawę zapłaty mojego niewielkiego długu. Otwarłem drzwi do przedpokoju.

Nagle stanąłem jak skamieniały. Tuż przed sobą, o dwa kroki zobaczyłem gospodarza. Nie miał surduta ani kapelusza i zaglądał przez dziurkę od klucza do izby mieszkalnej. Gestem nakazał milczenie i zaglądał dalej, śmiejąc się ustawicznie.

— Chodź pan tu! — szepnął mi.

Zbliżyłem się na palcach.

— Spójrz no pan! — powiedział i buchnął silnym, porywczym śmiechem. — Spójrz pan! Leżą tam... hi... hi... hi... Patrz pan na starego... Czy pan go widzisz?

W łóżku, tuż pod oleodrukiem wyobrażającym Chrystusa ujrzałem dwie osoby — gospodynię i młodego kandydata na sternika. Nogi ich odcinały się biało na ciemnej pierzynie. A po drugiej stronie, pod ścianą, siedział ojciec, sparaliżowany starzec, pochylony jak zawsze, skulony, niezdolny do wykonania ruchu...

Obróciłem się do gospodarza. Czynił ogromne wysiłki, by się nie roześmiać głośno. Ściskał palcami nos.

— Widziałeś pan starego? Czyś go pan widział? Siedzi i przygląda się! — powiedziawszy to, nachylił się i znów patrzył.

Podszedłem do okna i usiadłem. Widok ten przewrócił mi niemiłosiernie wszystkie myśli i zniweczył podniosły nastrój. Zresztą cóż mnie to obchodzi, myślałem. Jeśli mąż nie tylko się godzi, ale nawet bardzo się z tego raduje, co się dzieje, to cóż mi to może szkodzić? A starzec... to wszakże tylko starzec. Widywał pewnie nieraz to samo... może zasnął... Bóg jeden wie... może nawet umarł już? Nie dziwiłbym się nawet, gdyby siedział umarły, i nie miałbym z tego powodu wyrzutów sumienia.

Dobyłem papiery starając się wyzbyć myśli niemających łączności z tematem. Utknąłem w środku mowy sędziego: „...Nakazuje mi Bóg i prawo, nakazuje rada mądrych ludzi, nakazuje mi własne sumienie...” Spojrzałem w okno, dumając, co mu mogło nakazywać sumienie. Z izby dolatywał jakiś słaby głos. Ach, to nie moja rzecz... Starzec zresztą nie żyje, pewnie zmarł rano, około czwartej. Zgoła obojętne było mi znaczenie tego odgłosu, czemuż tedy myślałem o nim? Cicho, sza!

„Nakazuje mi własne sumienie...”

Ale wszystko się sprzysięgło przeciw mnie. Gospodarz nie stał spokojnie przy dziurce od klucza, od czasu do czasu śmiał się z cicha, widziałem, jak się trzęsie, a także na ulicy działo się niejedno, co mi rozpraszało myśli. Na przeciwległym chodniku siedział mały chłopak i grzejąc się na słońcu, zabawiał się niewinnie zwijaniem dwu kawałków papieru, nie zawadzając nikomu. Nagle skoczył i zaczął kląć. Cofnął się na środek ulicy i zobaczył mężczyznę, który wychylił się z okna pierwszego piętra i napluł mu na głowę. Malec wył ze złości i klął bezsilnie patrząc w okno, zaś rudobrody śmiał mu się w nos. Trwało to z pięć minut. Obróciłem się, by nie widzieć, jak chłopak płacze.

„Nakazuje mi własne sumienie... by...”

Ani rusz dalej. Zaczęły mi latać czarne płatki przed oczyma, a jednocześnie uczułem, że wszystko, com napisał, jest ostatnim głupstwem. Jakże mówić o sumieniu w wiekach średnich, skoro sumienie odkrył dopiero nauczyciel tańca, Szekspir? Cała mowa była tedy nonsensem. W całym rękopisie nie było nic rozsądnego! Przebiegłem go oczyma i zaraz znikły wątpliwości. Przekonałem się, żem stworzył doskonałe ustępy, a całe partie były wprost przedziwne. Uczułem ponowny przypływ zapału i postanowiłem wbrew wszystkiemu doprowadzić rzecz do końca.

Wstałem i ruszyłem ku drzwiom, nie zważając na gesty wściekłości gospodarza. Zdecydowany zupełnie wyszedłem do sieni i udałem się schodami na pierwsze piętro do mego dawnego pokoju. Nie było tu marynarza, nic mi tedy nie przeszkadzało posiedzieć chwilę. Nie miałem zamiaru ruszać jego rzeczy, nie chciałem nawet używać stołu, ale poprzestałem jeno na stołku pod drzwiami... Rozłożyłem szybkim ruchem papiery na kolanach.

Przez kilka minut szło mi wyśmienicie. Replika za repliką jawiła się gotowa w mej głowie, tak że pisałem bez ustanku. Mnożyły się kartki, jechałem pełną parą, skomląc z lekka z zachwytu nad własnym natchnieniem i nie wiedząc, co się wkoło dzieje. Słyszałem jeno własne skomlenie. Wpadł mi doskonały efekt z dzwonem kościelnym, który umyśliłem wprowadzić w danym momencie. Wszystko szło jak najlepiej.

Nagle usłyszałem kroki na schodach. Zadrżałem i doznałem ogromnego wzburzenia. Siedziałem jak na węglach trwożny, czujny, bojąc się wszystkiego, a przy tym nękany głodem. Nasłuchiwałem z ołówkiem w ręku, niezdolny do pisania. W końcu otwarły się drzwi i weszła para z izby na parterze.

Zanim jeszcze zdążyłem wyrzec kilka słów przeproszenia, gospodyni zawołała, jakby zobaczyła ducha:

— Boże, bądź miłościw! Boże, ratuj! On tu siedzi, widzę, znowu?

— Proszę wybaczyć! — powiedziałem, nie wiedząc, co rzec dalej.

Gospodyni otwarła na oścież drzwi i wrzasnęła:

— Jeśli pan się nie wyniesie natychmiast, jak mi Bóg miły, wezwę policję!

Wstałem.

— Chciałem się jeno pożegnać... — bąknąłem — i musiałem na panią czekać. Nie tknąłem niczego, siedziałem tylko na stołku...

— Nic nie szkodzi... — powiedział marynarz. — Cóż, u licha, zrobił złego? Daj mu pani pokój!

Zeszedłszy ze schodów, uczułem wielki gniew na tę oto grubą, napuchłą babę, która mi następowała na pięty, chcąc przynaglić do odejścia. Stanąłem, a na usta cisnęły mi się okropne klątwy, którymi chciałem ją obrzucić. Ale rozmyśliłem się z wdzięczności dla młodego marynarza, który szedł za nią i mógł usłyszeć. Gospodyni ścigała mnie ciągle i wyzywała na wszelkie sposoby, a za każdym jej krokiem mój gniew wzbierał.

Zeszliśmy na podwórze. Kroczyłem powoli, dumając, czy nie należałoby rozprawić się z jędzą. W tej chwili ogarnięty pasją zamierzałem dokonać krwawej zemsty, chciałem ją położyć trupem uderzeniem pięści lub kopnięciem w brzuch. Nagle zobaczyłem w bramie posługacza. Zbliżył się i skłonił, ale ja nie odpowiedziałem na pozdrowienie. Zwrócił się do gospodyni i usłyszałem, że pyta o mnie, ale nie obróciłem się.

Posługacz dogonił mnie kilka kroków za bramą, pozdrowił znowu i zatrzymał, podając list. Rozerwałem gwałtownie kopertę i zobaczyłem banknot dziesięciokoronowy. Prócz tego nie było nic.

Spojrzałem na oddawcę i spytałem:

— Co za głupie żarty? Od kogóż to?

— Nie wiem — odparł — jakaś dama poleciła oddać panu kopertę.

Stałem w milczeniu, a posługacz odszedł. Włożyłem banknot z powrotem w kopertę, zmiąłem wszystko razem w jedną kulę, zawróciłem do gospodyni, patrzącej jeszcze za mną, i cisnąłem jej zwitek w twarz. Nie powiedziałem nic, nie wyrzekłem jednego słowa, zauważyłem jeszcze przed odejściem, że obejrzała rzucony papier.

To się zwie postąpić wspaniale! Nic nie mówić, nie odzywać się do kanalii, tylko zmiąć wielki banknot i cisnąć prześladowcy pod nogi. To postępek pełen godności... nieprawdaż? Tak trzeba traktować to bydło!...

Gdym doszedł do rogu Tomtestraede i placu Kolejowego, ulica zaczęła mi się nagle kręcić w oczach, zahuczało mi w głowie i padłem na ścianę kamienicy. Nie mogłem już iść dalej ani stanąć prosto na nogach. Pozostałem w pozycji, w jakiej padłem, i poczułem, że tracę zmysły. Wściekłość wzrosła jeszcze przez świadomość bezsiły, podniosłem nogę i zacząłem tupać gwałtownie. Próbowałem różności, by przyjść do siebie, zaciskałem zęby, marszczyłem czoło, przewracałem oczyma i... w końcu pomogło jakoś. Rozjaśniło mi się w głowie, zrozumiałem, że zaczynam konać. Wyciągnąłem ręce i odepchnąłem się od ściany. Ulice tańczyły jeszcze przede mną. Zacząłem płakać ze złości, toczyłem mocarny bój ze słabością i dokonałem tego, że nie upadłem. Chciałem umrzeć stojąco. Opodal siebie ujrzałem dwukołowy wóz towarowy pełen ziemniaków, widziałem, że to ziemniaki, ale powiedziałem sobie ze wściekłości i uporu, że to kapusta, i uroczyście przysiągłem, że tak jest oczywiście. Słyszałem dobrze, co mówię, ale ustawicznie zaprzysięgałem to kłamstwo, by doznać miłego uczucia, że dopuszczam się ordynarnego krzywoprzysięstwa, by poić się tym niesłychanym grzechem. Podniosłem trzy palce i drżącymi wargami przysięgałem w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego... że jest to kapusta!

Czas mijał. Siadłem na jakichś schodach, otarłem pot z czoła i karku, wciągnąłem haust powietrza i zmusiłem się do spokoju. Słońce zaczęło zstępować, miało się ku wieczorowi. Dumałem nad położeniem, głód stał się wprost bezwstydny, a za parę godzin miała nadejść noc. Trzeba było obmyślić coś zawczasu.

Krążyłem przez jakiś czas w dumaniach koło „pokojów dla przyjezdnych”, skąd mnie wygnano. Nie chciałem tam wracać, a myśleć musiałem nadal. Gospodyni wykonała jeno swoje prawo. Jakże mogła tolerować kogoś, kto nie płacił? Dawała mi ponadto jeść, a wczoraj jeszcze poczęstowała mnie z dobrotliwości dwoma kromkami, gdyż wiedziała, że mi tego potrzeba. Nie mogłem się przeto na nic uskarżać; siedząc teraz na schodach, uczułem wielki żal i jąłem przepraszać za swe postępowanie. Żałowałem zwłaszcza, żem się okazał niewdzięczny i rzuciłem jej w twarz dziesięć koron.

Dziesięć koron! Gwizdnąłem głośno. Skądże jednak pochodził list wręczony przez posługacza? Teraz dopiero pomyślałem nad tym jasno i zaraz zrozumiałem całą rzecz. Pełen bólu i wstydu potrząsając głową wyrzekłem kilka razy ochrypłym głosem: „Ylajali!”. Wszakże wczoraj dopiero postanowiłem przejść obok niej dumnie w razie spotkania i okazać zupełną obojętność. Miast tego pobudziłem jeno jej litość i wyłudziłem zapomogę. Ach, kiedyż się skończy mój upadek? Nawet wobec niej nie mogłem się zachować przyzwoicie; spadałem, spadałem pod każdym względem i zawsze, gdziekolwiek się zwróciłem, padałem na kolana, tonąłem w fali bezczelności i nie było sposobu wynurzyć się na powierzchnię. Trudno o większą hańbę! Jakżeż mogłem przyjąć jałmużnę i nie oddać jej tajemniczemu dobroczyńcy, jak śmiałem chwycić oburącz podany sobie grosz i użyć go na opłatę mieszkania mimo wewnętrznego wstrętu?...

Czyżby nie dało się uzyskać w jakiś sposób owych dziesięciu koron? Nie sposób chyba iść i żądać zwrotu od gospodyni. — Musi się znaleźć — powiedziałem sobie — jakiś sposób, byle porządnie pomyśleć. — Nie starczyło tu zwykłego myślenia, należało wytężyć się tak, by czuć to w całym ciele. I uczyniłem ten wysiłek.

Było około czwartej i gdybym miał skończony dramat, mógłbym jeszcze dziś udać się do dyrektora teatru. Dobyłem rękopis i wziąłem się na gwałt do kilku ostatnich scen. Myślałem, pociłem się, czytałem od początku, ale nie mogłem ruszyć. Tylko bez głupstw i uporu! Tak sobie powiedziałem i jąłem pisać bez namysłu, utrwalając niezwłocznie, co mi tylko wpadło, byle dobić do końca. Wmawiałem w siebie, że przyszła wielka chwila natchnienia, okłamywałem się i zwodziłem jawnie, pisałem dalej, jakby mi nie trzeba było szukać słów. — To doskonałe! To istny skarb!... Zapisz to zaraz! — tak szeptałem raz po raz.

W końcu jednak ostatnie repliki wydały mi się podejrzane, odbijały zbyt jaskrawo od poprzednich, poza tym w słowach mnicha nie było ducha średniowiecza. Rozgryzłem ołówek, zerwałem się, potargałem rękopis kartkę za kartką, potem zaś rzuciłem kapelusz na ulicę i zacząłem po nim deptać. — Przepadłem! — szeptałem do siebie. — Panowie i panie... przepadłem z kretesem! — Powtarzałem te słowa, tańcząc ciągle po kapeluszu...

Na koniec zauważyłem, że o kilka kroków dalej stoi policjant i obserwuje mnie. Stał pośrodku ulicy i patrzył wyłącznie na mnie. Odrzuciłem wstecz głowę i spojrzenia nasze spotkały się. Musiał mnie już od dłuższego czasu obserwować. Wziąłem kapelusz, wsadziłem go na głowę i podszedłem doń.

— Czy wie pan, która godzina? — spytałem.

Przez chwilę stał, nie odwracając ode mnie oczu, potem dobył zegarek i rzekł:

— Dochodzi czwarta.

— To prawda! — zawołałem. — Zupełna prawda! Widzę, że pan zna się na swoich obowiązkach... nie zapomnę o panu!

To powiedziawszy, odszedłem, on zaś niezmiernie zdziwiony został z otwartą gębą i zegarkiem w ręku. Doszedłszy do „Royalu”, obróciłem się i zobaczyłem, że stoi dalej w tej samej pozycji i gapi się na mnie.

— He... he... — powiedziałem głośno. — Tak należy traktować bydło! Z całą bezczelnością! To imponuje, to przeraża bydło... — Uczułem wielkie zadowolenie z siebie i zanuciłem piosenkę. Owładnięty wzburzeniem, nie czując bólu ani żadnej niedyspozycji, przeszedłem lekki jak piórko cały plac Targowy i siadłem pod kościołem Zbawiciela na ławce.

Wydało mi się teraz zupełnie obojętne, czy odeślę owe dziesięć koron, czy też nie! Dostałem je, były tedy moje, a ofiarodawca nie ucierpiał przez to wcale. Wszakże były wyraźnie skierowane do mnie, a nie mogłem ich zostawić posługaczowi. Ponadto nie wypadało zwracać innego banknotu jak tylko otrzymany. Nie było tedy rady.

Usiłowałem obserwować ruch na placu i zająć myśli rzeczami obojętnymi, ale nadaremnie. Nie schodził mi z myśli ten banknot. W końcu zacisnąłem ze złości pięści. Po cóż odsyłać? Dotknęłoby ją to. Czyż miałem zawsze robić minę pyszałka lepszego ponad wszystko, potrząsać głową i odmawiać? Do czegóż to prowadzi? Oto znów jestem na ulicy. Mając najlepszą sposobność zatrzymania ciepłego mieszkania, uniesiony dumą wpadłem za pierwszym słowem w pasję, rzuciłem w prawo i lewo po dziesięciokoronówce i porwawszy się, poszedłem sobie precz! Odbyłem nad sobą ostry sąd z powodu porzucenia przytułku i postawienia się w trudnej sytuacji.

Zresztą napluć na wszystko! Nie prosiłem o tych dziesięć koron, dotknąłem ich zaledwie, potem zaraz dałem obcym, zgoła obcym ludziom, których już nigdy nie zobaczę. Taki już jestem... płacę wszystko do ostatniego grosza, jeśli przyjdzie płacić.

Znałem Ylajali na tyle, by wiedzieć, że nie żałuje pieniędzy, po cóż tedy siedziałem tu i użerałem się sam z sobą? Mogła chociaż tyle dla mnie uczynić, by mi od czasu do czasu posłać dziesięć koron. Wszakże dziewczyna była we mnie zakochana, na śmierć zakochana... niezawodnie! Pomyślawszy to, nadąłem się wielce. Tak, to nie ulega kwestii, że była po uszy zakochana... ta biedna dziewczyna!

Wybiła piąta. Po długim podnieceniu przyszedł opad sił i znowu uczułem szum i pustkę w głowie. Spojrzałem przed siebie w powietrze, potem zaś w stronę „Apteki pod Słońcem”. Głód mnie żarł i cierpiałem bardzo. Siedziałem gapiąc się w niebo, po chwili zamajaczyła mi przed oczyma jakaś postać, potem zaś wyraźnie zobaczyłem i poznałem pod apteką ciastkarkę.

Drgnąłem, wyprostowałem się i zacząłem myśleć. Tak... tak... wszystko w porządku, to ta sama kobieta, przy tym samym stole i na tym samym miejscu. Gwizdnąłem kilka razy, strzepnąłem palcami, wstałem i podszedłem do apteki. — Tylko bez głupstw! — Nic mnie teraz nie obchodziło, czyją własnością były owe srebrne kongsberskie monety... Nie powinno się przesadzać w dumie, może to bowiem przyprawić o śmierć...

Zbliżyłem się do narożnika, wycelowałem wprost na przekupkę i stanąłem przed nią. Uśmiechnąłem się, skinąłem głową jak znajomy i zacząłem w ten sposób, jakby mój powrót musiał jej się wydawać naturalny.

— Dobry wieczór! — rzekłem. — Widzę, że mnie pani nie poznaje?

— Nie! — odparła z wolna, patrząc na mnie.

Uśmiechnąłem się ponownie, jakby uradowany jej doskonałym żartem, że niby to mnie nie poznaje, i powiedziałem:

— Musi pani chyba pamiętać, żem pani przed niejakim czasem wręczył kilka koron. Wówczas, o ile wiem, nie powiedziałem nic, taki bowiem już mam zwyczaj. Mając do czynienia z porządnymi ludźmi nie potrzeba za każdą drobnostką spisywać kontraktów... He... he... nieprawdaż... Tak, to ja dałem pani pieniądze!

— To pan? Ach, prawda, teraz poznałam pana doskonale... Gdy o tym pomyślę...

Nie chcąc dopuścić do tego, by mi dziękowała za dar, spuściłem oczy na dół, szukając czegoś dla siebie, i powiedziałem:

— Teraz przyszedłem po swoje ciastka.

Nie zrozumiała.

— Przyszedłem zabrać sobie kupione swego czasu ciastka... czyli część ich... pierwszą ratę... nie potrzebuję dziś wszystkiego...

— Przyszedł pan po ciastka? — spytała.

— Oczywiście, przyszedłem! — zawołałem ze śmiechem, by zrozumiała tę prostą rzecz, że przyszedłem. Wziąłem też zaraz coś w rodzaju chlebowego piernika i zacząłem jeść.

Zobaczywszy to, przekupka zerwała się z siedzenia w głębi straganu, zaczęła machać rękami dla obrony swej własności i dawać mi do poznania, że nie spodziewała się mego powrotu w celach rabunkowych.

— Jak to, nie? — spytałem. — Niezrównana z pani kobieta. Czyż zdarzyło się, by ktoś dał na przechowanie moc pieniędzy, nie zgłaszając się potem po nie? Ano, widzi pani! Może pani myśli, że to były pieniądze skradzione? Pewnie nie, i bardzo słusznie! Jest to, że tak rzekę, wielka uprzejmość z pani strony, że uważa mnie pani za człowieka uczciwego... Ha... ha... to naprawdę coś niezwykłego!

Spytała, z jakiego powodu dałem jej pieniądze.

Wyjaśniłem głosem przyciszonym, ale z naciskiem, że przywykłem do tego rodzaju postępowania, albowiem uważam wszystkich ludzi za dobrych. Ile razy ktoś mi proponuje pokwitowanie czy umowę, potrząsam głową i mówię: „Nie, dziękuję!”. Świadczę się Bogiem, że tak jest.

Ale przekupka nie rozumiała jeszcze.

Jąłem się innych środków, zacząłem mówić ostro i zastrzegłem się przed głupstwami. Spytałem, czy nikt w ten sposób nie dał jej dotąd zaliczki.

— Mam na myśli — rzekłem — ludzi zamożnych, na przykład konsulów... nie... nigdy? Nie moja wina, że tego rodzaju postępowanie jest pani obce. Za granicą zawsze się tak robi. Pewnie nie przekroczyła pani nigdy granic państwa. Nie? A otóż to właśnie! Dlatego nie może pani zabierać głosu w tej sprawie... — mówiąc to, wziąłem kilka ciastek ze stołu.

Mruczała ze złości, wzbraniała się wydać mi towar, a nawet wyrwała z ręki ciastka i położyła na miejscu.

Rozgniewany uderzyłem w stół i zagroziłem policją. Zaraz jednak zmiękłem i oświadczyłem tylko, że jeśliby mi nie wydała, co moje, mogę ją zniszczyć całkiem, bowiem dałem jej swego czasu moc pieniędzy, ale nie będę nastawał i zadowolę się połową należności. Poza tym nie przyjdę już powtórnie, nie, broń Boże, nie przyjdę, przekonałem się, jak jest niedobrą kobietą.

Na koniec podsunęła mi kilka ciastek, cztery czy pięć, nałożywszy bezwstydną, jak tylko mogła najwyższą cenę, poleciła mi zabrać je i wynosić się.

Zacząłem się kłócić, twierdząc, że mnie oszukuje co najmniej o koronę, a w dodatku kładzie lichwiarską cenę. Spytałem, czy wie, jaka za to grozi kara.

— Możesz się dostać na całe życie do więzienia, ty stara łupo! — zawołałem.

Rzuciła mi jeszcze jedno ciastko i zgrzytając niemal zębami, poprosiła, by jej już dać spokój.

Odszedłem.

Ha... tak nikczemnej przekupki nie widziałem dotąd! Szedłem przez plac, pożerałem ciastka, przez cały czas mówiłem głośno o tej babie, jej bezczelności, i powtórzywszy niemal dosłownie cały dialog, doszedłem do przekonania, że zwyciężyłem. Jadłem na oczach wszystkich ludzi ciastka i nie przestawałem mówić.

Ciastka nikły jedno po drugim, nie doznawałem skłonności do wymiotów mimo nadmiaru, byłem ogłodzony do cna. Oby tylko nie trzeba było oddać! Chłonąłem tak chciwie jedzenie, że omal nie pożarłem ostatniego ciastka, przeznaczonego z góry dla malca, którego opluł rudobrody w Wognmandstraede.

Nie mogłem zapomnieć miny chłopca w chwili, gdy się zerwał, zaczął kląć i płakać. Obrócił się także ku memu oknu, by zobaczyć, czy i ja się z niego śmieję... Bóg raczy wiedzieć, czy go zastanę o tej porze. Z wysiłkiem i możliwie szybko dążyłem ku Wognmandstraede, minąłem miejsce, gdzie potargałem dramat i gdzie leżało jeszcze kilka kartek, obszedłem z dala policjanta, którego zadziwiłem niedawno swym zachowaniem, i dotarłem w końcu do bramy, gdzie siedział chłopiec.

Nie było go, ulica świeciła pustką, ciemno się przy tym zrobiło, nie zobaczyłem też malca, który musiał już wrócić do domu. Ostrożnie położyłem ciastko, oparłem je o drzwi, zastukałem silnie i odbiegłem prędko. Znajdzie je niezawodnie, pomyślałem, gdy tylko wyjdzie. Oczy mi napełniły łzy głupiej radości, że dziecko znajdzie przysmak.

Wróciłem do portu.

Nie byłem już głodny, ale połknięte słodycze wywołały nudności. Na nowo zahuczało mi w głowie od szaleńczych myśli. Co by się stało, gdybym tak cichaczem poprzecinał liny okrętów albo nagle wrzasnął: „Gore!”?

Kroczyłem wybrzeżem, siadłem na jakiejś skrzyni, założyłem ręce i uczułem, że coraz bardziej kręci mi się w głowie. Ale nie ruszyłem się i nie czyniłem wysiłków, by walczyć z osłabieniem.

Zapatrzony w barkę „Kopegoro” z rosyjską flagą, ujrzałem na tylnym pomoście jakiegoś mężczyznę. Czerwone latarnie u lewej burty oświecały jego twarz. Wstałem i przemówiłem doń. Nie miałem żadnego celu, nie spodziewałem się też odpowiedzi. Spytałem:

— Czy pan rusza dziś w drogę, kapitanie?

— Tak... niedługo! — odparł.

Mówił po szwedzku. Musi być Finlandczykiem, pomyślałem68.

— Hm... może panu potrzeba człowieka? — spytałem.

Było mi w tej chwili obojętne, że prawdopodobnie spotkam się z odmową. Nie zależało mi na odpowiedzi. Ale czekałem, patrząc nań.

— Nie — odrzekł — chyba gdyby to był ktoś młody...

Młody! — błysło mi, zdjąłem szybko okulary, włożyłem je w kieszeń, wstąpiłem na kładkę i stanąłem na pomoście.

— Nie jeździłem dotąd — powiedziałem — ale mogę robić każdą rzecz. Dokąd pan płynie?

— Jadę z balastem do Leeds69 po węgiel dla Kadyksu70.

— Dobrze! — odparłem, narzucając mu się. — Mnie jest obojętny kierunek. Będę pełnił przeznaczoną robotę i basta!

Spoglądał na mnie przez chwilę i dumał.

— Nie jeździłeś dotąd jeszcze? — spytał.

— Nie! Ale powtarzam, mogę robić co bądź, nawykłem do wszystkiego.

Zadumał się znowu. Postanowiłem sobie, że pojadę, bałem się tedy odprawienia na ląd.

— Nad czym pan duma, panie kapitanie? — spytałem. — Ręczę, że podołam każdej pracy, choćby najcięższej. Co mówię? Musiałbym być niewdzięcznikiem, nie robiąc więcej, niż nakazuje obowiązek! W razie potrzeby mogę stać dwa razy, raz po razie na straży. To mi doskonale zrobi, a wytrzymam na pewno.

— Ano, zobaczymy! — odparł, uśmiechnąwszy się z lekka na moje ostatnie słowa. — Jeśli się nie powiedzie, możemy się rozstać w Anglii.

— Naturalnie! — zawołałem uradowany i powtórzyłem, że możemy się doskonale rozstać w Anglii w najgorszym razie.

Zaraz dał mi robotę...

Gdyśmy wypłynęli na fiord, wyprostowałem się mimo gorączki i znużenia, spojrzałem ku miastu i pożegnałem Chrystianię, połyskującą światłem niezliczonych okien.

Przypisy:

1. Chrystiania — dawna nazwa miasta Oslo, stolicy Norwegii. [przypis edytorski]

2. korona — tu: jednostka monetarna w Norwegii. [przypis edytorski]

3. mamzel — zniekształcone francuskie madmoiselle, tj. panna. [przypis edytorski]

4. przeto (daw.) — więc, zatem. [przypis edytorski]

5. nie stać (daw.) — zabraknąć, nie starczyć. [przypis edytorski]

6. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]

7. rad (daw.) — chętnie, z zadowoleniem; chętny, zadowolony; rad bym: chętnie bym. [przypis edytorski]

8. Ładniem się zasypał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: ładnie się zasypałem (tj. wsypałem się, wpadłem). [przypis edytorski]

9. öre (wym. ere) — drobna moneta norweska o wartości 1/100 korony. [przypis edytorski]

10. żem mu winien (daw.) — skrót od: że jestem mu winien. [przypis edytorski]

11. tedy (daw.) — więc, zatem. [przypis edytorski]

12. sofizmat — pozornie poprawne rozumowanie rozmyślnie dowodzące nieprawdziwej tezy, w rzeczywistości opierające się na zatajonym błędzie. [przypis edytorski]

13. Kant, Immanuel (1724–1804) — niemiecki filozof oświeceniowy, twórca rewolucyjnej doktryny filozofii krytycznej, czołowa postać nowożytnej filozofii. [przypis edytorski]

14. Renan, Joseph Ernest (1823–1892) — francuski historyk, filolog i filozof, krytyczny badacz historii religii. [przypis edytorski]

15. trotuar (z fr.) — chodnik. [przypis edytorski]

16. Tivoli — dawny kompleks rekreacyjno-rozrywkowy w norweskiej Christianii (ob. Oslo), otwarty w 1877, zamknięty w 1934. [przypis edytorski]

17. czym przeszedł — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: czy przeszedłem. [przypis edytorski]

18. mimo (daw.) — obok. [przypis edytorski]

19. Po cóż miałbym się troszczyć o żarcie i picie (...) skoro mam ojca w niebie, który opiekuje się mną zarówno jak wróblami — odniesienie do Biblii: Mt 6, 25–26; Łk 12, 22–24. [przypis edytorski]

20. fizjonomia — twarz; wygląd. [przypis edytorski]

21. jąć się czegoś (daw.) — zabrać się za coś; zająć się czymś. [przypis edytorski]

22. hektyczny (z gr.) — chorobliwy, gorączkowy; wynikający z podniecenia i niepokoju. [przypis edytorski]

23. surdut — długa dwurzędowa marynarka, popularna na przełomie XIX i XX w. [przypis edytorski]

24. Mme (fr.) — skrót od: madame: pani. [przypis edytorski]

25. Smyrna — dziś: Izmir, wielkie miasto portowe w zachodniej Turcji. [przypis edytorski]

26. pluta (reg.) — plucha, szaruga, dżdżysta pogoda. [przypis edytorski]

27. atoli (daw.) — jednak. [przypis edytorski]

28. oranina — zaorane pole. [przypis edytorski]

29. galar — płaskodenny statek wiosłowy używany dawniej do przewodu towarów w dół rzeki. [przypis edytorski]

30. Storting — jednoizbowy parlament Królestwa Norwegii. [przypis edytorski]

31. Kanaan — starożytna kraina na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego, wymieniana w Biblii jako ziemia obiecana Izraelitom przez Boga (tereny obecnej Palestyny). [przypis edytorski]

32. peklowane mięso — mięso konserwowane w roztworze soli z przyprawami. [przypis edytorski]

33. kongsberski — pochodzący z Kongsbergu, miasta na południu Norwegii, w którego okolicach działały liczne kopalnie srebra. [przypis edytorski]

34. Aker — dawna gmina norweska sąsiadująca z miastem Christianią (Oslo), obecnie część tego miasta. [przypis edytorski]

35. Gaz świeci się — pod koniec XIX w. w dużych miastach używano zasilanych z gazowni lamp gazowych, emitujących silne światło dzięki rozgrzewaniu do białości siatki żarowej płomieniem spalanego gazu; oświetlano nimi ulice, budynki publiczne, warsztaty, sklepy, a także domy klasy średniej. [przypis edytorski]

36. rozpaczny (daw.) — rozpaczliwy. [przypis edytorski]

37. folga (daw.) — ulga, odpoczynek; pobłażanie; dawać sobie folgę: folgować sobie, pozwalać sobie na coś. [przypis edytorski]

38. Weber, Karol Maria von (1786–1826) — niemiecki kompozytor, twórca wielu oper i koncertów fortepianowych. [przypis edytorski]

39. Mammon a. Mamon (bibl.) — w Biblii: pieniądz, bogactwo; w średniowieczu: demon będący uosobieniem pieniędzy, złota, kuszący ludzi bogactwem i doczesnymi przyjemnościami. [przypis edytorski]

40. gościec (daw.) — reumatyzm, ogólna nazwa chorób, których wspólną cechą są zmiany zapalne oraz bóle stawów i mięśni. [przypis edytorski]

41. marka (daw.) — znaczek pocztowy. [przypis edytorski]

42. którym już napisał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: który już napisałem. [przypis edytorski]

43. biust — tu: popiersie, forma rzeźby. [przypis edytorski]

44. litografia (z gr.) — popularna w XIX w. metoda druku i technika graficzna polegająca na wykonaniu rysunku tłustą kredką, farbą lub tuszem na płycie kamiennej, pokryciu go farbą drukarską i odbiciu na papierze; tu: odbitka powstała tą metodą. [przypis edytorski]

45. Corregio, właśc. Antonio Allegri (1489–1534) — włoski malarz okresu dojrzałego renesansu. [przypis edytorski]

46. Kutorv, właśc. Kutorvet (norw. dosł.: krowi rynek) — potoczna nazwa rolniczego placu targowego w Christianii (ob. Oslo), obecnie noszącego nazwę Youngstorget (plac Younga). [przypis edytorski]

47. subiekt (daw.) — sprzedawca w sklepie. [przypis edytorski]

48. zaszpuntować — zatkać otwór w beczce szpuntem (kołkiem). [przypis edytorski]

49. żakowski — studencki, uczniowski. [przypis edytorski]

50. fliz — ozdobna płyta kamienna służąca do wykładania powierzchni ścian, podłóg itp. [przypis edytorski]

51. larum (daw.) — alarm. [przypis edytorski]

52. misa soczewicy (bibl.) — za miskę soczewicy patriarcha Jakub podstępem wyłudził od swojego głodnego brata Ezawa prawo do starszeństwa i związane z nim prawo władzy nad całym rodem (Rdz 25, 29–34). [przypis edytorski]

53. gdybym go był poprosił — przykład użycia czasu zaprzeszłego, wyrażającego czynność wcześniejszą niż opisana czasem przeszłym lub niezrealizowaną możliwość, jak w tym przypadku; dziś: gdybym go poprosił. [przypis edytorski]

54. Baal (mit.) — dosł.: „Pan”, tytuł boga Hadada (Adada), głównego bóstwa ludów zachodniosemickich (Palestyny, Fenicji, Syrii), władcy świata, boga burzy i deszczu; słowo „Baal” często występuje w Biblii na określenie różnych bogów pogańskich. [przypis edytorski]

55. Apis — w kulturze starożytnego Egiptu święty byk czczony w sanktuarium w Memfis, symbol siły i męstwa, uważany za wcielenie boga Ptaha lub Ozyrysa. [przypis edytorski]

56. mila geograficzna — dawna jednostka długości używana w XIX w. w Skandynawii i w Niemczech, równa 1/15 stopnia równikowego, tj. ok. 7,4 km. [przypis edytorski]

57. prymka — rodzaj tytoniu do żucia. [przypis edytorski]

58. miast (daw.) — zamiast. [przypis edytorski]

59. janczary — dzwonki przy końskiej uprzęży. [przypis edytorski]

60. łut — dawna jednostka wagi, licząca 1/32 funta lub 1/16 grzywny (marki), tj. ok. 12–17 g. [przypis edytorski]

61. zasypać się (daw.) — wsypać się, wpaść, skompromitować się. [przypis edytorski]

62. noc św. Bartłomieja — rzeź dokonana przez katolików w Paryżu w nocy z 23 na 24 sierpnia 1572, której ofiarą padło 3 tys. hugenotów (francuskich protestantów), na czele z ich przywódcą, admirałem Coligny, i która dała sygnał do dalszych rzezi w całej Francji. [przypis edytorski]

63. junakieria — śmiałość, zadziorność; por. junak: odważny, młody mężczyzna. [przypis edytorski]

64. pono (daw., gw.) — ponoć, podobno. [przypis edytorski]

65. oleodruk — przemysłowo wykonana reprodukcja naśladująca obraz olejny; szczególnie popularne w XIX w., oleodruki pot. stały się synonimem taniej podróbki, kiczu. [przypis edytorski]

66. spluwaczka — naczynie, do którego można wypluć nadmiar śliny z ust, powszechnie używane w XIX w. w miejscach publicznych oraz w domach prywatnych. [przypis edytorski]

67. stopa — dawna miara długości, ok. 30 cm. [przypis edytorski]

68. Mówił po szwedzku. Musi być Finlandczykiem, pomyślałem — tj. pochodzi z Wielkiego Księstwa Finlandii, utworzonego w 1809 po wojnie rosyjsko-szwedzkiej jako autonomiczna prowincja Imperium Rosyjskiego, z zachowaniem języka szwedzkiego jako urzędowego (do 1863); Finlandia została w średniowieczu podbita i skolonizowana przez Szwedów, którzy panowali tam przez 560 lat; w XIX w. szwedzki pozostawał językiem warstw wykształconych, po szwedzku mówiło ok. 15% ludności kraju; pełną niepodległość Finlandia uzyskała w roku 1917. [przypis edytorski]

69. Leeds — miasto w północnej Anglii; ważny ośrodek przemysłowy w okresie rewolucji przemysłowej. [przypis edytorski]

70. Kadyks — miasto portowe w Hiszpanii. [przypis edytorski]